sobota, 31 grudnia 2011

"Złe miejsce" - Dean Koontz

Wydawnictwo: Albatros, 2011.
Liczba stron: 480.
Oprawa: miękka.
Rozpoczęcie lektury: 27.12.2011.
Zakończenie lektury: 31.12.2011.
Moja ocena: 7/10.

Dean Koontz należy do najbardziej poczytnych amerykańskich mistrzów fikcji literackiej. Jego utwory to przeważnie pełne grozy i elementów science-fiction horrory i thrillery, dlatego często porównuje się je do powieści Stephena Kinga czy Harlana Cobena. Ich liczba sięgnęła już kilkudziesięciu i nadal rośnie. Wiele z nich doczekało się swego odpowiednika na wielkim ekranie.

Poprzednia książka, w której lekturze się zagłębiłam, to "Smocze łzy" Deana Koontza. Powieść ta okazała się horrorem zakrawającym na kształt bajki, który nie zachwycił mnie jakoś szczególnie, dlatego sięgając po następne dzieło tego autora, nie nastawiałam się na rewelację. Tym bardziej, że "Złe miejsce" to utwór powstały przed "Smoczymi łzami", a opisy obu książek wskazują na ich małe podobieństwo. "Złe miejsce" to rzeczywiście kolejny horror, choć bardziej pasowałoby tutaj określenie thrillera detektywistycznego z elementami psychologii, grozy i zjawisk nadprzyrodzonych. Bo dosłownie każdy z tych wymienionych aspektów ta powieść zawiera.

Objętościowo "Złe miejsce" nie należy do ubogich książek, ale dzięki trzymającej w napięciu akcji i niedługim rozdziałom, czyta się ją dosyć szybko. Poza opisem z tylnej okładki, który zdradza treść dwóch trzecich utworu, i kilkoma literówkami znalezionymi w tekście (w tym jedną także w tekście na tylnej okładce), uważam, że wydawnictwo Albatros wykonało pozytywną pracę. Bardzo podoba mi się projekt okładki w postaci udanej kompozycji fotografii, kolorystyki oraz czcionki.

Po zapoznaniu się z opisem z okładki książki od razu "cieplej" zrobiło mi się na sercu, gdy mój wzrok zarejestrował słowo "detektywi". Pomyślałam sobie, że w tym przypadku akcja, dzięki poszukiwaniom i zagadkom dotyczących tajemniczych zbrodni, przynudzać nie powinna. I choć krążyła także wokół dziwnych, niewytłumaczalnych zjawisk, to rzeczywiście nie nudziłam się w czasie lektury "Złego miejsca".

Książka ta rozpoczyna się przedstawieniem postaci Franka Pollarda, który w niewyjaśnionych okolicznościach ląduje nagle w nieznanym sobie miejscu i... niczego,poza swoim imieniem i nazwiskiem, nie pamięta. Jakimś sposobem jednak czuje i wie, że musi uciekać przed kimś (a może czymś) obdarzonym niezwykłą, niszczycielską mocą. Problem w tym, że każda drzemka czy próba snu kończy się dla Franka tym samym, czyli brakiem pamięci. Wygląda jednak na to, że mężczyzna w czasie snu nie próżnuje, gdyż po przebudzeniu ma przy sobie albo worek pieniędzy, albo cenne kamienie, albo jeszcze inne przedmioty. Z tym nietypowym problemem Frank zwraca się do małej firmy detektywistycznej, której właścicielami są Bobby i Julie Dakota. Małżeństwo, mimo początkowych oporów, decyduje się na zbadanie sprawy nowego klienta i szybko dochodzi do wniosku, że Frank Pollard posiada zdolność teleportacji. Wkrótce wychodzi też na jaw jego związek z tajemniczym mordercą, Jamesem-Cukierkiem, działającym w kalifornijskich miasteczkach i zabijającym ludzi najczęściej poprzez... przegryzienie gardła i wyssanie krwi.

Historia brzmi jak najprawdziwszy horror. Krwawy horror. Krew na stronicach "Złego miejsca" leje się strumieniami i z początku nie było mi łatwo się do niej "przekonać". Człowiek wysysający krew z ludzkich krtani? Moje skojarzenie było jednoznaczne - wampir. A to jakoś niespecjalnie do mnie przemawiało. Z biegiem fabuły powieści okazuje się jednak, że z żadnymi wampirami do czynienia mieć nie będę, co przyjęłam z wielką ulgą. Nie żebym była przeciwniczką wampirzych postaci pojawiających się w filmach czy książkach - zwyczajnie wydały mi się one nieadekwatne do akcji toczącej się w powieści Koontza. Kiedy udało mi się w końcu pokonać pierwsze obrzydzenie związane ze zjawiskiem opisanym powyżej, już nic nie stanęło mi na przeszkodzie, by w napięciu prześledzić resztę utworu.

A wciągnął mnie bardzo. Nie tylko ze względu na głównych bohaterów - detektywów - i ich działania związane z Frankiem Pollardem, ale też dzięki innym aspektom, które pojawiły się w powieści. Pierwszym z nich jest postać Thomasa, brata Julie Dakoty. Thomas to dwudziestoletni chłopiec z zespołem Downa, umieszczony w specjalnym domu opieki. Koontz stworzył interesującą postać, posługującą się własnym językiem, nie zawsze zrozumiałym dla zdrowych umysłowo ludzi, i postrzeganiem świata. Ponadto Thomas posiada niezwykłą umiejętność, poprzez którą jego losy krzyżują się z losami okrutnego Cukierka. "Jednak w przekonaniu Thomasa Złe Miejsce nie było piekłem. Było śmiercią. Piekło było jakimś złym miejscem, ale śmierć była tym Złym Miejscem [...] Śmierć oznaczała, że wszystko się zatrzymywało, odchodziło, cały czas wyciekał, raz na zawsze, koniec [...] Mówiło się, że śmierć przychodzi po człowieka [...] ale jeśli przychodziła po kogoś, to musiała zabrać go do jakiegoś miejsca. I to właśnie było Złe Miejsce. Tam się trafiało, by nigdy już nie wrócić [...] Może niektórzy ludzie szli do nieba, niektórzy do piekła, ale nie można było stamtąd wrócić, więc jedno i drugie było częścią Złego Miejsca, takie dwa różne pokoje"*.

Drugą postacią, która dobitniej zwróciła moją uwagę, jest Felina Karaghiosis, żona Clinta, jednego z pracowników firmy detektywistycznej Dakotów. Felina nie słyszy od urodzenia, mimo to radzi sobie w życiu lepiej niż niejeden słyszący człowiek. Spodobał mi się sposób, w jaki Koontz przedstawił małżeństwo Feliny i Clinta - oparte na prawdziwej miłości i pozbawione wszelkich niedogodności. Mimo iż ci ludzie to bohaterowie drugoplanowi, zapadli mi w pamięć. Autor przywołuje w powieści wielu bohaterów, a każdy z nich odznacza się ciekawą i godną uwagi historią na swój temat. Nawet jeśli są to postaci będące po tej "złej" stronie, stronie ciemnej mocy.

"Złe miejsce" to opowieść nie tylko o zabijaniu, walce ze złem i parapsychicznymi zdolnościami, co nasuwa się na myśl zaraz po jej przeczytaniu. To także historia o miłości, postrzeganej różnie, w zależności od tego, jakimi wartościami kieruje się w swym życiu dany bohater; to historia o spełnianiu się marzeń, postrzeganiu życia i śmierci, o próbach zrozumienia drugiego człowieka, niesieniu mu pomocy, o ludzkich niedoskonałościach i słabościach. To powieść pełna okrucieństw i przede wszystkim smutku, choć kilka zabawnych dialogów również można w niej znaleźć.

Myślę, że napięcie i moje zainteresowanie fabułą książki osiągają apogeum mniej więcej w jej środku. Wraz z wyjaśnianiem tajemniczych zjawisk dotyczących Franka Pollarda przez dwójkę detektywów zrobiło się minimalnie mniej ciekawie, aczkolwiek napięcie towarzyszące lekturze opuszczało mnie bardzo rzadko. Samo zakończenie nie zrobiło na mnie piorunującego wrażenia, ale usatysfakcjonowało mnie to, iż większość wątków została doprowadzona do końca lub odpowiednio wyjaśniona. Jestem też bardzo zadowolona, że "Złe miejsce" okazało się lepszym (moim zdaniem, rzecz jasna) utworem aniżeli "Smocze łzy". Nie żałuję ani chwili spędzonej na lekturze tego horroru. Następnym razem już nie będę porównywać opisów książek i nastawiać się na to czy tamto, bo wygląda na to, że Dean Koontz jeszcze nie raz może mnie zaskoczyć.

*s.163

poniedziałek, 26 grudnia 2011

"Smocze łzy" - Dean Koontz

Wydawnictwo: Albatros, 2011.
Liczba stron: 424.
Oprawa: miękka.
Rozpoczęcie lektury: 20.12.2011.
Zakończenie lektury: 25.12.2011.
Moja ocena: 6/10.

Dean Koontz to pisarz, o którym słyszał niemal każdy. Jest jednym z najpopularniejszych autorów amerykańskich. Karierę literacką rozpoczął już w wieku dwudziestu lat, a specjalizuje się w thrillerach z elementami grozy, science-fiction i kryminału. Do tej pory wydał kilkadziesiąt tytułów, z których kilkanaście doczekało się ekranizacji.

"Smocze łzy" to horror powstały w 1993 roku. Tytuł jednoznacznie kojarzy się z fantastyką i smokami, dlatego przed lekturą zastanawiałam się, czy takowe stwory będą w tej książce się pojawiać. Mimochodem jednak autor wspomniał jedynie o... jaszczurkach, później pojawiły się także węże i pająki, no i pies, który odegrał znaczącą rolę w powieści. Żadnych smoków, mimo że nawet okładka na nie wskazuje. "Smocze łzy" to historia o kreowaniu rzeczywistości, decydowaniu o własnym losie, panowaniu nad innymi, o ludzkiej nienawiści, bezbronności, o ludzkim strachu, ucieczce przed przeszłością, stawaniu się lepszym.

Akcja powieści toczy się pod koniec lat dziewięćdziesiątych w Kalifornii. Książka podzielona jest na trzy części rozpoczynające się krótkimi wierszami, głównie z Księgi Policzonych Smutków, a te części składają się jeszcze z rozdziałów i podrozdziałów. Koontz opisuje historie kilku osób, których losy po jakimś czasie przeplatają się ze sobą. I to wcale nie w przyjemnej atmosferze...

"Smocze łzy" rozpoczynają się od przedstawienia dwójki głównych bohaterów, policjantów Harry'ego Lyona i Connie Gulliver, którzy uparcie ścigają pewnego groźnego przestępcę. Ta dwójka współpracowników bardzo się od siebie różni, ale dzięki temu stanowi zgrany zespół. Connie to kobieta kochająca swoją pracę, ryzyko, pościgi i szaleństwo, ale jednocześnie jest przeczulona na punkcie okrucieństw, jakich dopuszczają się zwykli śmiertelnicy, i przy każdej okazji zachowuje dużą rozwagę i ostrożność. Z kolei Harry to człowiek znacznie spokojniejszy i uporządkowany. Nie lubi nadużywać przemocy i siły, czasem nawet dziwi się, że wybrał zawód policjanta.

Pomiędzy opisami zdarzeń dotyczących pościgu Harry'ego i Connie czytelnik zostaje pokrótce zaznajomiony z historiami innych postaci. Pierwszą z nich jest bezdomny włóczęga, Sammy Shamroe, który raz na jakiś czas musi borykać się z przemocą doznawaną ze strony nieznanego osobnika, zwanego przez włóczęgę szczurołakiem. Szczurołak to nie człowieka, choć może przybierać podobną do niego postać. Jest istotą niezwykle silną, okrutną, przerażającą, mogącą zamieniać się w cokolwiek, a nawet... zatrzymywać czas. A najgorsze jest to, że grozi Sammy'emu śmiercią, która ma nastąpić o świcie kolejnego dnia. Takie samo ostrzeżenie otrzymują Janet Marco i jej kilkuletni synek. Oboje zostawili za sobą okropną przeszłość, a teraz są bezdomni i mieszkają w samochodzie z psem-przybłędą, Wooferem. Do grona zagrożonych śmiercią osób dołącza wkrótce Harry Lyon, który chcąc nie chcąc, wplątuje w tę straszną grę Connie. Bohaterowie mają zaledwie kilkanaście godzin na to, by uniknąć śmierci. Ale jak to zrobić, gdy tajemniczy szczurołak-Tiktak śledzi niemalże każdy ich ruch, krzyżuje ich plany i działania, a także popełnia nieoczekiwane zbrodnie? Kim tak naprawdę jest Tiktak i jaki jest cel jego wszystkich działań?

"Smocze łzy" to moja piąta przygoda z twórczością Deana Koontza. Do tej pory sięgałam zarówno po thrillery, jak i horrory, ale nadal bliższe moim zainteresowaniom pozostają te pierwsze, dlatego do "Smoczych łez" podeszłam z dużą rezerwą. Nie jestem jeszcze przekonana do książek będących horrorami, zwłaszcza takimi, w których pojawiają się nadprzyrodzone zjawiska i niewytłumaczalne historie. Może dlatego, że tego typu zabiegi w literaturze zakrawają na fantastykę, a ten z kolei gatunek jest mi jeszcze bardziej obcy. Podoba mi się jednak styl, jakim posługuje się Koontz. Pisze on ciekawie i wyczerpująco opisuje wszelkie ważne elementy fabuły, na których czytelnik powinien skupić się najbardziej. Nie jest to jednak proste zadanie - czytelnik musi przecież uruchomić swoją wyobraźnię, więc wszystkie opisy "dziwactw" charakterystycznych dla horrorów muszą być bardzo dokładne. Książka to nie film, który dzięki efektom specjalnym może ukazać dosłownie wszystko. Efekty specjalne czytelnika sponsoruje jego wyobraźnia.

"Sens życia można odnaleźć w misce zupy. Zupa zawsze zaczyna się od rosołu, który symbolizuje przepływ dni tworzących nasze życie [...] Czasami zupa jest gorąca, czasami zimna [...] Czasami powinna być zimna i wtedy smakuje dobrze, nawet jeśli nie zawiera ani odrobiny ciepła. Ale jeśli nie powinna być zimna, robi się niesmaczna albo powoduje niestrawność, albo jedno i drugie [...] Zanim zupa zostanie zjedzona, ma swoją wartość i przeznaczenie. Po zjedzeniu staje się bezwartościowa dla wszystkich z wyjątkiem tego, kto ją skonsumował. A wypełniając swoje przeznaczenie, przestaje istnieć. Zostanie po niej tylko pusta miska. Która symbolizuje albo pragnienie i potrzebę... albo przyjemne oczekiwanie na następne zupy"* - to jeden z przykładów dobrego humoru w powieści, choć gdyby tak głębiej pomyśleć, może coś w tym jest; zastanowię się nad tą filozoficzną myślą podczas najbliższego obiadu w postaci zupy. Koontz wielokrotnie przytacza zabawne określenia ("worki pod oczami pomieściłyby prowiant na weekendową wycieczkę"**) i wypowiedzi bohaterów, co zasługuje na plus. Bardzo podobały mi się też podrozdziały napisane z perspektywy widzenia... psa. Zabawne, ale autor w tak prosty i ciekawy sposób przedstawia świat widziany oczami tego zwierzaka, iż miałam wrażenie, że pies podyktował mu, co ma napisać. Do minusów natomiast na pewno zaliczyłabym szybkie i banalne zakończenie książki, a także słabo rozwinięty wątek "przemiany" Connie Gulliver, związany z poszukiwaniami jej rodzinnych korzeni. Śledztwa, poszukiwania, odkrycia to moje słabości, więc nic dziwnego, że trochę zabrakło mi ich w tym utworze.

"Czasami życie bywa gorzkie jak smocze łzy. Ale czy smocze łzy są gorzkie, czy słodkie, zależy wyłącznie od tego, jak odbieramy ich smak"***. Wszyscy bohaterowie wiedzą niejedno o tych gorzkich. Niełatwo o nich zapomnieć, niełatwo od nich uciec. A teraz pojawia się jeszcze nieszczęsny Tiktak, dla którego gorzkie cierpienie ludzkie jest rozkoszą i słodyczą. Co sprawiło, że zaczął bawić się w złego boga? Jak długo jeszcze będzie to robił? Co chce przez swoje działania osiągnąć? I czy dotrzyma obietnicy śmierci złożonej bohaterom powieści? Wszystkiego można dowiedzieć się, sięgając po "Smocze łzy" Deana Koontza.

Po lekturze tej książki odniosłam wrażenie, że przeczytałam... bajkę. Dosłownie. W dodatku główny bohater, Harry Lyon, miał tendencję do przywoływania sobie w myślach różnych zarysów znanych bajek, zależnie od sytuacji, w jakich się znajdował. Pomijając pierwsze rozdziały "Smoczych łez", które koncentrowały się przede wszystkim na sensacyjnej akcji i działaniach policjantów, fabuła reszty powieści przypominała bajkową historię. Taką bardziej dla dorosłych, ale również opowiadającą o dobrych i złych ludziach, walce dobra ze złem, zmianie gorszego życia na lepsze, bo w bajkach tego typu wątki się pojawiają. Nie jestem zachwycona tym utworem Koontza. Wypada najsłabiej na tle dotychczas przeczytanych przeze mnie powieści tego autora. Moje zaciekawienie fabułą malało z każdym rozdziałem, a powinno przecież wzrastać lub chociaż trzymać się na stałym poziomie. Nie skreślam jednak z góry pozostałych horrorów Koontza i w przyszłości na pewno sięgnę po kolejne. Z czystej ciekawości. A może nawet polubię bardziej ten gatunek literacki? Dla fanów nadprzyrodzonych zjawisk i złych mocy "Smocze łzy" to na pewno trafiona i lekka pozycja.

*s.125-126
**s.195
***s.135

środa, 21 grudnia 2011

Mój dzień w książkach - zabawa Lirael




Podpatrzone u Lirael (i nie tylko ;)) - KLIKNIJ
Z kolei mój dzień w książkach wyglądał mniej więcej tak:

Zaczęłam dzień z zawrotem głowy. W drodze do pracy zobaczyłam
lot bocianów i przeszłam obok kamiennego kręgu, żeby uniknąć
amnezji, ale oczywiście zatrzymałam się przy Ogrodzie Miłości.
W biurze szef powiedział: "Kim byłbym bez Ciebie?" i zlecił mi
zbadanie Traktatu Machiavellego. W czasie obiadu z asystentami
zauważyłam dowody zbrodni pod pamiętnikiem. Potem wróciłam
do swojego biurka jak z obrazka. Następnie, w drodze do domu,
kupiłam bikini, ponieważ mam dom przy plaży. Przygotowując się
do snu, wzięłam kroniki rodzinne i uczyłam się ostatniej piosenki,
zanim powiedziałam "dobranoc" siostrzyczkom.

Zachęcam wszystkich do tej zabawy - nieźle wciąga! ;)

wtorek, 20 grudnia 2011

"Hiszpański arystokrata" - India Grey

Wydawnictwo: Harlequin, 2011.
Liczba stron: 160.
Oprawa: miękka.
Rozpoczęcie lektury: 18.12.2011.
Zakończenie lektury: 19.12.2011.
Moja ocena: 6/10.

"Hiszpański arystokrata" to romans autorstwa Indii Grey, pochodzący z serii Światowe Życie, a więc jego fabuła opiera się na losach bohaterów bytujących w tzw. wielkim świecie. Świecie pełnym bogactw, rozpusty, ale niekoniecznie dobra i szczęścia. To krótka opowieść o nieodwzajemnionej miłości, cierpieniu i niesieniu pomocy innym.

Lily Alexander, główna bohaterka "Hiszpańskiego arystokraty", modelka z Londynu, poznaje na uroczystym przyjęciu tytułowego arystokratę, Tristana Romero de Losada Montalvo. Tristan to pozbawiony uczuć playboy, któremu nie potrafi się oprzeć żadna kobieta. Także Lily. Pożądanie ich obojga nie zna granic i jeszcze tego samego wieczoru spędzają ze sobą noc, umawiając się jednak, że ta przygoda nie pociągnie za sobą żadnych konsekwencji, a ich znajomość po niej zwyczajnie się zakończy. Nie będzie to jednak możliwe, gdyż wkrótce potem Lily dowiaduje się, że jest w ciąży, a ojcem dziecka jest nikt inny, jak markiz Romero. Tristan nie okazuje zadowolenia z tego powodu, ale proponuje Lily małżeństwo bez zobowiązań. Kobieta pragnie urodzić dziecko i zrobi wszystko dla jego dobra - nie pozwoli przecież na to, by jej potomstwo nigdy nie poznało swego ojca. Ale czy ślub bez miłości to na pewno dobre rozwiązanie?

Akcja "Hiszpańskiego arystokraty" toczy się w Europie, głównie w Anglii i Hiszpanii. Opowieść zbudowana jest z szesnastu rozdziałów i epilogu. Narracja prowadzona jest w trzeciej osobie, raz okazując bliżej czytelnikowi myśli i odczucia Lily, a raz Tristana.

Romans ten nie należy do obszernych pod względem treści książek. liczy zaledwie ponad sto pięćdziesiąt stron; całość została napisana zgrabnym i nieskomplikowanym językiem, przez co akcja opowieści mija w mgnieniu oka. Muszę jednak przyznać, że od czasu do czasu przyda mi się zerknięcie do tego typu czytadeł - choćby dlatego, by zapomnieć o problemach codzienności, na chwilę oderwać się od kryminałów, które po prostu uwielbiam, no i powzdychać do okładki ze słynnym przystojnym księciem z bajki...

Niby romans, ale historie opisana przez Indię Grey porusza nie tylko kwestię miłości (obyło się jednak bez licznych i szczegółowo zobrazowanych scen erotycznych), ale też życia w małżeństwie, chęci posiadania dziecka, a także kwestię cierpienia i bólu związanego nie tylko z niespełnioną miłością, ale także rodziną, pochodzeniem i tragicznymi wydarzeniami z przeszłości oraz teraźniejszości, bo i z takimi borykają się bohaterowie "Hiszpańskiego arystokraty". Tristan Romero ukrywa swoje prawdziwe oblicze przed Lily. Nie jest w stanie otworzyć się na miłość, by na dobre i złe zaakceptować swoją żonę jako towarzyszkę życia. Jednak wraz z pojawieniem się maleńkiej istoty w brzuchu żony twarda skorupa, pod którą kryją się cierpienie, złość i zaciętość bohatera, powoli zaczyna pękać. Czy rzeczywiście dojdzie do metamorfozy tytułowego arystokraty? Jak długo Lily będzie w stanie znosić wahania nastrojów człowieka, którego pokochała całym sercem? Czy Tristan w końcu odwzajemni jej uczucie i zwierzy się ze swojej przeszłości oraz działań, którymi się zajmuje poza pracą? Może się wydawać, że historia skończy się przewidywalnie i banalnie, ale tak naprawdę bohaterów będą czekały przykre niespodzianki od losu, które jeszcze bardziej pogmatwają sytuację w ich małżeństwie.

Nie ukrywam, że trochę irytowało mnie zachowanie głównej bohaterki, która bezmyślnie wpakowała się w romans z przystojnym podrywaczem, a potem bardzo szybko zdecydowała się na ślub, choć Tristan okazał się protekcjonalnym i oschłym kandydatem na męża, dla którego liczyła się tylko powinność względem swego rodu i zagwarantowania dziecku przynależności do tej rodziny. Ale Lily była wręcz zaślepiona miłością do arystokraty i przez cały czas wierzyła, że uda jej się stworzyć małżeństwo oparte na prawdziwej wzajemnej miłości. Co jak co, ale nie spodziewałam się ani trochę tego, iż ta opowieść mnie wzruszy, a tak się stało pod koniec lektury. Naprawdę muszę częściej sięgać po romanse tego wydawnictwa, tym bardziej, że ich przeczytanie nie zajmuje wiele czasu, a kto wie, może jeszcze nie raz mnie zaskoczą jakimś niebanalnym przebiegiem zdarzeń. Nie wszystkie przecież muszą toczyć się wokół gorącego romansowania i zdrad. Lektura dobra na odstresowanie się, relaks, zapełnienie wolnej chwili codziennego życia kobiety.

Za książkę dziękuję wydawnictwu Harlequin.

poniedziałek, 19 grudnia 2011

Stosik grudniowy

Oto przedstawiam po raz pierwszy na tym blogu niewielki stosik książek, jakie udało mi się zdobyć w pierwszej połowie grudnia :).

Od dołu:
- "Adwokat" - Phillip Margolin - "przyokazyjny" zakup na Allegro; żadna nowość, ale ładnie się komponuje w kolekcji utworów jednego z moich ulubionych autorów;
- "Klucz Sary" - Tatiana de Rosnay - upolowana na Allegro; już nie mogę się doczekać, kiedy do niej zajrzę;
- "Na wschód od Edenu" - John Steinbeck - wygrana i wybrana przeze mnie nagroda w konkursie recenzyjnym wydawnictwa Prószyński i S-ka;
- "Trzy tygodnie z moim bratem" - Nicholas Sparks, Micah Sparks - również upolowana na Allegro - ostatnio chyba dopisało mi szczęście ;);
- "Diablica na balu debiutantek" - Linda Francis Lee - upominek urodzinowy z początków grudnia;
- "Kochanek Lady Felsham" - Louise Allen - upominek od wydawnictwa Harlequin z okazji mojego zawitania na stronie poświęconej temu wydawnictwu;
- "Zaczęło się w Portofino", "Willa w Prowansji" - Catherine Spencer, Christina Hollis - jak wyżej :);
- "Hiszpański arystokrata" - India Grey - jak wyżej :); już przeczytana - wkrótce recenzja :).

Tyle smakowitości, że nie wiadomo za co zabrać się najpierw... ;).
Pozdrawiam ciepło w ten zimny i wietrzny dzień :).

niedziela, 18 grudnia 2011

"Siostrzyczki" - Michael Palmer

Wydawnictwo: Albatros, 2009.
Liczba stron: 400.
Oprawa: miękka.
Rozpoczęcie lektury: 02.12.2011.
Zakończenie lektury: 18.12.2011.
Moja ocena: 7/10.

Michael Palmer to pisarz amerykański specjalizujący się w thrillerach medycznych. Nic dziwnego, w końcu z wykształcenia jest lekarzem. Do tej pory napisał już prawie dwadzieścia powieści. Zadebiutował właśnie "Siostrzyczkami", choć pierwszą książką, jaką stworzył, jest "Recepta Coreya".

"Siostrzyczki" to, jak wyżej wspomniałam, jedna z pierwszych powieści Palmera, jego oficjalny debiut literacki. To nic innego jak thriller medyczny, a więc historia o niecodziennych okrucieństwach i zadziwiających intrygach w świecie medycyny. Porusza jedną z często komentowanych w dzisiejszych czasach kwestii dotyczących ludzkiego życia, a mianowicie kwestię eutanazji, a także powiązanych z nią morderstw z litości oraz takich na zlecenie, które przynoszą duże korzyści finansowe.

Głównym bohaterem książki jest David Shelton, chirurg z jednego z bostońskich szpitali, który po przykrych i nieprzyjemnych wydarzeniach z przeszłości wraca do swego fachu, a nawet otrzymuje możliwość wykazania się w chirurgii, a co za tym idzie, nadzieję na awans i większy szacunek. Problem w tym, że już wkrótce umiera jedna z jego pacjentek, której szanse na przeżycie i tak były nikłe, ale Shelton zostaje oskarżony o zabójstwo z premedytacją. Okazuje się bowiem, że zmarła otrzymała śmiertelną dawkę morfiny, a za ten czyn odpowiada jedna z pielęgniarek szpitala, Christine Beall, działająca w sekretnym Stowarzyszeniu Sióstr Życia, którego celem jest ulżenie w cierpieniach nieuleczalnie chorym pacjentom poprzez odebranie im życia. Christine jest święcie przekonana, że postępuje słusznie. Do czasu, gdy z jej powodu życie Davida Sheltona rozsypuje się na kawałki. Czy aby na pewno z jej powodu sprawy przejęły nieoczekiwany obrót? Pielęgniarka nie zna ani szefowej Stowarzyszenia, ani większości jego uczestniczek. Nie wie też, że niektóre morderstwa pacjentów nie są dokonywane z litości, lecz zwyczajnie na zlecenia i za duże pieniądze. W tym bostońskim szpitalu nie można czuć się bezpiecznie, a i ciężko o osobę godną zaufania...

To druga książka Michaela Palmera, po którą sięgnęłam, a zrobiłam to chętnie ze względu na prosty, jasny i konkretny styl pisarski autora, a także ciekawy pomysł na fabułę. Palmer posługuje się zrozumiałym językiem i nie przywołuje przytłaczających informacji i określeń z zakresu medycyny. Jedynie o niektórych nazwach leków czy urządzeń szpitalnych ja, jako czytelniczka studiująca "tylko" pedagogikę, nie miałam zielonego pojęcia.

Powieść "Siostrzyczki" rozpoczyna się krótkim, ale przerażającym, smutnym i dającym do myślenia prologiem. Reszta akcji toczy się w Bostonie pewną ponurą jesienią, określona jest kilkudziesięcioma rozdziałami, a kończy się epilogiem, wyjaśniającym to i owo. Narracja prowadzona jest w trzeciej osobie.

Co do wydania tejże książki, to raczej wszystko zwyczajnie gra. Rzuciła mi się w oczy tylko jedna literówka związana z odmianą czasownika przez rodzaj. Wydawnictwo Albatros to, jak już na pewno kiedyś wspominałam, moje ulubione wydawnictwo, więc minimalizm projektu okładki i ogólny wgląd książki po prostu uwielbiam.

"Siostrzyczki" to dopiero druga powieść Michaela Palmera, którą przeczytałam, choć po thrillery medyczne innych autorów sięgałam już kilkakrotnie i gatunek ten bardzo przypadł mi do gustu. W ciągu niemal całej lektury "Siostrzyczek" moją głowę zaprzątała kwestia eutanazji. Na przemian zastanawiałam się, czy bohaterki będąca Siostrami Życia postępują dobrze, czy nie. Mam tu na myśli oczywiście te siostry, które pragnęły oszczędzić pacjentom bólu, bo te, które zabijały za pieniądze, popełniały nic innego, jak czyn czysto karygodny. W Polsce eutanazja jest zabroniona, a za jej popełnienie grozi kara od trzech miesięcy do pięciu lat pozbawienia wolności. Jednak większość Polaków jest za zalegalizowaniem tej czynności. Ja również nie należę do jej przeciwników - dlaczego nie miałoby się pomóc nieuleczalnie chorej, bardzo cierpiącej i błagającej o śmierć osobie? Jeśli eutanazja miałaby zostać wcielona w życie na zgodę osoby chorej, dlaczego nie? Ból i cierpienie to okropne zjawiska nie tylko dla osoby umierającej, ale też jej bliskich. Tematyka śmierci na ogół jest przecież przygnębiająca i smutna. Zadaniem lekarzy jest utrzymanie pacjenta przy życiu jak najdłużej. Szkoda, że nawet w takich sytuacjach, gdy osoba chora nie jest w stanie funkcjonować, jest "warzywem". Dla mnie takie sytuacje są po prostu nie na miejscu i gdybym to ja w takowej się znalazła, jak najbardziej domagałabym się eutanazji. W naszym kraju jednak niewiele bym zdziałała, ale za kilkanaście, kilkadziesiąt lat kto wie, może polskie prawo ulegnie zmianie?

Z takimi oto problemami boryka się część bohaterów powieści Palmera. Prowadzą one do nieoczekiwanych zwrotów akcji, giną niewinni ludzie, dzieje się coraz gorzej. Napięcie jest, ale sama fabuła nie okazuje się jakąś wielką zagadką, dlatego też podejrzanych zbyt wielu nie ma, a zakończenie, choć lekko zaskakujące, szału nie wywołuje. Dość przewidywalnie toczą się losy głównego bohatera, zwłaszcza jego sprawy sercowe. Myślę też, że autor za szybko kończy opowieść, bo chętnie przeczytałabym więcej na temat dalszych losów niektórych postaci. No ale cóż, nie zawsze wszystko musi zostać wyjaśnione i opowiedziane do końca.

Na ogół jednak "Siostrzyczki" uważam za całkiem udany thriller, wywołujący w czytelniku mieszankę emocji i napięcia. Jest to debiut literacki Michaela Palmera, a i tak napisany na przyzwoitym poziomie, więc wierzę, że pozostałe utwory tego autora okażą się równie dobre, a przede wszystkim lepsze. Jedną z nich, "Przebłyski pamięci", już kiedyś przeczytałam i to od niej zaczęła się moja przygoda z gatunkiem thrillera medycznego, więc oby Palmer swoją pomysłowością w dalszym ciągu zachęcał mnie do pochłaniania wręcz swych książek.

czwartek, 1 grudnia 2011

"Jak z obrazka" - Jodi Picoult

Wydawnictwo: Prószyński i S-ka, 2011.
Liczba stron: 456.
Oprawa: miękka.
Rozpoczęcie lektury: 29.11.2011.
Zakończenie lektury: 01.12.2011.
Moja ocena: 6/10.

Jodi Picoult to amerykańska pisarka, której dorobek literacki w postaci powieści sięga blisko dwudziestu tytułów, z czego prawie wszystkie zostały wydane także w naszym kraju, a kilka z nich ma już swoje odpowiedniki filmowe. Autorka w swoich utworach nie boi się poruszać tematów trudnych i przywołuje w ich treściach problemy, jakie mogą się zdarzyć lub zdarzają się w ciągu życia każdego z nas.

"Jak z obrazka" to powstała w 1995 roku druga powieść Jodi Picoult. Należy do utworów obyczajowych, zahaczając jednak o dramat psychologiczny i romans. Porusza kwestie życia w małżeństwie, przemocy w rodzinie oraz szeroko rozumianej miłości, nienawiści, poświęcenia czy niesienia pomocy bliskim.

Główną bohaterką książki jest Cassie Barrett, którą czytelnik poznaje już na początku opowieści. Kobieta błąka się po cmentarzu w Los Angeles, nie pamiętając nic ze swego życia, nawet własnego nazwiska. W tym stanie znajduje ją policjant o indiańskich korzeniach, Will Latający Koń, i to dzięki niemu bohaterka ma szansę wrócić do swego domu, do męża. Okazuje się, że Cassie jest uznanym antropologiem fizycznym i żoną Alexa Riversa, jednego z najpopularniejszych i najprzystojniejszych aktorów Hollywood. Przed kobietą niełatwe zadanie - musi przywyknąć do "nowego" otoczenia, bogatego i kochającego męża, a co najważniejsze, odzyskać pamięć. Stopniowo jej się to udaje. W międzyczasie czytelnik poznaje pokrótce historię Willa Latającego Konia i związane z nią tradycje Siuksów, Indian z Dakoty Południowej. Kiedy w końcu Cassie odkrywa, że jest w ciąży, przeszłość wraca do niej ze zdwojoną siłą, bowiem jej życie nie było usłane różami. Bohaterka decyduje się uciec od męża. Znajduje schronienie u jedynej osoby, której może zaufać, po czym zwierza się jej z sekretów trudnej przeszłości.

Styl pisarski Jodi Picoult jest dla mnie nowością, gdyż "Jak z obrazka" to pierwsza książka tej autorki, po którą miałam okazję sięgnąć. Picoult posługuje się sprawnym i zrozumiałym językiem, pisze dość szczegółowo i przytacza miłe dla oka porównania i wyrażenia. Szczególnie takie animizacje czy antropomorfizacje zapadły mi w pamięć, jak "zapach ojcowskiego gniewu"* i "na ramionach czułam ciężki księżyc, który popychał mnie ku Alexowi"**. Powieść jest jednak pełna wspomnień bohaterów, dlatego czasami, poprzez retrospekcje, autorka zbyt szybko przechodzi z jednego wydarzenia w drugie, a granica między nimi na pierwszy rzut oka jest słabo widoczna.

Akcja "Jak z obrazka" toczy się głównie na początku lat 90. XX wieku. Jest podzielona na trzy części opatrzone kolejno latami: 1993, 1989-1993 i znów 1993, które rozpoczynają się krótkimi legendami indiańskimi i składają się z podrozdziałów. Środkowa część utworu to wspomnienia Cassie Barrett, opowiedziane przez nią, a więc w pierwszej osobie. Pozostałe dwie części powieści napisane zostały w narracji trzecioosobowej.

Jeśli chodzi o wydanie tejże książki, to praktycznie nie mam mu nic do zarzucenia. Wszystko współgra ze sobą, jest czytelne i przejrzyste, oprawa miękka, tak jak lubię, bez zbędnego przepychu w ilustracjach i zdjęciach.

"Jak z obrazka" to pierwsza powieść Jodi Picoult, z którą się zapoznałam, o czym wspomniałam już wcześniej. Sięgnęłam po nią z wielką ciekawością, ponieważ poza znajomością gatunku literackiego, w jakim czuje się dobrze pisarka, nie wiedziałam kompletnie, czego spodziewać się po lekturze tej książki. Opis z tylnej okładki bardzo mnie zaintrygował. Zastanawiałam się, jak szybko wyjdą na jaw przyczyny niepamięci głównej bohaterki, dlaczego jej małżeństwo nie należało do idealnych i co z tym wszystkim miała wspólnego postać Willa Latającego Konia. Muszę przyznać, że wątki dotyczące życia Indian nie przypadły mi do gustu. Chyba za bardzo przygniatały mnie swoją prostotą, surowością i nieprzyjemnymi obrazami obrzędów indiańskich. Nie zachwyciła mnie też osoba Willa, człowieka raczej smutnego, którego przykra przeszłość odcisnęła piętno na jego dalszym życiu. Cassie Barret również nie miała idealnego dzieciństwa, podobnie jak jej mąż, Alex Rivers. Picoult daje czytelnikowi do zrozumienia, że od przeszłości nie można uciec. Człowiek ma ją przed oczyma cały czas i to od niego zależy, czy stanie się lepszy, czy może pozwoli, by nieprzyjemne wspomnienia dawały mu się we znaki przez resztę życia. Opisy dzieciństwa każdego z tej trójki bohaterów bardzo mnie poruszyły, pewnie też dlatego, że autorka przytoczyła je po prostu bez zbędnych ceregieli, bez owijania w bawełnę.

Tak jak pojawiały się w powieści fragmenty budzące w czytelniku smutek, współczucie i skłaniające do przemyśleń, tak też były i momenty lekkie i odprężające. Do tych drugich z całą pewnością można zaliczyć większą część wspomnień głównej bohaterki, dotyczącą początków jej znajomości i małżeństwa z Alexem. Nie mogę się nawet powstrzymać, by nie określić tego etapu książki romansem, bo historia ze wspomnień Cassie rzeczywiście przypominała bardzo romantyczną opowieść. Ale później coś się popsuło i nie było już tak kolorowo. Zarówno w życiu Cassie, jak i w moim postrzeganiu utworu, który zaczął mnie lekko irytować ze względu na zachowanie maltretowanej przez męża bohaterki. Czy można kochać mimo wszystko? Czy można wybaczać bez względu na wszystko? Dlaczego człowiek we wszystkim co złe widzi tylko i wyłącznie swoją winę? Czy miłość bywa ślepa? Ile człowiek jest w stanie poświęcić dla drugiej osoby? Czy może zmienić swe oblicze? Z tymi pytaniami oraz innymi problemami musiała borykać się Cassie. Jakie podjęła działania i jakie skutki one przyniosły - tego można dowiedzieć się, zagłębiając się w lekturze opisywanej przeze mnie książki.

"Jak z obrazka" porusza trudny temat dotyczący miłości, przywiązania do drugiej osoby, przemocy, strachu. Powieść zaczyna się bardzo interesująco, a później na przemian zaskakuje, wciąga, nudzi i denerwuje. Takie są moje odczucia po lekturze tej książki, która obudziła we mnie wiele sprzecznych emocji, ostatecznie jednak uważam tę pozycję za średnią, no, może troszeczkę skłaniającą się ku ocenie dobrej. Jako że "Jak z obrazka" to prawie najstarsza powieść Jodi Picoult, a ja mam zamiar sięgnąć po jej inne utwory, liczę na to, że nie zawiodę się twórczością tej autorki, i że jeszcze nie raz zostanę pozytywnie zaskoczona.

*s. 73
**s. 186

wtorek, 29 listopada 2011

"Traktat Machiavellego" - Allan Folsom

Wydawnictwo: Albatros, 2009.
Liczba stron: 520.
Oprawa: miękka.
Rozpoczęcie lektury: 14.11.2011.
Zakończenie lektury: 29.11.2011.
Moja ocena: 8/10.

Allan Folsom to amerykański pisarz, scenarzysta i producent filmowy, którego dorobek telewizyjny nie jest jakoś szczególnie znany w Polsce, a z kolei dorobek literacki nie należy do ogromnych. Do tej pory wydał pięć powieści, z czego cztery zostały przetłumaczone na język polski. Folsom specjalizuje się w thrillerach i tematyce sensacyjnej.

"Traktat Machiavellego" to powieść o właśnie takiej tematyce, powstała w 2006 roku i jest kontynuacją, choć przede wszystkim ze względu na głównego bohatera, "Tożsamości" z 2004 roku. "Traktat Machiavellego" charakteryzuje się niesamowitym tempem akcji, skomplikowanymi intrygami i spiskami w kręgach najwyższych przywódców poszczególnych krajów świata.

Głównym bohaterem owej książki jest były policjant, Nicholas Marten. Z pracą w policji pożegnał się on jeszcze w powieści "Tożsamość". Dla ratowania życia swojego i swojej siostry musiał opuścić Stany Zjednoczone i schronić się w Anglii, zmieniając nazwisko i pracę. Tych, którzy nie czytali "Tożsamości", zachęcam do zapoznania się z jej treścią w celu nie tylko przybliżenia sobie początkowych losów Nicholasa Martena, ale też reszty fabuły, krążącej wokół licznych pościgów, zabójstw i intryg społeczno-politycznych.

Wracając do "Traktatu Machiavellego", wspomniany wyżej bohater podejmuje tym razem na własną rękę dochodzenie w sprawie niewyjaśnionej śmierci swojej dawnej narzeczonej, Caroline Parsons. To dla tej sprawy opuszcza Anglię i przylatuje do USA, jednak tropy pozostawione przez napotkane po drodze ważne podejrzane osobistości prowadzą aż do Hiszpanii. Jednocześnie z wątkiem dotyczącym Nicholasa Martena rozwija się kilka innych, które później, jak łatwo się domyślić, zgrabnie się ze sobą połączą. W Barcelonie na drodze głównego bohatera staje nagle sam prezydent USA, John Henry Harris, uciekający przed członkami własnego Gabinetu, planującymi zdobycie władzy poprzez zamordowanie przywódców Francji i Niemiec, a także samego prezydenta USA. Od tej pory Marten i Harris działają razem, odkrywając coraz to dziwniejsze i makabryczne spiski i zbrodnie. Rodzi się między nimi przyjaźń i rzetelna współpraca.

Do języka i stylu pisarskiego Allana Folsoma zdążyłam już przywyknąć podczas czytania dwóch innych jego książek. Autor pisuje dość obszerne powieści, ale robi to całkowicie zrozumiale i interesująco, trzymając czytelnika w napięciu. Na pierwszy rzut oka może się wydawać, że ponad pięćset stron książki to dość sporo, ale jeśli utwór jest napisany właśnie stylem Folsoma, te pięćset stron nagle okazuje się drobnostką i chciałoby się czytać więcej i więcej.

Akcja "Traktatu Machiavellego" toczy się przez zaledwie dziewięć dni, które są jednocześnie głównymi rozdziałami książki. Rozdziały te składają się z krótkich podrozdziałów, zazwyczaj opatrzonych nazwą aktualnego miejsca akcji, a także godziną. To bardzo precyzyjny, ale nieprzeszkadzający w lekturze zabieg. Narracja zawsze jest prowadzona w trzeciej osobie liczby pojedynczej i ukazana jest naprzemiennie z perspektywy kilku bohaterów.

Jeśli chodzi o wydanie tejże książki, to oprócz dosłownie kilku literówek znalezionych w trakcie jej czytania, nie mam mu nic do zarzucenia. Wydawnictwo Albatros od dłuższego czasu jest moim ulubionym wydawnictwem i w dalszym ciągu podtrzymuję tę opinię.

"Traktat Machiavellego" to powieść, która bardzo długo spoczywała na półce w mojej domowej biblioteczce, i po którą sięgnęłam dopiero po lekturze dwóch innych książek Allana Folsoma. Zrobiłam to niemalże natychmiast po przebrnięciu przez poprzednie lektury, co świadczy o tym, że byłam bardzo ciekawa treści kolejnego utworu tego autora. Jak już wspomniałam wcześniej, sposób, w jaki Folsom buduje tempo akcji i napięcie, sprawia, że ja jako czytelniczka, wtapiam się w fabułę całkowicie i niejednokrotnie mam wrażenie, że tu czy tam znajduję się tuż obok głównego bohatera, przeżywając z nim tę niespotykaną, szaloną i niebezpieczną przygodę. Zwykły obywatel i prezydent Stanów Zjednoczonych działający razem w celu ratowania świata przed wypełnieniem się tytułowego przymierza Machiavellego? Sytuacja rzeczywiście szalona, wręcz niewiarygodna, ale też intrygująca. Wszelkie nieznane mi zjawiska, które pojawił się w treści powieści, sprawiły, że z ciekawości musiałam zasięgnąć informacji o nich chociażby w Internecie, by przekonać się, w jakim stopniu Allan Folsom balansował na granicy rzeczywistości i absurdu, pisząc ten utwór. Całość bowiem i powaga sytuacji opisywanych w "Traktacie Machiavellego" może wydawać się mało realistyczna, ale ja jestem fanką tego typu thrillerów. Książki Folsoma przypominają mi książki Dana Browna, a te lubię, więc owo zamiłowanie mogę śmiało przypisać również powieściom tego pierwszego.

Na koniec muszę jeszcze wspomnieć o polskich akcentach, jakie pojawiły się w tej książce. Troszkę zaskoczyły mnie one swoją "obecnością", gdyż nie spodziewałam się ich pośród akcji osadzonej głównie w USA i Hiszpanii. A tymczasem Folsom wspomina o Warszawie, Oświęcimiu, a nawet wykreowanej przez siebie postaci polskiego prezydenta. Odpowiedź na pytanie dlaczego i w jaki sposób to robi, czytelnik znajdzie w opisywanej przeze mnie książce.

"Traktat Machiavellego" należy do udanych powieści autorstwa Allana Folsoma. Na ogromny plus zasługuje przede wszystkim rozbudowana, nieco zagmatwana fabuła, ale za to bardzo trzymająca w napięciu do ostatniej strony. Jestem miłośniczką thrillerów i sensacji z zawiłymi intrygami i nieoczekiwanymi zwrotami akcji, dlatego mnie ta książka się podobała. Polecam ją wszystkim fanom Folsoma, a także gatunku sensacji. Sama natomiast biorę się za poszukiwanie w celu kupna "Dnia spowiedzi", jeszcze jednej powieści tego autora wydanej w Polsce, oraz z niecierpliwością będę wyczekiwać polskiego wydania "The Hadrian Memorandum".

"Pojutrze" - Allan Folsom

Wydawnictwo: Albatros, 2005.
Liczba stron: 544.
Oprawa: miękka.
Data rozpoczęcia: 05.11.2011.
Data zakończenia: 12.11.2011.
Moja ocena: 8/10.

Nie mogę uwierzyć, że ta książka Folsoma spoczywała nietknięta w mojej domowej biblioteczce niemalże przez rok czasu. Chyba za bardzo odpychała mnie jej spora objętość, a poza tym opis z okładki sugeruje, że "Pojutrze" może i jest sensacją, ale ściśle związaną z polityką krajów europejskich. Obawiałam się właśnie, że tych działań politycznych będzie zbyt dużo, przez co powieść może okazać się mało interesująca. A tymczasem czekało mnie spore zaskoczenie, bo książka wciągnęła mnie maksymalnie już od pierwszych stron.

Fabuła tego thrillera krąży głównie wokół Stanów Zjednoczonych, Francji i Niemiec, popełnianych na terenach tych krajów morderstw i stale rosnącej liczby zagadek z nimi związanych. Główny bohater, chirurg Paul Osborn, chcąc odkryć przyczynę zabójstwa swego ojca przed wieloma laty, podejmuje na własną rękę działania mające na celu odnalezienie prawdy z przeszłości. Przy okazji wdaje się w pewien romans, a także współpracę z amerykańskim detektywem. Śledztwo prowadzi do nieoczekiwanych rezultatów i wyjaśnień, jakie nie pojawiłyby się nikomu w najśmielszych snach.

"Pojutrze" to powieść napisana ciekawym stylem. Folsom potrafi trzymać czytelnika w napięciu przez cały czas, wzbudza jego zainteresowanie przytaczanymi faktami historycznymi, ale nie tylko. Wszystko jest zgrabnie i szczegółowo opisane, przez co książka jest dość obszerna, ale nie ma w niej miejsca na nudę, ciągle coś się dzieje. To świetna pozycja dla miłośników sensacji, którą pod względem napięcia, akcji, wszelkich spisków i zabójstw można porównać do utworów Dana Browna. Polecam.

poniedziałek, 28 listopada 2011

"Pokój" - Emma Donoghue

Wydawnictwo: Sonia Draga, 2011.
Liczba stron: 408.
Oprawa: półtwarda.
Data rozpoczęcia: 03.11.2011.
Data zakończenia: 04.11.2011.
Moja ocena: 9/10.

Emma Donoghue to z pochodzenia Irlandka, obecnie mieszkająca w Kanadzie pisarka, historyk literatury i dramaturg. Jest autorką zaledwie kilku powieści, ale i laureatką wielu nagród literackich. W swych utworach porusza tematy trudne i kontrowersyjne. Największą popularność zyskała jej najnowsza książka, "Pokój". Na początku tego roku pisarka zapowiedziała, że jej kolejną powieścią będzie powieść historyczna oparta na faktach.

Teraz, po przeczytaniu "Pokoju" w ciągu kilku godzin, wręcz nie mogę uwierzyć, że odkładałam jego lekturę na później. I to przez ostatnie dobre parę miesięcy. Być może za bardzo nastawiałam się na nie do końca zgrabnie opowiedzianą przez dziecko historię. Jakąś bełkotliwą plątaninę dziecięcych i dorosłych wyrażeń. Niezbyt interesującą, a przez to nudną. Nieważne, że od dłuższego czasu książka ta szczyci się wysokimi ocenami i pozytywnymi opiniami czytelników; są przecież gusta i guściki, prawda? I takim myśleniem wprowadziłam samą siebie w błąd. Ogromny błąd. Bo zakochałam się w tej powieści od pierwszej strony. Po tym, jak sięgnęłam po nią w ramach odskoczni od lubianych przeze mnie kryminałów i thrillerów.

"Pokój" to opowieść o bezgranicznej miłości matki - Mamy - do syna - Jacka - która rozwinęła się w niecodziennych warunkach życiowych, chociaż właściwie określenie "niecodziennych" można odnieść tylko do bohaterki Mamy, która kilka lat wstecz została porwana i uwięziona w sekretnej szopie przez Starego Nicka. To właśnie w tej szopie, dwa lata po porwaniu, przyszedł na świat jej syn. Od tamtej pory kobieta robi więc wszystko, by zapewnić mu przyzwoite życie, wpajając wymyślone przez siebie zasady i powinności rządzące światem. Światem, którym w przypadku tej dwójki bohaterów jest tylko i wyłącznie więzienna cela, tytułowy Pokój. A więc cała rzeczywistość i "normalność" chłopca.

Pierwsza połowa książki zafascynowała mnie ogromnie, ale dalsze losy Mamy i Jacka okazały się równie interesujące. Momentami smutne, przerażające, a innym razem radosne i wzruszające. A wszystko to za sprawą stylu, w jakim została napisana ta powieść. Opowiada ona o losach głównych bohaterów tylko i wyłącznie z perspektywy małego chłopca. Język tego kilkuletniego dziecka jest tak uroczy i ciepły, że aż zarazem poruszający. Pełno w nim wyrazów pochodnych i słów utworzonych w jego dziecięcej wyobraźni. To sprawiło, że czytałam "Pokój" wolniej niż inne książki, by dokładnie przeanalizować wypowiedzi narratora, co czasami było to konieczne, zwłaszcza na początku utworu, gdy dopiero oswajałam się z jego językiem.

Donoghue w "Pokoju" przytoczyła opisy kilku dni z życia bohaterów podczas ich pobytu w niewoli. Zrobiła to w taki sposób, że ja, jako czytelniczka, nie tylko byłam pod ogromnym wrażeniem determinacji i kreatywności Mamy, ale wręcz przeniosłam się w wyobraźni do tytułowego Pokoju, wiedząc dokładnie, co i gdzie się w nim znajduje i jak wygląda. Przerażająco realistycznie wykonana praca autorki. Niesamowicie opisała też ona relacje łączące matkę i syna, ich wspólne rozmowy, zwyczaje, obowiązki i zabawy. Wszystkie te czynności ukazywały tyle pomysłowości, że zaczęłam się zastanawiać, czy ja, jako ewentualnie przyszły nauczyciel wychowania przedszkolnego i wczesnoszkolnego, potrafiłabym wykazać się taką kreatywnością w pracy w przedszkolu czy szkole. I nie chodziłoby tutaj o maksymalne wykorzystanie różnorodnych przyrządów i zabawek, lecz praktycznie zrobienie "czegoś z niczego" i posługiwanie się minimum, a zarazem wszystkim, co może znaleźć się w posiadaniu człowieka.

Życie kilkuletniego Jacka wydawałoby się beztroskie i całkiem zwyczajne. Być może w ten sposób dziecko postrzegało wszystko to, co się wokół niego działo, bo tak zostało nauczone i tak miało być. Ale wraz z upływem kolejnych miesięcy i kolejnych urodzin, pytań małego Jacka odnośnie świata i tego, co można zobaczyć w telewizji, przybywało, i Mama zaczęła zdawać sobie sprawę z tego, że za chwilę Pokój po prostu nie wystarczy. Nie wystarczy nie tylko dla coraz to dojrzalszego chłopca, ale i dla zszarganej psychiki Mamy, wykorzystywanej seksualnie przez porywacza Starego Nicka. Aż nadchodzą takie dni, gdy bohaterka musi co nieco wyjaśnić synowi, niezależnie od tego, czy mu się to podoba, czy nie, a także obmyślić z nim plan ucieczki z okropnego więzienia...

Przez "Pokój" przetoczyła się wichura moich emocji. Różnorakich. Historii Jacka i Mamy nie zapomnę. Nie da się jej zapomnieć. Wstrząsnęła mną i poruszyła mnie do głębi, aż do przepłukania oczu łzami. Jestem pod wielkim wrażeniem dzieła Emmy Donoghue. Polecam w stu procentach.

"1Q84 t.2" - Haruki Murakami

Wydawnictwo: Muza, 2011.
Liczba stron: 416.
Oprawa: miękka.
Data rozpoczęcia: 31.10.2011.
Data zakończenia: 01.11.2011.
Moja ocena: 7/10.

Mimo że to już drugi tom "1Q84", ze względu na ciągle rozwijającą się akcję i niejasne zakończenie bardziej pasuje tutaj określenie "dopiero" aniżeli "już". Powieść ta od samego początku kryje w sobie mnóstwo zagadkowych zdarzeń i postaci. Drugi tom może i co nieco wyjaśnia, ale ogromna ciekawość czytelnika nadal nie zostaje zaspokojona. Cieszę się, że dopiero teraz sięgnęłam po tę część "1Q84", bo dzięki temu nie muszę długo czekać na ostatni tom. A trzeba przyznać, że już niecierpliwię się z powodu braku tego tomu w mojej domowej biblioteczce...

Muszę też przyznać, że drugi tom powieści Murakamiego udało mi się przyswoić łatwiej i szybciej. Zainteresował mnie bardziej aniżeli tom pierwszy. Na pewno z tego względu, iż wiele wątków zostało rozwiniętych. I to w bardzo ciekawy, wręcz trzymający w napięciu sposób. Wokół głównych bohaterów, Tengo i Aomame, ciągle coś się dzieje. Ich rzeczywistości z roku 1984 przeplatają się z tytułowym rokiem 1Q84, a to wszystko ma związek z fantastycznym światem opisanym w "Powietrznej poczwarce", powieści stworzonej przez dyslektyczną 17-latkę i Tengo.

W czasie lektury usatysfakcjonowało mnie to, iż tym razem autor zawarł w utworze mniej odpychających scen erotycznych, a także zrezygnował z przydługich opisów związanych z przeszłością Japonii czy poszczególnych bohaterów. Czytelnik, tak jak główni bohaterowie, nadal balansuje w świecie pełnym niewyjaśnionych zjawisk. Little Poeple w dalszym ciągu dają się we znaki, a także nic nie wskazuje na to, by jeden z dwóch księżyców miał opuścić niebo. Nie przepadam za fantastyką, ale to, co Murakami stworzył w "1Q84", jest tak dziwne i intrygujące, że nie potrafiłam oderwać się od lektury. Zwłaszcza drugiego tomu. Mam nadzieję, że równie interesujący, a może nawet bardziej, okaże się ostatni tom tej powieści.

"Zaklinacz" - Donato Carrisi

Wydawnictwo: Albatros, 2011.
Liczba stron: 480.
Oprawa: miękka.
Data rozpoczęcia: 29.10.2011.
Data zakończenia: 30.10.2011.
Moja ocena: 10/10.

Kiedy po raz pierwszy zetknęłam się z opisem tej powieści, a także porównaniem jej do takich filmów, jak "Milczenie owiec", "Szósty zmysł" i "Siedem", od razu nabrałam pewności, że ją przeczytam, gdyż obok zawiłych thrillerów i kryminałów nie potrafię przejść obojętnie. Opis z okładki książki zwrócił moją uwagę na coś jeszcze - opisywane w niej śledztwo dotyczące znalezienia kilku dziecięcych rąk momentalnie skojarzyło mi się z jeszcze jednym filmem z gatunku thrillera, o tytule "Dłonie". W pierwszej chwili zaczęłam się zastanawiać, czy Donato Carrisi w jakiś sposób nie wzorował się na powyższym filmie, tym bardziej, że jest on m.in. scenarzystą, ale wraz z kolejnymi stronami powieści podczas jej lektury utwierdzałam się w przekonaniu, że oba utwory po prostu przedstawiają różne historie o seryjnych mordercach. Stety albo niestety, nie potrafiłam nie przypisać głównej bohaterce, Mili Vasquez, twarzy Ally Walker, aktorki, która w podobną rolę wcieliła się właśnie w "Dłoniach". Zwyczajnie nie mogłam odpędzić obrazu jej postaci podczas czytania "Zaklinacza", cóż na to poradzić?

"Zaklinacz" stał się jedną z moich ulubionych książek. Jej treść pochłonęła mnie bez reszty już od pierwszych stron. Carrisi nie bawił się w pisanie długich, nudnych wstępów, tylko od razu rzuca czytelnika na głęboką wodę - wprost do czeluści okrutnych działań seryjnego mordercy dziewczynek. Z każdym kolejnym rozdziałem wzrasta liczba pytań bez odpowiedzi, a także osób, które może okażą się być powiązane z prowadzonym śledztwem. Przeczytałam już dość sporo kryminałów i thrillerów, zatem mój umysł nie pozostawił suchej nitki niemalże na każdym z bohaterów, także tych głównych, jeśli chodzi o różnorakie podejrzenia. Wydaje mi się, że już nigdy nad tym nie zapanuję.

Thriller ten zaskakuje. Myślę jednak, że tych zaskakujących fragmentów byłoby wiele więcej, gdyby nie opis umieszczony na okładce książki, który zdradza czytelnikowi przebieg treści więcej niż połowy tej powieści! Bardzo, ale to bardzo poczułam się tym faktem rozczarowana. Oprócz napięcia, jakie towarzyszyło mi podczas lektury "Zaklinacza", dały się we znaki różne emocje, takie jak złość, niedowierzanie, smutek, ale też radość i wzruszenie. Ponadto książka zainteresowała mnie pod względem nie tylko zawikłanej fabuły i wychodzących na jaw okrutnych faktów, ale też informacji z dziedziny kryminologii. Carrisi, będący absolwentem prawa ze specjalnością w kryminologii i behawiorystyce, zapoznaje czytelnika z wiadomościami na temat strategii działań seryjnych morderców oraz zespołów śledczych. Nie przywołuje jednak tych wiadomości "byle gdzie", byle żeby tylko je gdzieś wtrącić; nie są tez one suchymi, nudnymi i długimi wręcz wykładami ze studiów, lecz zgrabnie łączą się z treścią fabuły, wzbudzając ciekawość czytelnika.

Mimo że książka jest pełna okrucieństw, jakie miały, mają lub mogą mieć miejsce także w rzeczywistym świecie, warta jest przeczytania; a już na pewno będzie to nie lada gratka dla miłośników kryminałów oraz filmów przytoczonych na początku tejże opinii, bo bez wątpienia "Zaklinacz" może być do nich porównywany, chociażby pod "jakimś tam" względem. Polecam.

"Ciężar milczenia" - Heather Gudenkauf

Wydawnictwo: Mira, 2010.
Liczba stron: 368.
Oprawa: miękka.
Data rozpoczęcia: 03.10.2011.
Data zakończenia: 04.10.2011.
Moja ocena: 8/10.

"Ciężar milczenia" to niesamowicie wciągająca historia o miłości, przyjaźni, nienawiści, przeplatana mnóstwem rodzinnych tajemnic bohaterów. Pod kilkoma względami utwór ten skojarzył mi się z nie tak dawno czytanym "Jasperem Jonesem", a także "Rzeką tajemnic".

Powieść trzyma w napięciu już od pierwszej strony. Pewnie dlatego, iż rozpoczyna się fragmentem odległej fabuły, którą czytelnik pozna i zrozumie dopiero po przeczytaniu więcej niż połowy książki. Zatem już od samego początku w mojej głowie zaczęły kłębić się pytania typu co? kto? gdzie? dlaczego?, tym bardziej, że opis z okładki książki również wzbudził moje zainteresowanie lekturą.

To thriller psychologiczny, opowiadający o losach dwóch rodzin, których dotknęło okropne przeżycie, a mianowicie zaginięcie siedmioletnich córek, Calli i Petry. Traf chciał, że obie zniknęły tej samej nocy. Obie były najlepszymi przyjaciółkami. Jedna z nich, Calli, nie potrafiła mówić. Nie od urodzenia, ale od trzech lat. Wraz z rozpoczęciem poszukiwań przez rodziny dziewczynek, a także policję i służby specjalne, czytelnik stopniowo poznaje bliżej każdego z bohaterów. Autorka "Ciężaru milczenia" każdy rozdział opisuje z perspektywy innego bohatera, dzięki czemu można wczuć się w sytuację, w jakiej dana osoba się znalazła, a także odkryć sekrety z jej życia. Nie tylko te miłe i radosne, ale też smutne, niekiedy wręcz przerażające.

Z każdą kolejną stroną powieści dowiadujemy się czegoś nowego, zaskakującego, jesteśmy świadkami psychicznych przeobrażeń niektórych bohaterów, ich miłości, rozpaczy, a tymczasem liczba pytań odnośnie fabuły utworu ciągle wzrasta. Krąg osób podejrzanych, czyli związanych ze zniknięciem Calli i Petry, również się poszerza - podejrzewać można niemalże każdego bohatera. Wśród tych postaci znalazły się nie tylko takie, do których wręcz pałałam nienawiścią, ale też takie, które w jakiś sposób mnie urzekły swoją osobowością i postępowaniem.

"Ciężar milczenia" to książka naprawdę godna polecenia i przeczytania. Jest napisana prostym i przyjemnym językiem, składa się z bardzo krótkich rozdziałów, dlatego czyta się ją bardzo szybko. Ponadto nie sposób się od niej oderwać - trzyma w napięciu do ostatnich stron (choć sama domyśliłam się bardzo szybko, kto jest osobą odpowiedzialną za "to i owo"), czasem przeraża, a czasem wzrusza. Mamy tu przecież do czynienia z okrutnymi doświadczeniami zaledwie siedmioletnich dziewczynek; w głowie się nie mieści, z czym i kim musiały mieć one do czynienia...

"Obietnica kłamstwa" - Howard Roughan

Wydawnictwo: Albatros, 2006.
Liczba stron: 400.
Oprawa: miękka.
Data rozpoczęcia: 15.09.2011.
Data zakończenia: 18.09.2011.
Moja ocena: 8/10.

Bardzo ciekawa i wciągająca książka. Ciekawa przede wszystkim pod tym względem, iż w dużej mierze przypomina dramat sądowy. Rozprawy sądowe, prokuratura, obrona, morderstwo, winny czy niewinny - to coś, co lubię. Ponadto styl pisarski Roughana bardzo, ale to bardzo przypadł mi do gustu. Po raz pierwszy miałam okazję przeczytać książkę, której jest on jedynym autorem, i stwierdzam, że lepiej wypada w takowej sytuacji, przynajmniej w porównaniu z powieściami, które Roughan napisał z Pattersonem.

"Obietnica kłamstwa" trzyma w napięciu niemalże od początku aż do końca. Mamy do czynienia z bohaterem-psychoterapeutą, który zostaje wplątany w zabójstwo przez jedną ze swoich pacjentek. Intryga została paskudnie i perfekcyjnie zaplanowana, toteż David Remler zostaje oskarżony o morderstwo i postawiony przed sądem. Z biegiem czasu na jaw wychodzą coraz to nowsze i ciekawsze informacje, osoby i sytuacje. Poznajemy interesujących bohaterów - prawników, sędziów, detektywów i podejrzanych. W kryminalnej atmosferze powieści jest też miejsce na wątek miłosny oraz pełne humoru dialogi.

Koniec książki zaskakujący, aczkolwiek mógłby być jeszcze bardziej ciekawy. Może spodziewałam się trochę innego obrotu wydarzeń, bardziej przekonujących motywów itp. Mam wrażenie, że przeczytałam już dość sporo książek w tematyce thrillerów i kryminałów, dlatego teraz jestem coraz bardziej wymagająca, i każdy kolejny utwór będzie musiał mnie naprawdę, ale to naprawdę pozytywnie zaskoczyć ;). Wracając do "Obietnicy kłamstwa", uważam, że to naprawdę bardzo dobry thriller. Spodziewałam się średniej lektury, a okazała się ona dużo lepsza. Polecam miłośnikom gatunku.

"Kim byłbym bez ciebie?" - Guillaume Musso

Wydawnictwo: Albatros, 2011.
Liczba stron: 360.
Oprawa: miękka ze skrzydełkami.
Data rozpoczęcia: 03.09.2011.
Data zakończenia: 09.09.2011.
Moja ocena: 7/10.

Do tej pory miałam styczność z tylko jedną powieścią Musso, a mianowicie "Ponieważ cię kocham". Utwór ten tak mnie zainteresował, że musiałam pochłonąć go w parę godzin. W dodatku okazał się być bardzo zaskakujący, dzięki czemu od razu wiedziałam, iż obok kolejnych książek tego autora nie przejdę obojętnie.

"Kim byłbym bez ciebie?" to bardzo dobra pozycja, może już nie tak zaskakująca jak "Ponieważ cię kocham", ale równie wciągająca. Mam wrażenie, że twórczość Musso przeplatana jest niesamowitą magią. Pisarz nie posługuje się skomplikowanym językiem, czasami miałam wrażenie, że wręcz banalnym, co wcale nie znaczy, że pojawiają się w nim perełki w postaci pięknych cytatów i życiowych myśli. W książce tej Musso łączy ze sobą tematykę miłości i śmierci. To dramat, a może melodramat, choć na początku powieści akcja toczy się w sposób niemalże charakterystyczny dla kryminałów.

Czytelnik poznaje fragmenty historii kilku bohaterów trzynaście lat wcześniej, a także w czasach teraźniejszych. Właśnie, są to fragmenty historii, a więc coraz to ciekawszych informacji na ich temat dowiadujemy się wraz z kolejnymi stronami książki. Nie było mi dane przeczytać tego utworu za jednym zamachem, zatem co wieczór wręcz katowałam się niepewnością co do dalszej fabuły powieści. Był moment, że zachowanie bohaterki Gabrielle strasznie mnie zirytowało, ale mimo tego, uważam "Kim byłbym bez ciebie?" za bardzo udaną lekturę. Musso w interesujący sposób przedstawia wizję śmierci, która oczywiście ma ogromny związek z miłością i dobrem ludzkim, a także byt człowieka na granicy życia i śmierci. Opisywane w powieści takie wartości, jak miłość, rodzina, szczęście, pomoc i przebaczenie sprawiają, że wzruszenie chwyta czytelnika za gardło.

Bardzo polecam twórczość Musso. Dla mnie ten pan jest czarodziejem, który sprawia, że jego książki na długo pozostają w mojej pamięci ze względu na to, że mają w sobie to "coś". Nie są tylko pięknymi historiami o miłości, ludzkim szczęściu czy niedoli, ale zawierają też elementy przepełnione magią i niezwykłością, niemalże sięgającą fantastyki. Styl Musso jest nietypowy i urzekający, nic dziwnego, że pisarz stał się bardzo popularny, a zainteresowanie jego książkami ciągle wzrasta.

"Jasper Jones" - Craig Silvey

Wydawnictwo: Rebis, 2011.
Liczba stron: 400.
Oprawa: twarda.
Data rozpoczęcia: 16.08.2011.
Data zakończenia: 18.08.2011.
Moja ocena: 7/10.

Opis książki, a także fakt, iż jej autorem jest bardzo młody pisarz, zaintrygowały mnie do tego stopnia, iż musiałam tę powieść zakupić. Historia w niej ukazana okazała się być niesamowita, poruszająca, a jednocześnie okrutna i przerażająca. A opowiedziana jest z perspektywy jednego z bohaterów, Charliego Bucktina, mieszkającego w niczym niewyróżniającym się miasteczku australijskim.

Ten kilkunastoletni bohater wymyka się pewnej nocy z Jasperem Jonesem do buszu, by zobaczyć coś strasznego - ciało nieżyjącej dziewczynki. Z miejscem, w którym ją znaleziono, bardzo zżyty jest tytułowy Jasper, ale chłopak, mimo że jest uważany za zakałę miasteczka, upiera się, że nie popełnij tej okropnej zbrodni. A Charlie mu wierzy, zatem obaj chłopcy postanawiają wziąć sprawę w swoje ręce i znaleźć prawdziwego mordercę dziewczynki. Ich działania przynoszą wręcz nieprawdopodobne efekty. Czytelnik ma do czynienia z kilkunastoletnimi bohaterami, a więc jeszcze dziećmi, dlatego wydają się one jeszcze bardziej szokujące.

Ale nie tylko na śmierci Laury Wishart koncentruje się ta opowieść, bowiem porusza ona też takie kwestie, jak miłość i przyjaźń wśród młodych bohaterów, a także ich życie wśród dorosłych, które wcale nie jest takie proste, jak może się wydawać na pierwszy rzut oka. Ta ostatnia tematyka szczególnie mnie dotknęła - ze względu na swój okrutny i smutny przebieg. Kontrastem natomiast jest tutaj kwestia przyjaźni, szczególnie widoczna na przykładzie relacji Charliego z Jeffreyem Lu. To prawdziwa przyjaźń, w dodatku niepozbawiona dobrego humoru, dzięki czemu niejednokrotnie w czasie lektury pojawiał się uśmiech na mej twarzy.

Ogólnie rzecz biorąc, książka pozytywnie mnie zaskoczyła. Spodobał mi się styl pisarski młodego autora. Silvey bardzo dokładnie opisał przemyślenia Charliego i, choć mogły one czasem przynudzać, robiły imponujące wrażenie. Wrażenie dorosłego myślenia. Czasami wydawało mi się, iż mali bohaterowie powieści wykazywali się większą trzeźwością umysłu i wyobraźnią aniżeli ich rodzice. Niekiedy jednak ich zachowania typu przeklinanie, palenie papierosów i picie alkoholu wydały mi się, no cóż, za bardzo dorosłe, ale przyjmijmy, że przymykałam na to oko ;). Książka jest naprawdę dobra i polecam ją każdemu, bez względu na wiek.

"Ghostwriter" - Robert Harris

Wydawnictwo: Albatros, 2009.
Liczba stron: 400.
Oprawa: miękka.
Data rozpoczęcia: 13.08.2011.
Data zakończenia: 15.08.2011.
Moja ocena: 8/10.

Wiedząc, że jest to thriller polityczny, podeszłam do jego lektury z dużą rezerwą, gdyż polityka to nie coś, za czym przepadam. Jednak wraz z kolejnymi stronami "Ghostwritera" utwierdzałam się w przekonaniu, iż powieść ta to typowa sensacja z udziałem ważnych osobistości państw, ale nieprzytłaczająca nadmiarem informacji politycznych.

Narratorem książki jest tytułowy ghostwriter, czyli tzw. murzyn, mający za zadanie pomóc byłemu premierowi Wielkiej Brytanii, Adamowi Langowi, w napisaniu i opublikowaniu jego autobiografii. Pomyślałam sobie, że "zawód" murzyna to zawód nietypowy. W końcu tego rodzaju pisarz praktycznie odwala całą robotę za prawdziwego autora danej książki. Jest niemalże anonimowy, choć jego nazwisko może pojawić się w podziękowaniach itp., a przez to też nie tak sławny jak pisarz z prawdziwego zdarzenia. Ciekawi mnie, ile osób - autorów dzieł literackich korzysta z pomocy ghostwriterów. Czytelnik pewnie nie raz nie zdawał sobie sprawy, czyjego autorstwa tak naprawdę czytał książkę. Z określeniem murzyna w kontekście owego "zawodu" również się jeszcze nie spotkałam, dlatego była to dla mnie ciekawostka. Podobnie jak wszystkie myśli Andrew Croftsa, zawarte na początku każdego rozdziału tejże książki. Jeszcze jedna interesująca rzecz, na którą zwróciłam uwagę podczas lektury, to taka, iż po raz pierwszy spotkałam się z bezimiennym głównym bohaterem. Autor tak sprytnie skonstruował fabułę, że do samego końca tożsamość tytułowego ghostwritera nie jest znana. Można więc powiedzieć, że to prawdziwy duch ;).

Sama fabuła okazała się być dość ciekawa i wciągająca, co mnie pozytywnie zaskoczyło. Ani trochę się nie nudziłam podczas lektury. Z niecierpliwością wyczekiwałam przypływu kolejnych informacji i tajemnic z życia Adama Langa i osób z nim związanych. W powieści tej mamy do czynienia z morderstwami, intrygami oraz ciekawym i zaskakującym zakończeniem. A skoro z książką już się zapoznałam, teraz kolej na obejrzenie filmu o tym samym tytule, chociażby dla porównania ;).

"Infekcja" - Tess Gerritsen

Wydawnictwo: Albatros, 2010.
Liczba stron: 408.
Oprawa: miękka.
Data rozpoczęcia: 11.08.2011.
Data zakończenia: 12.08.2011.
Moja ocena: 9/10.

Była to moja pierwsza przygoda z utworem Tess Gerritsen. Dotychczas, jeśli chodzi o thrillery medyczne, miałam okazję zetknąć się z twórczością Cooka i Palmera, dlatego zanim sięgnęłam po "Infekcję", ciekawość mnie dosłownie zżerała ;). Tym bardziej, że noty i opinie nie tylko czytelników, ale też pisarzy, na temat książek Gerritsen sięgały i nadal sięgają wysokiego poziomu.

Nastawiłam się zatem na ciekawą i wciągającą powieść i taka też ona była. Spodobał mi się styl pisarski Gerritsen. Autorka bez cienia nudy zapoznaje czytelnika z tajemniczymi wydarzeniami w świecie medycyny, które później łączą się ze sobą w logiczną całość. Fabuła na wysokim poziomie cały czas trzyma w napięciu. Mimo iż jest to thriller medyczny, autorka nie przytłacza czytelnika nadmiarem informacji i terminologii medycznej, a jeśli takowe się pojawiają, są odpowiednio wyjaśnione i dzięki temu zrozumiałe. "Infekcja" to przeplatanka okrutnych eksperymentów związanych z ludzkimi mózgami i płodami oraz morderstw, wśród której pojawia się wątek typowo detektywistyczny, a także miłosny.

Świetna lektura na jedną noc, bo czyta się naprawdę szybko. Tak jak podejrzewałam, twórczość Gerritsen polubiłam bez dwóch zdań i na pewno sięgnę po jej kolejne powieści.

"Charlie St. Cloud" - Ben Sherwood

Wydawnictwo: Prószyński i S-ka, 2010.
Liczba stron: 232.
Oprawa: miękka ze skrzydełkami.
Data rozpoczęcia: 10.08.2011.
Data zakończenia: 11.08.2011.
Moja ocena: 6/10.

Mimo że już wcześniej kusiło mnie, by obejrzeć film o tym samym tytule, to jednak najpierw sięgnęłam po książkę. Nastawiłam się na piękną, a przede wszystkim wzruszającą historię miłosną, tym bardziej, że według mojej mamy, film o takowej właśnie opowiadał. Niestety dla mnie ta miłość była po prostu nietypowa i niedostatecznie szczegółowo opisana.

Powieść zaczyna się dość interesująco. Autor dokładnie opisuje sytuację, w jakiej znaleźli się dwaj młodzi chłopcy, dwaj bracia - wypadek samochodowy, w którym ginie młodszy, Sam, a starszy, Charlie, zostaje cudem uratowany. Ten cud zapoczątkował kolejny, a mianowicie dar, jaki zyskał chłopiec, czyli dar widzenia ludzi i zwierząt umarłych. Czytając dalej, przenosimy się w przyszłość - 13 lat później - i raz jeszcze poznajemy Charliego, który już jako młody mężczyzna, zajmuje się pracami związanymi z działaniem cmentarza. A oprócz tego, codziennie widuje się z duchem zmarłego brata i spędza z nim czas.

Duchy w utworze Sherwooda nieznacznie różnią się od swoich pierwotnych postaci, czyli ludzi czy zwierząt. Można ich dotknąć, poczuć, a ponadto potrafią one wykonywać wiele typowo życiowych czynności, a także wybrać miejsce swego istnienia. Chodzi tutaj o "pomiędzy" oraz "drugi brzeg" i to właśnie o tych miejscach w dużej mierze opowiada ta książka. Autor snuje refleksje na temat życia i śmierci człowieka. To od niego zależy, w jakim świecie i po jakim czasie znajdzie się on po śmierci.

Natomiast wracając do kwestii miłości, owszem, nie da się ukryć, że była ona niewiarygodna (zarówno ta między braćmi, jak i ta między Charliem i Tess), ale szkoda, że tak "nie do końca" opisana. Zabrakło mi emocji, ciepła, wzruszeń (a wzruszam się bardzo łatwo); już sam główny bohater nie przypadł mi do gustu - był mało wyrazisty, taki jakby odległy, nie mogłam się do niego przekonać. O wiele bardziej podobała mi się postać Tess - barwna, żywa, energiczna.

Do tych bardziej negatywnych stron powieści zaliczyłabym jeszcze niepotrzebne przydługie opisy w niektórych sytuacjach oraz pewne kwestie związane z miłością i funkcjonowaniem duchów, ale nie będę tutaj przytaczać szczegółów, by nie zepsuć lektury innym czytelnikom. Mam naprawdę mieszane uczucia po przeczytaniu tego utworu - trochę rozczarował, a jednocześnie dał do myślenia. I teraz jestem bardzo ciekawa filmu - być może jakieś jego obrazy wywołają łezkę w moim oku ;).

"W potrzasku. Thriller o miłości i innych uzależnieniach" - Matt Richtel

Wydawnictwo: Albatros, 2009.
Liczba stron: 352.
Oprawa: miękka.
Data rozpoczęcia: 03.08.2011.
Data zakończenia: 10.08.2011.
Moja ocena: 6/10.

Zapowiadało się świetnie - jak na prawdziwy thriller przystało. Tajemniczy wybuch bomby w kawiarni? Cudem uratowany główny bohater? Od samego początku mamy do czynienia z zagadkami do rozwiązania, w dodatku przeplatanymi wspomnieniami z przeszłości Nathaniela Idle'a. To pewne, że przeszłość odegra ważną rolę z dziwnymi sytuacjami dziejącymi się w teraźniejszości. Z biegiem czasu na jaw wychodzą rozmaite sekrety zarówno te ciekawsze, jak i mniej interesujące.

To rzeczywiście powieść o uzależnieniach, aczkolwiek te związane z użytkowaniem komputera wydały mi się aż niewiarygodne. Pewien recenzent tej książki napisał, że po jej przeczytaniu rozstrzelał swój komputer. No cóż, ja się go nie pozbyłam i nie zrobię tego, widocznie na mnie ta powieść zbyt mocno nie oddziałuje ;). Końcowa fabuła "W potrzasku..." nie jest jakoś bardzo zaskakująca. Niektóre wyjaśnienia zagadek dręczących czytelnika są wciśnięte na szybko; działania głównego bohatera tak samo. Samo zakończenie też nijakie. Przez jakąś połowę czy nawet ponad książka wciągała i trzymała w napięciu, natomiast reszta okazała się słabsza. Ale nie jest źle, na pewno znajdą się miłośnicy tego utworu, chociażby ze względu na gatunek i zainteresowanie komputerami. Trochę szkoda, że ta powieść jest mało znana.

niedziela, 27 listopada 2011

"Jutro 2. W pułapce nocy" - John Marsden

Wydawnictwo: Znak, 2011.
Liczba stron: 272.
Oprawa: miękka.
Data rozpoczęcia: 29.07.2011.
Data zakończenia: 02.08.2011.
Moja ocena: 10/10.

Tak jak podejrzewałam, nie było mi dane nie sięgnąć po tę książkę zaraz po przeczytaniu jej pierwszej części. A ponadto lektura "Jutro 2. W pułapce nocy" minęła mi tak szybko, że aż się nie mogłam nadziwić. Za szybko, rzecz jasna. Za szybko.

Cieszę się, że powieść nadal utrzymuje wysoki poziom fabuły, a co za tym idzie, zainteresowania nią czytelnika. Można powiedzieć, że ta druga część jest bardziej mroczna, przerażająca, a zarazem niosąca nadzieję na poprawę sytuacji, w jakiej znaleźli się główni bohaterowie. A nie mają oni lekko. Długie ukrywanie się w dziczy przed obcymi najeźdźcami wyczerpuje ich psychicznie, dlatego próbują odnaleźć choć garstkę rodaków będących w podobnym położeniu, co oni. Niestety, działania nastoletnich bohaterów przynoszą niekorzystne efekty w postaci coraz bardziej zaciętej wojny. Są świadkami brutalności, śmierci i sami muszą się do niej przyczyniać, przez co wręcz boją się samych siebie.

Ale mimo okropieństw, których doświadczają ci młodzi ludzie, w książce odnajdujemy też wątek miłości, szczególnie między dwojgiem bohaterów. Nie ukrywam, że byłam bardzo ciekawa, jak on się rozwinie. To była taka zabawna i miła odskocznia od sensacyjnej fabuły utworu.

Bardzo polecam serię książek "Jutro". Opowiadają one o niezwykłych wydarzeniach wojennych, jakie dotknęły grupkę nastolatków. Muszą oni działać na własną rękę. Są bardzo odważni, walczą z wrogim wojskiem za pomocą nietypowych metod. Podejmują decyzje, z którymi nawet dorośli mieliby problem, zatem stają się dorosłymi ludźmi. Tak jak w dzieciństwie bohaterowie narzekali na "rządy" dorosłych, tak teraz zaczyna im ich brakować. Są świadkami przeobrażeń nie tylko swego kraju, ale też własnych charakterów. Seria "Jutro" naprawdę ma w sobie to coś i nie sposób się oderwać od jej lektury.

"Jutro. Kiedy zaczęła się wojna" - John Marsden

Wydawnictwo: Znak, 2011.
Liczba stron: 272.
Oprawa: miękka.
Data rozpoczęcia: 28.07.2011.
Data rozpoczęcia: 28.07.2011.
Moja ocena: 10/10.

Zaintrygowały mnie nie tylko pozytywne opinie i oceny tej książki, ale również stwierdzenie, iż okazała się ona być światowym bestsellerem. Także opis z okładki wydaje się być interesujący, a już na pewno niecodzienny. Spodziewałam się po nim utworu z elementami fantastyki. Opowieść o wojnie? Już sobie wyobrażałam tajemnicze porwania ludzi, nadprzyrodzone zdolności, siły, życie pozaziemskie itd. Tymczasem pan Marsden zaskakuje czytelnika i pisze o wojnie w świecie rzeczywistym. O inwazji obcych wojsk na Australię.

To właśnie w jednym z miasteczek australijskich toczy się akcja "Jutra". Główni bohaterowie to nastolatkowie, którzy cudem uniknęli znalezienia się w samym środku rozpętanej wojny. Problem w tym, że ich rodziny zostały uwięzione, na dodatek miasto jest pilnie strzeżone przez wrogich żołnierzy, zatem w grę w chodzi ukrywanie się bądź działanie na własną rękę w celu... No właśnie, w jakim celu? Grupka nastolatków próbuje w jakiś sposób dowiedzieć się czegokolwiek o inwazji, o uwięzionych rodzinach, o sposobach działania żołnierzy, stosując jednocześnie własne metody obrony i ataku, jakie narodziły się w ich nastoletnich głowach.

Bohaterowie z dnia na dzień stają się wręcz dorośli. Żyją przeważnie się ukrywając i to tak, jakby od nich zależała cała przyszłość ich kraju. Podejmują ważne decyzje, ryzykują życie, a gdy tylko jest okazja, starają się milej spędzić czas, chociażby odkrywając tajemnice kryjówki - Piekła, a nawet się zakochując.

Historia opisana w pierwszej części "Jutra" jest po prostu niesamowita. Wciąga tak, że aż brak słów. Nie ma czasu na nudę. I rzeczywiście można stwierdzić, że może ją przeczytać każdy, niezależnie od wieku. Strasznie mnie korci, by sięgnąć po drugą część książki, która już spoczywa na mej półce, ale co potem? Obawiam się, że z wielkim trudem będę oczekiwać kolejnej i jeszcze kolejnej części...;).

"Dziewczyna, która pływała z delfinami" - Sabina Berman

Wydawnictwo: Znak, 2011.
Liczba stron: 232.
Oprawa: miękka.
Data rozpoczęcia: 27.07.2011.
Data zakończenia: 27.07.2011.
Moja ocena: 4/10.

Do kupna i przeczytania tej książki zachęciły mnie wysokie noty i pochlebne opinie użytkowników chociażby tego portalu. Pozycja ta nie należy do obszernych, zatem jej lektura zajęła mi jeden wieczór. Nigdy wcześniej nie miałam "do czynienia" z osobą autystyczną zarówno w świecie rzeczywistym, jak i literackim czy filmowym, dlatego moja ciekawość wzrosła do wysokiego stopnia. Bo ten utwór opowiada właśnie o dziewczynce/dziewczynie/kobiecie cierpiącej na tę chorobę.

Owszem, poznałam niektóre zachowania głównej bohaterki, jej sposób bycia, przemyślenia itd., ale ciągle czułam jakiś niedosyt. Spodziewałam się, że obszerniej zostanie opisane dzieciństwo Karen Nieto i jej "stawanie się" człowiekiem, czego uczyła ją ciotka. Tymczasem bardzo zniechęcała mnie tematyka wodno-rybna, że jak to ujmę, jaka towarzyszy czytelnikowi niemalże na każdej stronie. Rzeczywiście, zamiast tytułowych delfinów dominują tutaj tuńczyki, także Karen była dziewczyną, która pływała raczej z tuńczykami. Żyła otoczona nimi. Była ich "matką", choć ta metafora pewnie rozzłościłaby główną bohaterkę ;).

Cieszę się natomiast, że w powieści pojawiały się elementy humorystyczne (choć były i takie, które mnie zwyczajnie nudziły lub irytowały) lub takie, które były wręcz ciekawostkami dla czytelnika. Ale ogólnie rzecz biorąc, zawiodłam się trochę na tej książce, bo (jak dla mnie) za mało w niej było uczuć (nie twierdzę, że to "wina" autystycznej bohaterki), wzruszenia, zaskoczenia. Za to ryby, ryby i jeszcze raz ryby.

"Trzy oblicza zemsty" - James Patterson, Andrew Gross

Wydawnictwo: Albatros, 2006.
Liczba stron: 320.
Oprawa: miękka.
Data rozpoczęcia: 27.07.2011.
Data zakończenia: 27.07.2011.
Moja ocena: 6/10.

Do tej pory tylko raz miałam okazję zapoznać się z przygodami Kobiecego Klubu Zbrodni - sięgając po "Czwarty lipca". "Trzy oblicza zemsty" to powieść poprzedzająca tę wymienioną wyżej. Jak to z utworami Pattersona bywa, książkę czyta się szybko. Bardzo krótkie rozdziały i szybkie tempo akcji sprawiają, że czytelnik ani się obejrzy, a już dobiega końca lektura książki.

Tak jak wcześniej czytana część przygód Lindsay Boxer i jej przyjaciółek bardzo mi się podobała, tak ta nieco mnie rozczarowała. Przede wszystkim ze względu na jawność terrorystów, o jakich była mowa w tej właśnie powieści. Nieliczni byli bohaterowie, o których mogłam powiedzieć "O kurczę, nie spodziewałabym się tego po nim" itp. Mało niespodzianek, mało zaskakujący finał książki. Na plus natomiast zasługuje szybka akcja, okrutne zabójstwa, przebieg śledztwa, a nawet wątek romansu. Mam nadzieję, że następne opowieści Kobiecego Klubu Zbrodni, po które sięgnę, będą znacznie lepsze.

"Na gorącym uczynku" - Harlan Coben

Wydawnictwo: Albatros, 2011.
Liczba stron: 480.
Oprawa: miękka.
Data rozpoczęcia: 25.07.2011.
Data zakończenia: 26.07.2011.
Moja ocena: 9/10.

Uwielbiam twórczość Cobena, dlatego do lektury jego kolejnej powieści przystąpiłam bardzo chętnie. Utwory tego autora mają to do siebie, że nie mogę się powstrzymać i muszę "połknąć" każdy jeden w ciągu jednego dnia. Jednego popołudnia. Jednej nocy. Tak też było w przypadku "Na gorącym uczynku".

Cieszyłam się, że nie jest to powieść poświęcona przygodom Myrona Bolitara, bo po "Ostatnim szczególe" nieco się rozczarowałam, ale za to Coben nawiązał tutaj do innych postaci występujących w pozostałych jego utworach, chociażby do słynnego Wina czy Hester Crimstein. Akcja książki toczy się bardzo szybko, już od samego początku zaciekawia i wzbudza napięcie w czytelniku. Mamy do czynienia z tajemniczymi zaginięciami, pedofilią i morderstwami. A co za tym idzie - poszukiwaniem prawdy i odkrywaniem sekretów przez główną bohaterkę, Wendy Tynes. Jak to w utworach Cobena bywa, wydarzenia teraźniejsze należy powiązać z dziejącymi się w przeszłości, a to bardzo lubię. Mimo wielu bohaterów, wielu nazwisk, obok których nie można przejść obojętnie, jeśli chodzi o podejrzenia różnego rodzaju, i mimo mnóstwa pełnych napięcia sytuacji, nie da się nie połapać w fabule lub czegoś nie zrozumieć. Wszystko zostaje klarownie, a przy okazji zaskakująco wyjaśnione.

Oceniam na 9/10 ze względu na troszkę przesadzony ilością wydarzeń koniec. Moim zdaniem, mógłby on być mniej "zakręcony" ;).

Prawdziwa gratka nie tylko dla fanów Cobena, ale też tych, którzy nie potrafią przejść obojętnie obok thrillerów i kryminałów z pełną niewyjaśnionych wydarzeń fabułą.

"Absolwentka" - Emily Cassel

Wydawnictwo: Amber, 2010.
Liczba stron: 232.
Oprawa: miękka.
Data rozpoczęcia: 24.07.2011.
Data zakończenia: 25.07.2011.
Moja ocena: 6/10.

Książka niewymagająca od czytelnika jakiegoś wielkiego skupienia; po prostu lekka opowieść o absolwentce anglistyki, która boryka się z problemami związanymi ze znalezieniem pracy w ulubionej branży. Powieść nie jest obszerna, zawiera dużo dialogów, przez co czyta się ją bardzo szybko. Nie jest też jakimś odkryciem wśród utworów przygodowo-obyczajowych, gdyż podobnych historii życiowych i romantycznych istnieje mnóstwo zarówno w świecie literatury, jak i filmu.

Historia głównej bohaterki jest prosta, począwszy od jej niemożności znalezienia odpowiedniej pracy, przez kłopoty ze zwariowaną rodzinką, wieloletnią przyjaźń, przelotny romans i znalezienie prawdziwej miłości. Nic nowego, dlatego sięgając po "Absolwentkę", należy nastawić się na powtórkę z rozrywki, ale też przy okazji zapomnieć na chwilę o codziennych problemach i zabić nudę. Dla miłośników lekkich powieści obyczajowo-romantycznych pozycja jak znalazł. Na podstawie "Absolwentki" powstał film o tym samym tytule, zatem w najbliższym czasie na pewno się z nim zapoznam, by poczynić porównania między nim a książką. Mam tylko nadzieję, że nie dostanę szału na widok rodzinki Malbych i ich szalonych zachowań, bo takowe potrafią nieźle podziałać na moje nerwy ;).

"Kobieta na Marsie, mężczyzna na Wenus" - Alix Girod de l'Ain

Wydawnictwo: Świat Książki, 2010.
Liczba stron: 240.
Oprawa: miękka.
Data rozpoczęcia: 23.07.2011.
Data zakończenia: 24.07.2011.
Moja ocena: 6/10.

Kilka miesięcy temu zapoznałam się z filmem o tym samym tytule. Spodobał mi się, taki w sam raz na niedzielne popołudnie, lekki i przyjemny, ale na jakaś rewelacja. Nie miałam wówczas pojęcia o istnieniu książki, na podstawie której powstała ta komedia. Do czasu aż nie zobaczyłam znanej mi okładki w sklepie na półce z książkami.

Fabuła zatem była mi w dużej mierze znana i wiedziałam, czego się spodziewać podczas lektury. Z początku wydawało mi się, że nie strawię języka, jakim została napisana ta powieść (dużo opisów, szczegółowych informacji i... cudzysłowów), ale szybko się przyzwyczaiłam i dalej czytanie szło jak z płatka. Książka nie należy do obszernych, a rozdziały odzwierciedlają poszczególne miesiące podczas trwania jednego roku. Najciekawsza akcja (moim zdaniem) ma miejsce od miesiąca kwietnia do sierpnia, kiedy to w małżeństwie Marsiaców następują wszelkie przeobrażenia związane ze zmianą tożsamości głównych bohaterów.

Już sama zamiana ról męża i żony sugeruje nam, że książka należy do pozycji humorystycznych, i faktycznie tak jest. Aczkolwiek może się wydawać, iż sytuacja małżeńska, przez którą przechodzili Ariana i Hugo, jest niemalże nierealna (chociażby ze względu na charakter prac podejmowanych przez bohaterów), dlatego należy podejść do tej powieści na luzie i nastawić się na rozrywkę. Przy okazji oczywiście, można dowiedzieć się co nieco na temat kobiet i mężczyzn ze strony psychologicznej. Na plan zmieniający męża w żonę, a żonę w męża, wpadła Ariana Marsiac, będąca zmęczona dotychczasowym trybem życia. Hugo Marsiac przystał na jej prośbę i wkrótce oboje rozpoczęli prace nad swoimi nowymi osobowościami. Nie obyło się więc bez zabawnych sytuacji, bo czy kobieta może poradzić sobie w firmie typowo męskiej, a mężczyzna w sprzedaży biżuterii, opieką nad dziećmi i zajmowaniu się domem? Książka ta pokazuje, że to wszystko jest możliwe, ale nie zawsze przynosi dobre skutki. Były momenty, w których bardzo denerwowała mnie postać Ariany i jej zachowanie. Toż to ona wymyśliła cały ten plan z zamianą ról, bo to jej nie odpowiadało życie, jakie prowadziła, a gdy sprawy zaczęły się układać i Hugo znakomicie radził sobie w roli matki i żony, wtedy Arianie znów się odwidziało i zaczęła robić wszystko, by ich życie rodzinne wróciło do dawnej normalności. Zirytowało mnie jej egoistyczne podejście do tych wszystkich spraw. Miałam wrażenie, że zazdrościła mężowi, który potrafił odnaleźć się w rolach obojga rodziców. Owszem, Hugo trochę zbyt dosłownie wcielił się w kobietę, ale przynajmniej jego postępowanie powodowało uśmiech na mej twarzy.

Jak zakończyła się powieść, tego zdradzać nie będę, ale mniej więcej takiego obrotu spraw się spodziewałam. Książka przyjemna, czyta się ją szybko, można się przy niej zarówno pośmiać, jak i poirytować (jak było w moim przypadku), ale dla zabicia wolnego czasu w sam raz.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...