Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Oficynka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Oficynka. Pokaż wszystkie posty

środa, 6 listopada 2013

"Literat" - Agnieszka Pruska

Wydawnictwo: Oficynka, 2013.
Liczba stron: 332.
Oprawa: miękka.
Rozpoczęcie lektury: 12.10.2013.
Zakończenie lektury: 14.10.2013.
Moja ocena: 4/10.

Powieść kryminalną, która miałaby ręce i nogi, nie jest łatwo napisać. Samo wymyślenie mordercy, za którym będą ganiać detektywi, nie wystarczy. Kryminał to niezwykle wymagający gatunek literacki. Jego książkowy przedstawiciel musi być dopracowany w każdym calu, by zachwycać. Dlatego nie może w nim zabraknąć takich elementów składowych, jak wyraziste postaci, nieustające napięcie, konkretne tempo akcji czy genialna zagadka wiążąca się z tym, co najlepsze: z osobą przestępcy, motywami jego działania i przestępstwami. W "Literacie" Agnieszki Pruskiej zdecydowanie brakuje kilku takich właśnie elementów. Zatem nie mogę o nim napisać, że jest dobrym kryminałem.

Zaczyna się niebanalnie. Podczas porannego joggingu pewien mieszkaniec Gdańska znajduje... mumię. Ściślej rzecz biorąc - zmumifikowane zwłoki zaginionej niegdyś kobiety, Wiolety Ludy. Dochodzeniem w sprawie tego nietypowego morderstwa kieruje nadkomisarz Barnaba Uszkier. Mijają dni i tygodnie, a "sprawa mumii" nie zostaje rozwiązana. Po raz pierwszy w historii swej pracy Uszkier ma do czynienia z wyrafinowanym zabójcą, któremu ani się śni dać się złapać. Niedługo potem na głowy gdańskich śledczych spada kolejne morderstwo - tym razem ofiara została otruta i zakopana na nadmorskiej plaży. Czy Uszkierowi uda się namierzyć sprawcę i zachować w ten sposób twarz?

Akcja utworu Pruskiej toczy się niespiesznie przez kilka zimnych miesięcy - od października 2011 roku do końca marca 2012 roku. Jest on podzielony na sześć części, które są niemalże nieodczuwalne - brakuje w nich bowiem rozdziałów, a także większych odstępów między wierszami w tekście w miejscach, gdzie następuje zmiana czasu lub miejsca akcji. To niezbyt wygodny i estetyczny zabieg. A skoro już jestem przy estetyce, muszę wspomnieć, iż nie podobały mi się również rozległe akapity w powieści. Są one jednak uwarunkowane nieudolnym prowadzeniem przez autorkę fabuły, którą osadzono praktycznie w jednym miejscu - na komendzie policji w Gdańsku. Pracy Uszkiera i jego podwładnych w terenie nie uświadczysz w "Literacie", drogi czytelniku. No, może niezupełnie - kilka stron opisujących takową na pewno się znajdzie. Cała reszta natomiast to suche streszczenia i relacje z tego, czego dokonali policjanci "poza fabułą". Odbiorca bowiem nie towarzyszy im w trakcie przesłuchań świadków i rodzin ofiar czy badań zamordowanych osób. Wszystkiego dowiaduje się z wymiany zdań i opowieści pomiędzy aspirantami, podkomisarzami i sierżantami. Oni niemalże przesłuchują siebie nawzajem na komendzie, popijając kawkę i nieustannie wyrażając zniecierpliwienie wynikające z faktu, iż poszukiwany przez nich sprawca nadal jest na wolności. Z punktu widzenia czytelnika przeciętny dzień gdańskiego policjanta wygląda następująco: pobudka --> dojazd na komendę --> wymiana "poglądów" (koniecznie poprzedzona pytaniem "masz coś [nowego]?" skierowanym do współpracowników) --> powrót do domu --> sen. Nie widać (poza paroma wyjątkami) tego, w jaki sposób działa on praktycznie, czyli rozmawia ze świadkami, odwiedza miejsca zbrodni, zbiera dane i użyteczne informacje. Na domiar złego prawie przez całą książkę Pruskiej śledztwo w sprawie seryjnego mordercy, którym, jak można się domyślić już po przeczytaniu jej pierwszej strony, jest tytułowy literat, stoi w miejscu. Nieudolni śledczy, którzy potrafią prowadzić między sobą nawet kilkustronicowe dialogi, często kierują się intuicją, przypuszczeniami i bazują na przydatnych informacjach, które od czasu do czasu spadają im prosto z nieba. Z taką formą pracy policji jeszcze nigdzie się nie spotkałam - doprawdy niewiarygodna!

Przyjrzę się teraz bliżej postaciom wykreowanym przez Pruską. Zacznę może od spostrzeżenia, że autorka ma jakieś dziwne upodobanie w postaci nadawania bohaterom nietypowych nazwisk ujmujących powagi utworowi, który przecież nie jest komedią przygodową - nadkomisarz Barnaba Uszkier, sierżant Gołąb, aspirant Jadlina (nieustannie kojarzący mi się z padliną), podkomisarz Faja, ofiara Angelika Mięsko... Co gorsza, sama gubi się w tych nazwiskach i je przekręca (chyba że jest to wina osoby odpowiedzialnej za korektę) - Angelika Mięsko zmienia się od czasu do czasu w Agatę, z kolei inna ofiara Literata, Hieronim Burczak, występuje również pod nazwiskiem Burczyk. Ogólną charakterystykę postaci pojawiających się w "Literacie" zamknęłabym w jednym słowie - bezbarwni. Pisarka w paru zdaniach naświetla osobowość każdego z gdańskich policjantów - jak długo pracuje w zawodzie, co potrafi i co lubi. Nieco więcej uwagi poświęca Uszkierowi, ale i tak jego osoba wydaje się nijaka - lubi swoją pracę i kocha rodzinę: żonę (której obecność na stronicach powieści jest znikoma) i dwójkę synów, dziesięcioletniego Janka i dwunastoletniego Marka (którzy po szkole nie robią nic innego poza graniem w erpegi). Ach, bym zapomniała o ważnej rzeczy - Barnaba jest jasnowidzem. Tak, zgadza się, jasnowidzem - intuicyjnie przewidział bowiem wybrany przez seryjnego mordercę sposób popełnienia ostatniego morderstwa. Może nie byłoby to aż tak dziwne, gdyby nie fakt, iż Literat to psychol eksperymentujący z najrozmaitszymi metodami zadawania śmierci. I mógł wybrać jakąkolwiek z nich. No, ale najwyraźniej nie było mu dane uciec przed genialną intuicją Uszkiera.

Literat to beznadziejny przypadek psychicznego zabójcy zachowującego się jak walnięty dzieciak, którego bawi uśmiercanie ludzi na różne sposoby. O jego chaotycznych przemyśleniach na temat każdej zaplanowanej zbrodni można poczytać w książce - są one wyszczególnione kursywą. "Tyle jest wypadków. Ludzie giną w nich bez przerwy. Jakbym kogoś potrącił samochodem i udałoby mi się uciec z miejsca zbrodni, mogliby do mnie nie dojść. Nie i jeszcze raz nie! Żadnych przypadków! Świadkowie są wszędzie i mają oczy. To jak to zrobić? Najlepiej, jak bym uderzył go od przodu, pewnie by mu połamało kości miednicy, może kolana i piszczele.  A jak by wyleciał w powietrze, to byłby jeszcze bardziej porozwalany. Ciekawe, ile by żył po czymś takim? (...) Może mogę wybrać jakiś inny sposób? Mogę, czemu nie? Ale nie chcę! Chcę kogoś potrącić samochodem. Muszę spróbować, czy tak się uda kogoś zabić i nie zostać zauważonym. Nie będę miał bezpośredniego kontaktu z ofiarą. Ciekawe, jak to jest..."*. Dziwny gość, prawda? A dlaczego zabija? Niestety, nie było mi dane się tego dowiedzieć. Właściwie... wywnioskowałam, że robi to tak, o, po prostu - z ciekawości i dla frajdy. Jakiś czas temu wpadł na pewien chory pomysł i tak mu już zostało. Kompletnie to do mnie nie przemówiło. Zakończenie książki Pruskiej również bez szału.

Oj, pomarudziłam strasznie, no ale inaczej się nie dało. Obok tak poważnych wad powieści kryminalnej nie można przejść obojętnie. Nie twierdzę jednak, że jest ona beznadziejna. Udało mi się dobrnąć do jej końca i to całkiem sprawnie, to po pierwsze, po drugie - niektóre jej fragmenty (przykładowo nieliczne rozmowy policjantów ze świadkami czy praca w miarę kompetentnego patologa Widockiego) czytało mi się bardzo przyjemnie, a po trzecie - widać, że w Agnieszce Pruskiej drzemie jakiś potencjał. To samo można napisać o jej chęci pisania - z informacji zamieszczonej na tylnej okładce "Literata" jasno wynika, że w przyszłości być może powstanie kolejny utwór z Barnabą Uszkierem w roli głównej - ale dobrze by było, gdyby pisarka podreperowała swój warsztat, jeśli faktycznie zamierza pozostać przy kryminałach. Bo drugiej książki na poziomie "Literata" na pewno bym nie zniosła.

*s.152-153 (pisownia oryginalna zachowana; proszę jednak zwrócić uwagę na zły zapis słów "jakby" i "jakbym")

Za egzemplarz recenzencki uprzejmie dziękuję wydawnictwu Oficynka.
Recenzja napisana dla portalu IRKA.

niedziela, 21 kwietnia 2013

"Zapomnij, patrząc na słońce" - Katarzyna Mlek

Wydawnictwo: Oficynka, 2013.
Liczba stron: 256.
Oprawa: miękka.
Rozpoczęcie lektury: 30.03.2013.
Zakończenie lektury: 31.03.2013.
Moja ocena: 8/10.

Złe sny miewa chyba każdy. Niejednokrotnie przecież budziliśmy się w środku nocy z krzykiem, przerażeniem lub nawet płaczem, zlani potem, z szalenie bijącym sercem, które uspokajało się dopiero po dłuższej chwili, gdy zyskiwaliśmy pewność, że nic złego nie zagrażało nam lub naszym bliskim w rzeczywistości, że zły sen był tylko złym snem. Ale w przypadku siedmioletniej Hanki, głównej bohaterki książki Katarzyny Mlek, "Zapomnij, patrząc na słońce", koszmary przybierają zupełnie inny, przerażająco realistyczny wymiar. Dziewczynka uczestniczy w nich bardzo świadomie, a wszystko to za sprawą odwiedzającego ją w tych właśnie snach gadającego kruka. W mitologii kruka uważano za ptaka śmierci. Jeśli wierzyć sennikom, jego pojawienie się we śnie zwiastuje nieszczęście lub niebezpieczeństwo. I takie też skojarzenia nasuwają się, gdy chce się pokrótce opisać życie Hanki i jej bliskich. Dziewczynka wychowuje się w biednej śląskiej rodzinie. Mieszka z kochającym ojcem, Januszem, i okropną, nieczułą, ubolewającą nad swym losem matką, Sabiną. Hanka, nie dość, że na co dzień musi znosić słowną i fizyczną przemoc zadawaną jej ze strony rodzicielki, to na dodatek jest wykorzystywana psychicznie przez kruka, który ilekroć przylatuje do niej we śnie, zabiera ją w nieznane miejsca i ukazuje okrutne sceny, często związane ze śmiercią jakichś ludzi. Gdy na świat przychodzi Bartek, drugie niechciane dziecko Sabiny, życie jej i jej krewnych wywraca się do góry nogami na dobre. Wszelkie więzi pomiędzy poszczególnymi członkami rodziny Borowskich zaczynają tracić na wartości, a tajemnicze ptaszysko z koszmarów obiera sobie na cel kolejną ofiarę losu...

Kiedy w nowościach Oficynki ujrzałam piękną, a zarazem przerażającą okładkę książki "Zapomnij, patrząc na słońce", a następnie zapoznałam się z jej opisem, od razu postanowiłam sobie, że muszę ją przeczytać. Instynktownie czułam, że będzie to znakomita powieść psychologiczna i nie myliłam się. Wątki społeczno-obyczajowe i psychologiczne autorka w lekki sposób łączy tutaj z elementami thrillera, stwierdziłabym nawet, że horroru. Utwór świeci niepokojącym blaskiem smutku, strachu i cierpienia. Zaskakuje, od czasu do czasu także szokuje i sprawia, że czytelnik musi na chwilę przerwać lekturę i przetrawić sobie to, co przed kilkoma minutami czy sekundami przeczytał, przyswoić sobie to i dopuścić do świadomości, bo nie zawsze łatwo tego dokonać. To taka trochę niepozorna książka - niezbyt obszerna, ale kipiąca od nietuzinkowych wydarzeń, emocji i napięcia.

W niedługich rozdziałach Mlek naprzemiennie obrazuje poczynania i, co chyba ważniejsze, przemyślenia Hanki, Janusza i Sabiny. Dzięki temu odbiorca ma okazję przyjrzeć się bliżej tym postaciom, ich charakterom, dowiedzieć się, kto jest dobry, a kto zły, kto uczciwy, pełen troski, a kto kompletnie zagubiony, samotny i cierpiący. Akcja książki toczy się na przełomie bodajże kilkunastu lat. Hanka dorasta, ale jej życie nie jest usłane różami. Pomijając niektóre jego aspekty, można napisać, że jest ono pasmem wielkich wręcz nieszczęść. Kruk bowiem jej nie opuszcza, wymagając od niej coraz większego zaangażowania w przeciwdziałanie niebezpieczeństwom, jakich dziewczyna jest świadkiem we wstrząsających snach. Ich absurdalność jest tylko pozorna.

"Zapomnij, patrząc na słońce" to takie "Oszukać przeznaczenie" osadzone w polskich realiach. Jednym z faktów dotyczących tej powieści, który mnie zaskoczył, jest ten, iż Mlek, przedstawiając niektóre tragiczne wydarzenia, z jakimi musiała się zmierzyć główna bohaterka, inspirowała się prawdziwymi wypadkami i katastrofami, jakie miały miejsce na przełomie kilku ostatnich lat w Polsce i za granicą, i o których było bardzo głośno, chociażby w telewizji. Myślę, że większość czytelników będzie potrafiła sobie skojarzyć to i owo, nie będę więc przytaczać tutaj konkretnych przykładów, by nie zdradzić zbyt wiele.

"Zapomnij, patrząc na słońce" to rewelacyjna, z całą pewnością niebanalna i wciągająca lektura. Tak jak wspomniałam już wcześniej, nie należy do tych łatwych w odbiorze ze względu na szokujące, a także smutne portrety psychologiczne bohaterów oraz obszerny obraz tragizmu ludzkiego losu, ale mimo tego chce się w nią brnąć dalej i dalej. Odnoszę jednak wrażenie, że im bliżej końca utworu, tym prędzej i pobieżniej toczy się akcja, jakby autorka, z powodu braku pomysłów na jej rozwinięcie, chciała jak najszybciej postawić czytelnika przed zakończeniem. To trochę wpłynęło na moją ostateczną ocenę książki, ale, jak widać, naprawdę nie jakoś przesadnie mocno. Na koniec pragnę jeszcze dodać, że powieść Katarzyny Mlek byłaby dobrym materiałem na scenariusz filmowy. Myślę, że film powstały na jej podstawie mógłby jeszcze dogłębniej i brutalniej pokazać realia biednych i patologicznych polskich rodzin, nie wspominając już o katastroficznych scenach rodem z thrillera lub horroru, które na pewno szokowałyby i poruszały odbiorcę. Ale to tylko moje spostrzeżenia i przypuszczenia - pomarzyć przecież można, prawda? Póki co, gorąco zachęcam do przeczytania książki - naprawdę warto.

Za egzemplarz recenzencki uprzejmie dziękuję wydawnictwu Oficynka.
Recenzja napisana dla portalu IRKA.

środa, 13 marca 2013

"Kanalia" - Paweł Pollak

Wydawnictwo: Oficynka, 2013.
Liczba stron: 400.
Oprawa: miękka.
Rozpoczęcie lektury: 03.03.2013.
Zakończenie lektury: 05.03.2013.
Moja ocena: 8/10.

Po przeczytaniu "Kanalii" natychmiast nasunęło mi się na myśl stwierdzenie, iż Pol(l)ak jednak potrafi. Nie jest bowiem łatwo natknąć się w naszej rodzimej literaturze na naprawdę dobry, przyzwoity kryminał czy thriller, w każdym bądź razie ja szukałam takiego już od dłuższego czasu. I wreszcie znalazłam. Z twórczością Pawła Pollaka spotkałam się po raz pierwszy. Ów pisarz, nie dość, że ma już na swoim koncie trochę opowiadań kryminalnych i powieści, to na dodatek jest tłumaczem literatury szwedzkiej, a mimo to wcześniej jego nazwisko było mi zupełnie obce. Dziś oczywiście jest już inaczej - "Kanalia" zdecydowanie odnalazła się w charakterze mojego gustu i w wyniku tego już nie mogę się doczekać dnia, w którym poznam inne utwory jej autora, takie jak "Gdzie mól i rdza" oraz "Niepełni".

Przechodząc jednak do sedna, napomknę w kilku zdaniach na temat fabuły "Kanalii". Rzecz dzieje się w jednym z większych polskich miast. Z rzeki zostają wyłowione zwłoki młodej kobiety. Wkrótce potem, w podejrzanej dzielnicy, od uderzenia w głowę tępym narzędziem ginie pewien narkoman. A jakby tego było mało, pani architekt w średnim wieku zostaje znaleziona we własnym mieszkaniu po tym, jak ktoś bestialsko ją zamordował. Wszystkie trzy zbrodnie różnią się od siebie - zarówno sposobami ich dokonania, jak i ewentualnymi motywami zabójców. Ale czy rzeczywiście kompletnie nic je nie łączy i można mówić o kilku sprawcach? Inspektor Markowski, komisarz Senik oraz nowicjusz, aspirant Lepka, rozpoczynają najtrudniejsze w swych dotychczasowych karierach śledztwo. Odkrywając powoli tożsamości zamordowanych osób i ich działalności za życia, wkraczają w świat pełen tajemnic, intryg, obsesji i przestępstw na tle seksualnym, które rodzą jeszcze więcej pytań i znacznie utrudniają dochodzenie.

Oficynkowe wydanie "Kanalii" jest drugim wydaniem tej książki, ale ze względu na niewłaściwe zabiegi redakcyjno-korekcyjne poprzedniego wydawnictwa, autor, jak zaznacza na swym blogu, jest skłonny uznać je nie za kolejne, lecz to właściwe. Rzeczywiście chyba nie można mieć do niego zastrzeżeń, przynajmniej ja ich nie mam - okładka niezwykle wyrazista, przyciągająca wzrok, związana z treścią kryminału, natomiast jego wnętrze nie grzeszy fatalną korektą, dzięki czemu czyta się go po prostu świetnie. Powieść składa się z trzech części, a te z kolei z rozdziałów ukazujących zmagania policjantów ze śledztwem, przeplatanych zwierzeniami miłosnymi z przeszłości tajemniczego osobnika, które, rzecz jasna, pełnią istotną rolę, jeśli chodzi o całokształt treści utworu.

"Kanalię" czyta się błyskawicznie. Czterysta stron lektury w żadnym wypadku nie powinno nikogo zniechęcać. Akcja osadzona w granicach paru miesięcy pędzi jak szalona, na dodatek jest ciekawa i do samego końca nie przestaje intrygować. Pollak pisze swobodnie i zrozumiale, w tekście nie brakuje też humoru o ironicznym zabarwieniu wyrażonego przede wszystkim w dialogach, przemyśleniach i podejrzeniach bohaterów. A co można napisać o samych bohaterach? Na pewno dużo dobrego. Nie bez powodu książka ta doczekała się miana kryminału psychologicznego. Kryminał kryminałem, ale ten psychologiczny aspekt jest tutaj bardzo widoczny, szczególnie na przykładzie genialnej postaci mordercy - jego naszpikowana rozmaitymi, burzliwymi emocjami "spowiedź" pod koniec powieści to coś wręcz fantastycznego.

"Samolotem nagle zatrzęsło. Markowski pobladł i złapał się za oparcie fotela.
- Co to, kurwa, było?!
- Tylko turbulencje, nic takiego.
- Turbukurwa co?! Ja wysiadam!"*

Nie tylko osoba tytułowej kanalii odznacza się niebanalnym, wyrazistym charakterem. Na uwagę zasługują też kreacje policjantów Markowskiego, Senika i Lepki, tak bardzo różniących się między sobą, że czasem ów fakt wydobywał ze mnie parsknięcie śmiechem, a także wzbudzał poczucie niedowierzania i litości dla biednego Lepki, laika w policyjnym fachu, któremu, choć bardzo się starał, nic nie wychodziło tak jak powinno, przynajmniej w mniemaniu jego starszych kolegów. A ci starsi koledzy to nikt inny, jak policjanci z krwi i kości, surowi, pełni grzeszków, reprezentujący szarą, często brutalną rzeczywistość balansującą na pograniczu świata przestępczego i tego, który z lepszym lub gorszym skutkiem próbuje nad nim zapanować i zwalczyć go.

Reasumując, "Kanalia" to naprawdę udana powieść kryminalna z wątkami psychologicznymi, po którą trzeba sięgnąć, zwłaszcza jeśli jest się miłośnikiem tego gatunku. Jej autor wodzi czytelnika za nos, stopniowo odkrywając karty przerażających zbrodni, sprytnie błądząc pomiędzy licznymi potencjalnymi mordercami i innymi przestępcami, by ostatecznie zaskoczyć go nietuzinkowym zakończeniem. Tak jak wspomniałam już na początku tejże opinii, było to moje pierwsze spotkanie z prozą tego pisarza, ale z całą pewnością nie ostatnie. Liczę też na to, że Paweł Pollak nie porzuci w najbliższym czasie pisania książek. Jest w tym za dobry, by przestać to robić. Warto przyjrzeć mu się bliżej. Polecam.

*s.203

Za egzemplarz recenzencki uprzejmie dziękuję wydawnictwu Oficynka.
Recenzja napisana dla portalu IRKA.

poniedziałek, 31 grudnia 2012

"Schodząc ze ścieżki" - Tomasz Jamroziński

Wydawnictwo: Oficynka, 2012.
Liczba stron: 488.
Oprawa: miękka.
Rozpoczęcie lektury: 18.12.2012.
Zakończenie lektury: 26.12.2012.
Moja ocena: 6/10.

Tomasz Jamroziński to urodzony w 1978 roku absolwent filologii polskiej na Uniwersytecie Jagiellońskim. Poeta, autor takich tomów wierszy, jak "stenogramy", "Przylądek do skrócenia" i "Mężczyźni są z Warsa". Publikował m.in. w "Twórczości", "Czasie Kultury", "Ha!arcie", "Kresach", "Odrze". "Pograniczach" i "Gazecie Wyborczej". Laureat kilkunastu ogólnopolskich konkursów poetyckich. W 2012 roku zadebiutował jako prozaik, powołując do życia kryminał "Schodząc ze ścieżki", którego akcja została osadzona w Częstochowie, jego rodzinnym mieście.

Jest rok 2008. Aspirant z częstochowskiej policji, Bartosz Zdaniewicz, przez przypadek znajduje się w posiadaniu dokumentów pewnej sprawy sprzed jedenastu lat. Nad glinianką Michalina popełniono wtedy okrutne morderstwo - zginęło dwóch nastolatków, z kolei trzeci ledwo uszedł z życiem. Śledztwo bardzo szybko zakończyło się sukcesem, kiedy to za przestępcę uznano miejscowego menela, który przebywał wówczas nad glinianką i rzekomo przyznał się do popełnienia zbrodni. Akta znalezione przez Zdaniewicza mówią co innego, siejąc w głowie młodego policjanta mnóstwo podejrzeń co do przebiegu tej sprawy zabójstwa oraz nadzieję na wznowienie dochodzenia i wykazanie się w policyjnych obowiązkach. Z odkryciem dzieli się z kolegą z pracy, komisarzem Andrzejem Wołoszynowem, który, oczywiście nieoficjalnie, decyduje się mu pomóc, zerkając na dawną sprawę świeżym okiem. Szybko jednak wychodzi na jaw, że komuś bardzo nie podobają się poczynania policjantów. A tego, że grzebanie w przeszłości wywoła wiele niepożądanych skutków w postaci różnego rodzaju zagrożeń i niebezpieczeństw, Zdaniewicz i Wołoszynow się nie spodziewali...

Omawiając debiut Jamrozińskiego, zacznę może od jego pisarskiego stylu. Bez wątpienia bowiem jest on dość oryginalny, taki bardzo określony, przez co kilkakrotnie nie mogłam się nadziwić, że utwór "Schodząc ze ścieżki" to dopiero początek przygody pisarza z prozą. Na samym początku byłam zachwycona niezwykle swobodnym i pikantnym językiem, później jednak liczba ochujalców, pierdolonych skurwieli i nieco dziwacznych powiedzonek starego Wołoszynowa zaczęła mnie przerastać i czytanie książki stało się trochę mniej przyjemne. Chcąc nie chcąc, wypatrzyłam też mały błąd w wyrażeniu "ot tak" pisanym przez autora "od tak", który pojawił się w tekście bodajże dwukrotnie.

Inna sprawa to realizm, który w powieści został zaakcentowany z niemal namacalnym skutkiem. Jamroziński przytacza obraz raczej nieznanej, bo mrocznej, Częstochowy, a ponadto bez ogródek pisze o polskiej policji i prokuraturze, ukazując je w niezbyt dobrym świetle. Bohaterowie są do bólu prawdziwi - szczerzy, cwani, wredni, irytujący, liczący na określone korzyści albo leniwi. Klimat tego kryminału jest raczej surowy, a humor pojawiający się na jego stronach nosi ślady czarnego humoru i ironii.

Na koniec parę słów na temat nietuzinkowego duetu postaci pierwszoplanowych, czyli Bartosza Zdaniewicza i Andrzeja Wołoszynowa. Pierwszy z nich - jeszcze niedoświadczony, ale pełen zapału aspirant, borykający się - oprócz problemów związanych z wykonywanym zawodem - także z problemami sercowymi i kłopotami w dogadywaniu się z wybuchowym Wołoszynowem. Ów komisarz bowiem to nieprzebierający w słowach osobliwy, acz inteligentny pijaczyna po przejściach, którego przeszłość nieustannie kładzie się cieniem na teraźniejszości. Już po samym opisie obu bohaterów łatwo stwierdzić, że z nimi nudno być nie może. I rzeczywiście, ich przygody, choć do godnych pozazdroszczenia nie należą, są ciekawe i niebanalne. Od czasu do czasu jednak miałam wrażenie, że w książce było za dużo gadania, a mało działania, przez co fabuła zdawała się nie mieć końca. Zamknięta sprawa sprzed jedenastu lat okazała się bombą z opóźnionym zapłonem i to rzeczywiście bardzo mnie zaintrygowało. Ale już sam finał utworu nie zrobił na mnie większego wrażenia - Jamroziński jakby stopniował napięcie i powoli wydzielał ważne fakty i szczegóły, które były w stanie doprowadzić mnie do rozwiązania głównej zagadki morderstwa wcześniej aniżeli dopiero wraz z ostatnią stroną powieści.

"Schodząc ze ścieżki" to spora dawka sensacji, typowo męskiego kryminału z charakterem, która z pewnością zdobędzie uznanie miłośników gatunku. Mnie on wprawdzie nie zafascynował jakość dobitnie, ale czas spędzony na jego lekturze wspominam całkiem miło. Jestem ciekawa, czy duet Zdaniewicz-Wołoszynow pojawi się jeszcze kiedyś w literackim świecie. To samo mogę napisać o prozie Tomasza Jamrozińskiego - byłoby przecież szkoda, gdyby autor, po tak udanym debiucie powieściowym, zaprzestał pisania książek. Trzymam kciuki za jego dalszą twórczość.

Za egzemplarz recenzencki uprzejmie dziękuję wydawnictwu Oficynka.
Recenzja napisana dla portalu IRKA.

środa, 6 czerwca 2012

"Ostre cięcie" - Max Allan Collins

Wydawnictwo: Oficynka, 2012.
Liczba stron: 296.
Oprawa: miękka.
Rozpoczęcie lektury: 31.05.2012.
Zakończenie lektury: 04.06.2012.
Moja ocena: 7/10.

Max Allan Collins to amerykański autor licznych powieści (także opartych na filmach czy serialach, jak na przykład "Mumia", "Król Skorpion", "Różowa Pantera"), scenariuszy, komiksów i opowiadań. Niewiele z nich jednak zostało wydanych w Polsce. Jedną z serii, która pojawiła się w naszym kraju, jest seria książek na podstawie słynnego serialu kryminalnego "Zabójcze umysły". Pierwsza jej część nosi tytuł "Ostre cięcie".

Do powyższej powieści podeszłam z małą dawką sceptycyzmu, a zarazem o wiele większą już dawką ciekawości. Bo zazwyczaj to filmy i seriale powstają na podstawie książek, a nie na odwrót, prawda? Przez chwilę nawet zastanawiałam się, czy aby Collins nie opisał w swym utworze jednego z odcinków "Zabójczych umysłów", ale nie, nic z tych rzeczy. Stworzył po prostu jakby kolejny odcinek serialu, tyle że w formie pisanej. W formie takiego bardzo rozbudowanego scenariusza.

Dlaczego "Zabójcze umysły" odniosły wielki sukces w wielu krajach na całym świecie? Co takiego w sobie mają? Przecież to kolejny serial kryminalny z mnóstwem zagadek dotyczących najbardziej wymyślnych zabójstw i innych przestępstw. No tak, ale to nie jest zwyczajny serial kryminalny. Jego fabuła bowiem koncentruje się nie na samym rozwiązaniu sensacyjnej sprawy, ale przede wszystkim na analizie działań przestępców. To takie psychologiczne zaglądanie w umysł zabójcy w wykonaniu odpowiednio wykwalifikowanych agentów FBI, należących do Jednostki Analiz Behawioralnych. Kryminalistyka to jedno, a behawiorystyka - drugie.

A zatem poznajmy niezastąpioną i jedyną w swoim rodzaju ekipę JAB. Na jej czele stoi starszy agent specjalny Aaron "Hotch" Hotchner - wysoki brunet o niemal zawsze poważnych rysach twarzy, rzadko kiedy rozstający się ze swoim garniturem. To człowiek znający się na rzeczy i nigdy nie ma z nim żartów. Najstarszym członkiem grupy jest Jason Gideon, preferujący spokojny profesorski styl bycia, człowiek o mocnej szczęce i inteligentnym spojrzeniu. Cieszy się niemal takim samym uznaniem wśród reszty zespołu, jak Hotch. Dalej mamy Dereka Morgana, ciemnoskórego i zabójczo przystojnego trzydziestokilkulatka, specjalizującego się w broni palnej, materiałach wybuchowych i sztukach walki. Ostatnim męskim przedstawicielem JAB jest doktor Spencer Reid, niesamowicie uzdolniony dwudziestopięciolatek o twarzy chłopca, przez co rzadko kto traktuje go poważnie. Posiada doktorat z chemii, matematyki i inżynierii, potrafi czytać z prędkością dwudziestu tysięcy słów na minutę, ma doskonałą pamięć wzrokową, a jego iloraz inteligencji wynosi 187. Przejdźmy teraz do przedstawicielek płci pięknej. Na pierwszy plan wysuwa się Emily Prentiss, elegancka brunetka, do której jednak jeszcze nie wszyscy członkowie JAB są przekonani - agentka bowiem nalegała na pracę w tej jednostce, zastępując lubianą przez wszystkich Elle Greenaway. Dalej mamy Jennifer "JJ" Jareau, sympatyczną blondynkę odpowiadającą za kontakty z prasą i mediami. A na koniec nie można zapomnieć o oryginalnej i barwnej postaci, jaką jest wyśmienity, niemający sobie równych technik, komputerowy analityk danych, Penelope Garcia.

Zespół JAB cechuje niewiarygodnie ogromna różnorodność charakterów, a co za tym idzie, świetna współpraca i zazwyczaj satysfakcjonujące rezultaty jej działań. Każdy z członków tej grupy specjalizuje się w określonej dziedzinie psychologii, prawa czy kryminalistyki, przez co ich wspólne dyskusje, burze mózgów i rozważania na temat poszukiwanych sprawców zbrodni wzajemnie się uzupełniają, tworząc profile tychże osobników. Hotch, Gideon, Morgan, Reid, Prentiss, JJ i Garcia są zawsze zwarci i gotowi. Niesamowicie zdolni i pracowici. A ich praca, choć niezwykle niebezpieczna, jest pełna zagadek, a więc bardzo interesująca i intrygująca.

Sprawa, z jaką muszę zmierzyć się agenci FBI w "Ostrym cięciu", dotyczy morderstw dokonywanych na bezdomnych. W Lawrence w stanie Kansas zostają znalezione zwłoki kilku takich osób, które zginęły od pchnięcia nożem, a co najdziwniejsze, były czyste i ubrane w nowe ciuchy. Natomiast pozornie niezwiązana z tą pierwszą sprawa tyczy się uprowadzenia pewnej młodej dziewczyny z dobrego domu. Pozornie, bo, jak można się domyślić, JAB szybko powiąże ze sobą oba te incydenty. Wygląda na to, że nic się tutaj nie zgadza, nic do siebie nie pasuje, a działania przestępcy są niezrozumiałe. Przed agentami nie lada wyzwanie. To, że rozwiążą tę sprawę do końca, nie ulega wątpliwości, ale jakie będą tego skutki?

Collins posługuje się niezwykle prostym, czasem nawet zbyt banalnym językiem. Zwraca uwagę czytelnika na istotne szczegóły, ale czasami przesadza z dokładnością, jak na przykład w opisywaniu ubioru każdego z członków JAB niemal każdego dnia. W powieści mnóstwo jest dialogów - nic dziwnego, w końcu jej bohaterowie cały czas intensywnie myślą i wyrażają własne opinie na temat poszczególnych działań swoich oraz niezidentyfikowanego sprawcy. Może się to wydawać trochę chaotyczne, ale w rzeczywistości utwór czyta się całkiem dobrze, przyjemnie i szybko.

Są ofiary. Jest morderca. Jest zagadka i napięcie. Max Allan Collins niejednokrotnie zaskakuje przebiegiem zdarzeń, pojawianiem się nowych faktów i tajemnic. Finał "Ostrego cięcia" również nie należy do banalnych i za to duży plus. Do samego końca nie byłam pewna, kto, jak i dlaczego, a część moich domysłów po prostu diabli wzięli. "Zabójcze umysły" polecam zarówno w formie filmowej, jak i książkowej, wszystkim miłośnikom dobrego kryminału, psychologii i behawiorystyki. To doskonała rozrywka, choć czasem warto "wykorzystać" swoje stalowe nerwy, bo w wykonaniu twórców serialu wszystko jest możliwe, przerażające i okrutne.

Za książkę dziękuję portalowi Zbrodnia w Bibliotece.

poniedziałek, 28 maja 2012

"Wieża Sokoła" - Katarzyna Rogińska

Wydawnictwo: Oficynka, 2011.
Liczba stron: 296.
Oprawa: miękka.
Rozpoczęcie lektury: 27.05.2012.
Zakończenie lektury: 28.05.2012.
Moja ocena: 7/10.

Katarzyna Rogińska to pochodząca z Gdańska pisarka, z wykształcenia psycholog, od 1990 roku pracująca w zawodzie. Zajmuje się dziećmi i młodzieżą niepełnosprawną intelektualnie oraz psychologią sądową. W swych utworach i publikacjach często porusza tematykę związaną właśnie z powyższą nauką. Dotychczas wydała dwie powieści z gatunku thrillera - "Jeśli czegoś pragnę" oraz "Wieżę Sokoła".

"Wieża Sokoła" została napisana w 2010 roku. To na swój sposób oryginalny thriller z elementami psychologii, horroru i kryminału, opowiadający o potwornościach, do jakich są zdolni ludzie. Autorka uświadamia czytelnikowi, że w wielu z nas, jeśli nawet nie w każdym z nas, istnieje gdzieś w najgłębszych zakamarkach duszy i ciała cząsteczka odpowiadająca za nieczyste myśli i uczynki. U niektórych osób objawia się ona w mniej, a u niektórych bardziej widoczny sposób. Bohaterowie powieści borykają się ze swoimi słabościami, próbując zaspokoić własne pragnienia czy odkupić winy za swoje grzechy. Tak naprawdę żaden z nich nie jest do końca świadomy własnego życia, otaczającej go rzeczywistości i niebezpieczeństw czyhających na niego na każdym kroku.

Historia zaczyna się banalnie i naiwnie pod postacią roztargnionego i nieprzemyślanego zachowania greckiej nastolatki, Dymitry Papadopulas. Dziewczynie nie wiedzie się najlepiej w rodzinnym kraju. Zafascynowana chłopakami i polityką Grecji, opuszcza się w nauce i ostatecznie nie zdaje matury. Jej rodzice są bliscy rozwodu, a teraz na dodatek wyzywają ją od nieuków i nierobów. Dymitra zostaje wysłana do pracy w jednym z ośrodków wypoczynkowych, gdzie po jakimś czasie poznaje przystojnego, starszego od niej polskiego lekarza, Edwarda Rzeszczyńskiego, i jego matkę. Zakochując się w mężczyźnie bez pamięci, decyduje się na wyjazd do Polski w celu podjęcia nowej pracy - pomocy przy nieuleczalnie chorej żonie Edwarda. Po kilku miesiącach nudnej pracy i, wydawać by się mogło, w końcu odwzajemnionej miłości Rzeszczyńskiego, sytuacja Dymitry diametralnie się zmienia, gdy ulega pewnemu wypadkowi. Wypadkowi, po którym jej życie nabiera barw przemocy i okrucieństwa. Od tej pory jej największym marzeniem jest to, by zasnąć i już nigdy się nie obudzić.

Czytając opis z tylnej okładki "Wieży Sokoła", nastawiłam się na brutalny, ociekający grozą thriller z ofiarą wyszukanej przemocy w roli głównej. Otóż pragnę od razu zaznaczyć, że ta książka okazała się zupełnie inna niż ją sobie wyobrażałam. Przemocy i okrucieństw bowiem nie ma w niej tyle, by mogły wręcz przelewać się na stronach powieści.

Można też stwierdzić, że postać Dymitry nie jest tą najważniejszą, gdyż oprócz niej Rogińska wykreowała dwa inne, ciekawe portrety psychologiczne bohaterów. Dlatego właśnie utwór podzielony jest na trzy części, z których każda odpowiada innemu bohaterowi. Jest wśród nich Dymitra, niepełnosprawny i niewyżyty seksualnie Krzysztof, jeden z oprawców dziewczyny, oraz Helena, wielbicielka kotów, była psycholog, borykająca się z traumatyczną przeszłością, przez przypadek wplątana w historię Greczynki. To właśnie z perspektywy tej trójki postaci jest ona przedstawiona i zgrabnie łączy ze sobą poszczególne elementy układanki w spójną całość. Czytelnik ma okazję poznać skutki bezmyślnego zachowania rozpuszczonej nastolatki, chore, czasem wręcz obrzydliwe fantazje seksualne zdeformowanego fizycznie mężczyzny, a także balansowanie pomiędzy rzeczywistością a obłędem starszej pani psycholog, która jakimś cudem potrafi rozmawiać z... kotami, a okrutne wydarzenia z jej przeszłości przeplatają się z teraźniejszością. Jak zatem można zauważyć, każdy z tych bohaterów ma w sobie coś, co przyciąga uwagę, wzbudza zainteresowanie, a zarazem mnóstwo emocji i krztę napięcia. Ich charaktery i wydarzenia, w jakich biorą udział, przypisałam poszczególnym gatunkom literackim, jakie można znaleźć w "Wieży Sokoła". I tak, historia Dymitry przywołuje na myśl romans ocierający się o dramat, Krzysztofa - przypomina thriller, a momentami nawet horror, natomiast Heleny - kryminał w czystej postaci, choć nie brakuje w nim tych elementów psychologicznych. Tego rodzaju połączenie bardzo przypadło mi do gustu, mimo że część druga powieści, czyli ta dotycząca Krzysztofa, trochę zniechęciła mnie brutalnymi i wulgarnymi opisami, a samo zakończenie książki zaskoczyło lekką banalnością i jakby pośpiechem autorki.

Na ogół jednak styl i warsztat pisarski Rogińskiej oceniam na bardzo dobry; tam, gdzie trzeba, nieprzypominający naszego kraju, a gdzie indziej znowu typowo polski, pełen swobody w wyrażaniu myśli, humoru, no i wulgaryzmów. W tekście utworu występują nieliczne dialogi, za to przeważają rozbudowane akapity przypominające monologi odzwierciedlające myśli i działania bohaterów. Dlatego czuć tę lekkość i bezpośredniość ich wypowiedzi, a przy tym profesjonalizm pisarki.

"Wieża Sokoła" to zaskakująca książka pod względem zarówno treści, jak i charakteru, za pomocą którego została ona przedstawiona - takiej jeszcze nie czytałam. Tak naprawdę do samego końca nie wiadomo, czego się po niej spodziewać. Na swój sposób jest dziwna i intrygująca, więc wszystko może się zdarzyć. Ma w sobie fragmenty mało ciekawe, nudne, odrażające, ale też pełne napięcia, dzięki czemu kartki powieści w czasie lektury przewracają się niemalże same i to w bardzo szybkim tempie. Niełatwo jest pogodzić się z własnym losem, szczególnie wtedy, gdy nie jest on dla człowieka łaskawy. Katarzyna Rogińska ukazuje najciemniejsze i najbardziej zaskakujące strony istoty ludzkiej, która, postawiona przed faktem dokonanym, jest zdolna do wszystkiego, sprytna i nieobliczalna. Jak na moje dopiero drugie spotkanie z polską literaturą kryminalną, jestem z niego zadowolona i mam nadzieję, że tak dobrych, a nawet jeszcze lepszych będzie w najbliższym czasie więcej.

Za książkę dziękuję portalowi Zbrodnia w Bibliotece.

Baza recenzji
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...