Pokazywanie postów oznaczonych etykietą angielska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą angielska. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 22 września 2014

"Poza błękitem oceanu" - Belinda Jones

Tytuł oryginału: "Out of the Blue".
Tłumacz: Jolanta Dąbrowska.
Wydawnictwo: Olé, 2014.
Liczba stron: 448.
Oprawa: miękka.
Rozpoczęcie lektury: 12.09.2014.
Zakończenie lektury: 14.09.2014.
Moja ocena: 7/10.

Z racji tego, iż spora część życia Belindy Jones obejmowała i nadal obejmuje podróżowanie, w jej książkach również nie brakuje wątków z nim związanych. Przekonałam się o tym, czytając jeden z jej utworów, "Poza błękitem oceanu". Przyciągnął on moją uwagę przede wszystkim z powodu... tak, dokładnie, Grecji, którą od wielu lat jestem zauroczona, mimo że nie było mi jeszcze dane jej odwiedzić (pozaliteracko, rzecz jasna). Ponadto potrzebowałam na koniec lata zanurzyć się w odprężającej, typowo wakacyjnej lekturze, która przedłużyłaby tolerowane przeze mnie upały i bezchmurne niebo chociaż w moich myślach, mojej wyobraźni. I tak też się stało. Przez bite trzy dni miałam okazję cieszyć się nie tylko promieniami greckiego słońca i błękitem morza, ale też cudownymi widokami kreteńskich i ateńskich zakamarków. No i pewnego przystojnego Greka, trzeba dodać, w końcu jego rola jest tutaj niemała, a jego seksualność nad wyraz demonstrowana. Komu najbardziej zawrócił w głowie ów mężczyzna? Mała podpowiedź - wcale nie chodzi o moją skromną osobę...

Warto też najpierw zauważyć, że to jemu, Alekosowi Diamantakisowi, wpadła w oko pewna kobieta, mianowicie Selena Harper, Angielka pracująca na statkach wycieczkowych. Natarczywe próby poderwania jej podczas jednego z rejsów kończą się dla Alekosa fiaskiem i dorobieniem się etykietki pewnego siebie uwodziciela. Ale on nie daje za wygraną. I sprytnie udaje mu się wykombinować, by część nadchodzącego urlopu Selena spędziła na Krecie w jego towarzystwie, pomagając w prowadzeniu ośrodka sportowego należącego do brata Diamantakisa. Czy Harper, doświadczona podróżniczka niemogąca znaleźć swego miejsca w świecie, będzie potrafiła dostrzec piękno Eloundy, niewielkiej wioski rybackiej, przystopować i choć raz odetchnąć pełną piersią? Czy uświadomi sobie, że wszelkie zamiary Alekosa względem jej upartej osoby są całkowicie szczere i poważne?

Wbrew pozorom "Poza błękitem oceanu" nie kwalifikuje się do banalnych czy ckliwych do bólu romansów. Bardziej jest to powieść przygodowa z wątkiem miłosnym, z której można dowiedzieć się co nieco o pracy w branży turystycznej, o wspomnianej wyżej Eloundzie i jej wartych uwagi okolicach oraz Atenach, bo do tego miasta również akcja na jakiś czas się przenosi. Prawdę pisząc, nie spodziewałam się, że książka Jones rozkręci się na tyle, że uda jej się uciec od utartych schematów charakterystycznych dla romansideł. Na początku bowiem musiałam znosić nieustający sceptycyzm Seleny uważającej Alekosa za łamacza damskich serc, co było jakby głównym punktem fabuły. W porządku, dziewczyna przejechała się na wcześniejszych związkach i do kolejnych podchodzi z dużą dozą ostrożności, ale jej ciągłe złośliwe aluzje i przytyki w stosunku do tego greckiego boga nieodstępującego jej niemalże na krok, sugerujące, że jest on niegodnym zaufania facetem, stawały się z czasem nużące i wydawały zbyt liczne, niepotrzebne. Ale oczywiście znajomość Seleny i Alekosa przeobraża się stopniowo we wzajemne zauroczenie, a następnie miłość. Wówczas zaczynają następować po sobie zdarzenia i zbiegi okoliczności prowadzące do wielu nieporozumień i zwątpienia Harper w jej nową - żywszą, weselszą i szczęśliwszą - wersję siebie, jaką stała się dzięki Alekosowi, który uczulił ją na prostotę i piękno otaczającej natury. Będzie trochę radości, śmiechu, miłych, ale i niemiłych niespodzianek, uczucia bezradności, cierpienia i łez. Z miłością nie warto igrać! Nie dopuszczając jej do siebie, możemy się nieźle sparzyć, kiedy dopadnie nas ze zdwojoną siłą w najmniej spodziewanym momencie lub po prostu za późno...

Oprócz dwójki głównych bohaterów w utworze pojawia się kilka - mniej lub bardziej sympatycznych - postaci drugoplanowych, takich jak Cherry i Jules, przyjaciółki Seleny, oraz poznany przez nią na plaży Greg, rozbrajający swoją nieśmiałością i nieporadnością rozwodnik z Anglii. Niewielki epizod w powieści Jones "zagrała" nawet sama Nia Vardalos, aktorka znana przede wszystkim z ról komediowych w "Moim wielkim greckim weselu" i "Mojej wielkiej greckiej wycieczce", tytułach, które niegdyś zrobiły na mnie pozytywne wrażenie. Pisarka bowiem wplotła w treść swojej historii wątek kręcenia z Vardalos na Akropolu tego drugiego filmu właśnie, co pozwoliło mi utwierdzić się w przekonaniu jeszcze bardziej, że "Poza błękitem oceanu" w kwestii klimatu troszeczkę przypomina "Moją wielką grecką wycieczkę" oraz że na podstawie tej książki mogłaby powstać całkiem ciekawa i warta obejrzenia (jak dla mnie głównie ze względu na zdjęcia Grecji) ekranizacja.

Utwór Belindy Jones to przyjemna i niewymagająca lektura. Okraszona świetnymi przysłowiami i myślami greckich uczonych, z których kilka musiałam sobie zapisać w celu ewentualnego zapamiętania, oraz nie mniej atrakcyjnymi opowieściami i mitami o greckich bogach i innych stworzeniach. Pełna przygód typowych dla urlopowiczów, jak również zaskakujących zwrotów akcji charakterystycznych dla rozterek miłosnych, a więc opieranie się uczuciom, namiętność, pożądanie, zauroczenie, nauka ufania, zazdrość, rozczarowanie, zemsta i te sprawy. Myślę, że powieść "Poza błękitem oceanu" spodoba się wielu miłośnikom (a raczej miłośniczkom) kraju bogów, słońca i oliwek, lekkich, nieprzesłodzonych, z odrobiną humoru historii romantycznych i szczęśliwych zakończeń. Polecam na nudne popołudnia i wieczory.

Za egzemplarz recenzencki uprzejmie dziękuję grupie wydawniczej Foksal / wydawnictwu Olé.
Recenzja napisana dla portalu IRKA.

sobota, 20 września 2014

"Kobieta, która przez rok nie wstawała z łóżka" - Sue Townsend

Tytuł oryginału: "The Woman Who Went to Bed for a Year".
Tłumacz: Adam Pluszka.
Wydawnictwo: W.A.B., 2014.
Liczba stron: 480.
Oprawa: miękka ze skrzydełkami.
Rozpoczęcie lektury: 11.09.2014.
Zakończenie lektury: 12.09.2014.
Moja ocena: 2/10.

Życie Sue Townsend nie było usłane różami. W wieku piętnastu lat porzuciła szkołę, po czym imała się różnych zajęć, takich jak praca w sklepie, na stacji benzynowej i jako recepcjonistka, za mąż wyszła, mając lat osiemnaście, a nieco później została samotną matką. Te oraz kolejne doświadczenia, w tym drugie małżeństwo, stały się inspiracją do tworzenia powieści, sztuk i ich bohaterów. Literacki sukces osiągnęła głównie dzięki serii książek o Adrianie Mole'u, która doczekała się adaptacji w postaci miniserialu, sztuki teatralnej i gry komputerowej. Inne utwory tej angielskiej pisarki to m.in. "Królowa i ja", "Widmowe dzieci", "Numer 10" i najnowsza, a zarazem ostatnia, "Kobieta, która przez rok nie wstawała z łóżka", o której będzie mowa w niniejszej opinii. Townsend, pomijając fakt, iż chorowała na cukrzycę, która doprowadziła do utraty wzroku, w późniejszym etapie swojego życia borykała się z wieloma innymi dolegliwościami i chorobami. Zmarła w kwietniu 2014 roku na skutek powikłań po udarze mózgu. Miała 68 lat.

O powieściach o Mole'u usłyszałam już dość dawno, ale zanim zdołałam zabrać się za lekturę którejś z nich, w moje ręce wpadła tegoroczna nowość polskiego rynku wydawniczego, czyli wspomniana wyżej "Kobieta, która przez rok nie wstawała z łóżka". Okładka tej pozycji, o jaką postarało się wydawnictwo W.A.B., zrobiła na mnie megapozytywne wrażenie - minimalizm to coś, co lubię, a ta wszywka z logo wydawnictwa to po prostu wisienka na torcie, która rozśmieszyła mnie bardziej niż treść utworu ukryta pod tą okładkową puchową poduszką. Niestety! Rozczarowała mnie ona ogromnie. Prawdę pisząc, okazała się jedną z moich największych porażek czytelniczych tego roku. Chaos, szaleństwo i zero powodów do uśmiechu - tak w skrócie mogę określić powieść Townsend. I to nie tak, że nie bawi mnie angielski humor. Najwyraźniej jego forma - pełna absurdalnych i budzących w czytelniku niedowierzanie sytuacji - zaprezentowana przez tę pisarkę jest po prostu nie dla mnie. A naprawdę liczyłam na jakąś przyzwoitą obyczajówkę. Albo komediodramat. Przecież los kobiety, która pewnego dnia postanawia wejść do łóżka i opuścić je dopiero po kilku lub kilkunastu miesiącach, musi obfitować w interesujące i zabawne zwroty akcji, prawda? Nie sądziłam jednak, że będą one tak przerysowane!

Już sam pomysł na to, by główna bohaterka, zdrowa fizycznie pięćdziesięciolatka, Eva Beaver, nie wychodziła z łóżka przez wiele dni, wydaje się nieco dziwny, ale i intrygujący. Mimo że w głowie odbiorcy natychmiast rodzi się pytanie, czy aby na pewno ta pani jest zdrowa na umyśle, można przymknąć na niego oko, w końcu to na nim opiera się cała fabuła książki, i przekonać się, co będzie dalej. Dlaczego Eva postanowiła wyłączyć się z życia rodzinnego - ba, życia w ogóle! - po dwudziestu pięciu latach małżeństwa z astronomem, Brianem? Czyżby dopadł ją jakiś kryzys? Syndrom pustego gniazda z powodu wyjazdu dzieci, bliźniaków Brianne i Briana Juniora, na studia? A może zwykłe zmęczenie codziennością i domowymi obowiązkami, które do tej pory wykonywała tylko ona, bo nikt z bliskich nie garnął się do tego, by w czymkolwiek ją wyręczyć, pomóc jej? Te i wiele innych, ale podobnych pytań zadawałam sobie, brnąc przez całe czterysta osiemdziesiąt stron utworu, ponieważ nie zapowiadało się na to, bym wyczerpujące odpowiedzi na nie uzyskała. Największym problemem Evy jest bowiem fakt, iż ona nie ma zielonego pojęcia, dlaczego i na jak długo zdecydowała się zakopać w pościeli. Rodzina jej decyzję przyjmuje na różne sposoby - od wyzwisk, kłótni, przez sceptycyzm, obojętność, aż po sugerowanie pomocy psychologicznej, ale w tej powieści nawet lekarz psychiatra jest osobliwy, więc na to, by Beaver poddano leczeniu, nie ma najmniejszych szans. A szokujące zachowanie Evy - takie jak proszenie bliskich o zbieranie i wyrzucanie jej - uwaga! - odchodów, wymaganie od schorowanej matki i teściowej, by przynosiły jej pożywienie na piętro, pod sam nos, czy późniejsze głodzenie się w pokoju z zabitymi deskami oknem i drzwiami - zakrawa na egoizm i szaleństwo. Kobieta często ma pretensje do innych, że nie rozumieją, że ona nie jest chora, ale jak właściwie można wytłumaczyć jej postępowanie? Sama niejednokrotnie miałam okazję wysłać ją do psychiatryka.

Podobnie zresztą jak kilku innych bohaterów "Kobiety, która przez rok nie wstawała z łóżka", wśród których nie znalazłam ani jednego normalnego i sympatycznego. Nie polubiłam nikogo. Wszyscy tutaj są albo przesadnie głupkowaci, gadatliwi, albo znerwicowani, zdziwaczali, albo złośliwi. Wiecznie drą koty bądź zachowują się w sposób niegrzeczny, niemoralny, karygodny. Do szewskiej pasji doprowadzała mnie Poppy, znajoma Brianne i Briana Juniora ze studiów, dla której notoryczne kłamanie, kradzieże, rozbieranie się przed obcymi chłopakami i zaciąganie do łóżka starszych facetów dla kasy są czynnościami najnormalniejszymi pod słońcem. To najbardziej znienawidzona przeze mnie postać utworu Townsend. Z kolei wątek, który wywołał opadnięcie mojej szczęki do samej ziemi, to moment propozycji wspólnego zamieszkania wysuniętej przez Evę, skierowanej do kochanki jej męża. Dom Beaverów to istny dom wariatów, w którym rozgrywają się nie tylko niewiarygodne dramaty rodzinne, ale też - po tym, jak nietypowym wybrykiem Evy zaczynają interesować się media - dramaty zupełnie obcych, przypadkowych ludzi.

Incydenty, które były dla mnie jako tako przyswajalne i zaskoczyły mnie, ale nie w niesmaczny czy irytujący sposób, mogę policzyć dosłownie na palcach jednej ręki. To były tylko takie przyzwoite w obiorze chwilówki, bardzo szybko wygaszane przez resztę absurdów, których ilość wydawała mi się nie mieć końca. Raz na jakiś czas pojawiał się w moim umyśle przebłysk zrozumienia dla postawy głównej bohaterki, ale całokształt jej zachowania i jego nieuzasadnionych motywów utwierdzał mnie w przekonaniu, że tej kobiecie przydałby się lekarz z prawdziwego zdarzenia. Zakończenie powieści usatysfakcjonowało mnie w jednej tylko kwestii - cieszyłam się, że jej lektura wreszcie dobiegła końca.

Również styl pisarski Townsend nie zrobił na mnie wrażenia. Język - poza nowoczesnością w postaci terminologii związanej z technologią, a więc Facebook, Twitter, trolling, hejtowanie etc., oraz sarkastycznymi uwagami i ripostami, które mogą być zabawne dla czytelników mających odmienne od mojego zdanie na temat "Kobiety, która przez rok nie wstawała z łóżka", niczym się nie wyróżnia. Liczne dialogi i chaos w wyrażaniu opinii, myśli i uczuć bohaterów kompletnie do mnie nie przemówiły.

Przykro mi to pisać, ale oprócz okładki, kilku fragmentów i faktu, iż utwór Sue Townsend czytało mi się dość szybko (choć po części było to spowodowane tym, że nie mogłam się doczekać chwili, w której dotrę do finału), nie potrafię wskazać innych pozytywnych stron tej książki. Nie potrafię nawet stwierdzić, o czym - pomijając oczywistość, jaką są perypetie tytułowej kobiety i jej zwariowanej rodzinki - ona jest. Chciałabym móc zapewnić, że czytelnik znajdzie w niej jakieś głębsze rozważania na temat przemijalności ludzkiego życia, życiowych zmianach, poszukiwaniu szczęścia, spokoju, miłości, zrozumieniu drugiego człowieka i życzliwości, ale nie zrobię tego, by nie wprowadzić kogoś w błąd. Wszystkie te wartości bowiem może i zostały w tekście zaakcentowane, ale znikały tak szybko, jak się pojawiały, pozostawiając mnie z uczuciem zdezorientowania, zagubienia lub obojętności. Zawiodłam się. Bardzo.

Za egzemplarz recenzencki uprzejmie dziękuję grupie wydawniczej Foksal / wydawnictwu W.A.B.
Recenzja napisana dla portalu IRKA.

czwartek, 11 września 2014

"Czekając na Gonza" - Dave Cousins

Tytuł oryginału: "Waiting for Gonzo".
Tłumacz: Dominika Cieśla-Szymańska.
Wydawnictwo: YA!, 2014.
Liczba stron: 256.
Oprawa: miękka.
Rozpoczęcie lektury: 29.08.2014.
Zakończenie lektury: 30.08.2014.
Moja ocena: 7/10.

Dave Cousins jest brytyjskim autorem powieści dla młodzieży. Już w dzieciństwie można było zauważyć jego zamiłowanie do pisania. Studiował sztuki piękne w Bradford, a później dołączył do zespołu muzycznego, z którym koncertował i nagrywał płyty przez kolejne dziesięć lat. Jego debiutancka książka, "15 dni bez głowy", została nominowana do wielu nagród literackich i zdobyła prestiżową Crystal Kite Award. Po jej przeczytaniu nabrałam przekonania, że z wielką chęcią sięgnę po następne utwory tego pisarza, gdy ukażą się w Polsce. I oto jest jeden z nich - "Czekając na Gonza"! Przeurocza, przesympatyczna, przezabawna, a przy tym niezwykle naturalna powieść, o której tak szybko nie zapomnę. Szczegóły dotyczące moich wrażeń z lektury poniżej.

Nastoletni narrator, Marcus Osbourne zwany Ozem, pisze, mówi, jednym słowem zwraca się do tajemniczej (no, może nie aż tak bardzo tajemniczej, jeśli się przez chwilę nad jej tożsamością pomyśli) osoby, którą nazywa G., prowadząc w ten sposób coś w rodzaju pamiętnika. Już na samym początku narzeka, że wraz z rodzicami i siostrą musiał przeprowadzić się spod Londynu, gdzie zostawił najlepszych kolegów, na jakieś zakichane przedmieścia, do wymagającego generalnego remontu domu położonego na farmie rodem z horroru. Nowa szkoła i trudności w zawieraniu nowych znajomości porządnie dają mu się we znaki. To chłopak, którego czytelnik nie jest w stanie nie polubić, między innymi dlatego, że posiada on wrodzony talent do pakowania się w kłopoty. Ma olbrzymiego pecha, więc już pierwszego dnia w nowej szkole podpada lubiącemu wyżywać się na innych uczniach Garethowi oraz dziewczynie, która sieje postrach wśród okolicznych młodych mieszkańców, Isobel zwanej Psycholką. Problemy Oza wydają się jednak błahostką w porównaniu z tym, co niedawno zmajstrowała jego siedemnastoletnia siostra, Meg, zachodząc w ciążę. Ta niespodziewana wiadomość okazuje się dla chłopaka czymś wyjątkowym, ale czy Meg podejdzie do niej równie entuzjastycznie? Zwłaszcza że tą nowiną będzie musiała podzielić się z rodzicami?

"- Słuchaj, nikomu nie powiem, ale daj spokój, Meg, będziesz miała dziecko!
- No wiem. Sądzisz, że o tym nie myślę? Jezu. Prawie nie śpię, odkąd się dowiedziałam.
- Więc co masz zamiar zrobić?
- Nie wiem.
- Gadałaś z rodzicami?
Prychnęła.
- A jak myślisz? Przecież wciąż żyję, prawda?
- Ale w końcu i tak będziesz musiała im powiedzieć. To znaczy chyba zauważą, jak pojawi się tu jakieś dziecko, no nie?"*.
Słowne potyczki Marcusa i Meg to jedna z mocnych stron utworu Cousinsa. Jak to brat z siostrą, non stop się przedrzeźniają, złoszczą na siebie, ale gdy przychodzi co do czego, stają za sobą murem, pocieszają i pomagają sobie. Podobne zachowania jestem w stanie zaobserwować we własnym domu - z moim młodszym bratem mogę kłócić się codziennie, ale długo gniewać się na niego nie potrafię. Miłość braterska, jaką darzą się nawzajem nastoletni bohaterowie powieści "Czekając na Gonza", jest ukryta, ale doskonale widoczna dla biernego obserwatora. Podobnie jak miłość rodzicielska, którą roztaczają nad swoimi pociechami ich rodzice. Owszem, zdarza im się popełnić jakiś błąd, czegoś nie zauważyć, coś zlekceważyć, ale robią co w ich mocy, by Oz i Meg dorastali w świecie pozbawionym zła, przykrości i obojętności. Muszę przyznać, że pana Osbourne'a polubiłam szczególnie - za jego przyjacielską postawę wobec dzieci oraz poczucie humoru. Jego błyskotliwe wypowiedzi i żarty niejednokrotnie sprawiły, że płakałam ze śmiechu. A w połączeniu z niebanalnym wątkiem mafii Skinnerów, o której pisać nie będę, by nie zepsuć niespodzianki, po prostu rozłożyły mnie na łopatki.

Książka jest dość krótka, liczy sobie ponad dwieście pięćdziesiąt stron, a że zaintrygowała mnie od pierwszej strony, po trzech godzinach nocnego czytania ubolewałam nad faktem, że dobiegło ono końca! Lekturę wspominam bardzo, bardzo przyjemnie. Nie tylko dlatego, że śledząc perypetie nastolatka stającego w obliczu nowych wyzwań i życiowych przygód, porządnie się naśmiałam, ale też z powodu przystępnego, swobodnego języka, jakim posługuje się pisarz. Jest w nim trochę młodzieżowych zwrotów i rozbrajających dialogów, nie ma natomiast żadnego moralizatorstwa, mimo że utwór porusza tematy ważne i niełatwe, takie jak ciąża u młodej dziewczyny czy aborcja. Cousins podchodzi do nich bezceremonialnie, na luzie, ale nie obojętnie, od niechcenia czy byle jak. Potencjalny młody odbiorca jego książki ma przecież zainteresować się jej fabułą oraz uświadomić sobie - naturalnie i spokojnie - z jakimi problemami bądź incydentami może mieć do czynienia człowiek w jego wieku, nie lekceważąc ich przy tym i nie pozwalając na to, by przerażenie wynikające z obcowania z nimi wzięło górę nad rozsądkiem. Oprócz kwestii bardziej poważnych nie brakuje tutaj też tych, że tak to ujmę, pospolitych, choć istotnych dla młodzieży - przyjaźnie, dokuczanie, głupie dowcipy, zauroczenia, gry komputerowe, książki fantasy i muzyka, czyli wszystko to, z czym współcześni nastolatkowie mają do czynienia na co dzień, ukazane w łagodniejszej, grzeczniejszej wersji.

"Czekając na Gonza" to powieść, którą może przeczytać każdy będący w wieku od trzynastu lat wzwyż. Ciepła, optymistyczna, pozytywnie zakręcona, pełna przygód, wrażeń i emocji. W jednej chwili bawi, a w następnej wzrusza. Sprowadza na ziemię, a zarazem podnosi na duchu. No i zachwyca pięknym wydaniem - wydawnictwo YA! po raz kolejny postarało się, dopracowując okładkę i wszelkie ozdobniki tekstowe i graficzne we wnętrzu książki do ostatniej kreski czy kropki. Oby więcej takich utworów, jak te autorstwa Dave'a Cousinsa, na rynku wydawniczym - przydałaby się konkurencja dla mało wartościowych, oklepanych romansów młodzieżowych, w których królują wiecznie niezdecydowani bohaterowie, przemoc i seks.

*s.63

Za egzemplarz recenzencki uprzejmie dziękuję grupie wydawniczej Foksal / wydawnictwu YA!.
Recenzja napisana dla portalu IRKA.

sobota, 30 sierpnia 2014

"Zagadki przeszłości" - Kate Atkinson

Tytuł oryginału: "Case Histories".
Tłumacz: Paweł Laskowicz.
Wydawnictwo: Czarna Owca, 2014.
Liczba stron: 368.
Oprawa: miękka.
Rozpoczęcie lektury: 16.08.2014.
Zakończenie lektury: 19.08.2014.
Moja ocena: 7/10.

Kate Atkinson to urodzona w 1951 roku brytyjska pisarka. Studiowała literaturę angielską, później amerykańską, wykładała na uniwersytecie, a na początku lat osiemdziesiątych zaczęła pisać opowiadania. Zdobycie kilku nagród zaowocowało rozwojem jej literackiej kariery. W 1995 roku napisała pierwszą powieść, "Za obrazami w muzeum", za którą otrzymała Whitbread Book Award. Inne książki jej autorstwa to m.in. "Human Croquet", "Emotionally Weird", parę kryminałów z Jacksonem Brodiem w roli głównej, na podstawie których powstał serial "Case Histories" (Jason Isaacs jako Brodie? Mniej więcej tak go sobie wyobrażałam!), oraz "Jej wszystkie życia", pozycja, która nie tak dawno została dobrze przyjęta przez polskich czytelników.

"Zagadki przeszłości", pierwsza część serii kryminalnej o detektywie Brodiem, a może cała ta seria - ale tego jeszcze oczywiście nie wiem - odbiega od gatunku, którego przyszło nam nazywać kryminałem. Na pewno nie przesadzę, jeśli napiszę, iż jest ona nietypowa, a przy tym niepowtarzalna, bo skupiająca się na bohaterach, ich życiu i życiu w ogóle, świecie pełnym wypaczeń i zła, zamiast na tym, co z kryminałem ewidentnie się kojarzy, czyli morderstwach, zabójcach i trzymających w napięciu śledztwach. Owszem, wszystko to - a nawet trochę więcej - gdzieś tutaj się plącze, ukrywając jednak w cieniu gawędziarskich rozważań autorki na temat wykreowanych przez nią postaci, jest praktycznie dodatkiem do nich, intrygującym punktem, skłaniającym czytelnika do poszukiwania odpowiedzi na pytanie, czy jest on mało istotny, czy wręcz przeciwnie. Czy wchodzące w jego skład wątki porwań, zbrodni i innych przestępstw, a więc tytułowe zagadki, są połączone tylko i wyłącznie osobą detektywa Jacksona, czy jednak kimś albo czymś więcej?

Tak się dziwnie składa, że niemalże jednocześnie uderza do Brodiego kilkoro klientów, a każdy z nich prosi o rozwiązanie sprawy, która w dalszej lub bliższej przeszłości została zaniedbana, innymi słowy nie rozwikłano jej w należyty sposób, nie dotarto do prawdy. Po tym, jak Julia i Amelia pochowały ojca, wracają myślami do 1970 roku, kiedy to zaginęła ich trzyletnia wówczas siostra, Olivia. Najprawdopodobniej została uprowadzona, ale może istnieje jakaś szansa, że nadal żyje? Theo nie może się pogodzić ze śmiercią ukochanej córki, Laury, która w 1994 roku zginęła z rąk szalonego nożownika. Zabójca zniknął bez śladu. Shirley ma w zanadrzu trochę informacji odnośnie jej siostry, Michelle, która w 1979 roku zamordowała własnego męża. Dlaczego to zrobiła? Gdzie są teraz ona i jej dziecko? Pomiędzy tymi sprawami błąka się czwarta, dotycząca przeszłości samego Jacksona, a także dwie inne, pozornie mało istotne, a jednak zaskakujące i uświadamiające mężczyźnie, że nie wszystko kręci się wokół nikczemności, a zbiegi okoliczności bywają czasem fortunne.

Powieść Atkinson nacechowana jest negatywnie - mnóstwo w niej nieszczęść, tragedii, okrucieństwa, pesymizmu i brudu, a to nie każdemu czytelnikowi się spodoba. Mnie zafascynowała. Pisarka świetnie opowiada. Do niektórych wątków sięga wprawdzie niepotrzebnie, niemalże wszyscy bohaterowie odznaczają się wyrazistością i bogatą w niezwykłe wydarzenia przeszłością, nad czym potrafi się rozwodzić przez całe strony, ale nie przypominam sobie zbyt wielu momentów, w których nuda wytrącała mnie z równowagi. Styl autorki jest swobodny, sporo w nim wyrzutów, złości, sarkazmu oraz ironicznych właśnie i dowcipnych pytań retorycznych pozamykanych w nawiasach. Dialogów jest mało, przeważa forma opowieści. Co trochę mnie irytowało, to występowanie w tekście nietłumaczonych słówek i zwrotów z języka francuskiego, a także dryfowanie Atkinson po różnych przedziałach czasowych niemalże jednocześnie - zdarza się bowiem, że w czasie teraźniejszym wraca do wcześniejszych incydentów, wykorzystując do tego myśli i wspomnienia bohaterów oraz mowę niezależną, co skutkuje niewielkim chaosem.

Ciekawym elementem "Zagadek przeszłości" jest Jackson Brodie. Obecnie prywatny detektyw, niegdyś policjant. Czterdziestopięcioletni rozwodnik, ojciec ośmioletniej Marlee. Z powodu tego, co spotkało jego rodzinę wiele lat temu, można mu współczuć. Niby to twardy facet, ale w tym utworze nie ma okazji zademonstrować charakteru byłego gliny, który nie boi się ubrudzić sobie rąk, wręcz przeciwnie, potrafi wymięknąć, gdy przychodzi mu zmierzyć się z realiami powiązanymi z przestępstwami dokonywanymi na dzieciach. Gdzie nie spojrzy, widzi swoją córeczkę w szponach pedofila albo poćwiartowaną przez jakiegoś szaleńca, uwięzioną na dnie rzeki. Brodie sporo rozmyśla. Nie, nie jest to uciążliwe, ale zdecydowanie więcej myśli niż robi. "Dobrze się znał na jednym: na prowadzeniu dochodzeń tam, gdzie komuś powinęła się noga, gdzie doszło do ludzkiej tragedii i nieszczęścia. Przywykł już, że jest podglądaczem, kimś obcym, kto zagląda w czyjeś życie, i nic, absolutnie nic, nie było w stanie go zadziwić. Ale mimo tego, co widział  czego się nauczył, tliła się w nim wiara (...) że to, co robi, robi dla dobra drugiego człowieka, że chce mu pomóc, a nie ukarać za to, że jest zły"*. Niby jest detektywem, na którego barki zwalają się prawie że przedawnione śledztwa, ale jego praca polega tylko i wyłącznie na przeprowadzaniu rozmów ze świadkami, dzięki którym stopniowo wychodzą na jaw nowe fakty i przydatne tropy. Owszem, inne - nowe - czasy, to i nowe metody prowadzenia dochodzenia, ponadto zawsze coś nieoczekiwanego może wyskoczyć - czyjeś sumienie, jakieś znalezisko - ale to nie zmienia faktu, że na moje oko wszystko wyjaśnia się zbyt łatwo. Tytułowe zagadki rozwiązują się praktycznie samoistnie, w wyniku czego finał książki nie do końca mnie usatysfakcjonował. No, może poza motywem spadku starej kociary, Binky Rain, który nawet mnie rozbawił.

"Człowiek jest bezpieczny dopiero wtedy, kiedy jest martwy"**. Czytając powieść Kate Atkinson, rzeczywiście można odnieść takie wrażenie. Jej fabuła jest ponura, niepokojąca, obnaża ludzkie słabości, nieprzyzwoite myśli, smutną naturę człowieka i jego obsesje. Nie brakuje w niej zboczeńców, pedofilów, wariatów, morderców, różnego rodzaju psychopatów, a także ludzi zagubionych i tych, którzy starają się żyć dalej, gdy cały świat wokół nich przestaje istnieć. Zaślepienie złymi emocjami, uleganie pokusom, nienawiść i obojętność kontrastują tutaj z miłością, pragnieniem miłości, zrozumienia, bliskości, oddaniem i moralnością. "Zagadki przeszłości" to utwór pod wieloma względami tak bardzo niepodobny do książek, które do tej pory przeczytałam. Czekam na kolejne części serii.

*s.65
**s.145

Za egzemplarz recenzencki uprzejmie dziękuję wydawnictwu Czarna Owca.

wtorek, 29 lipca 2014

"Stłumione głosy" - Ann Cleeves

Tytuł oryginału: "Silent Voices".
Tłumacz: Ewa Kowalska.
Wydawnictwo: Amber, 2014.
Liczba stron: 320.
Oprawa: miękka ze skrzydełkami.
Rozpoczęcie lektury: 10.07.2014.
Zakończenie lektury: 12.07.2014.
Moja ocena: 7/10.

Ann Cleeves to brytyjska pisarka mająca na koncie ponad dwadzieścia powieści, które są wydawane w wielu krajach na całym świecie. Za "Czerń kruka" została uhonorowana w 2006 roku nagrodą Duncana Lawrie Daggera, a rok później - szwedzką nagrodą Martina Becka. Po jej utwory często sięgają producenci filmów i seriali. Serial "Vera" od prawie trzech lat cieszy się dużą popularnością wśród mieszkańców Wielkiej Brytanii i nie tylko.

W "Stłumionych głosach", czwartej części serii o Verze, czytelnik poznaje główną bohaterkę od nieco innej strony. Vera bowiem, miłośniczka piwa i niezdrowego jedzenia, na polecenie lekarki, musi zacząć dbać o swoje zdrowie, a co za tym idzie, kondycję. Dla twardej i porywczej kobiety jest to co najmniej niepotrzebne i krępujące, ale ostatecznie decyduje się ona zapisać do klubu fitness, oczywiście położonego jak najdalej od komendy policji, po której kręcą się przecież jej współpracownicy. Wszystko to samo w sobie wydaje się komiczne, a co dopiero wyobrażanie sobie inspektor Stanhope pływającej w basenie, więc gdy w odcinku serialu poświęconym tej właśnie powieści zobaczyłam rażącą nieporadność Very jako pływaczki, miałam niezły ubaw. Pewnego dnia, chcąc skorzystać z sauny w wyżej wspomnianym klubie, policjantka natyka się na martwą kobietę. "Kobieta została zamordowana. Miała wybroczyny na białkach oczu i siniaki na szyi. Vera wiedziała, że to podłe, ale cichy głosik w jej głowie krzyknął z radości. Zawahała się przez chwilę. Ostatnia rzecz, jakiej chciała, to wywołać ogólną panikę. Nie była też gotowa powitać ratowników medycznych i kolegów w swoim czarnym kostiumie kąpielowym, w którym wyglądała jak mały balon zaporowy. Najpierw musiała się ubrać"*. Rozpoczyna się nowe dochodzenie. Stanhope jest zachwycona, gdyż zdążyła się już stęsknić za pracą w terenie polegającą na szukaniu zabójcy. Tym razem wkracza w świat rodzin i więzi łączących dzieci z rodzicami. Świat tajemnic, zdrad i zakazanych miłości.

Taka właśnie tematyka - rodzinna z problemami wychowawczymi, adopcjami i zdradami włącznie - sprawiła, że zainteresowałam się tym utworem Cleeves nieco bardziej, niż poprzednimi częściami cyklu. Byłam pewna, że nie zabraknie w nim sekretów, zgonów i nieszczęśliwych wypadków z udziałem dzieci, zaskakujących wątków związanych z zatajonym pokrewieństwem bohaterów i przykrych wydarzeń z przeszłości, o których nie sposób zapomnieć. Za sprawą śmierci czterdziestojednoletniej Jenny Lister, kierowniczki miejscowego ośrodka opieki społecznej, pod detektywistyczne skrzydła Very trafiają takie osoby, jak osiemnastoletnia córka zamordowanej, Hannah, jej narzeczony, Simon Eliot, matka chłopaka, typowa snobka, Veronica, była pracownica społeczna, Connie, oraz kilkoro pracowników klubu fitness, którego akcja z jakiegoś powodu nie chce opuścić. Tak jak Barnard Bridge i doliny Tyne w Northumberland, do którego, tak swoją drogą, mam już słabość.

Dochodzenie Very, na które głównie składają się skrupulatne przesłuchania i snucie przez policję rozmaitych, nawet tych najbardziej szalonych teorii na temat ukrywającego się w okolicy przestępcy, toczy się dość spokojnie i leniwie, czego nie da się napisać o samej pani inspektor, która gdyby mogła i posiadała niezawodną intuicję, zakończyłaby je - oczywiście z pozytywnym skutkiem - w przeciągu godziny. "Morderstwa tak na nią działały; była pełna energii, ożywiona jak ci emeryci, których [Joe] przesłuchiwał całe popołudnie. Kiedyś, po zbyt wielu kieliszkach famous grouse, powiedziała, że właśnie po to została zesłana na ziemię"**. Postaci Stanhope nie potrafię nie lubić, mimo iż jej impulsywność, nerwowość i brak cierpliwości często dają się we znaki. Bywa oschła, opryskliwa, wymagająca, ale i litościwa. Nieczęsto można usłyszeć z jej ust pochwałę czy miłe słowo - już prędzej sarkastyczny żarcik - ale zdolność rozumienia i akceptacji drugiego człowieka nie jest jej obca. Wychowana przez ojca, który nie okazał jej tyle miłości, ile powinien, po prostu nie lubi obnosić się ze swymi uczuciami i jawnie kogoś lubić. Doskonale jest to widoczne w serialu. Mam wrażenie, że jego twórcy zadbali o odrobinę łagodniejszy wizerunek Very, ale i tak nie zmieniłabym w nim ani jednej - nawet najmniej istotnej - cechy. Brenda Blethyn wpasowała się w rolę idealnie i jej naturalna gra - niepozbawiona zarówno tych niewiarygodnie irytujących, jak i chwytających za serce zachowań - zachwyca mnie za każdym razem, gdy aktorka pojawia się na ekranie. Mimo że odcinek odpowiadający "Stłumionym głosom" delikatnie zahaczał o nudę, w dalszym ciągu polecam serial "Vera" jako doskonałe uzupełnienie wiadomości o głównych bohaterach serii o tym samym tytule. Ponadto miłośnicy bezkrwawych, małomiasteczkowych kryminałów oraz Wielkiej Brytanii znajdą w nim kawał dobrego brytyjskiego klimatu i zapierające dech w piersiach zdjęcia północnej Anglii, krainy zielonych wzgórz, urwisk i potoków, otoczonej rozległymi plażami i zimnym morzem.

Ale nie samą Verą powieści Cleeves żyją. Jest jeszcze przecież sierżant Joe Ashworth, jej podwładny, któremu ciężka praca ciągle zabiera czas, jaki mógłby poświęcić żonie i dzieciom, ale mimo to lubi bycie policjantem, z każdym kolejnym śledztwem zaczyna nawet coraz bardziej rywalizować ze swoją przełożoną i pragnie się wykazać, by nie być do końca życia chłopcem na posyłki. Jest inteligentny, ale ma zbyt miękkie serce, w wyniku czego zdarza mu się błędnie zinterpretować zachowania poszczególnych postaci - ofiar czy podejrzanych. Co mnie zdziwiło, to fakt, iż w "Stłumionych głosach" pojawiły się dwie różne wersje jego nazwiska - na skrzydełku okładki mamy Ashforda, z kolei gdzieś dalej, w tekście głównym, Ashfortha. Ale to praktycznie jedyne większe błędy wynikające z niedokładnej korekty, bo ta - jak na wydawnictwo Amber - wypada tutaj bardzo dobrze. Wracając do głównych bohaterów - uważam, że zostali oni nakreśleni w ciekawy sposób. Czytelnik ma świadomość tego, co dokładnie w danej chwili czują, co zaprząta ich myśli, czego pragną bądź za czym tęsknią. Są prawdziwi, z krwi i kości, z wachlarzem emocji, nie wycackane czy wychuchane. Reszta postaci przewijających się przez książkę - a jest ich sporo - również cechuje naturalność, bo nieobce jej są ludzkie słabości, pokusy, podejmowanie niewłaściwych decyzji i obieranie złych dróg życiowych. Ktoś kradnie, kogoś szantażuje, ktoś inny znowu notorycznie kłamie, kogoś chroni, komuś zazdrości, a jeszcze inny zdradza bądź czyni zło najgorsze z możliwych, czyli zabija. Jak to już u Cleeves bywa, jej bohaterowie są pełni sprzecznych uczuć, doświadczeni przez los, obdarzeni negatywnymi emocjami, przez co roztaczają wokół siebie atmosferę ponurą i niepokojącą.

Lektura "Stłumionych głosów" minęła mi szybko i czas, jaki na nią poświęciłam, zaliczam do dobrze wykorzystanego. Nietuzinkowe śledztwo, wydarzenia płynnie przechodzące z jednego do drugiego, ciągnące za sobą nieobliczalność, obłęd i strach bohaterów, to mocne strony kryminału Ann Cleeves, moim zdaniem jednego z lepszych z cyklu o Verze. Przygodę z tą nadzwyczajną panią detektyw będę więc jak najbardziej kontynuować i już cieszę się na wydanie kolejnego tomu serii - "Szklany pokój" już za tydzień w księgarniach!

*s.11
**s.63

poniedziałek, 14 lipca 2014

"Drogie Maleństwo" - Julie Cohen

Tytuł oryginału: "Dear Thing".
Tłumacz: Grażyna Smosna.
Wydawnictwo: Filia, 2014.
Liczba stron: 480.
Oprawa: miękka.
Rozpoczęcie lektury: 04.07.2014.
Zakończenie lektury: 05.07.2014.
Moja ocena: 7/10.

Julie Cohen dorastała w Rumford, małym miasteczku w stanie Maine. Swoją pierwszą powieść - osadzoną w świecie czarodziejek i czarowników - napisała w wieku jedenastu lat. Ale zarówno ta, jak i kilka późniejszych, nie są jej powodem do dumy. Ukończyła z wyróżnieniem studia z anglistyki na Uniwersytecie Browna. W 1992 roku przeprowadziła się do Wielkiej Brytanii i podjęła studia podyplomowe z literatury angielskiej. Została nauczycielką, ale przygody z pisarstwem nie przerwała. Dziś jest autorką kilkunastu książek wydanych pod własnym nazwiskiem bądź pseudonimami, dzięki którym była nominowana do wielu nagród i została laureatką m.in. Romantic Novelists' Association's Romance Prize, National Readers' Choice Award i HOLT Medallion.

Jedną z nowszych powieści Cohen jest "Drogie Maleństwo", utwór poruszający tematykę macierzyństwa - od problemów związanych z zajściem w ciążę, przez bezskuteczne leczenie i nieudane próby zapłodnienia in-vitro, aż po decyzje i wątpliwości dotyczące macierzyństwa zastępczego. Całość okraszona została potężną dawką emocji czerpanych z ich niekończących się pokładów, skrywanych we wnętrzach bohaterów. Czytelnik ma okazję być świadkiem mniej lub bardziej przyjemnych zdarzeń wynikających z chęci posiadania potomstwa, jak i uświadomić sobie, że wszelkie nieprawidłowości związane z pragnieniem zostania rodzicem mogą przyczynić się nie tylko do upadku duszy, wartości, jaką sam w sobie jest człowiek, ale też do konfliktów, zachwiania więzi rodzinnych, czy - co jest o wiele bardziej optymistycznym rezultatem - do zrozumienia nowej sytuacji życiowej i odnalezienia w niej własnego ja.

Claire i Ben to kochające się małżeństwo, któremu do pełni szczęścia brakuje dziecka. Po wielu latach nieudanych - także tych pod okiem lekarza - prób zajścia w ciążę bezradna i zmęczona Claire poddaje się i rezygnuje z dalszych starań. Ale jej mężowi niełatwo jest pogodzić się z utratą możliwości zostania ojcem. I wtedy jego najlepsza przyjaciółka, Romily, samotna matka wychowująca córkę, składa mu zaskakującą propozycję - urodzi jemu i Claire dziecko. Zaakceptowanie tej niezwykłej oferty nie jest rzeczą banalnie prostą, ale ostatecznie przyszli rodzice decydują się skorzystać z usług przyjaciółki-surogatki. Nie mają jednak pojęcia, że Romily od bardzo długiego czasu zmaga się z nieodwzajemnioną miłością do Bena i dlatego jest w stanie zrobić dla niego dosłownie wszystko. Czy będąc matką zastępczą, kobieta wreszcie zrozumie, że jej ukochany darzy silnym uczuciem kogoś innego i nic tego nie zmieni, a może wręcz przeciwnie, zakwitnie w niej nadzieja, że poprzez wspólne dziecko Ben przekroczy granicę ich przyjaźni?

Brzmi co najmniej nadzwyczajnie, prawda? I niezbyt optymistycznie, jeśli wziąć pod uwagę osobę Claire, która, decydując się na surogatkę w postaci przyjaciółki męża, nie wie, w co tak naprawdę się pakuje. Chyba nie przesadzę, jeśli napiszę, że jest ona bohaterką najbardziej poszkodowaną i czytelnikowi ma prawo zrobić się jej żal. To ona w związku małżeńskim jest tą pechową osobą, której organizm płata figle. To ona musi mierzyć się z myślami, że nigdy nie urodzi ślicznego bobasa. To ona plącze się w domysłach i wątpliwościach, kiedy w jej życie na dłużej, a może nawet na stałe, wkrada się Romily, z którą do tej pory nie miała dobrego kontaktu. Claire martwi się o wszystkich wokół - o maleństwo rozwijające się w łonie matki zastępczej, które z genetycznego punktu widzenia nie jest z nią spokrewnione, o Rom, która powoli zaczyna mieć dość jej nadopiekuńczości, o Bena, który szaleje na punkcie nienarodzonego jeszcze dziecka, oddalając się od małżonki, nawet o nastoletniego Maxa, ucznia szkoły, w której uczy, chłopca, któremu brakuje takiej matki, jaką mogłaby być Claire. Wątek Maxa, pozwolę sobie dodać, jest jednym z nielicznych wątków pobocznych powieści Cohen, za to wartościowym i poruszającym. Z każdym kolejnym tygodniem i miesiącem Claire przeżywa emocjonalną huśtawkę. Raz jest gotowa zaprzyjaźnić się z Romily, innym razem traci do niej - a nawet do Bena - zaufanie. Nie może przestać wyobrażać sobie, że surogatka nie odda jej dziecka. Gorzej - że Ben zechce się z nią związać, bo przecież to ona ofiaruje mu to, czego tak pragnie, czego nie może dać mu własna żona. Jej obawy są całkowicie zrozumiałe i - o czym wie tylko czytelnik - jak najbardziej słuszne.

Jeśli chodzi o Romily, jej postać może - ale nie musi, oczywiście, bo przecież ilu czytelników, tyle gustów - nie doczekać się wielu zwolenników. Podejmowanie ważnych decyzji, które wywrócą życie innych ludzi do góry nogami, kiedy uczucie miłości bierze górę nad rozsądkiem, nie jest dobrym posunięciem. A to właśnie robi ta bohaterka, beznadziejnie zakochana w Benie, pielęgnująca nadzieję na to, że ów mężczyzna w końcu ją pokocha. Gdyby tak wziąć pod uwagę teraźniejszość plus przeszłość tej kobiety, można by pokusić się o stwierdzenie, że życie w kłamstwie to jej domena. Nie będę zdradzać, co też takiego uczyniła ona kilka lat wcześniej, zaznaczę tylko, że tamte wydarzenia mają wpływ na czasy obecne. Gdyby nie one, gdyby nie pewna postać, która po jakimś czasie dołącza do grupy bohaterów drugoplanowych, kto wie, jak potoczyłyby się losy tytułowego maleństwa i jego rodziców? W wyniku powyższych spostrzeżeń nie udało mi się polubić Romily, darzyłam ją co najwyżej obojętnością, mimo że bywały chwile, w których odbierałam jej postać całkiem pozytywnie. W których wydawało się, że wszystko zakończy się pomyślnie, wszyscy będą zadowoleni i szczęśliwi. Dość chłodno potraktowałam również Bena, który na początku książki jawi się jako mężczyzna idealny. Zraziła mnie jego niesprawiedliwość - starając się o dziecko, on i Claire nie brali pod uwagę adopcji, ponieważ koniecznie chcieli własnego maluszka, ale na propozycję przyjaciółki Ben reaguje niemal natychmiast i próbuje przekonać do niej żonę, wiedząc, że dziecko, które przyjdzie na świat dzięki Rom, nie będzie z Claire spokrewnione. Jest on przykładem mężczyzny, który oddałby wiele, by móc zostać ojcem, i to się chwali. Ale tak bardzo pragnie potomstwa, że w pewnym momencie zapomina, z kim chciał je mieć, a to staje się już przykre. Nie podobały mi się jego zażyłe stosunki z Romily, które ostatecznie doprowadziły go do zagubienia. Na ogół nie wierzę w powodzenie przyjaźni damsko-męskiej w przypadku, gdy przynajmniej jedna strona nie ma partnera, dlatego nie mogłam nadziwić się temu, co Rom zrobiła dla Bena, jak i jego niedostatecznej uwadze poświęconej zamiarom tej kobiety.

Bohaterowie utworu "Drogie Maleństwo" nie są, jak widać, ludźmi perfekcyjnymi i pozbawionymi wad. Mają swoje słabości, popełniają błędy, czasem budzą podziw, a czasem wywołują w czytelniku oburzenie. Jak każdy z nas posiadają uczucia, a one sprawiają przecież, że nie zawsze obieramy właściwą drogę i podejmujemy dobre decyzje. Autorka rewelacyjnie nakreśliła ich portrety psychologiczne. Napisała powieść niełatwą, bo przepełnioną plątaniną emocji, cierpieniem i marzeniami, które rzadko się spełniają. Powieść o miłości, zazdrości, próbach zrozumienia drugiego człowieka, wewnętrznym rozdarciu, uświadamianiu sobie życiowych ról i tego, co lub kto jest najważniejszy w życiu, odnajdywaniu własnej tożsamości, sile marzeń, pragnień i chęci zaspokojenia własnych potrzeb. Claire, Ben i Romily muszą uporać się z sytuacją, w jakiej się znaleźli. Sytuacją nie do pozazdroszczenia, z której trudno wybrnąć, nie krzywdząc przy tym bliskich i unikając bólu. Mimo że zirytowała mnie scena następująca zaraz po narodzinach dziecka, w czasie lektury której miałam ochotę porządnie potrząsnąć zarówno Romily, jak i Claire, oraz inaczej - bardziej dramatycznie - wyobrażałam sobie zakończenie książki, zaledwie kilkugodzinne obcowanie z nią uważam za ciekawe doświadczenie. Dlatego już cieszę się na myśl o wydaniu innych utworów Julie Cohen, co zrobić obiecuje wydawnictwo Filia.

Za egzemplarz recenzencki uprzejmie dziękuję wydawnictwu Filia.
Recenzja napisana dla portalu IRKA.

niedziela, 22 czerwca 2014

"Testament Mamy" - St John Greene

Tytuł oryginału: "Mum's List".
Tłumacz: Anna Zeller.
Wydawnictwo: Świat Książki, 2014.
Liczba stron: 288.
Rozpoczęcie lektury: 28.05.2014.
Zakończenie lektury: 30.05.2014.
Moja ocena: 5/10.

"Testament Mamy" jest książką opartą na prawdziwych wydarzeniach, których ślady można znaleźć w sieci. Napisana przez St Johna Greene, doprowadzona do ładu przez Rachel Murphy, przybrała kształt luźnego dziennika, którego sedno stanowią radosne i przykre wspomnienia jednej z angielskich rodzin, którą spotkało to, czego w głębi duszy obawia się chyba każdy z nas, czyli śmierć bliskiej osoby. St John to drugie imię narratora powieści, Singe'a. Za pośrednictwem nieco chaotycznych strzępków wydarzeń snuje on bez sensownego porządku opowieść o nieszczęściach, jakie spadły na niego, jego żonę, Kate, i dwóch synków, Reefa i Finna. Cudowna młodość Singe'a i Kate oraz wspaniałe późniejsze lata, które spędzili na licznych podróżach, oddawaniu się pasjom (szczególnie nurkowaniu), ale też zakładaniu rodziny, zostały nagle przerwane okrutnym pechem, kiedy niespełna dwuletni Reef zachorował na groźnego raka. Jakimś cudem chłopcu udało się go pokonać, ale wkrótce potem jego matka wykryła w swej piersi guzek, co również doprowadziło do walki z rakiem, tym razem jednak nieskutecznej. Kobieta zmarła przed czterdziestymi urodzinami, zostawiając zrozpaczonego małżonka z dwójką małoletnich chłopców i... listą życzeń, jaką zdążyła spisać przed śmiercią, zawierającą mnóstwo porad w kwestii wychowania dzieci i próśb skierowanych do Singe'a związanych z realizacją w bliższej lub dalszej przyszłości różnych planów.

Jeśli chodzi o ów tytułowy testament, nie zrobił on na mnie pozytywnego wrażenia. Owszem, niektóre życzenia Kate można zaliczyć do mądrych, wartościowych i naprawdę pożytecznych, ale inne już okazały się trochę przesadzone, niepotrzebne albo egoistyczne. Wypisane w formie przypominającej rozkaz niejednokrotnie spowodowały, że ze zdumienia szczęka mi opadła. Oto przykłady: "chciałabym, żeby podjazd został wyremontowany" (poza nim także kuchnia, pokoje dziecięce i plac zabaw) albo "lepiej, żeby [synowie] ustatkowali się wcześniej, tak byś mógł zobaczyć swoje wnuki" (warto tutaj zauważyć, że samej Kate nie spieszyło się z planowaniem ciąży - wolała wycisnąć z życia pozbawionego rodzinnych obowiązków jak najwięcej, zwiedzając świat - i tuż przed czterdziestką miała dzieci dopiero kilkuletnie). O podróżach w swej liście zmarła również wspomniała, narzuciła nawet własnym dzieciom ściśle określone sportowe hobby. Odniosłam wrażenie, że Kate jakby słabo ufała swym bliskim, wątpiąc w to, że zdołają oni poradzić sobie w życiu, gdy jej zabraknie. A przecież Singe nie był nieudolnym ojcem. Owszem, przez krótki czas obawiał się odpowiedzialności za synów, która nagle zaczęła spoczywać tylko i wyłącznie na jego barkach, ale wykazał dużą chęć do tego, by chłopców chronić i zapewnić im jak najlepszy byt, nie stając się jednocześnie klonem matki. Lista pozostawiona przez małżonkę pomogła Singe'owi zmienić życie, w pewnym stopniu uporać się ze stratą ukochanej połówki i odnaleźć się w nowej sytuacji. Zainspirowała go również do tworzenia własnej listy, która być może pozwoli mu wychować synów na porządnych mężczyzn i spełnić marzenia.

"Testament Mamy", jak twierdzi autor pod koniec powieści, symbolizuje koniec jego życia z Kate i początek nowego - bez niej. Ale, co widać gołym okiem, jest też pewnego rodzaju hołdem dla zmarłej. Greene ją gloryfikuje i wypowiada się na jej temat w samych superlatywach. To całkiem zrozumiałe, ale na dłuższą metę już nudne. Singe, nie szczędząc pochlebnych słów kierowanych do małżonki, często się powtarza, wspominając na przykład, jaką to idealną matką była, jaką to piękną figurę miała, albo z nienaturalnymi szczegółami (jak w jakiejś reklamie) opisuje, jakiej firmy były jej ulubione ciuchy czy kosmetyki. Czytelnik dowiaduje się też, że życie erotyczne państwa Greene należało do bardzo udanych - czy naprawdę i o tym autor musiał napomknąć? W tak poważnym, wydawać by się mogło, utworze? Na ogół jest on właśnie dość poważny i smutny, ale czego można się spodziewać po tematyce, jaką porusza, prawda? Od czasu do czasu jest nawet w stanie wycisnąć łzę z oka odbiorcy.

Lektura tej książki wywołała we mnie mnóstwo uczuć, w tym sprzecznych. Z jednej strony bowiem cieszyłam się szczęściem rodziny Greene, która czerpała radość z codziennego życia, starała się każdy dzień czynić niezwykłym i wyjątkowym, której credo brzmiało "nie marnuj czasu i żyj na maksa", zazdrościłam jej licznych wojaży, o których sama marzę bezustannie (gdzie już ona nie była - w Kenii, Izraelu, Australii, Egipcie, Laponii, na Teneryfie, na Malediwach...), podziwiałam nieustający optymizm Kate i jej miłość do otaczającego świata, a chwilę później podchodziłam sceptycznie do jej listy życzeń albo żywiłam pretensje do Singe'a, który pozwolił na jej publikację w gazecie, mimo że na samym początku testament żony traktował jako coś prywatnego i nie mówił o nim nawet rodzinie. Nie stronił też od wywiadów w telewizji, upubliczniając w ten sposób śmierć Kate i własne życie. Cóż, każdy radzi sobie ze śmiercią ukochanej osoby w inny sposób; najwyraźniej tego typu zabiegi i wsparcie, jakie dzięki nim Singe otrzymał od wielu ludzi, pomogły mu stanąć na nogi po przykrych wydarzeniach, ale nie jestem pewna, czy wszystko to, co zrobił, spodobałoby się Kate (choć sam twierdził, że tak).

Sięgając po "Testament Mamy", miałam nadzieję na coś zupełnie innego niż to, o czym napisałam powyżej - mianowicie na piękną, wzruszającą i wartościową powieść o radzeniu sobie z odejściem bliskiej osoby i przezwyciężaniu bólu. Greene natomiast stworzył coś w rodzaju osobistego - zbyt osobistego, na moje oko - pamiętnika pełnego losowych wspomnień z jego ponaddwudziestoletniego związku z Kate, jej walki z rakiem piersi i krótkiego okresu, w którym mężczyzna oswajał się z ponurą myślą, że został wdowcem z dwójką dzieci na utrzymaniu. Nie znalazłam tutaj podnoszących na duchu sentencji czy pouczających wskazówek. Zamiast tego ciągle było mi smutno i źle, gdyż żałoba autora wylewała się z kart utworu niemalże bez końca. Może i napisanie tej książki pomogło Singe'owi pozbierać się po stracie małżonki, ale jej wydanie - moim zdaniem - było już zbędne. Intymne szczegóły z życia swojego i Kate mógł po prostu pozostawić w szufladzie swego biurka. Historia przygnębiająca, ale zahaczająca o nadzieję na mniej przygnębiające jutro i uświadamiająca, że w trudnych chwilach warto mieć przy sobie wsparcie kogoś, komu można zaufać i na kim można polegać. A tytułowy testament? Kto wie, może już kogoś zainspirował bądź dopiero zainspiruje do stworzenia takowego w celu uporządkowania i ułatwienia życia?

sobota, 7 czerwca 2014

"Siostrzyca" - John Harding

Tytuł oryginału: "Florence and Giles".
Tłumacz: Karolina Zaremba.
Wydawnictwo: Mała Kurka, 2011.
Liczba stron: 285.
Rozpoczęcie lektury: 19.05.2014.
Zakończenie lektury: 21.05.2014.
Moja ocena: 8/10.

"Siostrzyca" autorstwa brytyjskiego pisarza, Johna Hardinga, okazała się dla mnie miłym zaskoczeniem literackim. Przede wszystkim dlatego, że w kwestii gatunku, a więc i fabuły, odbiega od tego, co czytuję zazwyczaj, czyli kryminałów i powieści obyczajowych. Niełatwo jest zakwalifikować ów utwór tylko do jednego gatunku, ale chyba najbardziej przypomina on powieść gotycką. Ewentualnie coś w rodzaju dreszczowca z wątkami psychologicznymi, podobnego do "Nieproszonych gości", filmu, który parę lat temu zrobił na mnie pozytywne wrażenie. Czymkolwiek jednak ta książka jest, jest naprawdę dobra, wciągająca i zaskakująca. A to liczy się przede wszystkim.

Początek lat dziewięćdziesiątych XIX wieku. W starym wielkim dworze Blithe House mieszka dwunastoletnia sierota, Florence, wraz z młodszym o trzy lata bratem przyrodnim, Gilesem, gospodynią i służbą. Prawnym opiekunem dzieci jest wuj, ale czytelnik nie ma okazji poznać go "osobiście". Dziewczynka całymi dniami snuje się po domu, wymyślając zabawy dla siebie i Gilesa, bądź zaszywa się w bibliotece, by zgłębiać tajniki literatury, co jest rzeczą surowo jej zakazaną. Nieco więcej swobody w tym zakresie daje jej pewnego dnia panna Taylor, guwernantka Gilesa, zatrudniona po tym, jak okazuje się, że dla tego wrażliwego chłopca lepiej będzie, jeśli podejmie naukę w domu aniżeli w szkole. Problem jednak w tym, że owa panna Taylor, dość tajemnicza kobieta, ma też wiele wad. Jest chłodna i gorzka w stosunku do Flo, natomiast jej braciszka ubóstwia. Dziewczynka szybko uświadamia sobie, że jeśli nie zawalczy o swą najukochańszą osobę, zostanie jej ona odebrana przez kogoś zupełnie obcego. Kogoś, kto być może nawet nie jest człowiekiem, lecz złym... duchem. Obmyśla więc pewien plan...

Co rzuca się w oczy niemalże od razu, to język naszpikowany neologizmami. Narratorką powieści jest dwunastoletnia Florence, która będąc pozbawioną możliwości pobierania nauki, od kilku lat uczy się sama, w tajemnicy przed domownikami i wujem, największym przeciwnikiem wykształconych kobiet. Do tworzenia nowych słów zainspirował ją Szekspir, którego dzieła należą do ulubionych dziewczynki. Na początku lektury "Siostrzycy" zastanawiałam się, czy trudno będzie mi przez nią przebrnąć, ale z każdą jej kolejną stroną utwierdzałam się w przekonaniu, że dzieje się wręcz przeciwnie. Liczne neologizmy zaczęły mi się nawet bardzo podobać. Wypisałam sobie nawet parę z nich: "podłóżkowałam", "zakratowione", "utragiczniła", "zimnoprzeciągowione", "ufotelowaną", "zabiurkowaną", "wchowanegowaliśmy", "odwrotnoskutkowała", "nieuksiążkowiony", "zzaoknował", "nadziejoburzenie", "długonogość", "wymiędzywierszował", "twarząwtwarzujemy", "dogórynogowałam". Czyż nie robią pozytywnego wrażenia? Pomijając powyższe twory językowe bohaterki, warto zaznaczyć, iż jej styl mówienia czy pisania nie jest przesadnie dziecinny. Flo doskonale wie, jak zainteresować odbiorcę i wciągnąć go do własnego świata. Wie i jest zdolna do mnóstwa innych rzeczy, co można wywnioskować z jej opowieści. To sprytna i inteligentna dziewczynka, która z miłości do brata jest w stanie poświęcić wiele. Zdecydowanie zbyt wiele.

Życie tej dwunastolatki nie było i nie jest usłane różami. Jej matka zmarła, wydając ją na świat, a ojciec zginął w wypadku łodzi. Odsunięta od edukacji, może liczyć tylko na towarzystwo Gilesa, a także Theo, zauroczonego nią kolegi z sąsiedztwa. Ogromna rezydencja zapewnia jej wygodne życie, które na drugi rzut takowe już się nie wydaje - naznaczone jest bowiem nieustającym strachem bohaterki przed odkryciem przez dorosłych jej umiejętności czytania i zdobytej w bibliotece wiedzy. Brata kocha ponad wszystko i nie wyobraża sobie bez niego życia - obawia się samotności, ale jeszcze bardziej tego, że Gilesowi mogłoby kiedyś stać się coś złego. W tej właśnie kwestii Flo ukazuje swoją drugą naturę - obłędnie zaniepokojoną i niepokojącą.

Największą ofiarą niepokoju dziewczynki staje się oczywiście panna Taylor, która rzekomo chce zaszkodzić rodzeństwu, porywają Gilesa i uciekając z nim gdzie pieprz rośnie. Rzekomo, bo tak naprawdę do końca nie wiadomo, czy guwernantka planuje to zrobić w rzeczywistości, czy w wyobraźni Florence. Mnóstwo dziwnych i zaskakujących zbiegów okoliczności tylko potęguje zakłopotanie czytelnika, który nie wie, czy opowiedzieć się po stronie postępującego szaleństwa głównej bohaterki, czy jej współczuć i kibicować. Zakończenie książki może i należy do takich, które wywołują opadnięcie szczęki z zadziwienia i przerażenia, ale jeśli chodzi o wyjaśnienie wszystkiego, co dzieje się wcześniej, bliższe będzie tutaj stwierdzenie, iż jest ono pozorne. I stosunek odbiorcy do niego będzie zależał od jego gustu - albo będzie przeciwny i zniesmaczony mrożącymi krew w żyłach zapędami Flo, albo będzie uwielbiał jej obłęd. Sama nie jestem zwolenniczką otwartych zakończeń i braku konkretnych odpowiedzi na rodzące się w mojej głowie pytania, ale w przypadku utworu Hardinga z wielką przyjemnością wracałam myślami do jego treści, snułam rozważania i wymyślałam coraz to inne wersje i koncepcje ewentualnych wydarzeń jeszcze przez długi czas po zakończeniu jego lektury. Doszłam do wniosku, że każda ta "wersja", każdy sposób mojego odbioru "Siostrzycy" jest po prostu dobry, a to świadczy o tym, że jej autor - poprzez fakt, że potrafi świetnie pisać - nadaje swej powieści wielowymiarowy charakter i pozwala jej istnieć poza ramami tej głównej, oczywistej fabuły.

John Harding napisał książkę niebanalną, intrygującą i hipnotyzującą, nasączoną dużą ilością grozy, niepokoju i tragizmu, otuloną mrocznym klimatem starego domostwa, rodzinnych tajemnic oraz zapachem śmierci. Myślę, że tak szybko nie zapomnę mistrzowskiej kreacji Florence, zabawnego Gilesa, świetnego motywu z lustrami, który przypomniał mi Potterową magię, oryginalnej, na swój sposób wyrafinowanej narracji i wszelkich złowieszczych, pełnych napięcia zdarzeń, których ona dotyczyła. Polecam "Siostrzycę" z czystym sumieniem.

niedziela, 11 maja 2014

"Śmieć" - Andy Mulligan

Tytuł oryginału: "Trash".
Tłumacz: Martyna Plisenko.
Wydawnictwo: Replika, 2014.
Liczba stron: 292.
Oprawa: miękka ze skrzydełkami.
Rozpoczęcie lektury: 27.04.2014.
Zakończenie lektury: 29.04.2014.
Moja ocena: 7/10.

Andy Mulligan to pisarz angielski specjalizujący się w powieściach dla młodzieży. Pochodzi z Londynu. Przez dziesięć lat pracował jako reżyser teatralny. Późniejsze podróże do Azji sprawiły, że został wolontariuszem w Kalkucie oraz nauczycielem języka angielskiego i dramatu w Indiach, Brazylii, Wietnamie, na Filipinach i w Wielkiej Brytanii. To właśnie poświęcanie się tego rodzaju pracom i działalnościom zainspirowało go do pisania. Jak autor zaznacza w podziękowaniach, "Śmieć", książka, o której będzie mowa w niniejszej opinii, powstał w czasach, gdy Mulligan uczył dzieci w Szkole Brytyjskiej w Manili na Filipinach. To, czego tam doświadczył i co zobaczył, pozwoliło mu na wykreowanie nietypowego, jedynego w swoim rodzaju świata literackiego i zapadających w pamięć bohaterów.

Bliżej nieokreślony kraj Azji Południowej (najprawdopodobniej). Behala. Wielgachne wysypisko śmieci będące jednocześnie czymś na kształt miasteczka zamieszkanego przez ludzi biednych i pozbawionych lepszej przyszłości. "Behala jest ogromnym, potwornym, brudnym, parującym bagniskiem śmieci (...) sprawia, że chce się płakać, tak bardzo wygląda na straszliwą karę, która nie ma końca - a jeśli macie wyobraźnię, możecie zobaczyć tam dziecko i to, na co jest skazane do końca życia. Gdy widzisz starego człowieka, zbyt słabego, żeby pracować, wysiadującego na krześle przed chatą, myślisz sobie: oto Raphael za czterdzieści lat. Co tu się niby może zmienić? Te dzieci są skazane na to, by przez całe dni i noce oddychać tym cuchnącym powietrzem, brodząc w miejskich ściekach. Szczury i dzieci, dzieci i szczury; czasami myślisz sobie, że ich życie specjalnie się nie różni"*. Wspomniany Raphael to jeden z narratorów i bohaterów powieści. Ma czternaście lat, a od jedenastu jest zbieraczem śmieci zarabiającym na dzień od pięćdziesięciu do dwustu peso. Pewnego dnia znajduje na wysypisku saszetkę zawierającą portfel z pieniędzmi i parę innych drobiazgów. Swym odkryciem dzieli się tylko z dwoma najlepszymi przyjaciółmi - Gardem i Szczurem. Ku zdumieniu chłopców znaleziskiem zaczyna interesować się policja, ale nawet jej nie jest dane poznać tajemnicy Raphaela. Młodzi bohaterowie nie zdają sobie jednak sprawy z tego, jak wielkie niebezpieczeństwo ściągnęli w ten sposób na swoje i tak już kruche istnienia.

Historia "Śmiecia" została przedstawiona w dość specyficzny sposób - jako świadectwa spisane przez poszczególne postaci, które miały w niej mniejszy lub większy udział, czyli trójkę chłopców, o których pisałam w poprzednim akapicie, ojca Juilliarda prowadzącego Szkołę Misyjną na wysypisku, siostrę Olivię, wolontariuszkę, i paru innych ludzi. Kto w danym momencie czy w danym rozdziale opowiada, jest dobitnie zaakcentowane imieniem bohatera. Wygląda to niczym zgłaszanie się, meldowanie: "tutaj Jun-Jun", "znowu Raphael", "nazywam się Frederico Gonz" i tym podobne. Nie sposób więc pomylić się w konkretnych opowieściach i przypisać je komuś innemu. Język jest bardzo prosty, w końcu przeważają tutaj narratorzy nastoletni, dzieci, które zostały pozbawione szkoły z prawdziwego zdarzenia, ubogie nie tylko pod względem materialnym, ale i edukacyjnym właśnie.

Nie są to jednak dzieci ułomne i zagubione, których umysły nie są w stanie ogarnąć tego, co się wokół nich dzieje. Wręcz przeciwnie - odznaczają się one ponadprzeciętnym sprytem, inteligencją, nieobca jest im wiedza na podstawowe tematy, którą czerpią ze wszystkiego, co wpadnie im w ręce na wysypisku, i od innych, głównie dorosłych ludzi, a także zdolność do przeżywania najrozmaitszych uczuć i snucia marzeń. Raphael, Gardo i Szczur to bardzo ciekawe postaci. Ujmują czytelnika wytrwałością, jaka w nich drzemie, tendencją do wpadania w kłopoty i szczerością. Każdy z chłopców posiada jakąś przydatną cechę - albo urok osobisty, albo umiejętność czytania, albo świetny słuch i sprawność fizyczną - dzięki której może przetrwać i przeżyć przygodę życia, w którą wplątał go Mulligan.

A przygoda ta wcale do najprzyjemniejszych nie należy. Właściwie można ją określić jako niesłychanie niebezpieczną. Rodem z thrillera, bo i trupów w "Śmieciu" nie brakuje. Uparty Raphael, który po znalezieniu saszetki z ciekawą zawartością nie chce współpracować z policją, ściąga na siebie jej nienawiść, co tylko utwierdza go w przekonaniu, że za poszukiwaniami policyjnymi stoi coś więcej aniżeli jakaś zbrodnia i, być może, nieznany sprawca, którego tożsamość ma wyjawić znalezisko chłopaka. Raphael i jego koledzy nie są głupi. Ale nie odebrano im też marzeń o lepszym jutrze w lepszym świecie, a te, jeśli tak uczepić się nadziei rodzącej się w głowach bohaterów, może im pomóc zrealizować właśnie tajemnicza saszetka. Z tego pozornie błahego powodu czytelnik zostaje wciągnięty w wir zdarzeń zaskakujących, oburzających i szokujących. W wir przemocy, obłudy, lewych interesów i machlojek w świecie polityki. Nastoletni chłopcy doświadczają i oglądają rzeczy, których nie powinni widzieć nawet ludzie dorośli. Które nie powinny mieć w ogóle miejsca, a, niestety, w dzisiejszych czasach mają coraz częściej. Uświadomią sobie, że "świat kręci się wokół pieniędzy. Istnieją wartości, cnoty i zasady; istnieją związki, zaufanie i miłość - i wszystko to jest ważne. Jednakże pieniądze są ważniejsze: sączą się cały czas i są jak drogocenna woda. Niektórzy piją do syta, inni cierpią pragnienie. Bez pieniędzy usychasz i umierasz. Brak pieniędzy jest tak susza, podczas której nic nie może wyrosnąć. Nikt nie zdaje sobie sprawy z wartości wody, dopóki nie znajdzie się w bardzo, bardzo suchym miejscu, takim jak Behala. Tak wielu ludzi czekających na deszcz..."**.

Już po lekturze pierwszych stron powieści Mulligana przeniosłam się do tak bardzo innego od wszystkich dotąd poznanych w literaturze świata - świata nędzy i rozpaczy, przerażających warunków, w jakich przyszło żyć biednym, ale sprytnym i nieporzucającym nigdy nadziei bohaterom książki. Niesztampowa fabuła - czasem wstrząsająca, czasem smutna i wzruszająca - niektórym może wydać się mało rzeczywista, ale tak naprawdę bardziej rzuca się w oczy i liczy to, o jakich wartościach ona opowiada i jakie kwestie porusza. Nie da się bowiem przejść obojętnie obok niesamowitej przyjaźni trójki chłopców, która zacieśnia swe więzi z każdą kolejną minutą ich zmagań mających wyjaśnić to i owo, w tym podejrzane zachowania miejscowej policji, obok chwytających za serce marzeń bohaterów, w spełnienie których odbiorca wierzy równie mocno, jak ich kreatorzy (w czasie lektury "Śmiecia" cały czas towarzyszyła mi pewnego rodzaju nadzieja, przez co nawet nie dopuszczałam do siebie myśli, że utwór może nie skończyć się szczęśliwie), a także obok kwestii pomocy ludziom biednym i słabszym, żyjącym w ubogich krajach, do niesienia której autor zachęca osoby podobne do niego, czyli niebojące się wolontariatu, a więc i wyzwań. Andy Mulligan stworzył wartą uwagi, wyjątkową powieść, która na pewno pozostanie w mej pamięci na długo. Jeśli film, który obecnie powstaje na jej podstawie, okaże się być równie dobry i wartościowy, będę zachwycona... podwójnie.

*s.118
**s.188

Za egzemplarz recenzencki uprzejmie dziękuję wydawnictwu Replika.
Recenzja napisana dla portalu IRKA.

poniedziałek, 28 kwietnia 2014

"15 dni bez głowy" - Dave Cousins

Tytuł oryginału: "15 Days Without a Head".
Tłumacz: Dominika Cieśla-Szymańska.
Wydawnictwo: YA!, 2014.
Liczba stron: 288.
Oprawa: miękka.
Rozpoczęcie lektury: 16.04.2014.
Zakończenie lektury: 17.04.2014.
Moja ocena: 7/10.

Dave Cousins to brytyjski autor powieści dla młodzieży. Już w dzieciństwie dało się we znaki jego zamiłowanie do pisania. Studiował sztuki piękne w Bradford, a później dołączył do zespołu muzycznego, z którym koncertował i nagrywał płyty przez kolejne dziesięć lat. Jego debiutancka książka, "15 dni bez głowy", została nominowana do wielu nagród literackich i zdobyła prestiżową Crystal Kite Award. Polskie wydanie drugiego utworu tego pisarza, "Czekając na Gonza", już niedługo.

Do napisania "15 dni bez głowy" zainspirowało Cousinsa zdarzenie, którego był świadkiem. Będąc w pubie, zwrócił uwagę na pewną mocno pijaną kobietę, która poprzez kłótnie z obcymi ludźmi wprawiła w zakłopotanie swych synów. Autor zastanowił się wówczas, jak może wyglądać życie tych chłopców na co dzień. I swym pomysłem dzieli się właśnie na kartach debiutanckiej powieści, która została dobrze przyjęta zarówno przez krytyków, jak i czytelników. Jest to książka zarówno dla młodych, jak i dorosłych odbiorców, ukazująca kilkanaście dni z życie dwójki chłopców borykających się z problemami, z którymi tak naprawdę nie powinni obcować - dla ich własnego dobra, zdrowia i rozwoju psychicznego.

Mowa tutaj o piętnastolatku o imieniu Laurence i jego sześcioletnim bracie przyrodnim, Jayu, mieszkających z matką alkoholiczką cierpiącą na depresję, która pogłębia się z każdym kolejnym dniem przepracowanym na dwóch etatach w nieciekawych miejscach zatrudnienia. Pewnego dnia kobieta znika bez śladu, zostawiając synów bez opieki, jedzenia i pieniędzy. Zachowując zimną krew, Laurence robi wszystko, by zapewnić sobie i bratu w miarę normalny byt, ale im dłużej trwa nieobecność ich matki, tym jest to trudniejsze. Czy uda mu się odnaleźć rodzicielkę, zanim o jej zniknięciu dowie się opieka społeczna? Czy Laurence znajdzie w swym otoczeniu kogoś, na kogo będzie mógł liczyć w najbardziej skomplikowanych momentach swego życia?

Mieszkanie z często sięgającą po alkohol matką nie należy do łatwych. Ale, w przeciwieństwie do mieszkania bez niej, odbywa się ono według pewnego rodzaju harmonogramu stworzonego w wyobraźni Laurence'a, uzależnionego od nastroju kobiety. Czasami, gdy ów nastrój jest fatalny, nadchodzi Chmura, a gdy jest wręcz przeciwnie - Wesoła Godzina. "Wesoła Godzina rzeczywiście trwa mniej więcej godzinę. Czasem mniej. Gorzej jest, kiedy mama nie pije, bo nie mamy pieniędzy. Ciska się wtedy po mieszkaniu, krzycząc na mnie i na Jaya, że wszędzie jest bałagan. Albo nie wstaje z łóżka przez cały dzień, albo zamyka się w łazience i przez drzwi słychać, jak płacze. Czasem siedzi tam bez końca, więc muszę zabierać Jaya na dwór, żeby wysikał się za kubłami na śmieci"*. Nieprzyjemne okoliczności sprawiają, że na swój sposób młodym bohaterom zaczyna brakować rodzinnych "tradycji", mimo że były one takie, jakie były.

Laurence to taki trochę buntowniczy, ale mający dobre serce nastolatek. To, co go spotyka w ciągu tytułowych dwóch tygodni, w żadnym wypadku nie powinno mieć miejsca. Dzieci w jego wieku nie powinny mieć na głowie takich obowiązków, jak ratowanie rodziny. Nie powinny mieszkać w miejscu pełnym karaluchów, nie powinny opuszczać szkoły, by zajmować się młodszym rodzeństwem, co jest zadaniem rodzica. Losy bohaterów utworu Cousinsa bez wątpienia poruszają, a zarazem wywołują u czytelnika coś w rodzaju napięcia. Do samego końca przecież nie wiadomo, co stanie się z Laurencem i Jayem, czy uda im się zapanować nad bytem bez matki u boku, kłamstwami, którymi muszą karmić siebie nawzajem, wścibskich sąsiadów, kolegów i koleżanki, nad rodzącymi się w głowie Laurence'a w krytycznych chwilach załamania nerwowego i żalu do rodzicielki mrożącymi krew w żyłach myślami, które mogą doprowadzić ich życie do jeszcze większej ruiny. Sześcioletni Jay to dość specyficzne dziecko, wielki miłośnik Scooby'ego Doo, w którego od czasu do czasu się wciela. Nie do końca rozumie, co się wokół niego dzieje, i tęskni za mamą. Niejednokrotnie było mi strasznie żal tego chłopca, choć z drugiej strony jego postać nadaje powieści nieco optymistyczny i zabawny charakter. Podobnie jak osoba Miny, sympatycznej koleżanki Laurence'a. Bardzo się z nimi wszystkimi zżyłam, muszę przyznać.

"15 dni bez głowy" to książka, w której smutna i ponura rzeczywistość zderza się z cudownymi wspomnieniami i naiwnymi marzeniami, które jako tako przywracają ład myśleniu bohaterów i pozwalają im wierzyć w to, że kiedyś będzie normalnie, a może nawet jeszcze lepiej niż kiedykolwiek. Dzięki nim Laurence jest w stanie choć na chwilę zapomnieć o krążącym nad nim i Jayem widmie opieki społecznej i ma siłę działać w celu sprowadzenia matki do domu. Jej postać z kolei trudno jest żywić pozytywnymi uczuciami. Ta nieodpowiedzialna kobieta nie zasługuje na tak wspaniałe dzieci, jakimi są jej synowie, którzy - mimo jej niewłaściwego zachowania (szczególnie uwidocznione w scenach na łodzi i nad kanałem, które, tak swoją drogą, wywołały we mnie mieszane uczucia) - wciąż ją kochają i nie wyobrażają sobie życia naznaczonego rozłąką z bliskimi trwającą już zawsze.

Oprócz samej fabuły opowiedzianej ładnym i nowoczesnym językiem bardzo spodobało mi się wydanie powieści Cousinsa, począwszy od przyciągającej wzrok okładki, aż po techniczną stronę wnętrza utworu ozdobioną ciekawymi czcionkami i grafikami oddzielającymi od siebie poszczególne rozdziały. Bardzo miłe dla oka, zapewniam.

"15 dni bez głowy" Dave'a Cousinsa nie są jakimś drastycznym dramatem, lecz słodko-gorzką opowieścią o trudach życia w niecodziennych warunkach i nagłym zderzeniu z dorosłością ukazaną z perspektywy młodego człowieka. O zasługującej na podziw braterskiej miłości i poświęceniu dla drugiej osoby. To książka niepozbawiona wzruszeń, dobrego humoru i nadziei. Warta uwagi i godna polecenia.

*s.10

Za egzemplarz recenzencki uprzejmie dziękuję grupie wydawniczej Foksal / wydawnictwu YA!
Recenzja napisana dla portalu IRKA.

czwartek, 24 kwietnia 2014

"Dochodzenie" - David Hewson

Tytuł oryginału: "The Killing".
Tłumacz: Ewa Penksyk-Kluczkowska.
Wydawnictwo: Marginesy, 2013.
Liczba stron: 800.
Rozpoczęcie lektury: 04.04.2014.
Zakończenie lektury: 08.04.2014.
Moja ocena: 7/10.

David Hewson to urodzony w 1953 roku brytyjski autor kryminałów i owianych tajemnicami thrillerów. W wieku siedemnastu lat opuścił szkołę i podjął pracę w lokalnej gazecie. W latach późniejszych był między innymi reporterem "The Times" i edytorem "The Independent". W międzyczasie rozpoczął karierę literacką, a całkowicie skupił się na niej w roku 2005. Napisał około dwudziestu powieści, w tym serię kryminałów z Nicem Costą, młodym detektywem i miłośnikiem sztuki w roli głównej.

Na przeczytanie "Dochodzenia" nabrałam ochoty w momencie, kiedy po raz pierwszy dowiedziałam się, że na bazie świetnego serialu taka właśnie książka powstała. Zaznaczę może od razu, że istnieją dwie wersje serialowego "Dochodzenia" - duńska, czyli ta, że tak to ujmę, oryginalna, "Forbrydelsen", i amerykańska, "The Killing". Nad tą drugą spędziłam w ubiegłym roku wiele fascynujących godzin, z kolei Hewson swoją powieść oparł na scenariuszu wersji duńskiej. Są między nimi różnice, ba, nawet książka odbiega nieco od swego pierwowzoru, jeśli wierzyć serialowemu forum, ale jedno jest pewne - historię rodziny Birk Larsenów warto poznać.

A rodzina ta to Theis, właściciel firmy transportowej, jego żona, Pernille, i ich dzieci: nastoletnia Nanna i dużo młodsi od niej Emil i Anton. Jej dotychczasowy szczęśliwy byt zostaje zaburzony niespodziewaną śmiercią Nanny. Ciało bitej i zgwałconej dziewczyny znajduje w bagażniku zatopionego samochodu policja z inspektor Sarah Lund na czele. Lund, która planowała z synem i nowym chłopakiem przeprowadzkę z Kopenhagi do Sztokholmu, jest zmuszona pozostać w kraju trochę dłużej, by zaznajomić ze świeżym śledztwem swego następcę, Jana Meyera. Nikt nie spodziewa się jednak tego, że to "trochę dłużej" przekształci się w "zdecydowanie zbyt długo", co negatywnie odbije się na życiu nie tylko Sarah i jej bliskich, ale też rodziny zamordowanej nastolatki, a nawet miejscowych polityków, którzy mogą mieć jakiś związek ze śmiercią Nanny.

"Dochodzenie" to kryminał o gabarytach cegły. W chwili, w której odkryłam, iż Hewson streścił fabułę serialu do ośmiuset stron, jednocześnie się przeraziłam i odetchnęłam z ulgą, że jestem posiadaczką nie wersji papierowej, lecz e-booka. Samej liczby stron nie należy się jednak bać, gdyż utwór obfituje w ciekawe i zaskakujące wydarzenia, nie nudzi, a wręcz przeciwnie - wciąga. Na pierwszy rzut oka widać, że powieść powstała na podstawie scenariusza, bo troszeczkę go przypomina. Dominują w niej rozbudowane dialogi, z kolei opisy są zwięzłe i mało w nich psychologicznych rozważań, tak bardzo typowych dla kryminałów. Autor operuje krótkimi zdaniami, często też zamiast nich serwuje określenia w postaci rzeczowników i przymiotników. Od czasu do czasu odnosiłam wrażenie, że nie bardzo ma o czym pisać i aby to ukryć, powtarza niektóre zwroty i elementy charakterystyczne dla opisów konkretnych postaci czy przedmiotów, dla przykładu - kilkakrotnie zwraca uwagę na srebrny łańcuch noszony przez Vagna, przyjaciela Theisa, stół z zalakierowanymi na blacie zdjęciami Birk Larsenów czy duże uszy Jana Meyera, choć jest to zupełnie niepotrzebne. Wydaje mi się, że taki styl scenariuszowy jest dobry na chwilę, ale nie na dłuższą metę. Gdyby sedno treści "Dochodzenia" nie było ciekawe, wówczas książka jeszcze bardziej straciłaby na wartości.

Ale jest ciekawe - intrygujące, przerażające i smutne. Mnóstwo tutaj zagadek i mylnych tropów. Na moje oko nawet zbyt dużo, bowiem niemal każdy bohater utworu może być i zazwyczaj jest podejrzany o zabójstwo Nanny. W powieści roi się od spontanicznych akcji, przesłuchań policyjnych i aresztowań, które zwykle okazują się wielkimi pomyłkami. Czytelnik z łatwością przewiduje błędy popełniane przez policję, bo przecież morderca nie może zostać złapany i osadzony w więzieniu w połowie ośmiusetstronicowej książki, prawda? Liczba pochopnych decyzji Lund i Meyera może nieco irytować, ale da się to przeżyć. Myślę jednak, że gdyby "Dochodzenie" było o jakieś trzysta-czterysta stron krótsze, również byłoby dobre, a może nawet ciut lepsze.

Bohaterowie utworu, choć zobrazowani skromniej aniżeli w serialu, zwracają na siebie uwagę odbiorcy i zapadają w jego pamięci. Mimo że ich pierwowzory pochodzą z "Forbrydelsen", w czasie lektury i tak miałam przed oczyma rewelacyjnych aktorów wcielających się w role napisane dla "The Killing", przede wszystkim niezapomnianych Mireille Enos i Joela Kinnamana. Najistotniejszą, a zarazem specyficzną postacią książki jest Sarah Lund, trzydziestoośmioletnia rozwódka wychowująca syna. Sprawia ona wrażenie osoby zimnej, bardzo trudno do niej dotrzeć, gdyż kobieta prawie nikogo do siebie, nawet do swoich myśli, nie dopuszcza. Uzależniona od pracy nie dostrzega tego, że ucieka od swoich bliskich i sama potrzebuje pomocy i wsparcia, które nie byłoby powiązane z zawzięcie prowadzonym przez nią śledztwem. W historii przedstawionej w "Dochodzeniu" można dostrzec pewnego rodzaju kontrast mający związek z chęcią niesienia pomocy i posiadania rodziny - Birk Larsenowie tracą dziecko i nie mogą się z tym pogodzić, wątpiąc z każdym kolejnym dniem w to, że działania Lund przyniosą satysfakcjonujące ich efekty. Ale Sarah naprawdę chce pomóc, robi wszystko, co w jej mocy, dla kogoś obcego, oddalając się w ten sposób od własnego syna, którego istnienia nie docenia, dziecka, za które Birk Larsenowie oddaliby wszystko, gdyby tylko było ono ich ukochaną, żywą córką, Nanną. Tak, Lund jest dość dziwna i czasami nie do zniesienia, ale z całą pewnością jedyna w swoim rodzaju.

Czytelnik równolegle przygląda się śledztwu duńskiej policji, które nie zawsze prowadzone jest zgodnie z procedurami i prawem, wyrazistemu cierpieniu krewnych zabitej Nanny, którzy próbują działać na własną rękę, często podejmując złe decyzje, wyciągając błędne wnioski, a tym samym doprowadzając do rozpadu rodzinnych więzi, oraz środowisku politycznemu, pełnemu machlojek, nieetycznych zagrań i posunięć w dobie wyborów, w których młody i ambitny Hartmann pragnie zepchnąć ze stołka dotychczasowego burmistrza, Bremera. Zacieranie śladów, sekrety i kłamstwa są w powieści na porządku dziennym, jak się okazuje, nie tylko w świecie polityki. Kłamią bowiem wszyscy - osoby uważane za wzory do naśladowania, współpracownicy, przyjaciele, a nawet członkowie najbliższej rodziny. Kłamią dla dobra ogółu, dla dobra ukochanej osoby albo w celu ukrycia własnej, wstydliwej bądź szokującej tajemnicy. Nic więc dziwnego, że zabójca Nanny pozostaje na wolności dłużej niż powinien.

Na ogół kryminał Davida Hewsona czytało mi się dobrze. Śledząc te części i fragmenty książki, które były mi znane dzięki serialowi, żałowałam, że wiem, o co w danym momencie chodzi i co może się wkrótce wydarzyć, za to wszelkie zmiany w fabule sprawiły mi przyjemność i cieszyłam się, że przygnębiająca historia Birk Larsenów zakończy się inaczej aniżeli w serialowym "The Killing". Ów finał może i nie zrobił na mnie piorunującego wrażenia - uważam, że został odrobinę przekombinowany - ale lekturę całości zaliczam do udanych, nie żałując poświęconego na nią czasu. W moich elektronicznych zasobach czeka już na swoją kolej "Dochodzenie 2", które, mam nadzieję, dostarczy mi większych wrażeń i frajdy, bowiem dalsze losy i kolejna sprawa duńskiej policjantki są mi już zupełnie obce. Jak tylko znajdę czas na następną "cegiełkę", natychmiast rozpocznę czytanie - już nie mogę się doczekać!
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...