Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 4/10. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 4/10. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 28 września 2014

"Uśpienie" - Marta Zaborowska

Wydawnictwo: Czarna Owca, 2013.
Liczba stron: 480.
Rozpoczęcie lektury: 15.09.2014.
Zakończenie lektury: 18.09.2014.
Moja ocena: 4/10.

Na przeczytanie "Uśpienia" zdecydowałam się z trzech powodów, które w dużym skrócie brzmią: Czarna Seria, pochlebne opinie oraz niedawne wydanie "Rajskich ptaków", drugiego tytułu Marty Zaborowskiej. Teraz, będąc już po lekturze utworu, nie potrafię się zgodzić z wysokimi notami i superlatywami wypisywanymi na jego temat przez innych czytelników. Bo dla miłośników kryminałów - a za takiego uważam się i ja - ta książka nie może być dobra. W ciągu kilku ostatnich lat naczytałam się sporo powieści kryminalnych, by wiedzieć, jak wygląda taka, którą do tego gatunku literackiego można bez wahania zaliczyć, i jak nie powinna takowa wyglądać. Pomijam tutaj styl, bohaterów i kwestię napięcia, bo te można dopracować, przy okazji tworzenia kolejnych utworów poprawić, ale dla fabuły, która nie zawsze trzyma się kupy, a wydarzenia wchodzące w jej skład zahaczają o niewiarygodność bądź absurdalność, nie mam litości. A "Uśpienie", z przykrością muszę stwierdzić, kilka takich "perełek" w swej zawartości posiada.

W swym dość obszernym debiucie Zaborowska zabiera nas do pewnego podwarszawskiego miasteczka. Z tutejszego szpitala psychiatrycznego, zarządzanego przez doktora Artura Maciejewskiego, ucieka pacjent, Jan Lasota, który został przysłany na leczenie z powodu znęcania się ze szczególnym okrucieństwem nad zwłokami, przy których pracował z zakładzie pogrzebowym. Szybko wychodzi na jaw, że nie był to jego jedyny tego rodzaju występek, a w jego przeszłości aż strach się zagłębiać. Pracowała jednak nad nią doktor Anna Dudczak, ale tak się składa, że wkrótce po ucieczce Lasoty zostaje ona zamordowana. Śledztwo w obu sprawach przypada miejscowej policji na czele z komisarzem Stefaniakiem i podkomisarz Julią Krawiec. Nieoficjalnie pomaga jej doktor Maciejewski. Tymczasem w jego szpitalu zaczyna robić się coraz bardziej niebezpiecznie, a na jaw wychodzą uśpione przez wiele lat tajemnice pacjentów ośrodka i okolicznych mieszkańców.

Zapowiada się interesująco i przez jakiś czas ta powieść rzeczywiście taka jest. Schody zaczynają się, gdy pisarka powiększa liczbę bohaterów, a co za tym idzie, różnego rodzaju wątków z nimi powiązanych. Książka z intrygującej i zagadkowej staje się przerysowana, chaotyczna i skomplikowana. Niemal każdemu tutaj można przypiąć łatkę chorego psychicznie, a już na pewno podejrzanego o to czy tamto. Mimo że postaci jest sporo, zapadają one w pamięć, ale gorzej już z ich motywami postępowania, które albo są banalne, albo mało wiarygodne, a tym samym wręcz nie do odgadnięcia przez odbiorcę.

Zabójstwa, samobójstwa, gwałty, nekrofile, porwania - wszystko to przewija się przez "Uśpienie", ale moim zdaniem jest tego, jak na jedną książkę, za dużo. Widać, że autorka bardzo starała się, by jej debiutanckie dzieło zachwyciło czytelnika, ale wybrała ku temu niewłaściwą drogę, czyli przesadę. Brawa za pomysłowość, owszem, ale takie nagromadzenie szokujących czy pełnych napięcia wątków jest w stanie zaszkodzić powieści, czyniąc ją mało realistyczną, po prostu przekoloryzowaną. Zwiększa też prawdopodobieństwo wpadek "na planie". I Zaborowska parę takich potknięć zaliczyła, niestety. Oto najważniejsze, te najbardziej niedorzeczne z nich: fatalna praca policjantów (nie dość, że po śmierci doktor Dudczak nie przeszukali dokładnie jej gabinetu, a mieszkania wcale, to jeszcze spławili z komendy chłopca, który był w posiadaniu cennych dla śledztwa informacji) - wielokrotnie odniosłam wrażenie, że w skład ich zespołu wchodzi tylko Krawiec; swobodna współpraca policji z doktorem Maciejewskim, który jest przez nią o wszystkim informowany; pistolet w celi wariata; genialni świadkowie sugerujący osobom prowadzącym dochodzenie, co mogą one zrobić, żeby znaleźć jakiś nowy trop; przygarnięcie do domu przez Julię nastoletniej Róży z psychiatryka, by ta pobawiła się z jej niespełna sześcioletnią córką, Sylwią (co może siedzieć w głowie tej dziewczyny - skrzywdzonej, leczonej w zamknięciu - to najwyraźniej nieistotne); długaśne listy o przeszłości pisane przez Różę do Sylwii ledwie składającej litery do kupy, a co dopiero rozumiejącej, że zły dotyk boli, a porzucenie dziecka przez matkę może zachęcić je do targnięcia się na własne życie. Nie mogłam też nadziwić się podkomisarz Krawiec, która w czasie gdy jej córka znajdowała się w poważnym niebezpieczeństwie, wytrwale kontynuowała śledztwo. A do tego miała czelność obrazić się, gdy ktoś wygarnął jej prawdę na temat tego, jak fatalną jest matką. Podpadła mi tym zachowaniem bardzo. Nawet jej dawne problemy z alkoholem, rozwód i przeprowadzka nie sprawiły, że wykrzesałam z siebie w stosunku do jej osoby choć trochę sympatii. Ale Zaborowska, jak wyczytałam z jednego z wywiadów z nią, szykuje kolejne rewelacje dotyczące przeszłości policjantki, więc kto wie, może już przy okazji lektury "Rajskich ptaków" spojrzę na nią łaskawszym okiem...

A sięgnę po tę książkę na pewno. Choćby po to, by zobaczyć, czy styl autorki uległ poprawie. Bo dziś uważam, że jest on nijaki i niczym się nie wyróżnia. Zaborowska mało spontanicznie operuje zasobami słownictwa, nie pozwala sobie na niewymuszony luz czy przejawy dobrego humoru. Dialogi, choć liczne, są sztywne. W dodatku wszyscy bohaterowie, mimo że są różnorodni charakterologicznie i wiekowo, posługują się tym samym językiem. Dużo mówią sami z siebie, w sensie nie trzeba ich ponaglać dodatkowymi pytaniami - jest to szczególnie widoczne w trakcie przesłuchań świadków. Pisarka ma też tendencję do uzewnętrzniania myśli i spostrzeżeń wykreowanych przez nią postaci, czyli do takiego trochę dosadnego tłumaczenia czytelnikowi, co ktoś kiedyś zrobił i dlaczego albo w razie czego.

Kryminał to niełatwy i wymagający gatunek literacki. "Uśpienie" jest dowodem na to, że do pisania powieści, które można by zakwalifikować do tego typu literatury, nie wystarczą dobre chęci, pomysłowość i zebranie paru ważnych, pomocnych informacji na jakieś tematy. Przed Martą Zaborowską jeszcze sporo pracy, ale być może o jej zdumiewających efektach będę mogła napisać już po przeczytaniu jej najnowszego utworu, kto wie? Potencjał jest, odwaga do zagłębiania się w ciemne strony ludzkiego życia również, więc trzymam kciuki za literackie sukcesy w niedalekiej przyszłości pisarki.

środa, 10 września 2014

"Pewnego dnia, w grudniu" - Martyna Ochnik

Wydawnictwo: Zysk i S-ka, 2013.
Liczba stron: 316.
Oprawa: miękka ze skrzydełkami.
Rozpoczęcie lektury: 20.08.2014.
Zakończenie lektury: 29.08.2014.
Moja ocena: 4/10.

Martyna Ochnik jest z wykształcenia biologiem. Miłośniczka zwierząt, lubi malować, a także pisać. Zadebiutowała w 2008 roku powieścią "Pan Wichrów i Powiewów". Za opowiadanie "Malinowy sok" otrzymała główne wyróżnienie w konkursie twórców musicalu "Nie ma Solidarności bez miłości". W 2011 roku wydała kolejną książkę, "Oszołomy", a dwa lata później - "Pewnego dnia, w grudniu", utwór, o którym będzie mowa w niniejszej opinii.

Sięgnęłam po niego, bo zaintrygował mnie opis. Prawdę pisząc, połasiłam się na zawarte w nim jedno słowo, mianowicie "śledztwo". Z racji tego, iż wprowadziło mnie ono w błąd, gdyż książce daleko do kryminału, a ponadto mnie ona zawiodła, stwierdziłam, iż w przyszłości lektury dla siebie będę dobierać staranniej i rzadziej pod wpływem emocji. "Pewnego dnia, w grudniu" to powieść obyczajowa o przemijaniu, przypadkach i nie-przypadkach, jakie niejednokrotnie goszczą w życiu każdego człowieka, o niepewności i niewiedzy wynikającej z niemożności przewidzenia tego, co przyniesie nam dzień jutrzejszy. To powieść raczej smutna, może i skłaniająca do refleksji, ale też - w moim odczuciu - nieco depresyjna.

I zagadkowa, bowiem jej fabuła krąży głównie wokół postaci Apolonii, dziewczyny doświadczonej przez los, dziwnej i niepokojącej. Jej losy - od narodzin, po których matka popełnia samobójstwo, przez dorastanie i obcowanie ze śmiercią dotykającą kolejnych członków jej rodziny oraz zwariowaną przyjaciółką, aż po doświadczenie pewnego rodzaju wolności - opisuje niewydana jeszcze książka Barbary, której rękopis, jakby na równi z czytelnikiem, czyta redaktor Górzyński, przyjaciel kobiety. Historią dziewczyny Barbara zainteresowała się po przypadkowym - a jakże! - spotkaniu z jej ciotką. Z opowieści tej drugiej wynikło, że z Polą stało się coś niedobrego, a że Barbara byłą niegdyś dziennikarką śledczą, postanowiła przeprowadzić małe dochodzenie i dowiedzieć się prawdy o Apolonii.

Całość owiana jest wielką tajemnicą. Czytelnik przygląda się życiu dziewczynki, a później nastolatki ze zmarszczonym czołem, snując rozważania na temat tego, co też mogło się jej przytrafić w dorosłym życiu, że zaintrygowało to pewną kobietę, która zdecydowała się nawet napisać o tym książkę. Akcja toczy się dwutorowo, dość leniwie - Ochnik posiada dar opowiadania, w dodatku robi to ładnym językiem, ale bardzo często niepotrzebnie skupia się na obszernych, pełnych barwnych epitetów opisach miejsc, mieszkań czy budynków - i jednocześnie szybko, bo poszczególne lata z życia Poli mijają w mgnieniu oka, akcentowane najistotniejszymi epizodami, wydarzeniami, takimi jak śmierć babci bohaterki, zamiłowanie do pisania, drugi ślub ojca, przyjaźń z Dorotą, pierwszy seks czy pierwsza praca. Postać Apolonii, choć niezwykle oryginalna, osobliwa, króluje nad innymi bohaterami (w tym Barbarą, której rozliczenie z przeszłością sugerowane przez opis z okładki wydało mi się wymuszone i mało wyraziste), których sylwetki zostały przez autorkę nakreślone mgliście. Wątek obyczajowy z Polą w roli głównej zrobił więc na mnie pozytywne wrażenie. Wszelkie zmiany, z jakimi boryka się dziewczyna, towarzyszące jej na co dzień niepewność, tęsknota za wolnością i swobodą oraz rutyna, której zbyt duża ilość może doprowadzić do zaburzeń ludzkiego życia, nieładu, z którego nic dobrego nie wyniknie, sprawiły, że od czasu do czasu popadałam w coś w rodzaju zadumy. Ale jednak nie wszystko co dobre, dobrze się kończy. Po mniej więcej połowie powieści robi się mało przyjemnie, chaotycznie i nudno. Z powodu wprowadzenia przez Ochnik nowych, niespodziewanych wątków odniosłam wrażenie, że w zawoalowany sposób pisarka przeniosła mnie do wnętrza jakiegoś poradnika dotyczącego medytacji i kontroli umysłu. Z różnych zakamarków treści zaczęły się wyłaniać zjawiska paranormalne, losy Apolonii zawędrowały w naprawdę nieciekawym kierunku, w wyniku czego prawie natychmiast opadł ze mnie dotychczasowy entuzjazm, a jego miejsce zajęły znużenie i niemożność doczekania się zakończenia utworu, w którym pokładałam nadzieje na uratowanie całej tej historii i uczynienie jej sensownej, zaskakującej i kompletnej.

Niestety czekał mnie kolejny zawód - finał książki, który niczego nie wyjaśnił, wręcz przeciwnie - pozostawił mnie z jeszcze większą liczbą pytań, na które nie uzyskałam odpowiedzi, i niesmakiem. Zakończenie powieści "Pewnego dnia, w grudniu" jest po prostu otwarte. Absolutnie się takiego nie spodziewałam, więc wyobraź sobie moje rozczarowanie, zwłaszcza że nie znoszę tego typu zabiegów w literaturze. Było to moje pierwsze spotkanie z twórczością Martyny Ochnik i myślę, że ostatnie.

wtorek, 8 lipca 2014

"Oszust matrymonialny" - Leszek Szymowski

Wydawnictwo: Bollinari Publishing House, 2013.
Liczba stron: 240.
Oprawa: miękka.
Rozpoczęcie lektury: 29.06.2014.
Zakończenie lektury: 30.06.2014.
Moja ocena: 4/10.

Leszek Szymowski to urodzony w 1981 roku polski dziennikarz śledczy i fotograf. Absolwent Uniwersytetu Warszawskiego. Pisywał m.in. dla "Gazety Polskiej", "Wprost", "Angory" i "Warszawskiej Gazety", współpracował z TVP przy programach śledczych "Misja Specjalna" i "30 minut extra". Interesował się takimi osobami, jak ksiądz Jerzy Popiełuszko, detektyw Krzysztof Rutkowski, Krzysztof Olewnik, Marek Papała, a od 2010 roku przygląda się katastrofie smoleńskiej. Jest autorem takich książek, jak "Zamach w Smoleńsku", "Media wobec bezpieki", "Imperium marnotrawstwa", "Agenci SB kontra Jan Paweł II", "Zabić komendanta" i "Oszust matrymonialny".

Do napisania tej ostatniej przyczyniło się przypadkowe poznanie jej głównego bohatera, a także narratora. Tak, powieść ta jest oparta na faktach i przedstawia losy mężczyzny, który w latach 2002-2010 uwiódł mnóstwo kobiet, po czym oszukał je, okradając z dużych sum pieniędzy. Imiona i nazwiska postaci przewijających się przez książkę zostały zmienione. Tytułowy oszust to Kamil Ciepliński. Szymowski natknął się na niego w zakładzie karnym, do którego przychodził na rozmowy z pewnym bandytą z gangu mokotowskiego. Historia Cieplińskiego zainteresowała go do tego stopnia, że postanowił uczynić ją powieścią. Można w niej znaleźć elementy typowe dla biografii i kryminału, a więc czytelnik może potraktować ją jako niewymagającą - czasami irytującą, czasami zabawną - lekturę albo wręcz przeciwnie - jako utwór ostrzegający przed ludźmi, do jakich należał Kamil zanim dobrała się do niego policja. Kobiety, miejcie się na baczności! Ładna buźka faceta i jego dobre maniery nie zawsze są wystarczającym powodem do zaufania i stworzenia z nim idealnego związku. Pożyczanie drugiej osobie sporej ilości pieniędzy po zaledwie trzymiesięcznej znajomości - choćby nie wiem jak bardzo udanej - z całą pewnością nie jest rozsądnym posunięciem. A o takich i podobnych przypadkach traktuje "Oszust matrymonialny", utwór z leniwym, chciwym, wygadanym i na swój sposób inteligentnym Cieplińskim w roli głównej i niepozostającymi bez winy, pragnącymi miłości, a co za tym idzie, naiwnymi przedstawicielkami płci pięknej w rolach drugoplanowych.

Będąc dwudziestokilkulatkiem, Kamil miał tego pecha szczęśliwie - jak sądził - zakochać się w Agnieszce i poślubić ją. Jednak zaraz po zawarciu małżeństwa wyszła na jaw prawdziwa natura dziewczyny, która, co tu dużo pisać, za najważniejszy cel swego życia obrała sobie karierę i zupełnie nie interesowało jej to, że poświęcając się pracy, zaniedbywała męża, praktycznie szybko się nim znudziła. Rozstanie z Agnieszką nastąpiło w nieprzyjemnych okolicznościach, dla Kamila było fatalne w skutkach i zapoczątkowało jego awersję do trwałych związków. Wiążąc się jakiś czas później z kolejną kobietą, Kasią, Ciepliński wpadł już na pewien pomysł, który miał mu pomóc stanąć na nogi po rozwodzie, a więc, co chyba najistotniejsze, wzbogacić się. Posmakowanie zwycięstwa nad płcią przeciwną i łatwego zarobku przyczyniło się do kontynuowania miłosnych podbojów - poszukiwania na internetowych portalach randkowych odpowiednio urodziwych i zamożnych pań, a następnie długotrwałego flirtowania podszytego kłamstwami - zakończonych zdobyciem przez uwiedzione kobiety statusu ofiary.

Historia tytułowego oszusta jest ciekawa sama w sobie - iście sensacyjna, przerażająca, momentami aż niewiarygodna. Odbiorca ma okazję poznać osobiste pobudki narratora i kulisy jego "pracy", o których nie dowiedziałby się z telewizyjnych wiadomości czy artykułu internetowego. Książka Szymowskiego zapowiadała się naprawdę intrygująco, ale mniej więcej w połowie zaczęła tracić na wartości i przynudzać, w wyniku czego zastanawiałam się, czy owe "przygody" Cieplińskiego były dobrym materiałem na powieść, czy może lepszym rozwiązaniem byłoby wspomnienie o nich właśnie w telewizji albo jakiejś gazecie. Moje wątpliwości nie narodziły się bez powodu. Fabuła, mimo że przyciągająca uwagę, dzięki kulejącemu z każdą kolejną stroną stylowi pisarskiemu zaczęła irytować i zniechęcać mnie do dalszej lektury. Prosty język stał się jeszcze bardziej uproszczony, pełen powtórzeń i podobnie sformułowanych zdań ("Zostałem współwłaścicielem eleganckiego hotelu. Drugim współwłaścicielem został emerytowany Niemiec, który na mocy porozumienia między nami został dyrektorem hotelu. Obaj zaciągnęliśmy kredyt, który miał być spłacany z pieniędzy zarobionych przez nasz hotel"*). Wszelkie zabiegi i zamiary głównego bohatera względem kobiet wyglądały podobnie, ale nie przeszkodziło mu to w opisywaniu ich praktycznie tak samo za każdym razem. A autor niczego nie pominął, nie zadbał o to, żeby tę historię urozmaicić bogatszym słownictwem, ożywić czy uporządkować chaotyczne wypowiedzi Kamila, które często wyglądały mniej więcej tak: "Moją korespondencję przerywały co chwila SMS-y. Anita pisała, że nie może już się doczekać spotkania ze mną. Zaproponowałem jej randkę kolejnego dnia. Z Ewą nie mogłem się spotkać przed weekendem, więc z Anitą mogłem się spokojnie umówić. Umówiłem się też z Grażyną na rozmowę na chacie internetowym na następny dzień. Wszystko kręciło się coraz lepiej. Jedną zakochaną we mnie panienkę właśnie przekręciłem na kasę, a w kolejce ustawiały się trzy następne"**. Odniosłam wrażenie, że pisarz nagrał opowieść więźnia, a następnie przepisał ją bez kombinacji i poprawek, które by się przydały. Im bliżej końca, tym Ciepliński jakby nie mógł się doczekać dobrnięcia do finału, nie dbając o przyzwoity styl wypowiedzi, wyrażając się pospiesznie i byle jak, a Szymowski wszystko to w swej książce uwiecznił.

Sięgając po "Oszusta matrymonialnego", trzeba uzbroić się w potężną dawkę cierpliwości. Po pierwsze dlatego, że we znaki dają się niezliczone błędy w tekście, począwszy od składniowych, przez ortograficzne, po interpunkcyjne. Przykłady: "W pozwie zawartych było sporo argumentów o tym, jaki to ze mnie zły i paskudny człowiek ze mnie"***, "popołudniu", literówki oraz denerwujące i niekończące się braki znaków zapytania w dialogach, braki przecinków, a gdzieniegdzie nawet spacji. Ponadto narrator nie zwraca uwagi na to, w jaki sposób w danym momencie się wypowiada - bywa bowiem, że przybiera postać przyjemnego dla oka czy ucha gawędziarza, innym razem posługuje się językiem potocznym (nazywając panią sędzię sędziną, dziewczyny - laskami), a jeszcze innym wysławia się niczym poeta ("spojrzyj na siebie"). Po drugie - ze względu na samego Kamila Cieplińskiego, który osobą godną sympatii i podziwu nie jest, wiadomo. Ale jemu cierpliwości, sprytu i umiejętności opowiadania bajek odmówić nie można. Kobiety traktował jako źródło szybkiego zarobienia dużej kasy (jego jedno oszustwo było warte kilkadziesiąt lub kilkaset tysięcy złotych), a wypowiadał się na ich temat w następujący sposób: "Kiedy jeszcze spotykałem się z Ewą, zalogowałem się ponownie na kilku portalach i zacząłem znowu pisać do lasek. Tym razem miałem już ściśle określony profil kandydatki, której szukam. Chciałem, aby miała trochę więcej niż 30 lat, aby wyglądała na tyle ładnie, żebym nie wstydził się z nią pokazać, oczywiście żeby cierpiała na długotrwały brak faceta, no i żeby dawała możliwości zarobienia jakiejś kasy. Marzyłem o kobiecie z pozycją"****. Czytając o jego podbojach, nie mogłam nadziwić się sile jego perswazji oraz jego naiwnym (dojrzałym!) ofiarom, którym na widok otrzymanych kwiatów i po usłyszeniu komplementów w stylu "piękna księżniczko", "moja królowo", "boginko" miękły nogi, serca i przy okazji mózgi. Owszem, od czasu do czasu było mi żal tych omamionych i oszukanych kobiet - pragnęły przecież być kochane przez wyjątkowego mężczyznę i wydawało im się, że Ciepliński był w stanie im tę miłość ofiarować. Zaślepione nią, nie zawsze, niestety, postępowały rozważnie. Szymowski włączył do swej powieści kilka mailowych i listownych wiadomości od poszkodowanych kobiet, do których udało mu się dotrzeć, gdy badał wiarygodność działalności Kamila, ale nie wniosły one nic konkretnego poza potwierdzeniem, że ofiary nie chcą mieć już nigdy do czynienia z oszustem i zastrzeżeniem o nieujawnianiu w książce ich prawdziwych danych osobowych. Brakuje więc w niej innego - tego kobiecego spojrzenia na całą tę sprawę. Na pewno nadałoby ono powieści ciekawszego i dramatycznego charakteru.

"Oszusta matrymonialnego" czytało mi się dobrze, ale do czasu. Z wyżej wymienionych powodów mniej więcej od połowy książki nie mogłam się doczekać jej zakończenia, które okazało się wręcz spektakularne - nie dość, że mnie zaskoczyło, to na dodatek (oj, chyba jestem złośliwa) rozbawiło. Leszek Szymowski uraczył nas opowieścią o młodym mężczyźnie, który postanowił pójść na łatwiznę i żyć czyimś kosztem. Mężczyźnie, który w ciągu ośmiu lat doprowadził do rozpaczy kilka kobiet, ukradł mnóstwo pieniędzy, a następnie - poprzez chciwość i nieuwagę - stracił wszystko, co do grosza, nawet... Tego już nie zdradzę. Fabułę można streścić w paru zdaniach, więc jeśli ktoś nie zamierza brnąć w ten niezbyt apetycznie wyglądający (pod względem technicznym i stylistycznym) tekst, proszę o wiadomość, wówczas chętnie napiszę, jak życie tego warszawskiego uwodziciela wyglądało.

*s.170
**s.95
***s.26
****s.126

środa, 26 marca 2014

"Tylko ty" - Jasinda Wilder

Tytuł oryginału: "Falling Into You".
Tłumacz: Julia Wolin.
Wydawnictwo: Amber, 2014.
Liczba stron: 304.
Oprawa: miękka.
Rozpoczęcie lektury: 19.03.2014.
Zakończenie lektury: 20.03.2014.
Moja ocena: 4/10.

Do cieszących się dużą popularnością w ostatnich latach książek o wampirach, wilkołakach, aniołach, upadłych i podobnych istotach oraz powieści erotycznych dołączyła niedawno literatura reprezentująca falę new adult przeznaczoną dla odbiorców, których można określić mianem młodych dorosłych. Takie też osoby - w przedziale wiekowym 18-25 lat - są bohaterami tych właśnie utworów. To jedna z charakteryzujących ich cech. Do innych należą obowiązkowa historia miłosna oraz jakaś tragedia, z ciężarem której boryka się przynajmniej jeden z bohaterów książki - może to być wypadek, śmierć kogoś bliskiego czy traumatyczne dzieciństwo. Jeśli dobrze sobie przypominam, do tej pory było mi dane poznać zaledwie dwie powieści, które można zaliczyć do nurtu new adult - "Jeśli zostanę" autorstwa Gayle Forman i "Tak blisko..." Tammary Webber. Tak jak ta pierwsza podobała mi się bardzo, tak ta druga okazała się już co najwyżej niezła. Ale najgorzej wypadł trzeci utwór, "Tylko ty" Jasindy Wilder, który miałam okazję przeczytać przed kilkoma dniami. Miał on wzruszać, sprawiać ból i nieść nadzieję, a tymczasem pod tymi obietnicami kryje się niespecjalnie wyróżniająca się opowieść o miłości pomiędzy wiecznie niezdecydowanymi ludźmi i o seksie.

Główną bohaterką jest tutaj Nell Hawthorne, urocza - jakżeby inaczej! - dziewczyna, rozdarta uczuciowo między dwoma chłopakami, Kyle'em Calloway'em, i jego starszym o pięć lat bratem, Coltonem. W wieku osiemnastu lat w wyniku tragicznego wypadku traci ukochanego Kyle'a, ale z jego śmiercią nie potrafi się pogodzić jeszcze w ciągu kolejnych dwóch lat. Wówczas na jej drodze staje Colton, całkowite przeciwieństwo zmarłego, twardziel z niełatwą przeszłością, którego największymi pasjami są mechanika, śpiew i gra na gitarze. To właśnie on bierze sobie na cel postawienie Nell na nogi, ale szybko przekonuje się, że jego miłość do dziewczyny jest tak samo silna jak jej niechęć do przeżywania żałoby po Kyle'u, którą dusi w sobie, doprowadzając w ten sposób swe życie niemalże do ruiny.

Przyznam, że nie spodobało mi się to, w jaki sposób Wilder pokierowała losami Nell - upchnęła w jej postaci zbyt dużo negatywnych cech, przeobrażając dziewczynę z dobrego domu w nieuporządkowaną, samookaleczającą się i mającą problem z nadużywaniem alkoholu (whisky) młodą kobietę. Ja rozumiem, że każdy człowiek inaczej przeżywa śmierć bliskiej osoby, ale przypadek Nell jest co najmniej nadzwyczajny pod tym względem. A Colton, który ma przywrócić przyjaciółkę do normalności, nauczyć ją cierpieć, jakoś specjalnie mocno się nie wysila. Właściwie jego rady kończą się na powtarzaniu w kółko tych samych zdań typu "uwolnij ból", "przestań się obwiniać" etc. Do tego dochodzą te nieustające wątpliwości bohaterów. Duet Nell-Kyle był do zniesienia - reprezentował sobą taką typową nastoletnią miłość romantyczną, o której czytało mi się całkiem dobrze, pomijając jednak fragmenty, w których Nell entuzjazmowała się wszystkim dookoła słowami "o Boże, o Boże, o mójboże!". Myślałam, że z nich wyrośnie, ale gdzie tam - kilka lat później owo powiedzonko nadal jest jednym z jej ulubionych... A duet Nell-Colton skupia się na słownych przepychankach udowadniających, który z bohaterów jest gorszy, głupszy, posiada smutniejszą przeszłość i ma rację podczas danej wymiany zdań.

Działają na nerwy próby ucieczki obojga od miłości, które jednak wychodzą im nieco lepiej od ucieczki od pożądania. Sceny łóżkowe zajmują czasem dobre kilka stron książki, bo albo są przegadane (i w efekcie do stosunku seksualnego nie dochodzi), albo opisane bardzo dokładnie, tak jak ma to miejsce w popularnych powieściach dla dorosłych zapoczątkowanych słynną trylogią o Grey'u. Ogromnym minusem utworu "Tylko ty" są jego podobieństwa do "Pięćdziesięciu twarzy Grey'a", które miałam tę nieprzyjemność poznać. To, że bohaterowie wykreowani przez Wilder ciągle się rumienią, zdołałam jakoś przełknąć, gorzej zrobiło się, kiedy okazało się, że Nell uparcie lubi zagryzać wargę, co strasznie kręci Coltona, a fatalnie - gdy obojgu zachciewało się dzikiego seksu z rozkazywaniem i klapsami włącznie. "- Boże, Nell. Jesteś niesamowita. Taka piękna. Uwielbiam to, jak podnosisz dla mnie pupę. Uwielbiam odgłosy, jakie wydajesz, kiedy dla mnie dochodzisz. Uwielbiam twoją bladą skórę i jasne loki (...)
- Mocniej, Colton.
Ma przymknięte oczy, na usta wypełza mu uśmieszek.
- Chcesz mocniej?!
- Tak, kotku, chcę mocniej.
- Jak mocno?
- Bardzo mocno.
- Poproś mnie, żebym zerżnął cię mocniej, dziewczynko-Nelly"* (w oryginale ów zwrot brzmi "Nelly-baby", więc, jak widać, tłumaczka się nie popisała). Czy tylko ja nie wiem, czy śmiać się, czy płakać, gdy to czytam?

Pozytywną stroną powieści natomiast jest ta muzyczna, jeśli można to tak ująć. Zarówno Nell, jak i Colton, dobrze czują się w świecie muzyki, bywa nawet, że porozumiewają się za jej pośrednictwem. Wszelkie utwory, jakich słuchają bądź jakie wykonują, pisarka zebrała w liście zamieszczone na końcu książki. W trakcie pisania niniejszej recenzji przesłuchałam je wszystkie i było to dla mnie ciekawe i przyjemne doświadczenie.

"Tylko ty" jest lekturą przewidywalną, zwłaszcza jeśli weźmie się pod uwagę jej zakończenie. Niewiadomą pozostają wydarzenia mające miejsce pomiędzy tragiczną śmiercią Kyle'a a ostatnim rozdziałem, ale i one sprawiają wrażenie wciśniętych do fabuły jakby znienacka i opisane są raczej ogólnie, w dużym skrócie. To samo praktycznie można napisać o bohaterach, których nie dość, że jest jak na lekarstwo, to na bieżąco, w postaci jedno- lub kilkuzdaniowych wtrąceń czytelnik dowiaduje się, co zrobili i dlaczego albo w co są ubrani i dlaczego właśnie tak, jakby autorka na poczekaniu wymyślała dla nich dodatkowe cechy charakteru, zachowania czy wydarzenia, w jakich brali oni udział, ażeby ich życiorysy wyglądały na bardziej interesujące i dramatyczne. Mało rzeczy się dzieje, przeważają tutaj rozmowy i rozmyślania Nell I Coltona, które, jak już wcześniej wspomniałam, nie zawsze grzeszą sensownością i inteligencją.

Pomimo wszelkich wad książkę Wilder czyta się szybko. I raczej nie można jej nazwać nudną, choć fragmenty o takim obliczu się zdarzają. Określiłabym ją za to mianem dołującej. Pisarka zadedykowała ją ludziom, którzy stracili ukochane osoby i cierpieli. Ale ja bym im jej nie poleciła, bo zamiast podnieść na duchu, utwór "Tylko ty", owszem, jest w stanie wzruszyć, ale na ogół przygnębia, irytuje banalnymi pseudoporadami i sugeruje, że najlepszym ukojeniem wewnętrznego bólu (przeważnie na chwilę) jest seks. Tak to odebrałam, niestety. Ot, taki to harlequin dla młodszych czytelniczek, ja jednak spodziewałam się czegoś innego - może więcej romantyzmu, pogody ducha, ale przede wszystkim głębszej treści. Spod pióra Jasindy Wilder wyszło już kilkanaście albo chyba nawet koło trzydziestu pozycji literackich, w tym "Falling Into Us", której główną bohaterką uczyniła Beccę, przyjaciółkę Nell, ale nie wydaje mi się, bym w przypadku jej wydania w Polsce po nią sięgnęła. Niech będzie to gratką dla miłośniczek literatury new adult, do której ja jeszcze się nie przekonałam. Ciekawe, czy kiedyś to nastąpi?

*s.266

Za egzemplarz recenzencki uprzejmie dziękuję wydawnictwu Amber.
Recenzja napisana dla portalu IRKA.

środa, 6 listopada 2013

"Literat" - Agnieszka Pruska

Wydawnictwo: Oficynka, 2013.
Liczba stron: 332.
Oprawa: miękka.
Rozpoczęcie lektury: 12.10.2013.
Zakończenie lektury: 14.10.2013.
Moja ocena: 4/10.

Powieść kryminalną, która miałaby ręce i nogi, nie jest łatwo napisać. Samo wymyślenie mordercy, za którym będą ganiać detektywi, nie wystarczy. Kryminał to niezwykle wymagający gatunek literacki. Jego książkowy przedstawiciel musi być dopracowany w każdym calu, by zachwycać. Dlatego nie może w nim zabraknąć takich elementów składowych, jak wyraziste postaci, nieustające napięcie, konkretne tempo akcji czy genialna zagadka wiążąca się z tym, co najlepsze: z osobą przestępcy, motywami jego działania i przestępstwami. W "Literacie" Agnieszki Pruskiej zdecydowanie brakuje kilku takich właśnie elementów. Zatem nie mogę o nim napisać, że jest dobrym kryminałem.

Zaczyna się niebanalnie. Podczas porannego joggingu pewien mieszkaniec Gdańska znajduje... mumię. Ściślej rzecz biorąc - zmumifikowane zwłoki zaginionej niegdyś kobiety, Wiolety Ludy. Dochodzeniem w sprawie tego nietypowego morderstwa kieruje nadkomisarz Barnaba Uszkier. Mijają dni i tygodnie, a "sprawa mumii" nie zostaje rozwiązana. Po raz pierwszy w historii swej pracy Uszkier ma do czynienia z wyrafinowanym zabójcą, któremu ani się śni dać się złapać. Niedługo potem na głowy gdańskich śledczych spada kolejne morderstwo - tym razem ofiara została otruta i zakopana na nadmorskiej plaży. Czy Uszkierowi uda się namierzyć sprawcę i zachować w ten sposób twarz?

Akcja utworu Pruskiej toczy się niespiesznie przez kilka zimnych miesięcy - od października 2011 roku do końca marca 2012 roku. Jest on podzielony na sześć części, które są niemalże nieodczuwalne - brakuje w nich bowiem rozdziałów, a także większych odstępów między wierszami w tekście w miejscach, gdzie następuje zmiana czasu lub miejsca akcji. To niezbyt wygodny i estetyczny zabieg. A skoro już jestem przy estetyce, muszę wspomnieć, iż nie podobały mi się również rozległe akapity w powieści. Są one jednak uwarunkowane nieudolnym prowadzeniem przez autorkę fabuły, którą osadzono praktycznie w jednym miejscu - na komendzie policji w Gdańsku. Pracy Uszkiera i jego podwładnych w terenie nie uświadczysz w "Literacie", drogi czytelniku. No, może niezupełnie - kilka stron opisujących takową na pewno się znajdzie. Cała reszta natomiast to suche streszczenia i relacje z tego, czego dokonali policjanci "poza fabułą". Odbiorca bowiem nie towarzyszy im w trakcie przesłuchań świadków i rodzin ofiar czy badań zamordowanych osób. Wszystkiego dowiaduje się z wymiany zdań i opowieści pomiędzy aspirantami, podkomisarzami i sierżantami. Oni niemalże przesłuchują siebie nawzajem na komendzie, popijając kawkę i nieustannie wyrażając zniecierpliwienie wynikające z faktu, iż poszukiwany przez nich sprawca nadal jest na wolności. Z punktu widzenia czytelnika przeciętny dzień gdańskiego policjanta wygląda następująco: pobudka --> dojazd na komendę --> wymiana "poglądów" (koniecznie poprzedzona pytaniem "masz coś [nowego]?" skierowanym do współpracowników) --> powrót do domu --> sen. Nie widać (poza paroma wyjątkami) tego, w jaki sposób działa on praktycznie, czyli rozmawia ze świadkami, odwiedza miejsca zbrodni, zbiera dane i użyteczne informacje. Na domiar złego prawie przez całą książkę Pruskiej śledztwo w sprawie seryjnego mordercy, którym, jak można się domyślić już po przeczytaniu jej pierwszej strony, jest tytułowy literat, stoi w miejscu. Nieudolni śledczy, którzy potrafią prowadzić między sobą nawet kilkustronicowe dialogi, często kierują się intuicją, przypuszczeniami i bazują na przydatnych informacjach, które od czasu do czasu spadają im prosto z nieba. Z taką formą pracy policji jeszcze nigdzie się nie spotkałam - doprawdy niewiarygodna!

Przyjrzę się teraz bliżej postaciom wykreowanym przez Pruską. Zacznę może od spostrzeżenia, że autorka ma jakieś dziwne upodobanie w postaci nadawania bohaterom nietypowych nazwisk ujmujących powagi utworowi, który przecież nie jest komedią przygodową - nadkomisarz Barnaba Uszkier, sierżant Gołąb, aspirant Jadlina (nieustannie kojarzący mi się z padliną), podkomisarz Faja, ofiara Angelika Mięsko... Co gorsza, sama gubi się w tych nazwiskach i je przekręca (chyba że jest to wina osoby odpowiedzialnej za korektę) - Angelika Mięsko zmienia się od czasu do czasu w Agatę, z kolei inna ofiara Literata, Hieronim Burczak, występuje również pod nazwiskiem Burczyk. Ogólną charakterystykę postaci pojawiających się w "Literacie" zamknęłabym w jednym słowie - bezbarwni. Pisarka w paru zdaniach naświetla osobowość każdego z gdańskich policjantów - jak długo pracuje w zawodzie, co potrafi i co lubi. Nieco więcej uwagi poświęca Uszkierowi, ale i tak jego osoba wydaje się nijaka - lubi swoją pracę i kocha rodzinę: żonę (której obecność na stronicach powieści jest znikoma) i dwójkę synów, dziesięcioletniego Janka i dwunastoletniego Marka (którzy po szkole nie robią nic innego poza graniem w erpegi). Ach, bym zapomniała o ważnej rzeczy - Barnaba jest jasnowidzem. Tak, zgadza się, jasnowidzem - intuicyjnie przewidział bowiem wybrany przez seryjnego mordercę sposób popełnienia ostatniego morderstwa. Może nie byłoby to aż tak dziwne, gdyby nie fakt, iż Literat to psychol eksperymentujący z najrozmaitszymi metodami zadawania śmierci. I mógł wybrać jakąkolwiek z nich. No, ale najwyraźniej nie było mu dane uciec przed genialną intuicją Uszkiera.

Literat to beznadziejny przypadek psychicznego zabójcy zachowującego się jak walnięty dzieciak, którego bawi uśmiercanie ludzi na różne sposoby. O jego chaotycznych przemyśleniach na temat każdej zaplanowanej zbrodni można poczytać w książce - są one wyszczególnione kursywą. "Tyle jest wypadków. Ludzie giną w nich bez przerwy. Jakbym kogoś potrącił samochodem i udałoby mi się uciec z miejsca zbrodni, mogliby do mnie nie dojść. Nie i jeszcze raz nie! Żadnych przypadków! Świadkowie są wszędzie i mają oczy. To jak to zrobić? Najlepiej, jak bym uderzył go od przodu, pewnie by mu połamało kości miednicy, może kolana i piszczele.  A jak by wyleciał w powietrze, to byłby jeszcze bardziej porozwalany. Ciekawe, ile by żył po czymś takim? (...) Może mogę wybrać jakiś inny sposób? Mogę, czemu nie? Ale nie chcę! Chcę kogoś potrącić samochodem. Muszę spróbować, czy tak się uda kogoś zabić i nie zostać zauważonym. Nie będę miał bezpośredniego kontaktu z ofiarą. Ciekawe, jak to jest..."*. Dziwny gość, prawda? A dlaczego zabija? Niestety, nie było mi dane się tego dowiedzieć. Właściwie... wywnioskowałam, że robi to tak, o, po prostu - z ciekawości i dla frajdy. Jakiś czas temu wpadł na pewien chory pomysł i tak mu już zostało. Kompletnie to do mnie nie przemówiło. Zakończenie książki Pruskiej również bez szału.

Oj, pomarudziłam strasznie, no ale inaczej się nie dało. Obok tak poważnych wad powieści kryminalnej nie można przejść obojętnie. Nie twierdzę jednak, że jest ona beznadziejna. Udało mi się dobrnąć do jej końca i to całkiem sprawnie, to po pierwsze, po drugie - niektóre jej fragmenty (przykładowo nieliczne rozmowy policjantów ze świadkami czy praca w miarę kompetentnego patologa Widockiego) czytało mi się bardzo przyjemnie, a po trzecie - widać, że w Agnieszce Pruskiej drzemie jakiś potencjał. To samo można napisać o jej chęci pisania - z informacji zamieszczonej na tylnej okładce "Literata" jasno wynika, że w przyszłości być może powstanie kolejny utwór z Barnabą Uszkierem w roli głównej - ale dobrze by było, gdyby pisarka podreperowała swój warsztat, jeśli faktycznie zamierza pozostać przy kryminałach. Bo drugiej książki na poziomie "Literata" na pewno bym nie zniosła.

*s.152-153 (pisownia oryginalna zachowana; proszę jednak zwrócić uwagę na zły zapis słów "jakby" i "jakbym")

Za egzemplarz recenzencki uprzejmie dziękuję wydawnictwu Oficynka.
Recenzja napisana dla portalu IRKA.

wtorek, 29 stycznia 2013

"36. tydzień" - Sofie Sarenbrant

Tytuł oryginału: "Vecka 36".
Tłumacz: Teresa Jaśkowska.
Wydawnictwo: Czarna Owca, 2012.
Liczba stron: 296.
Rozpoczęcie lektury: 17.01.2013.
Zakończenie lektury: 17.01.2013.
Moja ocena: 4/10.

Anna Brita "Sofie" Sarenbrant to szwedzka pisarka, dziennikarka, blogerka i fotograf. Pisała felietony dla magazynu "Amelia". W 2010 roku zadebiutowała thrillerem "36. tydzień", który szybko zdobył popularność w wielu krajach europejskich. Powieść ta otwiera cykl, którego akcja toczy się w nadmorskiej miejscowości Brantevik. Jak dotąd, w Polsce ukazały się dwa kryminały tej autorki, a ona sama aktualnie pracuje nad czwartym.

Do tej pory Czarna Seria kojarzyła mi się bardzo pozytywnie, ale "36. tydzień" sprawił, że moja opinia na jej temat została nieco zachwiana. Nie zgodzę się z opisem książki informującym, że jest to przerażający thriller. Bo mnie on nie przeraził. Ani nie zaskoczył czymś nowym. Pomysł na jego fabułę powstał, jak sama pisarka twierdzi, kiedy ona sama była w ciąży i pragnęła, aby z jej dzieckiem wszystko było w jak najlepszym porządku. Trzeba przyznać, że wyobraźnia Sarenbrant w błogosławionym stanie podsuwała jej naprawdę szalone koncepcje. Ale czy sama wyobraźnia wystarczy, by powieść była dobra? Niestety nie.

Brantevik, mała wioska rybacka. Dwa zaprzyjaźnione małżeństwa spędzają razem urlop. Johanna i Agnes, wieloletnie przyjaciółki, spodziewają się dzieci - Johanna pierwszego, a Agnes drugiego. Dla Agnes ciąża to okres pełen niepokoju, stresu i sprzeczek z mężem. Ich kłótnie stają się coraz bardziej wyraziste. Aby rozładować ciągle napiętą atmosferę, cała czwórka wybiera się pewnego wieczoru do miejscowego pubu na karaoke. Nie jest to jednak udany wypad. Mąż Agnes upija się, a ona sama postanawia wrócić do pensjonatu wypoczynkowego. Nazajutrz rano okazuje się, że kobieta zniknęła. Jej zaginięciem zaczynają interesować się media oraz policja, wysuwając swoje pierwsze podejrzenia w kierunku Tobbego, męża Agnes. Czy to on z jakiegoś powodu porwał własną żonę? A może Agnes uciekła od rodziny, mając dość nieprzyjemnej atmosfery w niej panującej? Sprawa nabiera tempa, gdy wkrótce zostaje znalezione ciało niezidentyfikowanej kobiety...

Zacznę może od tego, że na pierwszy rzut oka widać, iż "36. tydzień" to debiut literacki Sarenbrant. Wystarczy spojrzeć na język, jakim się ona posługuje - prosty, wręcz banalny i chaotyczny. W tekście występuje dużo powtórzeń, co jest zupełnie niepotrzebne. Wszystko dzieje się bardzo szybko, bo autorka nie potrafi zainteresować czytelnika żadnymi wątkami pobocznymi, nawet o tym głównym - zniknięciu Agnes - pisze krótko, niedokładnie, stwierdzając po prostu suche fakty. Odbiorca otrzymuje zaledwie strzępy informacji na określone tematy, na dodatek może łatwo się pogubić w bałaganie dotyczącym technicznej strony utworu. Zdania budowane są w sposób mało przemyślany, jakby w roztargnieniu; w jednej chwili ktoś rozmyśla o śledztwie, a w drugiej można się już dowiedzieć, co bohaterowie jedzą na obiad. Bardzo często następuje też zbyt nagła zmiana osoby, której poświęcone są myśli i dialogi, przez co naprawdę można nieźle się w tym wszystkim zaplątać.

Kolejna sprawa to sama fabuła książki. Uważam, że pisarka nie popisała się olbrzymią kreatywnością, choć mogła to uczynić, bo pomysł miała jako tako ciekawy. Z motywem porwania kobiety ciężarnej spotkałam się jednak już wcześniej kilkakrotnie. Wprawdzie nie w literaturze, ale w filmie. W tej chwili na myśli przychodzi mi "Płacz w ciemności", mało znany film, do którego jednak "36. tydzień" wydaje mi się bardzo podobny. Co wręcz razi w oczy, to perfidne zbiegi okoliczności pojawiające się w powieści. Nie mogę się powstrzymać, aby nie przytoczyć dwóch z nich, po lekturze których miałam ochotę roześmiać się w głos. A mianowicie - pierwszy to moment, w którym pewna staruszka słyszy dziwnie podejrzany pisk opon pod oknem własnego domu, po czym wygląda przez okno i zapisuje numer rejestracyjny tego tajemniczego auta - ot, tak, na wszelki wypadek, a co tam! Oczywiście, jak można się domyślić, postąpiła bardzo rozważnie! Drugi zbieg okoliczności natomiast to niezwykle szczęśliwe poślizgnięcie się Johanny i jej upadek akurat na kawałek materiału z sukienki zaginionej Agnes. Brzmi trochę tandetnie, nieprawdaż?

Z pozytywnych elementów thrillera Sarenbrant wymieniłabym kreacje kilku bohaterów - czy to policjanta prowadzącego dochodzenie, czy Johannę i jej męża, fakt, że książka na swój pokręcony sposób nie pozwala na oderwanie się od niej, a także w miarę możliwe zakończenie, w dodatku otwarte, które kusi, aby sięgnąć po kontynuację historii Agnes i jej przyjaciół.

Nie da się przejść obok "36. tygodnia" zupełnie obojętnie - zahacza on przecież o dość poruszający temat związany z okrucieństwem względem ciężarnych kobiet i ich rodzin, a więc wywołuje przykre emocje niedowierzania i złości. Spodziewałam się po nim jednak czegoś więcej, czegoś szokującego i wstrząsającego, jak na prawdziwy thriller przystało. Sofie Sarenbrant już jest porównywana do słynnej Camilli Läckberg, ale póki co, mogę tylko stwierdzić, że do poziomu tej drugiej pisarki jest jej jeszcze bardzo, bardzo daleko. Na półce czeka na mnie druga część niefortunnych przygód z Branteviku i bardziej jestem ciekawa tego, czy autorka poprawiła swój styl aniżeli samej treści utworu. Oby tylko nie było pod tym względem gorzej.

niedziela, 6 stycznia 2013

"Miłość? Bardzo proszę" - Aurelia Es

Wydawnictwo: Replika, 2012.
Liczba stron: 276.
Oprawa: miękka ze skrzydełkami.
Rozpoczęcie lektury: 01.01.2013.
Zakończenie lektury: 02.01.2013.
Moja ocena: 4/10.

Aurelia Es jest absolwentką filologii angielskiej na Uniwersytecie Warszawskim, autorką miniatur literackich, opowiadań, wierszy i tekstów piosenek. Laureatka kilku nagród i wyróżnień, tłumaczka opery - burleski - "Smok z Wantley" J.F. Lampe'a. Jej debiutancka powieść "Kochanek malutki" ukazała się w 2010 roku.

"Miłość? Bardzo proszę" to jej druga książka. Zachęcona dość ciekawym, lekkim opisem, po którym spodziewałam się sympatycznej powieści komediowo-obyczajowej, zdecydowałam się po nią sięgnąć. Czy spełniła moje oczekiwania? Niestety niezupełnie. Historia o sztuce, miłości, szczęściu i zdradzie okazała się nieco dziwnym dramatem, mogłabym nawet pokusić się o stwierdzenie, że zahaczającym o niezbyt wyszukany thriller i coś w rodzaju bajkowej poświaty.

Szyszka to młoda kobieta z wykształceniem, pracą, którą jako tako lubi, na dodatek artystka, ale zagubiona w miłości. Adam, któremu oddała całe swe serce, znikł pewnego dnia bez śladu, ale ona ciągle ma nadzieję na jego powrót. Tak jak wcześnie, gdy borykała się z innymi problemami, wspierają ją sąsiedzi, a właściwie współlokatorzy kamienicy, w której mieszka: babcia Julcia, która nie jest jej prawdziwą babcią, emerytowany ksiądz Franciszek, który od czasu do czasu pozwala sobie na głośną rozmowę z Wszechmogącym, Młody Franek, wielbiciel Szyszki, a także Marcel i Sebastian, właściciele dobrze prosperującego antykwariatu. Czy bohaterce uda się ponownie zobaczyć ukochanego i wyjaśnić jego zniknięcie? Wiedziona wewnętrznym impulsem, próbuje swych sił w malarstwie. Nie spodziewa się jednak, że jej artystyczne poczynania namieszają w jej życiu jeszcze bardziej...

Książka podzielona jest na trzy części, które odpowiednio przedstawiają wydarzenia z przeszłości i teraźniejszości bohaterów, uchylając przy tym rąbka tajemnic z nimi związanych, co poniekąd jest interesujące. Po raz pierwszy chyba miałam do czynienia z tak nietypowym charakterem językowym, w jakim jest prowadzona owa powieść. Aurelia Es operuje wprawdzie nieskomplikowanym językiem, ale mocno dają się we znaki liczne środki stylistyczne, bardzo krótkie, chaotyczne zdania, a ponadto dialogi, których ilość jest po prostu znikoma, i są one wciśnięte tak jakby przy okazji, dla urozmaicenia tekstu - wnoszą do fabuły bowiem niewiele. Nie potrafiłam przywyknąć do stylu tej pisarki. Nie spodobał mi się sposób, w jaki połączyła ona różne gatunki literackie i kontrastujące ze sobą światy poszczególnych postaci w lekką całość. W jednej chwili mogłam czytać o pechowej przeszłości Szyszki, przewracając kolejną stronę, musiałam poświęcić swoją uwagę rozmowom księdza Franciszka z Bogiem, by potem zagłębić się w licznych wulgaryzmach rzucanych przez Młodego Franka czy Marcela.

Trudno jest mi napisać cokolwiek sensownego na temat samej fabuły utworu "Miłość? Bardzo proszę", która jest dosyć dziwna, no ale cóż, dzięki temu również oryginalna. Część zdarzeń zdaje się pochodzić z "normalności", z kolei druga część jest jakby nie z tego świata. Z jednej strony książka jest mieszanką romansu, powieści obyczajowej i sensacji, której podobne wątki, nie da się ukryć, gdzieś już w literaturze się pojawiały, i raczej nie trzeba po niej nie wiadomo jak zaskakujących momentów się spodziewać, a z drugiej strony przypomina ona coś w rodzaju bajki, baśni, w której ludzkie dobro zawsze zwycięża, a złe uczynki zostają, nieważne, że może nawet w absurdalny sposób, ukarane.

Powieść zrobiła na mnie średnie wrażenie. Na początku okazała się być bardzo absorbująca i choć ogólnie czytało mi się ją szybko, z każdą kolejną stroną stawała się mniej ciekawa. "Miłość? Bardzo proszę" to dla mnie taki mały wybryk literatury. Chętnie przytoczyłabym tutaj kilka strzępów jego treści, by zobaczyć Twoją reakcję, drogi czytelniku, ale wiązałoby się to oczywiście ze zdradzeniem ważnych, jeśli nie najważniejszych, elementów fabuły. Dlatego też to tylko od Ciebie będzie zależało, czy sięgniesz po tę książkę, czy nie. Ja jednak powstrzymam się zarówno od jakiegoś szczególnego zachęcania do jej lektury, jak i dalszego zapoznawania się z twórczością Aurelii Es.

Za egzemplarz recenzencki uprzejmie dziękuję wydawnictwu Replika.
Recenzja napisana dla portalu IRKA.
Książka przeczytana w ramach Wyzwania z Półki.

poniedziałek, 9 kwietnia 2012

"Nocny Ogrodnik" - George Pelecanos

Wydawnictwo: Prószyński i S-ka, 2008.
Liczba stron: 296.
Oprawa: miękka ze skrzydełkami.
Rozpoczęcie lektury: 04.04.2012.
Zakończenie lektury: 08.04.2012.
Moja ocena: 4/10.

George Pelecanos to amerykański pisarz, który zanim poświęcił się na dobre pisarstwu, imał się różnych prac. W 1982 roku opublikowano jego pierwszą książkę. Dziś jest autorem kilkunastu kryminałów, których akcja toczy się w Waszyngtonie i jego okolicach. Oprócz tego pracuje w branży filmowej jako producent i scenarzysta. Współpracował przy takich serialach jak "Prawo ulicy", "Pacyfik" czy "Treme".

Jako że po thrillery i kryminały sięgam często, zainteresowałam się także "Nocnym Ogrodnikiem" Pelecanosa. Również dlatego, iż ta powieść w chwili obecnej jest sprzedawana po bardzo niskich cenach. Nie musiałam się więc długo namyślać przed jej zakupem. Powyższy kryminał, osadzony w amerykańskich realiach świata przestępczego i narkotykowego, przedstawia historię trzech mężczyzn, którzy w jakiś sposób są powiązani z pracą w policji, i którzy za wszelką cenę chcą rozwiązać zagadkę dotycząca tajemniczych morderstw zarówno teraźniejszych, jak i tych z przeszłości. To opowieść o życiowych perypetiach tej trójki bohaterów. Na pierwszy rzut oka widać, że nie należą one do lekkich, łatwych i przyjemnych.

Drogi policjantów: Gusa Ramone'a, Dana Holidaya i T.C. Cooka rozchodzą się, by po dwudziestu latach znów się skrzyżować. Zostają znalezione zwłoki nastolatka. Okoliczności śmierci chłopca przypominają zabójstwa sprzed lat, których dokonywał morderca zwany Nocnym Ogrodnikiem. Nigdy nie został schwytany. Dlatego Ramone, Holiday i Cook łączą swe siły, by tym razem doprowadzić sprawy do końca. W międzyczasie dochodzi do innych potyczek i zabójstw na tle narkotykowym. Wygląda na to, że mogą być one powiązane ze śmiercią nastolatka, ale jaki byłby tego sens? Wzrasta liczba podejrzanych i świadków, a Ramone znajduje coraz to więcej śladów i istotnych dla spraw faktów. O co w tym wszystkim chodzi? Czy Nocny Ogrodnik rzeczywiście powrócił? Czy policji uda się zamknąć sprawy obecne, a także tę sprzed dwudziestu lat?

Pomysł na fabułę utworu wydaje się w porządku, prawda? Gorzej jednak z jego realizacją. Książka Pelecanosa ma niestety wiele minusów, które dają się mocno we znaki podczas jej lektury. Po pierwsze, brak napięcia. A wiadomo, że jest to bardzo ważny element, dzięki któremu czytanie książek staje się dużo ciekawsze i przyjemniejsze. W "Nocnym Ogrodniku" akcja dzieje się, bo dzieje. Pelecanos przytacza kolejno suche, beznamiętne fakty. Zero emocji. Wszystko wydaje się takie... bezbarwne, nijakie. Podobnie bohaterowie. Autor próbuje pokazać, jacy to oni nie są fajni, ale kompletnie mu się to nie udaje. Sprośny humor i "luzackie" wypowiedzi, jakimi charakteryzuje postaci, sprawiają, że stają się one niesmaczne i budzące wstręt. W tekście bowiem pełno jest wulgaryzmów i nieprzyjemnych zwrotów związanych z nieprzyzwoitymi myślami bohaterów krążących wokół seksu.

Pierwsza połowa powieści Pelecanosa zwyczajnie nudzi. I przytłacza mnóstwem przytaczanych nazwisk oraz opisów dotyczących historii i wyglądu poszczególnych bohaterów, miejsc czy placówek. Większość z tych opisów jest po prostu niepotrzebna. Wytrąca z równowagi i nie pozwala na skupienie się na najważniejszych rzeczach. Na początku i tak trudno jest wyłapać, co tak naprawdę jest w tej książce najistotniejsze.

O wiele bardziej akcja rozkręca się w drugiej połowie "Nocnego Ogrodnika". Pojawia się coraz więcej przybłysków zainteresowania dzięki śledztwu Ramone'a, które przynosi intrygujące tropy i rezultaty. Autor przywołuje też ciekawe opisy pracy policyjnej - przesłuchań, a także rozmów policji z rodzinami ofiar, podejrzanymi i świadkami. Coś wreszcie zaczyna się dziać, ale to coś nie prowadzi ostatecznie do szokującego, wstrząsającego zakończenia. Do samego końca brakuje tych emocji i znakomitych wrażeń.

Gdyby nie powyższe przejawy plusów książki Pelecanosa, a także przytaczanie przez pisarza sytuacji rodzinnych bohaterów, "Nocny Ogrodnik" zasłużyłby sobie na o wiele niższą ocenę. Tak czy inaczej muszę stwierdzić, że już dawno nie czytałam tak kiepskiego kryminału. Kryminału, który budzi w czytelniku coś w rodzaju obojętności. Punktów wzbudzających zainteresowanie jest bardzo mało, nie ma więc co się dziwić, że brak w nim porządnej dawki adrenaliny i napięcia. Ale nie spisuję tej powieści całkiem na straty. Bo jakiś tam potencjał autora widać. George Pelecanos zna się na rzeczy związanej ze światem kryminalnym, ale nie do końca wie, jak w ciekawy sposób przekazać tę wiedzę czytelnikowi. Nie polecam jakoś szczególnie "Nocnego Ogrodnika". Uważam, że na dzień dzisiejszy jest tyle świetnych kryminałów, że akurat ta powyższa pozycja wydaje się zbędna, nieobowiązkowa na ich tle.

Baza recenzji
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...