Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pi. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pi. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 18 września 2012

"Nikomu nic nie mów" - Jacek Krakowski

Wydawnictwo: Pi, 2012.
Liczba stron: 224.
Oprawa: miękka.
Rozpoczęcie lektury: 17.09.2012.
Zakończenie lektury: 17.09.2012.
Moja ocena: 5/10.

Jacek Krakowski to urodzony w 1950 roku polski pisarz, absolwent chemii na Uniwersytecie Łódzkim. Jest autorem takich powieści, jak "Trans", "Zaraza", "Lato naszej miłości", tomików wierszy "Teatr pamięci" i "Stan tworzenia", książek dla dzieci oraz opowiadań, recenzji i esejów publikowanych w "Gazecie Wyborczej", "Wiadomościach Kulturalnych" czy "Literaturze". Z kolei dzięki współpracy z wydawnictwem Pi napisał kilka kryminałów, wśród nich "M.O.R.D.", "Za ciosem" i "Przerwane śledztwo".

Również "Nikomu nic nie mów" należy do tej ostatniej grupy utworów. W posiadaniu tej niewielkiej książeczki znalazłam się całkiem przypadkowo. A ponieważ w ostatnich dniach wzrosła moja ochota na czytanie kryminałów i thrillerów, sięgnęłam i po nią, domyślając się, że jej lektura dużo czasu mi nie zajmie. Oczywiście miałam rację. Krakowski bowiem ma specyficzny styl pisania, w którym nie zwraca uwagi na zbędne szczegóły i opis, prowadząc akcję błyskawicznie, głównie poprzez liczne i rozbudowane dialogi. No i objętościowo utwór nie przytłacza.

Czasy współczesne. Laura Sawicka, absolwentka Wyższej Szkoły Policji w Szczytnie, przyjeżdża z Olsztyna do Łodzi na prośbę dawnego kolei, który, prowadząc biuro nieruchomości, już od jakiegoś czasu nie może sobie poradzić w jednym z mieszkań w pewnej kamienicy. Dzieją się w nim rzeczy niesłychane - straszy w nim niczym pierwszorzędne zjawy z horroru, przez co kolejni jego mieszkańcy w popłochu lokal opuszczają. Jest jeszcze gorzej - ostatnia lokatorka, pianistka Idalia Lewant, znika bez śladu. Sawicka, biorąc sprawy w swoje ręce, decyduje się przesłuchać każdego, kto miał jakikolwiek związek z tym feralnym mieszkaniem. Począwszy od jego byłych najemców, a kończąc na pozostałych lokatorach kamienicy, przeprowadza dyskretne wywiady, które z dyskretnych i całkiem niewinnych przeobrażają się w pełne podstępów, kłamliwe rozmowy-gierki. Ich stawką są tajemnicze wydarzenia z przeszłości związane z pewnym wynalazkiem, który odpowiednio opatentowany i wykorzystany uczyniłby życie ludzkie lepszym, a nieodpowiednio - zawładnąłby całym światem w negatywnym znaczeniu tych słów.

Narracja w utworze "Nikomu nic nie mów" prowadzona jest w pierwszej osobie, a odpowiada za nią Laura Sawicka, zwierzająca się ze swych intrygujących i niebezpiecznych przygód wujkowi, autorowi kryminałów. Ich wspólne rozważania ostatecznie doprowadzają do całkowitego wyjaśnienia badanych spraw. Jak już wspomniałam wcześniej, książkę czyta się bardzo szybko, ale gdzieś tak w jej połowie to tempo nieco zwalnia. Przynajmniej tak było w moim przypadku. Z wielkim zaciekawieniem śledziłam poczynania głównej bohaterki, dzięki którym zagadka dziwnego mieszkania nadal nie pozostawała rozwiązana, za to podejrzanych o to i owo przybywało, podobnie jak zaskakujących związków między nimi. Od czasu do czasu na mej twarzy pojawiał się lekki uśmieszek w wyniku zabawnych zwrotów akcji, dialogów czy upodobania Krakowskiego do oryginalnych i niespotykanych imion i nazwisk, jakimi obdarzył poszczególne postaci. Ale później miarka się przebrała. Efekty przesłuchań prowadzonych przez Laurę po prostu mnie przerosły. Powstał z nich wielki chaos, którego istotą były rozmaite powiązania międzyludzkie - zarówno rodzinne, towarzyskie, jak i zawodowe. Ogólny sens fabuły zrozumiałam, choć nie do końca usatysfakcjonowała mnie ta z lekka futurystyczna historia, ale gdybym chciała dokładnie prześwietlić i przeanalizować każdego bohatera powieści - a trochę ich było - musiałabym w czasie czytania prowadzić szczegółowe notatki typu kogo z kim łączyły więzy krwi, kto kogo udawał, a kto upozorował swoją śmierć, non stop je aktualizując, bo na jaw wychodziły kolejne kłamstwa i fakty. Poważnie! Miało być sprytnie, ale w moim odczuciu ów spryt został stłumiony przez jeden wielki galimatias. Końcówka także niezbyt przemyślana, odniosłam wrażenie, że autor w trakcie jej tworzenia spieszył się jeszcze bardziej, przez co kompletnie zabrakło w niej emocji czy jakiegoś zaskakującego momentu.

A zapowiadało się tak obiecująco... Po lekturze kryminału "Nikomu nic nie mów" nie jestem pewna, czy jeszcze kiedykolwiek sięgnę po inne utwory Jacka Krakowskiego z tego gatunki. Choć jego niezwykle przystępny i swobodny styl pisarski przypadł mi do gustu. Podobnie jak postać Laury Sawickiej, która, jeśli dobrze się orientuję, pojawia się w innych jego książkach. W ostateczności, a ten stan na razie raczej mi nie grozi, może bym przeczytała którąś z nich. Ale to może.

Za książkę uprzejmie dziękuję Syndykatowi Zbrodni w Bibliotece.

sobota, 30 czerwca 2012

"Jeszcze się spotkamy" - Marc Levy

Wydawnictwo: Albatros, 2007.
Liczba stron: 262.
Rozpoczęcie lektury: 28.06.2012.
Zakończenie lektury: 29.06.2012.
Moja ocena: 7/10.

Marc Levy to francuski powieściopisarz, autor kilkunastu książek cieszących się dużym uznaniem czytelników. Popularność zyskał dzięki pierwszej z nich, "Jak w niebie", która (przetłumaczona na wiele języków) sprzedała się w nakładzie ponad trzech milionów egzemplarzy i która kilka lat później doczekała się ekranizacji.

Utwór "Jeszcze się spotkamy" jest kontynuacją powyższej opowiadającą o dalszych losach Lauren i Arthura, których połączyła niespotykana, magiczna wręcz miłość. Z racji tego, iż część pierwszą czytałam kilka miesięcy temu, muszę przyznać, że nie pamiętałam zbyt dokładnie jej fabuły, na szczęście w "Jeszcze się spotkamy" autor zadbał o to, by w delikatny sposób przypomnieć czytelnikowi wszystko to, co działo się wcześniej, nawiązując tam, gdzie trzeba do wydarzeń z niedalekiej przeszłości głównych bohaterów.

Drogi Lauren i Arthura rozeszły się po tym, jak kobieta wybudziła się ze śpiączki, nie pamiętając niczego, w czym brała udział, będąc w jej stanie. Załamany Arthur, który spędził w towarzystwie jej "ducha" niewiarygodnie miło czas, wyjeżdża do Paryża, by zapomnieć o nieszczęśliwej miłości. Po powrocie do Kalifornii ma zamiar nadal kontynuować swoją "misję", ale nie będzie to takie proste. Świadomość tego, że w tym samym mieście mieszka Lauren, zaostrza się jeszcze bardziej, gdy Arthur ulega pozornie niegroźnemu wypadkowi i trafia do szpitala - jak na ironię pod skrzydła miłości jego życia. Natomiast Lauren próbuje dowiedzieć się czegoś więcej na temat swojej śpiączki i tajemniczego mężczyzny, który w momencie jej przebudzenia tkwił przy jej łóżku, trzymając ją za rękę. Niestety ani jej szef, szanowany chirurg, ani jej własna matka nie zamierzają wyjawić jej prawdy, bo przecież... kryje się za nią zdecydowanie coś więcej. Coś, co mogłoby na zawsze przekreślić pozytywne stosunki panujące między tym trojgiem bohaterów...

Pierwsze kilkanaście stron powieści nie zachwyciło mnie, trochę przynudzając monotonnym przebiegiem akcji. Później jednak akcja nabrała tempa i zaczęła coraz bardziej wciągać, przez co odniosłam wrażenie, że "Jeszcze się spotkamy" czytało mi się lepiej aniżeli "Jak w niebie". Levy nie zrezygnował ze swobodnego języka i poczucia humoru, dzięki czemu jego powieść czyta się sprawnie i przyjemnie. Nie brakuje w niej też fragmentów wzruszających i przyprawiających czytelnika o dreszcze wynikające z intrygującego obrotu zdarzeń. Bohaterów da się polubić, choć może nie wszystkich, bo każdy z nich ma swoją historię, swoje plany i tajemnice. Tak naprawdę do samego końca nie wiadomo, czego można się po nich spodziewać, gdyż ich zachowania często zaskakują. Moją ulubioną postacią tej książki jest zdecydowanie Paul, najbliższy przyjaciel Arthura, zatwardziały kawaler o oryginalnym poczuciu humoru, za co cenię go sobie najbardziej.

Do Lauren i Arthura również się przywiązałam. Niełatwo jest bowiem zbagatelizować ich pełne niepewności, przeczuć i zagubienia życie. Miłość, jaka narodziła się w niecodziennych okolicznościach, i połączyła tych dwoje, sprawiła, że życie Arthura stało się katorgą, natomiast Lauren, no cóż, ona nie ma o niczym pojęcia - ani o swoich "wyczynach" w czasie śpiączki, ani o swojej bliskości z Arthurem, nie wie też, że ten mężczyzna jest jej przeznaczeniem, miłością jej życia. Przynajmniej on usilnie w to wierzy. Bohater jest przekonany, że skoro człowiek jest pewny swych uczuć do drugiej, tej właściwej osoby, z którą ma zamiar spędzić resztę życia, musi o tę osobę walczyć, niezależnie od tego, jak szeroka przepaść ich dzieli. W przypadku Arthura i Lauren sprawy miłosne są bardziej skomplikowane niż jak to zazwyczaj bywa u zwyczajnych ludzi. Kiedy mężczyźnie wydaje się, że już nic nie uratuje tego, co łączyło go z Lauren, niespodziewanie dostaje szansę od losu, choć szansę w przypadku wylądowania w szpitalu po nieszczęśliwym wypadku należy potraktować nieco ironicznie i z przymrużeniem oka.

Prawdziwa miłość nie ucieknie. Nie da się od niej uciec. Jeśli zniknie, to tylko na chwilę, by potem wrócić. W utworze "Jeszcze się spotkamy" Levy przytacza kilka rodzajów miłości na przykładzie kilku par. Jest miłość bezgraniczna, jest miłość spełniona, nieodwzajemniona i spóźniona. Autor uświadamia czytelnikowi, że w przypadku uczuć należy ufać swej intuicji, wierzyć we własne możliwości, nie podejmować pochopnych decyzji, ale też nie zastanawiać się zbyt długo. Życie ludzkie jest zbyt krótkie i kruche, by marnować je na nieuzasadnione obawy i wątpliwości. Trzeba brać je garściami, nawet jeśli mają w tym pomóc zwariowane pomysły albo odrobina magii. Pokażmy, że potrafimy zawalczyć o swoje szczęście. Bądźmy cierpliwi.

Historia Lauren i Arthura jest niezwykła. Swój urok zawdzięcza przede wszystkim oryginalności, zaskakującym zwrotom akcji i sympatycznemu zakończeniu. Marc Levy w doskonały sposób ukazuje emocjonalne rozterki bohaterów, ich słabostki i próby odnalezienia drogi do spokoju, szczęścia i miłości. Nie pogniewałabym się, gdyby powstała ekranizacja powieści "Jeszcze się spotkamy". Chętnie zobaczyłabym, jak z przeciwnościami losu po raz kolejny radziliby sobie Reese Witherspoon i Mark Ruffalo, aktorzy znani z filmu "Jak w niebie". Może kiedyś, kto wie? Oba utwory polecam miłośnikom romantycznych opowieści, ale nie tylko. Levy to dobry pisarz. Jestem pewna, że jeszcze nie raz sięgnę po którąś z jego nieznanych mi jeszcze książek.

czwartek, 16 lutego 2012

"W następnym życiu" - Marc Levy

Wydawnictwo: Albatros, 2006.
Liczba stron: 208.
Oprawa: miękka ze skrzydełkami.
Rozpoczęcie lektury: 12.02.2012.
Zakończenie lektury: 16.02.2012.
Moja ocena: 7/10.

Marc Levy to francuski powieściopisarz, który w swych utworach bardzo często porusza kwestię niecodziennej, skomplikowanej miłości i odkrywania właściwych dróg życiowych, swego przeznaczenia. "W następnym życiu" to dopiero druga książka Levy'ego, którą miałam okazję przeczytać, a już zdołałam przekonać się, że jego powieści są owiane krztą tajemnicy i magii, dzięki której zachowują one unikalny charakter, a po ich lekturze mam ochotę na kolejne tego typu historie.

"W następnym życiu" to bardzo przyjemna opowieść o miłości niemającej końca, odradzającej się wraz z duszą człowieka. Myślę jednak, że ten utwór byłby znacznie przyjemniejszy i zagadkowy, gdyby nie szczegółowy opis ze skrzydełka okładki Albatrosowego wydania, który zdradza praktycznie ogólny zarys całej fabuły. Wcześniej kilkakrotnie spotkałam się z tego rodzaju opisami, będącymi niemal streszczeniami książek; za każdym razem postanawiam sobie, że nie będę już zapoznawać się z tymi opisami w całości, a jednak ciągle o tym zapominam lub zwyczajnie mam nadzieję, że wnętrze utworu okaże się obszerniejsze, głębsze i zaskakujące. Sięgając po jakąś książkę, tak naprawdę nie wiemy, czego dokładnie się po niej spodziewać, prawda? Jednak w przypadku niedługich powieści ich opisy powinny być wręcz minimalne.

Akcja "W następnym życiu" krąży pomiędzy Bostonem, Londynem, Paryżem i Florencją. W tych właśnie miastach ważą się losy historyka sztuki Jonathana i aukcjonera Petera, dwójki najlepszych przyjaciół. Jonathan to wielbiciel twórczości mało znanego rosyjskiego malarza, Vladimira Radskina. Kiedy wraz z Peterem dowiadują się o wystawionych na sprzedaż w Londynie kilku obrazach tego artysty, wyruszają za nimi w podróż, która odmieni ich życie na zawsze. Jonathan, którego za kilka tygodni czeka zmiana stanu cywilnego, zakochuje się z wzajemnością we właścicielce obrazów Radskina, Clarze. Razem z nią odkrywa istnienie i sekrety ostatniego obrazu rosyjskiego malarza o tytule "Młoda kobieta w czerwonej sukni". Obraz ten budzi w Jonathanie respekt, ale i wiele wątpliwości oraz grozę krążących wokół jego historii tajemnic. Tajemnic sięgających przeszłości, zręcznie przeplatających się z teraźniejszością, a nawet... przyszłością. Bohaterowie będą musieli przekonać się na własnej skórze, czy ich miłość okaże się być na tyle silna, by przetrwać wszelkie kłamstwa i intrygi. Przetrwać wszystko, nawet śmierć.

Powyższa historia brzmi intrygująco i interesująco i taka też jest. Zawiera w sobie elementy powieści obyczajowej, romansu, a nawet kryminału. Szkoda jednak, że liczy sobie zaledwie około dwustu stron, bo bardzo chętnie zagłębiłabym się w niej na dłużej. Różne ciekawe wątki, jak na przykład historia dotycząca osoby malarza Radskina, mogłyby zostać bardziej rozbudowane lub dokładniej przedstawione. A tymczasem wszystko toczy się w mgnieniu oka, pozostawiając jakiś niedosyt, ale i refleksje.

Spodobał mi się pomysł Levy'ego na fabułę utworu, dzięki któremu wraz z każdą kolejną stroną książki odkrywałam coraz to nowsze i zaskakujące fakty. Spodobali mi się też bohaterowie "W następnym życiu" - nieważne, czy mieli oni pozytywną albo negatywną osobowość. Ważne, że każdy z nich posiadał interesującą osobowość i historię. A także poszczególne cechy charakteru, w jakiś sposób mnie urzekające, jak na przykład niecodzienne poczucie humoru Petera czy przebiegłość Anny, narzeczonej Jonathana. Zwyczajnie polubiłam styl pisarski Levy'ego i już wiem, że po jego książki muszę sięgać częściej.

"Czy wierzysz, że można tak kochać, że nawet śmierć nie zatrze tego w pamięci? Czy wierzysz, że miłość może nas przeżyć i przywrócić nam życie? Czy wierzysz, że czas może bez końca łączyć na nowo tych, którzy kochali się na tyle mocno, żeby tego nie stracić?"*. Marc Levy w swej powieści sygnalizuje nam, że źródłem ludzkiego życia jest uczucie, a dokładnie uczucie miłości. Miłość wzajemna to siła i energia, dzięki której człowiek ma szansą przetrwać najgorsze chwile, a jego dusza, naznaczona tym uczuciem, może pokonać nawet śmierć, by powrócić w ciele innej osoby, w tytułowym następnym życiu. "Zdarza się, że dwie gwiazdy się spotykają, aby stać się jednością, i na zawsze pozostają od siebie zależne. Są nierozłączne i nigdy nie przestaną się odnajdywać, od życia do życia. Jeżeli w ciągu jakiejś ziemskiej egzystencji jedna połowa oddzieli się od drugiej, łamiąc przysięgę, która je połączyła, obie dusze natychmiast gasną. Nie mogą osobno kontynuować swojej podróży"**. Brzmi banalnie i bajkowo, prawda? Ale Levy przeobraził swój utwór we wspaniałą i piękną historię o miłości, której bohaterowie muszą uporać się z przeciwnościami losu i czyhającymi na ich życie zawistnymi osobami i innymi niebezpieczeństwami. Historię otoczoną pięknem sztuki malarskiej i architektury.

Muszę przyznać, iż chętnie obejrzałabym ekranizację "W następnym życiu", gdyby taka kiedykolwiek powstała. Myślę, że ta książka byłaby dobrym materiałem na scenariusz filmowy. Mimo przydługiego i mało zachwycającego początku, powieść Levy'ego mnie urzekła. Chyba nawet trochę bardziej niż "Jak w niebie" tegoż autora. Niektórym utwór "W następnym życiu" może wydać się mdły i ckliwy ze względu na silny charakter miłości głównych bohaterów, ale ci, którzy gustują w romantycznych i oryginalnych opowieściach, przeplatanych wątkami kryminalnymi, książka na pewno się spodoba i pozwoli oderwać się na chwilę od rzeczywistości. To doskonała lektura na jeden, dwa wieczory. Wciągająca, zaskakująca, niewymagająca. Cieszę się, że miałam okazję zapoznać się z jej treścią. W następnym życiu może nie byłoby mi już to dane...

*s.146-147
**s.31

piątek, 3 lutego 2012

"Szczęściara" - Alice Sebold

Wydawnictwo: Albatros, 2004.
Liczba stron: 320.
Oprawa: miękka ze skrzydełkami.
Rozpoczęcie lektury: 25.01.2012.
Zakończenie lektury: 01.02.2012.
Moja ocena: 6/10.

Alice Sebold to amerykańska autorka trzech powieści, z których jedna z nich, "Szczęściara", jest utworem autobiograficznym. W wieku osiemnastu lat pisarka została brutalnie pobita i zgwałcona. Po tym zdarzeniu długo dochodziła do siebie, studiując i imając się różnych zajęć. Największą sławę przyniosła jej książka "Nostalgia anioła" z 2002 roku, sprzedana w ponad pięciu milionach egzemplarzy, nagrodzona i zekranizowana w roku 2009.

"Szczęściara" to odważna, brutalna i pełna bólu autobiograficzna powieść Sebold. Dlaczego akurat taka? Ponieważ przedstawia historię gwałtu dokonanego na samej autorce. Prosty i bezpośredni język utworu wywołuje burzę emocji, czasem może okazać się zbyt drastyczny, ale gdy czytelnik już na dobre zagłębi się w lekturze, na pewno nie pozostanie obojętny na kwestie poruszane w książce. Każdy z nas wszystko przeżywa na swój sposób. Wszelkie smutki i tragedie, jakie nas dotykają, mogą sprawić, że poczujemy się bezsilni, zrujnowani albo wręcz przeciwnie, zmobilizowani do dalszego, lepszego życia. Alice Sebold nie poddała się, choć jej dojście do siebie po traumatycznych przeżyciach w młodości trwało wiele lat.

Już na samym początku "Szczęściary" pisarka zaskakuje swoją szczerością i bezpośredniością, przywołując bardzo szczegółowy opis gwałtu, ofiarą którego padła, mając osiemnaście lat i będąc dziewicą. Podczas tego incydentu Sebold zachowała niewiarygodnie zimną krew, mając na celu jedno - przeżyć. Scena napaści na bohaterkę przeraziła mnie nie na żarty. Zastanawiałam się, czy podołam dalszej lekturze, ale jednak dałam radę. Musiałam przecież dowiedzieć się, jak potoczyły się dalsze losy autorki, jak poradziła sobie ona z tym, co ją spotkało. Po okrutnej napaści i zgłoszeniu się na policję do Sebold przylgnęło miano "szczęściary", gdyż udało jej się ujść z życiem, podczas gdy wcześniejszy podobny incydent, dokonany w tym samym miejscu, zakończył się śmiercią pewnej dziewczyny. Pojęcie szczęścia może wydawać się w tej sytuacji absurdalne, bo czy kobieta zgwałcona będzie kiedykolwiek kobietą szczęśliwą? Tak w pełni szczęśliwą? Z drugiej jednak strony chodzi przede wszystkim o to, że bohaterka uniknęła śmierci, i to właśnie można określić szczęściem, cudem. Ale nie wszystkie kobiety są skłonne twierdzić tak samo - spotkałam się przecież z opiniami wskazującymi na wyższość woli śmierci nad wolą gwałtu. To oczywiście zależy od siły, charakteru i psychiki osoby pokrzywdzonej. Trudno jest więc wyobrazić sobie, co czuje kobieta zgwałcona i poniżona, bo każda przeżywa tę okropność w inny sposób. Ale myślę, że tego typu sytuacje pozostają w człowieku na całe życie, choćby nie wiadomo jak bardzo starał się o nich zapomnieć. To pewnego rodzaju uraz, wymagający ogromnej siły woli i chęci życia, by zepchnąć go w głąb świadomości i choć trochę zminimalizować jego skutki.

Alice Sebold okazała się bardzo silną kobietą, choć nie zawsze zdawała sobie z tego sprawę. Po gwałcie w jej życiu bywały takie momenty, które wydawały się dla niej samej tylko grą, udawaniem, że jest dobrze, i zapewne czasem tak też było naprawdę. Ogromna determinacja i chęć zemsty na gwałcicielu przysporzyły autorce mnóstwa stresujących sytuacji nie tylko na sali sądowej. Po skazaniu jej oprawcy na wieloletnie więzienie wydawało się, że życie Sebold będzie układać się już coraz lepiej, i do pewnego czasu tak też było. Pisarka nawiązywała wiele przyjaźni, także z chłopakami, zaczęła bardziej o siebie dbać, podejmowała się różnych prac i skończyła pierwsze studia. Wówczas zdarzyło się coś, co na nowo przypomniało jej bardzo wyraźnie gwałt z niedalekiej przeszłości. Utwierdzając się w przekonaniu, że tym brutalnym wydarzeniem została naznaczona na całe życie, bohaterka nieświadomie "doczekała się" zaburzeń psychicznych i zaczęła sięgać po narkotyki.

"Szczęściara" to książka konkretna, szczera do bólu, choć czasami mało interesująca i odpychająca. Wstrząsająca, siejąca postrach pod postacią niebezpieczeństw czyhających na człowieka w jego najbliższym otoczeniu, a także oburzenie względem niektórych wydarzeń przytoczonych przez autorkę. Czy można winić za cokolwiek osobę zgwałconą? Może za zbyt wyzywający strój, którego Alice Sebold... nie miała na sobie w chwili napaści? Albo jej bezmyślność przejawiającą się w postaci chodzenia po parku późnym wieczorem, późną nocą? Wszelkie tego typu zarzuty i opinie pod adresem pisarki były wręcz niewiarygodne. Na szczęście sprawiły też, że Sebold nie poddała się i walczyła zawzięcie do samego końca, broniąc swej niewinności, także tej już odebranej przez napastnika. Fragmenty powieści opisujące jej walkę w sądzie zainteresowały mnie w dużym stopniu i praktycznie pochłonęłam je jednym tchem, będąc pod wrażeniem siły i możliwości bohaterki.

Na ogół jednak "Szczęściara" nie należy do utworów, które koniecznie trzeba przeczytać. Owszem, pozostaje w pamięci na dłużej, ale dla mnie jest po prostu zgrabnie napisaną autobiografią, odważnym pogodzeniu się autorki z przeszłością i jej krokiem w lepsze życie. Miłośnikom powieści biograficznych, a także takich, które poruszają niemoralne zachowania i czyny społeczeństwa oraz ich skutki, książka powinna przypaść do gustu. Dla ludzi "ludzkich" o tych "nieludzkich". Można się zapoznać.

środa, 4 stycznia 2012

"Jak w niebie" - Marc Levy

Wydawnictwo: Albatros, 2006.
Liczba stron: 216.
Oprawa: miękka ze skrzydełkami.
Rozpoczęcie lektury: 03.01.2012.
Zakończenie lektury: 04.01.2012.
Moja ocena: 7/10.

Marc Levy to francuski powieściopisarz, autor siedemnastu książek cieszących się dużym uznaniem czytelników. Popularność zyskał dzięki pierwszej z nich, "Jak w niebie", która (przetłumaczona na wiele języków) sprzedała się w nakładzie ponad trzech milionów egzemplarzy i która kilka lat później doczekała się ekranizacji.

Już jakiś czas temu obiło mi się o uszy, że nakręcono film - komedię romantyczną - "Jak w niebie", z Reese Witherspoon i Markiem Ruffalo w rolach głównych, ale wówczas nie miałam pojęcia, że powstał on na podstawie książki Levy'ego o tym samym tytule. Właściwie dowiedziałam się o tym dopiero wtedy, gdy zerknęłam na opis tejże książki. Ale dzięki świadomości istnienia filmu, przez całą lekturę mogłam w bardziej obrazowy sposób wyobrazić sobie głównych bohaterów, przywołując w myślach twarze Reese i Marka. Po przeczytaniu tej niedługiej powieści o niecodziennej miłości jestem pewna, że w najbliższym czasie nie odpuszczę sobie obejrzenia jej ekranizacji.

"Jak w niebie" to historia o bardzo nietypowej miłości, osadzona w kalifornijskich miasteczkach. Lauren, młoda i początkująca lekarka, ulega wypadkowi samochodowemu i zapada w śpiączkę. Kilka miesięcy później pojawia się pod postacią istoty przypominającej ducha (nie dosłownie ducha, co było podkreślane w tekście - bohaterka przecież nie umarła, tylko nadal pozostawała w stanie śpiączki) w swoim dawnym domu i poznaje jego obecnego lokatora, przystojnego architekta, Arthura. Jakimś cudem, jako jedyny człowiek, Arthur widzi ją, słyszy i czuje. Z początku mężczyzna jest negatywnie nastawiony do nieprawdopodobnej sytuacji, w jakiej się znalazł, ale z czasem zaczyna wierzyć, że Lauren to osoba, której ciało w dalszym ciągu tkwi w szpitalu, a jej dusza posiada zdolność przenoszenia się w różne miejsca w sposób wręcz magiczny. Lauren i Arthur zaprzyjaźniają się ze sobą, próbując rozwikłać zagadkę długotrwałej śpiączki dziewczyny. Prawdziwe problemy jednak zaczynają się, gdy pojawia się możliwość eutanazji, czyli przyspieszenia śmierci bohaterki. Arthur za wszelką cenę pragnie nie dopuścić do tej sytuacji, uciekając się do ryzykownych, ale także zabawnych rozwiązań. Czy jego plany przyniosą zamierzone efekty?

Trzeba przyznać, że Marc Levy w całkiem zgrabny sposób opisuje oryginalną, wręcz fantastyczną historię. Opowieść nie nudzi, jest pełna zabawnych sytuacji i dialogów, a jednocześnie pełna refleksji na temat życia - jego przemijania, ludzkich marzeń i pragnień. Autor wyraźnie daje czytelnikowi do zrozumienia, że życie jest kruche, zbyt krótkie na to, by marnować je przez nieodpowiednie postępowanie i brak logicznego myślenia, a jednocześnie na tyle długie, by móc osiągnąć coś, co do tej pory wydawało się nieosiągalne, niemożliwe do zrealizowania. "Nie ma rzeczy niemożliwych, tylko nasz ograniczony umysł uznaje pewne zjawiska za niepojęte i nierealne. Często trzeba rozwiązać wiele równań, by przyjąć nowy sposób rozumowania. To kwestia czasu i możliwości ludzkiego mózgu"*. Czas ucieka nieubłaganie, więc nie ma sensu wybiegać w daleką, niepewną przyszłość. Ważne jest, aby cieszyć się daną chwilą, teraźniejszością, zwłaszcza gdy ma się z kim nią dzielić. "Chcesz zrozumieć, czym jest rok życia? Zapytaj o to studenta, który oblał roczny egzamin. Czym jest miesiąc życia, powie ci matka, która wydała na świat wcześniaka, i czeka, by wyjęto go z inkubatora, bo dopiero wówczas będzie mogła przytulić swoje maleństwo. Zapytaj, co znaczy tydzień, robotnika pracującego na utrzymanie rodziny w fabryce albo kopalni. Czym jest dzień, powiedzą ci rozdzieleni kochankowie, czekający na kolejne spotkanie. Co znaczy godzina, wie człowiek cierpiący na klaustrofobię, kiedy utknie w zepsutej windzie. Wagę sekundy poznasz, patrząc w oczy człowieka, który uniknął wypadku samochodowego, o ułamek sekundy pytaj biegacza, który zdobył na igrzyskach olimpijskich srebrny medal, a nie ten złoty, o którym marzył przez całe życie. Życie to magia [...]"**. Swoją drogą, już dużo wcześniej spotkałam się z podobnym cytatem - jako "wiersz szczęścia" nieznanego pochodzenia można odnaleźć go chociażby w Internecie. Sama otrzymałam go kiedyś wydrukowanego na skrawku papieru od koleżanki i nosiłam przez długi czas w portfelu "na szczęście". Zastanawiam się, czy Marc Levy inspirował się tym wierszem, przytaczając go w swej książce, czy też owo nieznane pochodzenie tego wiersza wynika z nieprzypisania mu przez odbiorców autorstwa...

"Jak w niebie" to lekka i przyjemna lektura. Czasem zabawna, a czasem zbyt mocno, moim zdaniem, refleksyjna i melancholijna. Osoba Lauren (a raczej jej duchowa postać) na początku troszkę przyprawiała mnie o zdenerwowanie z powodu jej zdziwaczałego zachowania, ale później została ukazana w lepszym świetle. Arthur natomiast sprawiał wrażenie mężczyzny wręcz idealnego, a mam tu na myśli przede wszystkim jego charakter, dlatego nic dodać, nic ująć. Podobała mi się też postać Paula, wspólnika Arthura z pracy, która prezentowała sobą zwariowane poczucie humoru i duży dystans do otaczającego świata.

Do Albatrosowego wydania nie mam żadnych zastrzeżeń. Książka ta należy do serii Pi, która pomimo zaprzestania jej rozwoju, nadal jest jedną z moich ulubionych pod względem projektu okładek i wnętrz. Nie wypatrzyłam żadnych błędów w tekście, tylko ogólnie odniosłam wrażenie, że strasznie dużo w nim znaków interpunkcyjnych w postaci wykrzyknika, przez co wszelkie dialogi bohaterów zdawały się "krzyczeć".

Utwór "Jak w niebie" polecam miłośnikom powieści obyczajowych o miłości, przymykającym oko na zdarzenia nieprawdopodobne i odznaczającym się choć minimalną dawką poczucia humoru. Wprawdzie w trakcie lektury, jak i po, nie poczułam się jak w tytułowym niebie, to jednak główni bohaterowie jak najbardziej. Jestem bardzo ciekawa innych książek Marca Levy'ego - czy również fabułą będą odbiegać od "normalności" - zatem na pewno po którąś sięgnę, tym bardziej, że jedna z nich, "W następnym życiu" już czeka na półce mojej biblioteczki...

*s.173
**s.193

wtorek, 3 stycznia 2012

"Trzy tygodnie z moim bratem" - Nicholas Sparks, Micah Sparks

Wydawnictwo: Albatros, 2005.
Liczba stron: 384.
Oprawa: miękka ze skrzydełkami.
Rozpoczęcie lektury: 03.01.2012.
Zakończenie lektury: 03.01.2012.
Moja ocena: 8/10.

Nicholas Sparks to amerykański pisarz powieści obyczajowych, o którym słyszał chyba niemal każdy. Jego książki ukazują się w trzydziestu trzech językach. W sumie wydał siedemnaście powieści, a popularność przyniosła ma pierwsza z nich, "Pamiętnik". Część powieści doczekała lub doczeka się w najbliższej przyszłości ekranizacji.

Wśród wydanych przez Sparksa utworów jest jeden, który różni się od pozostałych, a mianowicie "Trzy tygodnie z moim bratem". Autor, który jest znany przede wszystkim z pięknych uczuciowo powieści o miłości, tym razem opisuje swoje życie. Od dzieciństwa do 2003 roku. Jest to pewnego rodzaju autobiografia, przeplatana opisami wycieczki dookoła świata, którą Nicholas odbył ze swoim bratem, Micahem. W czasie tej wycieczki bracia nie tylko podziwiają piękne zabytki i krajobrazy Peru, Indii czy Malty, ale też wspominają swoje dotychczasowe życie, które od początku do łatwych nie należało.

Do książki tej podeszłam z dużą rezerwą, ponieważ nastawiłam się na jej biograficzny charakter, a to było dla mnie coś nowego. powieść wciągnęła mnie jednak już od pierwszych stron i wiedziałam, że przeczytam ją w ciągu jednej nocy. Sparks posługuje się prostym, zrozumiałym i bardzo bliskim czytelnikowi językiem. Nie wymyśla jakichś cudów i dziwów, by utwór brzmiał lepiej albo bardziej wyjątkowo. Muszę jednak przyznać, że biograficzne fragmenty jego życia o wiele, wiele bardziej przypadły mi do gustu aniżeli relacja z wycieczki, która zazwyczaj zawierała mnóstwo opisów historii, kultury i architektury zwiedzanych krajów. Czasami zastanawiałam się, czy nie pominąć tych opisów, ale nie ryzykowałam, by nie pominąć przypadkiem jakichś ważnych relacji panów Sparks. A niestety nie zostały one w jakiś szczególny i obszerny sposób ukazane. Rozmowy, jakie pojawiały się pomiędzy braćmi, dotyczyły głównie wspomnień z przeszłości, kościoła i wiary w Boga.

Fragmenty dotyczące osobistych przeżyć Nicholasa Sparksa chyba na długo pozostaną w mej pamięci. Zostały opisane bardzo szczegółowo i obrazowo, w dodatku gdzieniegdzie w książce można było znaleźć fotografie (wprawdzie czarno-białe, ale to zawsze coś) autora, zarówno z lat dzieciństwa, młodości, jak i opisywanej wycieczki dookoła świata. Dzięki temu mogłam łatwo wyobrazić sobie życie autora. Miałam wrażenie, że przenoszę się w czasie razem z jego wspomnieniami.

A nie zawsze te wspomnienia były przyjemne. Dzieciństwo obu braci i ich siostry Dany nie należało do łatwych ze względu na ubóstwo w jakim żyli, liczne przeprowadzki i separację rodziców. Ale było też pełne radości, dziecięcych zabaw i zażyłości między rodzeństwem. Wraz z upływem lat pojawiały się pierwsze bunty, kłótnie i bójki, pierwsze smutki i żale, zwłaszcza w stosunku do rodziców. Sparks przytacza kolejne lata nauki, osiągnięć sportowych, miłosnych oraz tych związanych z pracą, ale cały czas przypomina, jak ważne i wspaniałe były jego relacje z rodzeństwem, szczególnie bratem. Do czasu, gdy Nicholas zaczął pisać, imał się różnych zajęć, a także ożenił się. Radosne momenty jego życia szybko jednak były tłumione przez nieszczęścia, jakie dotykały jego rodzinę.

Należę do osób, które bardzo łatwo i z byle powodu się wzruszają, a książka "Trzy tygodnie z moim bratem" dała mi mnóstwo powodów, by przepłakać jej połowę fabuły. Dosłownie. Byłam w ogromnym szoku, gdy stopniowo odkrywałam fragmenty losów Sparksa. Podziwiałam niezwykłą siłę i miłość jego rodziny, zastanawiając się przy okazji nad swoim życiem i moimi relacjami z rodzicami i bratem. Kocham ich z całego serca i nie wyobrażam sobie życia bez nich; mam też szczerą nadzieję, że moje relacje z bratem będą zawsze dobre, a nawet jeszcze lepsze niż teraz, tak dobre jak stosunki Nicholasa i Micaha.

Niełatwe jest życie pisarza. Mogłoby się wydawać, że pisanie książek to najłatwiejsza i najprzyjemniejsza rzecz pod słońcem, ale gdy ma się do czynienia z piątką dzieci, rozgardiaszem w domu, mnóstwem problemów i tragedii rodzinnych, a także licznymi wyjazdami w celu promocji książek i goniącymi terminami, nie jest już tak kolorowo. Do czasu wyjazdu na wycieczkę z Micahem Nicholas starał się pełnić funkcje pełnoetatowego ojca i męża, a także popadł w pracoholizm, ostatecznie śpiąc trzy godziny na dobę. Wycieczka dookoła świata miała do odprężyć i pomóc zepchnąć pracę na trochę dalszy plan. Z racji tego, iż "Trzy tygodnie z moim bratem" kończą się powrotem braci Sparks do domów, jestem bardzo ciekawa ich dalszych losów. Mam wielką nadzieję, że w ciągu następnych lat życie przysporzyło im już mniej cierpienia, a za to więcej szczęścia i radości. Oby Nicholas Sparks nie musiał już więcej czerpać inspiracji do książek z tragedii własnej rodziny...
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...