Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sonia Draga. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sonia Draga. Pokaż wszystkie posty

środa, 13 listopada 2013

"Nikomu ani słowa" - Andrew Klavan

Tytuł oryginału: "Don't Say a Word".
Tłumacz: Jacek Mikołajczyk.
Wydawnictwo: Sonia Draga, 2009.
Liczba stron: 416.
Rozpoczęcie lektury: 22.10.2013.
Zakończenie lektury: 24.10.2013.
Moja ocena: 8/10.

Andrew Klavan to urodzony w 1954 roku amerykański pisarz, autor powieści sensacyjnych, thrillerów psychologicznych i kilku scenariuszy filmowych. Studiował na Uniwersytecie Kalifornijskim w Berkeley, potem pracował w jednej z nowojorskich gazet (jako reporter) oraz w radio WOR i ABC. Pod pseudonimem Keith Peterson napisał pięć książek. Na początku lat dziewięćdziesiątych publikował (i publikuje nadal) powieści już pod własnym nazwiskiem. Dwie z nich, "Nikomu ani słowa" oraz "Prawdziwa zbrodnia", doczekały się bardzo udanych ekranizacji.

Tak się złożyło, że film "Nikomu ani słowa" obejrzałam jakieś kilka, a może nawet kilkanaście lat temu i zrobił on wtedy na mnie duże wrażenie. Gdzieś tak w zeszłym roku odkryłam, że powstał on na podstawie powieści - zdecydowałam, iż muszę ją przeczytać, tym bardziej że fabuła ekranizacji zdążyła już wyparować z mojej głowy. Pamiętałam tylko wątek szpitala psychiatrycznego, no i pierwszoplanowych aktorów: Michaela Douglasa oraz Brittany Murphy. To zadziałało teraz na moją korzyść - mogłam wyobrazić sobie wygląd Nathana Conrada i Elizabeth Burrows, a także raz jeszcze zostać niejednokrotnie zaskoczoną, czytając książkę Klavana. Bo to dobra książka. Nawet bardzo.

Zaczyna się całkiem niewinnie. Chociaż, powinnam napisać, że wręcz przeciwnie - bardzo źle. Mężczyzna zwany Jajem i jego wspólnik, Maxwell, z jakiegoś powodu mordują Bogu ducha winną kobietę. Chwilę później akcja zaczyna krążyć nad spokojną rodziną Conradów z Upper West Side: psychoanalityka, doktora Nathana Conrada, jego uroczą żoną, Agathą, i ich pięcioletnią córeczką, Jessicą. Na prośbę "sił wyższych" Nathan decyduje się przyjrzeć nowej pacjentce szpitala psychiatrycznego, osiemnastoletniej Elizabeth Burrows, u której zdiagnozowano schizofrenię paranoidalną i która podobno zabiła człowieka, podcinając mu gardło i tnąc go na kawałki. Z dziewczyny trudno cokolwiek wyciągnąć. Ale zafascynowany jej osobą oraz przypadkiem Conrad nie daje za wygraną. Nieco później jednak jego życie wywraca się do góry nogami - Jessica zostaje porwana, a on sam odbiera anonimową groźbę telefoniczną, która zdaje się mieć związek nie tylko z jego córką, lecz również z... Elizabeth Burrows.

Nie ma to jak "stary", dobry amerykański thriller! W tym całym ferworze związanym z kryminałami skandynawskimi nawet nie zdawałam sobie sprawy z tego, jak bardzo tęskniłam za powrotem - choć chwilowym - do sensacyjnej literatury amerykańskiej. "Nikomu ani słowa" to nie do końca tradycyjny utwór z nieznanym sprawcą, którego czytelnik wraz z głównym bohaterem usilnie poszukuje, bo od samego początku wiadomo, kim jest, a właściwie kim są czarne charaktery powieści. Ale to żaden minus - książka bowiem obfituje w wiele innych zagadek. Nie wiadomo tak naprawdę, kim jest Elizabeth, czy rzeczywiście choruje, czy kogoś zabiła, czego chcą od niej porywacze małej Jessiki i w jaki sposób przecięły się ich drogi z drogą nastoletniej dziewczyny. Aby wyjaśnić to i owo, Klavan sięga po niepokojące wydarzenia z przeszłości poszczególnych postaci, które z biegiem czasu zazębiają się ze sobą i tworzą logiczną całość. Mimo zaskakujących od czasu do czasu momentów, akcja toczy się całkiem spokojnie, choć pod olbrzymim napięciem. Pisarz dozuje istotne informacje i szczegółowo przygląda się każdej podejrzanej sprawie. Każdy kolejny rozdział jego kryminału jest coraz bardziej intrygujący. Mimo że byłam trochę śpiąca w czasie jego lektury, nie mogłam się od niej oderwać - niczym zafascynowany robot pochłaniałam jedną stronę po drugiej.

Co bardzo ważne, czytelnik ma tutaj do czynienia ze świetnie wykreowanymi postaciami. Na szczególną uwagę zasługują: Nathan Conrad - zmęczony pracą, nieco schorowany ojciec pięcioletniej dziewczynki, którą kocha bezgranicznie i ponad wszystko, o czym można się przekonać zwłaszcza pod koniec thrillera "Nikomu ani słowa"; Elizabeth Burrows - jedna wielka tajemnicza do odkrycia, którą bardzo, ale to bardzo pragnęłam poznać, dlatego kiedy było już prawie "po wszystkim", rozczarował mnie fakt, iż końcowe sceny utworu skupiają się tylko i wyłącznie na Nathanie i jego córce, a tak interesująca bohaterka, jak Elizabeth, zostaje nagle zepchnięta na boczny tor; ponadto D'Annunzio - detektyw prowadzący śledztwo w sprawie uprowadzenia Jessiki. Ten człowiek jest tak wyrazisty, że aż "czułam" go, czytając książkę. Czytelnicy dobrze ją znający zapewne będą kojarzyć, co mam na myśli, pisząc w ten sposób o tym detektywie, natomiast, ci którzy jej nie znają, być może przekonają się o tym później, gdy zdecydują się po nią sięgnąć.

Żeby nie było tak całkiem pozytywnie w niniejszej opinii, muszę wspomnieć o paru wątpliwościach, jakie dopadły mnie, gdy czytałam utwór Klavana. Po pierwsze, odniosłam wrażenie, że jak na pięciolatkę, Jessica odznacza się zbyt wysoką inteligencją i sprytem - jest to szczególnie widocznie podczas jej próby ucieczki z rąk porywaczy. Po drugie, zakończenie kryminału - nie przekonało mnie pokierowanie losami bohaterów w taki, a nie inny sposób. Moim zdaniem autor trochę się zagalopował i sprawił, że ostatnie rozdziały powieści zyskały mało rzeczywisty wymiar.

Generalnie jednak książka "Nikomu ani słowa" jest bardzo dobra, dlatego też postawiłam jej dość wysoką notę. Ogromne napięcie, mnóstwo tajemnic, niebanalne postaci oraz wątki z psychicznie chorymi osobami to coś, co uwielbiam w thrillerach. Andrew Klavan potrafi zaniepokoić odbiorcę, namieszać mu w głowie, a jednocześnie zaintrygować go do tego stopnia, by wręcz niemożliwe było przerwanie przez niego lektury. Myślę, że to warta uwagi pozycja - dla miłośników sensacji jak znalazł.

Książka przeczytana w ramach Wyzwania z Półki.

środa, 14 listopada 2012

"Pięćdziesiąt twarzy Greya" - E.L. James

Wydawnictwo: Sonia Draga, 2012.
Liczba stron: 608.
Rozpoczęcie lektury: 13.11.2012.
Zakończenie lektury: 14.11.2012.
Moja ocena: 2/10.

O, święty Barnabo! Co to, u licha, miało być?!

Wiedziałam, że prędzej czy później dopadnę "Pięćdziesiąt twarzy Greya". W dobie niezwykłej popularności tej książki, która, kompletnie nie mam pojęcia, z czego wynikła, nie mogłam przejść obok niej obojętnie. Przeczuwałam jednak, że się zawiodę. Zawiodę... co za banalne słowo... Do teraz nie mogę uwierzyć, że udało mi się przebrnąć przez tę powieść, a raczej pseudopowieść. Nie mogę też pojąć, jakim cudem to coś zostało w ogóle wydane. I w jakim celu, bo to, co E.L. James zaprezentowała w swym utworze, nie wnosi do życia ludzkiego nic a nic, nie wzbudza żadnych emocji poza niedowierzaniem, litością, może nawet obrzydzeniem. Halequiny to przy tym arcydzieła. To podobno hipnotyczna, erotyczna, ociekająca seksem powieść. Poza seksem - ani hipnotyczna, ani erotyczna. Odnoszę wrażenie, że ktoś tu pomylił erotykę z pornografią. I nawet nie chce mi się myśleć, że miałaby powstać ekranizacja "Pięćdziesięciu twarzy Greya" - porno z Ryanem Goslingiem w roli głównej kasowym hitem filmowym? Aż ciary przechodzą, podziękuję...

No ale do rzeczy - o czym jest ta książka? O perwersyjnych upodobaniach seksualnych dwudziestosiedmioletniego Christiana Greya, w którym rzekomo zakochuje się dwudziestojednoletnia głupiutka studentka literatury, Anastasia Steele, nie wiedząc jednak, cóż począć z tym tajemniczym mężczyzną i jego zachciankami. Oboje poznają się podczas wywiadu dla pewnej gazety studenckiej. Ona zadaje pytania, on na nie odpowiada, ale od pierwszej chwili między nimi iskrzy, rzecz jasna. Ach! I chociaż czytelnik nie wie nic na temat wyglądu Greya poza tym, że jest niebiańsko piękny, przystojny, pachnący i ma szare oczy, a włosy koloru miedzianego, to biedna Anastasia traci dla niego głowę i jej policzki na przemian się rumienią, pąsowieją, płoną, robią się czerwone, różowe, purpurowe i szkarłatne. Autorka dobitnie zwraca na to uwagę w co drugim zdaniu, przynajmniej w dwóch pierwszych rozdziałach powieści. Doszłam do wniosku, że to jedno z ulubionych wyrażeń E.L. James. Ana + Christian? Och! To raczej niemożliwe... A jednak! Ich drogi krzyżują się ponownie - to chyba jakieś przeznaczenie! Aż tu nagle Grey stwierdza, że nie jest on odpowiednim chłopakiem dla Any. O, mój Boże, dlaczego?! Bo ma pewne sekrety i styl bycia, który przeraziłby ją w mgnieniu oka. Czyżby? Ana oczywiście nie ustępuje, zakochana w pięknym mężczyźnie, pragnie poznać go bliżej. No i poznaje, a przynajmniej jego plany względem niej samej...

Okazuje się, że Christian ma słabość, choć to zbyt delikatnie napisane, do dzikiego, ostrego, wyuzdanego seksu i dominacji nad partnerką. Ale Anastasia, kompletnie niedoświadczona w tych sprawach, przyjmuje tę wiadomość niemalże ze stoickim spokojem. Jest tak zafascynowana Greyem, że już na samą myśl o nim nieświadomie - ale jakże zmysłowo - zagryza wargę, a mięśnie jej podbrzusza rozkosznie się zaciskają. A po pierwszych doświadczeniach łóżkowych te nowe "umiejętności" dziewczyny - będące zarazem kolejnymi ulubionymi zwrotami pisarki - dają o sobie znać na okrągło. Za każdym razem, gdy szczytuje - po podniecających słowach kochanka "dojdź dla mnie, mała!" - rozpada się na maleńkie kawałki. Ale potem jakimś trafem zbiera się do kupy. A szkoda, mogłaby rozpaść się raz, ale porządnie, byłby z nią, jej wielce niewyparzoną buzią i "wewnętrzną boginią" żądną seksu, święty spokój.

Anastasia to niezwykle rozdarta wewnętrznie osoba. Przyczyną tego rozdarcia jest oczywiście Christian, bardzo skomplikowany, zmienny, dziwny i "popieprzony na pięćdziesiąt sposobów", jak twierdzi dziewczyna, człowiek. Pragnie być Panem, z kolei Ana ma być jego Uległą i spełniać jego nienasycone wymagania dotyczące seksu, balansujące na granicy bólu i rozkoszy. On bowiem się pieprzy, nie kocha. Nastrój Greya zmienia się z sekundy na sekundę i biedna Ana jest całkowicie wygłupiona. Podejrzewam, że niejeden czytelnik byłby również, przynajmniej ja miałam tego wszystkiego powyżej uszu. Doprawdy nie rozumiem, co kryje się za tą dwójką bohaterów. Co oni sobą reprezentują? Na co E.L. James chciała zwrócić uwagę, powołując do życia tę nieszczęsną książkę? Na poniżanie kobiet? Ich chęć do uległości, jeśli chodzi o pożycie seksualne? A może miała nadzieję na to, że żeńska część odbiorców rozkwitnie i stanie się demonami żądzy w sypialni i nie tylko? A co z mężczyznami? Czy "Pięćdziesiąt twarzy Greya" wniosłoby do ich życia i sfery przyjemności coś więcej aniżeli internetowe strony z opowiadaniami erotycznymi czy RedTube? Raczej mało prawdopodobne...

Ponadto język. Tak fatalnie napisanej książki chyba jeszcze nie czytałam. E.L. James operuje bardzo ubogim zasobem słownictwa, okropnie infantylnym i przyprawiającym o mdłości. Fabuła utworu stoi niemalże w miejscu - najważniejsza jest kwestia "związku" Any i Christiana, którego autorka i tak nie potrafi dostatecznie dobrze, szczegółowo opisać, stwierdzić, co jest w nim nie tak, a co w porządku. Powtórzeń dotyczących zachowania bohaterów jest od groma. Ciągle zagryzają oni wargi, umierają z głodu albo nie są głodni, spuszczają wzrok i gapią się na swoje dłonie albo zaciskają usta w wąską linię. Jeden wielki bełkot. Nawet postaci drugoplanowe - jak znajomi Any, jej rodzina i rodzina Greya - nie zostały porządnie wykreowane. Są płaskie, bez wyrazu, ich charakterystyka sprowadza się do zaledwie paru zdań. Wielka szkoda, bo chociaż ojczyma Any, Raya, chętnie poznałabym bliżej.

Jedyne plusy mogę przyznać ciekawej okładce, w miarę wciągającym pierwszym kilkunastu rozdziałom, sprawiającym wrażenie "normalnych" wątkom pobocznym, których było niewiele, no i faktowi, iż po zakończeniu czytania "Pięćdziesięciu twarzy Greya" jest się ciekawym dalszych losów tych pokręconych bohaterów. Nie wiem jednak, czy kiedykolwiek znajdę w sobie tyle siły i cierpliwości, by sięgnąć po "Ciemniejszą stronę Greya" - chyba za dużo zachodu. Fenomen trylogii E.L. James jest i chyba zawsze pozostanie dla mnie zjawiskiem niepojętym.

Niechaj wszelkie utrapienia czytelników wynikające z lektury tego zjawiska odejdą w zapomnienie, o, święty Barnabo!

środa, 4 lipca 2012

"Z deszczu pod rynnę" - Kerstin Gier

Wydawnictwo: Sonia Draga, 2009.
Liczba stron: 334.
Data rozpoczęcia: 02.07.2012.
Data zakończenia: 03.07.2012.
Moja ocena: 8/10.

Kerstin Gier to niemiecka pisarka tworząca również pod pseudonimami Jule Brand i Sophie Berard. Studiowała edukację biznesową i psychologię komunikacji, podejmowała się różnych prac, aż w końcu w 1995 roku rozpoczęła swoją przygodę z literaturą, pisząc głównie książki dla kobiet. Największy sukces jednak zyskała całkiem niedawno dzięki fantastyczno-młodzieżowej Trylogii Czasu.

"Z deszczu pod rynnę" to jedna z nowszych powieści Gier, bo powstała w 2007 roku. To znakomita komedia poruszająca wcale zabawną tematykę, mianowicie dotyczącą samobójstwa. Autorka jednak nie wyśmiewa tutaj ludzi, którzy borykają się z tego typu problemami, lecz w żartobliwy sposób udowadnia, że nie należy się poddawać, nawet jeśli sytuacja życiowa zdesperowanego człowieka wydaje się beznadziejna i nie do naprawienia. Na przykładzie głównej bohaterki pisarka pokazuje, jakie psikusy może wyrządzić nam los i to często w najmniej spodziewanych momentach.

Gerri Thaler to doskonała kandydatka na samobójczynię - na imię jej Gerda, ma trzydzieści lat, nie posiada wyższego wykształcenia (jak jej  trzy starsze siostry) ani stałego partnera (jak jej trzy starsze siostry), nie jest też blondynką (jak jej trzy starsze siostry), przez co jej rodzice uważają ją za głupią, nieodpowiedzialną, niezorganizowaną... cóż, można by tych cech wymienić sporo. W dodatku praca Gerri. Ona kocha ją całym swoim sercem, mimo iż jest to "tylko" pisanie broszurowych romansów, których akcja toczy się zazwyczaj w środowisku medycznym. Ale rodzice Thaler nie mają serca do tego, by cieszyć się z satysfakcji córki razem z nią, ba, w ogóle nie przyznają się do tego, że ich córka pracuje w takiej branży, w jakiej pracuje. Na domiar złego ta branża zaczyna się rozpadać. Aby uratować swoją pozycję w tym literackim światku, Gerri musi przerzucić się z w miarę realnych romansów na... wampiry i ich niekończące się fantastyczne umiejętności. Oczywiście bohaterka nie ma zamiaru tego robić, snując perfekcyjny plan równie perfekcyjnego samobójstwa. Ale nawet i w tym przypadku pech jej nie opuszcza, nie pozwalając jej odejść ze świata żywych...

"Z deszczu pod rynnę" to utwór napisany bardzo przyjaznym, nieskomplikowanym i lekkim językiem w narracji pierwszoosobowej. Wszelkie konwersacje bohaterów są w nim prowadzone na luzie, z ogromną dawką dobrego humoru. Ta książka w stu procentach jest komedią. Muszę przyznać, że do tej pory żadna powieść tak bardzo mnie nie rozśmieszyła. I to wielokrotnie! Czytając ją nocą, gdy reszta domowników już smacznie spała, musiałam się powstrzymywać, by nie wybuchnąć głośnym śmiechem, słowo daję! Ponad trzysta stron w tym przypadku to było zdecydowanie za mało.

Utwór jest zwariowany, ale nie do przesady. Biorąc pod uwagę komizm, wyróżniają się tutaj przede wszystkim bohaterowie - Gerri i jej pozornie idealny plan i listy pożegnalne kierowane do wybranych członków rodziny i znajomych, jej zróżnicowani pod wieloma względami przyjaciele, a także współpracownicy z wydawnictwa. Najbardziej irytująca była dla mnie postać matki głównej bohaterki, której wiecznie nic się nie podobało i ciężko było w czymkolwiek jej dogodzić. Pozytywnie natomiast zaskoczyła mnie kreacja jej męża. Ale wiadomo przecież, każda książka składa się z mniej lub bardziej lubianych bohaterów, nigdy nie ma tylko i wyłącznie idealnych.

Niełatwe jest życie singla, zwłaszcza gdy ma się zdrowo pokręconą rodzinę, dla której wszystko, co robisz, jest po prostu głupie, złe i niewłaściwe. Będąc na miejscu Gerri Thaler, również nie wykazałabym się anielską cierpliwością. A jeśli dołożyć do tego brak szczęścia w miłości, pracy oraz wynajem niewielkiego mieszkania od zawziętej ciotki, to już w ogóle. Ale czy nawet w tak beznadziejnych sytuacjach trzeba zaraz myśleć o odebraniu sobie życia? Oczywiście, że nie. Los może być dla człowieka okrutny, ale kolejnego dnia może zaskoczyć go ze zdwojoną siłą i to bardzo pozytywnie. Nie należy się poddawać zbyt szybko, nie należy podejmować pochopnych decyzji, narażając w ten sposób bliskie osoby na cierpienie, choć nam może się wydawać, że działamy wręcz przeciwnie. Zawsze może się zdarzyć coś, pojawić ktoś, kto sprawi, że na ten cały szalony świat spojrzymy innym okiem. Szczęście potrafi ujawnić się w najmniej spodziewanej chwili, więc nie lekceważmy go. Zwłaszcza jeśli nie zdiagnozowano u nas depresji neurotycznej, o której istnienie u samej siebie podejrzewała Gerri. Wszystko ma swoje granice, ale nie szaleństwo. A wiadomo, jak szalone możliwości może nieść ze sobą ludzkie życie. Korzystajmy więc z nich z dystansem i przymrużeniem oka.

Kerstin Gier w przezabawny sposób ukazuje pozytywne aspekty życia w obliczu wszelkich niemiłych niespodzianek, jakie się w nim pojawiają. Niedoszłe samobójstwo głównej bohaterki powoduje, iż zastanawia się ona głębiej nad swoim istnieniem i próbuje odnaleźć swoje miejsce w tym pełnym komplikacji świecie. "Z deszczu pod rynnę" to fantastyczna lektura na poprawę humoru, która na długi czas pozwoli czytelnikowi zapomnieć o wszelkich zmartwieniach i smutkach. Niesamowicie optymistyczna i wciągająca historia o miłości, przyjaźni i wybaczaniu. Polecam wszystkim bez wyjątku.

poniedziałek, 28 listopada 2011

"Pokój" - Emma Donoghue

Wydawnictwo: Sonia Draga, 2011.
Liczba stron: 408.
Oprawa: półtwarda.
Data rozpoczęcia: 03.11.2011.
Data zakończenia: 04.11.2011.
Moja ocena: 9/10.

Emma Donoghue to z pochodzenia Irlandka, obecnie mieszkająca w Kanadzie pisarka, historyk literatury i dramaturg. Jest autorką zaledwie kilku powieści, ale i laureatką wielu nagród literackich. W swych utworach porusza tematy trudne i kontrowersyjne. Największą popularność zyskała jej najnowsza książka, "Pokój". Na początku tego roku pisarka zapowiedziała, że jej kolejną powieścią będzie powieść historyczna oparta na faktach.

Teraz, po przeczytaniu "Pokoju" w ciągu kilku godzin, wręcz nie mogę uwierzyć, że odkładałam jego lekturę na później. I to przez ostatnie dobre parę miesięcy. Być może za bardzo nastawiałam się na nie do końca zgrabnie opowiedzianą przez dziecko historię. Jakąś bełkotliwą plątaninę dziecięcych i dorosłych wyrażeń. Niezbyt interesującą, a przez to nudną. Nieważne, że od dłuższego czasu książka ta szczyci się wysokimi ocenami i pozytywnymi opiniami czytelników; są przecież gusta i guściki, prawda? I takim myśleniem wprowadziłam samą siebie w błąd. Ogromny błąd. Bo zakochałam się w tej powieści od pierwszej strony. Po tym, jak sięgnęłam po nią w ramach odskoczni od lubianych przeze mnie kryminałów i thrillerów.

"Pokój" to opowieść o bezgranicznej miłości matki - Mamy - do syna - Jacka - która rozwinęła się w niecodziennych warunkach życiowych, chociaż właściwie określenie "niecodziennych" można odnieść tylko do bohaterki Mamy, która kilka lat wstecz została porwana i uwięziona w sekretnej szopie przez Starego Nicka. To właśnie w tej szopie, dwa lata po porwaniu, przyszedł na świat jej syn. Od tamtej pory kobieta robi więc wszystko, by zapewnić mu przyzwoite życie, wpajając wymyślone przez siebie zasady i powinności rządzące światem. Światem, którym w przypadku tej dwójki bohaterów jest tylko i wyłącznie więzienna cela, tytułowy Pokój. A więc cała rzeczywistość i "normalność" chłopca.

Pierwsza połowa książki zafascynowała mnie ogromnie, ale dalsze losy Mamy i Jacka okazały się równie interesujące. Momentami smutne, przerażające, a innym razem radosne i wzruszające. A wszystko to za sprawą stylu, w jakim została napisana ta powieść. Opowiada ona o losach głównych bohaterów tylko i wyłącznie z perspektywy małego chłopca. Język tego kilkuletniego dziecka jest tak uroczy i ciepły, że aż zarazem poruszający. Pełno w nim wyrazów pochodnych i słów utworzonych w jego dziecięcej wyobraźni. To sprawiło, że czytałam "Pokój" wolniej niż inne książki, by dokładnie przeanalizować wypowiedzi narratora, co czasami było to konieczne, zwłaszcza na początku utworu, gdy dopiero oswajałam się z jego językiem.

Donoghue w "Pokoju" przytoczyła opisy kilku dni z życia bohaterów podczas ich pobytu w niewoli. Zrobiła to w taki sposób, że ja, jako czytelniczka, nie tylko byłam pod ogromnym wrażeniem determinacji i kreatywności Mamy, ale wręcz przeniosłam się w wyobraźni do tytułowego Pokoju, wiedząc dokładnie, co i gdzie się w nim znajduje i jak wygląda. Przerażająco realistycznie wykonana praca autorki. Niesamowicie opisała też ona relacje łączące matkę i syna, ich wspólne rozmowy, zwyczaje, obowiązki i zabawy. Wszystkie te czynności ukazywały tyle pomysłowości, że zaczęłam się zastanawiać, czy ja, jako ewentualnie przyszły nauczyciel wychowania przedszkolnego i wczesnoszkolnego, potrafiłabym wykazać się taką kreatywnością w pracy w przedszkolu czy szkole. I nie chodziłoby tutaj o maksymalne wykorzystanie różnorodnych przyrządów i zabawek, lecz praktycznie zrobienie "czegoś z niczego" i posługiwanie się minimum, a zarazem wszystkim, co może znaleźć się w posiadaniu człowieka.

Życie kilkuletniego Jacka wydawałoby się beztroskie i całkiem zwyczajne. Być może w ten sposób dziecko postrzegało wszystko to, co się wokół niego działo, bo tak zostało nauczone i tak miało być. Ale wraz z upływem kolejnych miesięcy i kolejnych urodzin, pytań małego Jacka odnośnie świata i tego, co można zobaczyć w telewizji, przybywało, i Mama zaczęła zdawać sobie sprawę z tego, że za chwilę Pokój po prostu nie wystarczy. Nie wystarczy nie tylko dla coraz to dojrzalszego chłopca, ale i dla zszarganej psychiki Mamy, wykorzystywanej seksualnie przez porywacza Starego Nicka. Aż nadchodzą takie dni, gdy bohaterka musi co nieco wyjaśnić synowi, niezależnie od tego, czy mu się to podoba, czy nie, a także obmyślić z nim plan ucieczki z okropnego więzienia...

Przez "Pokój" przetoczyła się wichura moich emocji. Różnorakich. Historii Jacka i Mamy nie zapomnę. Nie da się jej zapomnieć. Wstrząsnęła mną i poruszyła mnie do głębi, aż do przepłukania oczu łzami. Jestem pod wielkim wrażeniem dzieła Emmy Donoghue. Polecam w stu procentach.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...