Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Replika. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Replika. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 11 maja 2014

"Śmieć" - Andy Mulligan

Tytuł oryginału: "Trash".
Tłumacz: Martyna Plisenko.
Wydawnictwo: Replika, 2014.
Liczba stron: 292.
Oprawa: miękka ze skrzydełkami.
Rozpoczęcie lektury: 27.04.2014.
Zakończenie lektury: 29.04.2014.
Moja ocena: 7/10.

Andy Mulligan to pisarz angielski specjalizujący się w powieściach dla młodzieży. Pochodzi z Londynu. Przez dziesięć lat pracował jako reżyser teatralny. Późniejsze podróże do Azji sprawiły, że został wolontariuszem w Kalkucie oraz nauczycielem języka angielskiego i dramatu w Indiach, Brazylii, Wietnamie, na Filipinach i w Wielkiej Brytanii. To właśnie poświęcanie się tego rodzaju pracom i działalnościom zainspirowało go do pisania. Jak autor zaznacza w podziękowaniach, "Śmieć", książka, o której będzie mowa w niniejszej opinii, powstał w czasach, gdy Mulligan uczył dzieci w Szkole Brytyjskiej w Manili na Filipinach. To, czego tam doświadczył i co zobaczył, pozwoliło mu na wykreowanie nietypowego, jedynego w swoim rodzaju świata literackiego i zapadających w pamięć bohaterów.

Bliżej nieokreślony kraj Azji Południowej (najprawdopodobniej). Behala. Wielgachne wysypisko śmieci będące jednocześnie czymś na kształt miasteczka zamieszkanego przez ludzi biednych i pozbawionych lepszej przyszłości. "Behala jest ogromnym, potwornym, brudnym, parującym bagniskiem śmieci (...) sprawia, że chce się płakać, tak bardzo wygląda na straszliwą karę, która nie ma końca - a jeśli macie wyobraźnię, możecie zobaczyć tam dziecko i to, na co jest skazane do końca życia. Gdy widzisz starego człowieka, zbyt słabego, żeby pracować, wysiadującego na krześle przed chatą, myślisz sobie: oto Raphael za czterdzieści lat. Co tu się niby może zmienić? Te dzieci są skazane na to, by przez całe dni i noce oddychać tym cuchnącym powietrzem, brodząc w miejskich ściekach. Szczury i dzieci, dzieci i szczury; czasami myślisz sobie, że ich życie specjalnie się nie różni"*. Wspomniany Raphael to jeden z narratorów i bohaterów powieści. Ma czternaście lat, a od jedenastu jest zbieraczem śmieci zarabiającym na dzień od pięćdziesięciu do dwustu peso. Pewnego dnia znajduje na wysypisku saszetkę zawierającą portfel z pieniędzmi i parę innych drobiazgów. Swym odkryciem dzieli się tylko z dwoma najlepszymi przyjaciółmi - Gardem i Szczurem. Ku zdumieniu chłopców znaleziskiem zaczyna interesować się policja, ale nawet jej nie jest dane poznać tajemnicy Raphaela. Młodzi bohaterowie nie zdają sobie jednak sprawy z tego, jak wielkie niebezpieczeństwo ściągnęli w ten sposób na swoje i tak już kruche istnienia.

Historia "Śmiecia" została przedstawiona w dość specyficzny sposób - jako świadectwa spisane przez poszczególne postaci, które miały w niej mniejszy lub większy udział, czyli trójkę chłopców, o których pisałam w poprzednim akapicie, ojca Juilliarda prowadzącego Szkołę Misyjną na wysypisku, siostrę Olivię, wolontariuszkę, i paru innych ludzi. Kto w danym momencie czy w danym rozdziale opowiada, jest dobitnie zaakcentowane imieniem bohatera. Wygląda to niczym zgłaszanie się, meldowanie: "tutaj Jun-Jun", "znowu Raphael", "nazywam się Frederico Gonz" i tym podobne. Nie sposób więc pomylić się w konkretnych opowieściach i przypisać je komuś innemu. Język jest bardzo prosty, w końcu przeważają tutaj narratorzy nastoletni, dzieci, które zostały pozbawione szkoły z prawdziwego zdarzenia, ubogie nie tylko pod względem materialnym, ale i edukacyjnym właśnie.

Nie są to jednak dzieci ułomne i zagubione, których umysły nie są w stanie ogarnąć tego, co się wokół nich dzieje. Wręcz przeciwnie - odznaczają się one ponadprzeciętnym sprytem, inteligencją, nieobca jest im wiedza na podstawowe tematy, którą czerpią ze wszystkiego, co wpadnie im w ręce na wysypisku, i od innych, głównie dorosłych ludzi, a także zdolność do przeżywania najrozmaitszych uczuć i snucia marzeń. Raphael, Gardo i Szczur to bardzo ciekawe postaci. Ujmują czytelnika wytrwałością, jaka w nich drzemie, tendencją do wpadania w kłopoty i szczerością. Każdy z chłopców posiada jakąś przydatną cechę - albo urok osobisty, albo umiejętność czytania, albo świetny słuch i sprawność fizyczną - dzięki której może przetrwać i przeżyć przygodę życia, w którą wplątał go Mulligan.

A przygoda ta wcale do najprzyjemniejszych nie należy. Właściwie można ją określić jako niesłychanie niebezpieczną. Rodem z thrillera, bo i trupów w "Śmieciu" nie brakuje. Uparty Raphael, który po znalezieniu saszetki z ciekawą zawartością nie chce współpracować z policją, ściąga na siebie jej nienawiść, co tylko utwierdza go w przekonaniu, że za poszukiwaniami policyjnymi stoi coś więcej aniżeli jakaś zbrodnia i, być może, nieznany sprawca, którego tożsamość ma wyjawić znalezisko chłopaka. Raphael i jego koledzy nie są głupi. Ale nie odebrano im też marzeń o lepszym jutrze w lepszym świecie, a te, jeśli tak uczepić się nadziei rodzącej się w głowach bohaterów, może im pomóc zrealizować właśnie tajemnicza saszetka. Z tego pozornie błahego powodu czytelnik zostaje wciągnięty w wir zdarzeń zaskakujących, oburzających i szokujących. W wir przemocy, obłudy, lewych interesów i machlojek w świecie polityki. Nastoletni chłopcy doświadczają i oglądają rzeczy, których nie powinni widzieć nawet ludzie dorośli. Które nie powinny mieć w ogóle miejsca, a, niestety, w dzisiejszych czasach mają coraz częściej. Uświadomią sobie, że "świat kręci się wokół pieniędzy. Istnieją wartości, cnoty i zasady; istnieją związki, zaufanie i miłość - i wszystko to jest ważne. Jednakże pieniądze są ważniejsze: sączą się cały czas i są jak drogocenna woda. Niektórzy piją do syta, inni cierpią pragnienie. Bez pieniędzy usychasz i umierasz. Brak pieniędzy jest tak susza, podczas której nic nie może wyrosnąć. Nikt nie zdaje sobie sprawy z wartości wody, dopóki nie znajdzie się w bardzo, bardzo suchym miejscu, takim jak Behala. Tak wielu ludzi czekających na deszcz..."**.

Już po lekturze pierwszych stron powieści Mulligana przeniosłam się do tak bardzo innego od wszystkich dotąd poznanych w literaturze świata - świata nędzy i rozpaczy, przerażających warunków, w jakich przyszło żyć biednym, ale sprytnym i nieporzucającym nigdy nadziei bohaterom książki. Niesztampowa fabuła - czasem wstrząsająca, czasem smutna i wzruszająca - niektórym może wydać się mało rzeczywista, ale tak naprawdę bardziej rzuca się w oczy i liczy to, o jakich wartościach ona opowiada i jakie kwestie porusza. Nie da się bowiem przejść obojętnie obok niesamowitej przyjaźni trójki chłopców, która zacieśnia swe więzi z każdą kolejną minutą ich zmagań mających wyjaśnić to i owo, w tym podejrzane zachowania miejscowej policji, obok chwytających za serce marzeń bohaterów, w spełnienie których odbiorca wierzy równie mocno, jak ich kreatorzy (w czasie lektury "Śmiecia" cały czas towarzyszyła mi pewnego rodzaju nadzieja, przez co nawet nie dopuszczałam do siebie myśli, że utwór może nie skończyć się szczęśliwie), a także obok kwestii pomocy ludziom biednym i słabszym, żyjącym w ubogich krajach, do niesienia której autor zachęca osoby podobne do niego, czyli niebojące się wolontariatu, a więc i wyzwań. Andy Mulligan stworzył wartą uwagi, wyjątkową powieść, która na pewno pozostanie w mej pamięci na długo. Jeśli film, który obecnie powstaje na jej podstawie, okaże się być równie dobry i wartościowy, będę zachwycona... podwójnie.

*s.118
**s.188

Za egzemplarz recenzencki uprzejmie dziękuję wydawnictwu Replika.
Recenzja napisana dla portalu IRKA.

czwartek, 1 maja 2014

"Mimo wszystko Wiktoria" - Renata Kosin

Wydawnictwo: Replika, 2012.
Liczba stron: 328.
Rozpoczęcie lektury: 18.04.2014.
Zakończenie lektury: 21.04.2014.
Moja ocena: 5/10.

Po książkę "Mimo wszystko Wiktoria", pochodzący sprzed dwóch lat powieściowy debiut Renaty Kosin, sięgnęłam z dużym zainteresowaniem i nadzieją na spędzenie miłych chwil z lekką literaturą kobiecą, na co wówczas miałam ogromną ochotę. Śliczna okładka, intrygujący opis, liczne pozytywne opinie na temat tego utworu - czego tu chcieć więcej? Dla mnie jednak okazał się on małym rozczarowaniem. W czasie jego lektury irytowałam się i nudziłam na przemian, od czasu do czasu tylko uśmiechając się i wzruszając. Dlaczego tak, a nie inaczej, nie zupełnie na odwrót? O tym już za chwilę.

Fabuła powieści Kosin opiera się na kilku rodzinach i kilkunastu osobach żyjących w czasach współczesnych, właściwie tych najnowszych. Na pierwszy plan wysuwa się tutaj przyjaźń trzech doświadczonych przez los, wydawać by się mogło szczęśliwych kobiet - Michaliny Brunik, matki siedmioletniego Jasia i siedemnastoletniego Michała i żony Wiktora, nieco zazdrosnej o własną teściową, Zuzanny Rożeńskiej, właścicielki Domu Otwartego dla Pań słynącego z robótek ręcznych, oraz Gabrieli Dombrowskiej, rozwiedzionej nauczycielki wychowującej nastoletnią Julię. Każda z tych bohaterek boryka się z codziennymi problemami związanymi z obcowaniem z partnerami, opieką nad dziećmi czy pracą zawodową, stając u progu przemian wywoływanych przez zawrotny pęd współczesnego życia i aktualną modę.

W utworze nie brakuje rozmyślań i rozważań przewijających się w nim postaci na tematy dziś nam nieobce. Trudne i łatwiejsze. Tak jak niejeden współczesny człowiek, Michalina i jej przyjaciółki zadają sobie pytanie, czym jest dla nich szczęście, czy do jego pełno potrzebują małżonka, dziecka, wymarzonej pracy, a może wolności, czy warto trzymać się stereotypów, a może lepiej je łamać i pochwalać teorię gender i tak dalej, i tak dalej... Wszystko byłoby w porządku, gdyby nie to, że powyższe rozważania i rozmowy autorka wciska do fabuły przy każdej nadarzającej się, nawet błahej okazji, zazwyczaj pod postacią rozbudowanych, czasem kilkustronicowych dyskusji poszczególnych bohaterów. Przez to właśnie momentami miałam wrażenie, że czytam nie powieść, lecz coś w rodzaju poradnika, któremu jednak do niego daleko, bo zamiast dawać jakieś konkretne porady i podsuwać ciekawe pomysły, nie wnosi niczego nowego, gdyż niemal każda osoba w książce Kosin ma na poruszany temat inne zdanie. Jedna jest całkowicie przeciwna zdradzie małżeńskiej, druga nie widzi w tym nic złego, a jeszcze inna jest w stanie przymknąć na nią oko, ale pod warunkiem, że ów występek jest właściwie uzasadniony. I tak prawie zawsze - czy w czasie wywodów odnośnie macierzyństwa i zwolnień z pracy czy dzieci, ich szkolnych perypetii i miłosnych zawirowań. Jak tylko jedna z matek kończy filozoficzną wymianę zdań z czternastoletnią (!) córką na temat nihilizmu i komercji, na następnej stronie utworu wdaje się w poważną dyskusję z mężem poruszającą kwestię istoty związku kobiet z mężczyznami, ich ról, celów i wartości. Absolutnie nie tego się spodziewałam, biorąc do ręki "Mimo wszystko Wiktorię" - chciałam powieści lekkiej i przyjemnej (i momentami ona rzeczywiście taka jest), a nie niekończących się dyskusji bohaterów, które mają na celu ukazanie ich mądrości, inteligencji i obeznania w dzisiejszym świecie. Jeśli autorka koniecznie pragnęła o nich napisać, mogła zrobić to w jakimś artykule o gender, w czasopiśmie dla kobiet albo na forum internetowym, gdzie wymiany zdań pomiędzy użytkownikami wyglądają podobnie pod względem zróżnicowania, chaosu i niedokładności, jak dialogi z Michaliną, Zuzanną i Gabrielą w rolach głównych.

Tak jak zwykle nie mam nic przeciwko rozbudowanym dialogom, tak te zaprezentowane przez Kosin trochę mi przeszkadzały. Nawet w przypadku wspomnień z przeszłości bohaterek pisarka często posługuje się ich rozmowami zamiast po prostu opisami. Wygląda to mniej więcej tak: "a pamiętasz, jak...?", "pamiętasz, kiedy byłyśmy...?" - i potem jedna przez drugą zaczyna mówić, jak to było wtedy fajnie i wesoło, ha ha ha. Język, jakim posługuje się Kosin, jest raczej grzeczny i miły, przez co brakuje mi w nim swobody. Ale składam to na karb tego, że "Mimo wszystko Wiktoria" jest literackim debiutem. A kulejąca interpunkcja to zapewne wynik nie do końca idealnej korekty.

Żeby nie było, że książka Kosin jest pozbawiona plusów, pozwolę sobie teraz napomknąć w kilku zdaniach o jej pozytywnych stronach. Jej fabuła ewidentnie wokół czegoś krąży - głównie wokół Michaliny i jej tajemniczego zachowania mającego związek z jej wcześniejszym pobytem w szpitalu, a ponadto pomiędzy miłosnymi wypadkami Gabrieli i rodzinnymi sekretami Zuzanny, po odkryciu których życie tej ostatniej wywraca się do góry nogami. Niektóre wydarzenia okazały się rozbrajająco wzruszające, wówczas myślałam sobie, że dla nich właśnie warto było tę powieść czytać. W dość dużej mierze zrekompensowały mi one wszystko to, o czym pisałam wcześniej. Także zakończenie utworu bardzo mnie zaskoczyło, oczywiście na plus.

"Mimo wszystko Wiktoria" Renaty Kosin to powieść wprawdzie daleka od ideału, o zabałaganionej i zróżnicowanej treści, z której jednak gdzieniegdzie wyłaniają się obrazy warte uwagi, przedstawiające godną pozazdroszczenia kobiecą przyjaźń, poruszające niewiadome z przeszłości członków rodziny, miłość, namiętność, zazdrość, odpowiedzialność, zdolność do popełniania błędów, pomyłek oraz umiejętność wybaczania. Historia o kobietach, ale nie tylko. Dla kobiet i zapewne nie tylko. Liczyłam jednak na coś więcej i mam nadzieję, że dostarczą mi to kolejne książki tej autorki, czyli "Bluszcz prowincjonalny" i "Tajemnice Luizy Bein", których - a szczególnie tej drugiej - jestem bardzo ciekawa.

sobota, 15 marca 2014

"Porwana" - Róża Lewanowicz

Wydawnictwo: Replika, 2014.
Liczba stron: 472.
Oprawa: miękka ze skrzydełkami.
Rozpoczęcie lektury: 04.03.2014.
Zakończenie lektury: 06.03.2014.
Moja ocena: 7/10.

Pod pseudonimem Róża Lewanowicz ukrywa się kobieta, której pisanie towarzyszy niemalże od zawsze, ale dopiero teraz zdecydowała się wydać pierwszą powieść. Dlaczego nie pod własnym nazwiskiem? Przede wszystkim ze względu na treść "Porwanej", a raczej pojawiających się w niej bohaterów, których pierwowzorów można szukać w prawdziwym życiu, w otoczeniu pisarki. Wywiad z nią można znaleźć w sieci. Oprócz powyższych informacji wynika też z niego, że Lewanowicz pracuje już nad kolejnymi książkami, w tym kryminałem. Niezmiernie mnie to cieszy, gdyż swoim debiutem literackim, o którym jest niniejsza opinia, udowodniła, że potrafi pisać, a przy tym wciągać czytelnika do krainy swej niebywałej pomysłowości zabarwionej potężnymi intrygami i tajemnicami.

Para głównych bohaterów "Porwanej" to młode stażem małżeństwo Meyerów z Warszawy. On, Łukasz, jest funkcjonariuszem Centralnego Biura Śledczego pracującym obecnie z kilkuosobową ekipą nad ważną sprawą. Ona, Justyna, jest z kolei zatrudniona w korporacji o charakterze analityczno-inwestycyjnym. Ma dość swej pracy. Jej niechęć potęguje się, gdy w biurowcu zaczyna nachodzić ją mężczyzna podający się za jej dawnego kolegę z liceum. Przeczulona na punkcie prześladowców i różnego rodzaju zagrożeń, odznaczająca się niesamowitą intuicją do ludzi, decyduje się odejść z firmy i zachować czujność u boku męża. Ale niedługo potem Justyna zostaje porwana - sprzed bloku, w którym mieszka, na oczach Łukasza i wielu sąsiadów. Nieznani napastnicy wywożą ją w równie nieznane miejsce. Łukasz jest zrozpaczony, ale dzięki pomocy kolegów z CBŚ zachowuje resztki zimnej krwi i rozpoczyna śledztwo. Dość szybko jednak dochodzi do wniosku, że kandydatów na porywacza małżonki może być co najmniej kilku. A czegoś takiego nie spodziewał się w ogóle...

Ja zresztą też nie. Owszem, z opisu powieści Lewanowicz jasno wynika, że jej istotą jest przeszłość głównej bohaterki, ale żeby taka przeszłość! Autorka zaszalała. W pozytywnym sensie, rzecz jasna. Zaimponowała mi swoją wyobraźnią, a przy tym umiejętnością okiełznania jej, dzięki czemu "Porwana" stała się utworem sensownym i w dużej mierze realistycznym. W dużej mierze, bo jednak tu i ówdzie niektóre opisy zdarzeń mogą po prostu wydawać się lekko przesadzone i niewiarygodne. Owo wrażenie jednak ani trochę nie zepsuło mi przyjemności czerpanej z lektury. W jakiś magiczny sposób przepadłam niedługo po jej rozpoczęciu. Nieustające napięcie nie pozwalało mi na oderwanie się od książki. Bardzo niepokojącej książki, muszę dodać. Dosłownie udzielił mi się nastrój czujnej i panikującej Justyny, kiedy ta obawiała się tajemniczego prześladowcy. Nieco później kibicowałam jej i życzyłam wytrwałości, gdy tuż po uprowadzeniu dręczyły ją okropne myśli. "Bała się tak bardzo, że wolała nie żyć, niż przeżywać to, co przeżywa"*. A jeszcze później zaczęłam ją podziwiać. Ogromnym zaskoczeniem było dla mnie przeobrażenie bohaterki będącej przecież skromną, szarą myszką w prawdziwą, pełną sprytu i inteligencji wojowniczkę żądną zemsty i świętego spokoju dla jej rodziny.

Przemiana przemianą, ale oprócz niej czytelnik jest w stanie dostrzec wewnętrzne rozdarcie, z jakim boryka się Justyna. Kobieta bowiem z jednej strony pragnie normalnego życia - wiecznie kochającego męża i zajścia w ciążę, a z drugiej - jej ożywiona przeszłość wzywa ją do tego, by stała się tą samą osobą, jaką była kilka, kilkanaście lat temu. A rzeczą niemożliwą jest połączenie obu ról i jednoczesne prowadzenie przyjemnego, szczęśliwego i satysfakcjonującego żywota. Jak zakończy się wewnętrzna walka Justyny i czy kontrast jej pragnień ulegnie zmniejszeniu, ujawnia zakończenie powieści, aczkolwiek - na moje oko - nie zalicza się ono do tych całkowicie zamkniętych, co można potraktować jako dodatkową atrakcję utworu.

Sekrety tytułowej porwanej - aż dziw, że udało jej się zataić je przed mężem będącym funkcjonariuszem CBŚ - zaliczyć można do nadzwyczajnych i potężnych, w końcu nawiązują one do tematyki wojskowej i różnego rodzaju przestępstw gospodarczych i kryminalnych. Lewanowicz bez skrupułów pisze o przekrętach, fałszerstwach, mistyfikacjach, zdradach, konszachtach z grubymi rybami, żądzy pieniądza oraz przemocy i molestowaniu w środowiskach, w których tego typu czyny powinny być surowo karane, a nie tolerowane.

Ogromną zaletą "Porwanej" są przewijające się w niej postaci. Różnorodne, trzeba zaznaczyć. Czy to pierwszoplanowe, czy drugoplanowe, skutecznie przyciągają uwagę czytelnika - jak nie swoim niebanalnym charakterem, to zachowaniem. Jak nie poczuciem humoru, to tajemniczością. Osoby takie jak Gogol, Bambi i Ziutek wprowadzają do książki nieco luzu i uciechy. Z kolei Krokodyl albo paru kolegów z pracy Meyera pozostają intrygujący do samego jej zakończenia. Mamy też tutaj takie indywidualności, jak Tomek Kotowicz borykający się z przemocą domową ze strony własnej żony, Mirek Lubicki, dobry i godny zaufania przyjaciel Justyny, a także Jacek, zagubiony młody ksiądz. Co rzucało mi się w oczy w czasie lektury powieści, to częste wylewanie łez przez bohaterów - nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że większość z nich jest przedstawicielami płci brzydkiej. Ale to przecież drobiazg, prawda?

Pisarka operuje swobodnym i wiarygodnym językiem. Nie szczędzi długich, szczegółowych, ale za to wyczerpujących i fascynujących wymian zdań między bohaterami. Tak, dialogi dominują tutaj nad opisami, zdecydowanie. Akcja toczy się głównie w Warszawie, a ponadto w Łomży, Poznaniu, Stargardzie Szczecińskim, zahacza nawet o bliskie mi Leszno i Kościan.

"Porwana" Róży Lewanowicz to niezwykle udany debiut literacki - w dalszym ciągu trudno jest mi uwierzyć, że to debiut - z gatunku sensacji, który udowadnia pewną oczywistą rzecz - że od przeszłości nie ma ucieczki. Poza tym przekonuje, iż warto czasem zastanowić się, czy nie lepiej podzielić się swoimi sekretami - zwłaszcza tymi wielkimi i brudnymi - z bliską osobą, by później nie brać na swoje - i tylko swoje - barki całego ciężaru i niebezpieczeństwa, jakie może wiązać się z niechcianym ujawnieniem owych tajemnic. Utwór ten w ciekawy, czasem pokręcony sposób pokazuje też, jak duże rozmiary może przybierać poświęcenie jednej osoby dla drugiej - czy to członka rodziny, czy przyjaciela. Jeśli dodać do tego trochę matactw, szaleńczych pogoni i strzelanin, bez dwóch zdań wyjdzie nam lektura, na której absolutnie nie można się nudzić. Warto się z nią zapoznać, polecam.

*s.100

Za egzemplarz recenzencki uprzejmie dziękuję wydawnictwu Replika.
Recenzja napisana dla portalu IRKA.

środa, 5 marca 2014

"Kota lubi szanuje" - Michalina Kłosińska-Moeda

Wydawnictwo: Replika, 2014.
Liczba stron: 212.
Oprawa: miękka ze skrzydełkami.
Rozpoczęcie lektury: 28.02.2014.
Zakończenie lektury: 04.03.2014.
Moja ocena: 6/10.

Gdyby nie to, że w pewnym momencie byłam zmuszona przerwać lekturę, książkę "Kota lubi szanuje" autorstwa Michaliny Kłosińskiej-Moedy przeczytałabym na jednym wdechu, w ciągu dwugodzinnego fragmentu bezsennej nocy. Bo, po pierwsze, powieść jest króciutka - zdecydowanie zbyt krótka, tak sądzę. A po drugie, wciągająca i przyjemna w odbiorze. I ze szczęśliwym zakończeniem, bo tylko takie autorka uznaje za właściwe.

To historia, a właściwie kilkumiesięczny wycinek z życia dwudziestoczteroletniej Hanki Lewickiej, świeżo upieczonej absolwentki filozofii i miłośniczki kotów. Sama opiekuje się dwoma futrzakami - Kiką i Zyziem. Po niedawnej przeprowadzce do Warszawy, gdzie dziewczyna zamieszkała w mieszkaniu otrzymanym w spadku, boryka się z uciążliwym sąsiedztwem w postaci agencji towarzyskiej o wdzięcznej nazwie Syrenka, no i, co chyba najistotniejsze, z brakiem pracy. Wkrótce jednak los-żartowniś uśmiecha się do Hanki, ofiarując jej posadę sprzątaczki w agencji reklamowej. Wygląda też na to, że przed bohaterką znów pojawi się szansa na miłość i ciekawy związek. Zauroczona szefem, Piotrem Abramczykiem, przyjmuje jego szaloną propozycję umożliwiającą zarobienie dużych pieniędzy, a kiedy poznaje jednego z jego podwładnych, Krzysztofa Ślaskiego, wszystko zaczyna się komplikować jeszcze bardziej i... zabawniej.

Bo utwór "Kota lubi szanuje" jest zabawny, powiedziałabym nawet, że zwariowany; taki romans komediowy, którego akcja ani przez moment nie stoi w miejscu, podobnie zresztą jak życie Lewickiej po tym, jak podejmuje ona pracę. Utożsamiając się z bohaterką - ukończyłam studia pedagogiczne i aktualnie jestem bezrobotną duszą artystyczną - zazdrościłam jej pomysłowości i licznych okazji, dzięki którym miała ona szansę wybić się zawodowo. Jej zróżnicowanych znajomych, urwania głowy i po prostu przygód, mimo że powstały one tylko i wyłącznie w wyobraźni Kłosińskiej-Moedy na potrzeby książki. Można wśród nich znaleźć wątki rodzinne, typowo kocie, co absolutnie mi nie przeszkadzało, gdyż lubię koty i mam nadzieję, że kiedyś zostanę właścicielką jednego z ich przedstawicieli; ponadto interesujące przyjaźnie (na przykład z osiłkiem Rychem czy starszą panią Rudzką, której rola sprowadza się głównie do udzielania życiowych porad i snucia przedwojennych wspomnień - dość często w literaturze obyczajowej czy kobiecej tego typu postaci się pojawiają, prawda?) oraz intrygi, za którymi stoi przeważnie zazdrosna, mściwa Oliwia, pracownica firmy, w której zatrudniono Hankę. A jak intrygi, to i nieporozumienia i popełnianie mnóstwo błędów. Scena z udziałem Oliwii śledzącej Lewicką jest po prostu mistrzowska i nieźle się w czasie jej lektury naśmiałam. Co jeszcze zostało okraszone dawką dobrego humoru, to imiona i nazwiska niektórych bohaterów oraz tytuły polskich seriali i programów telewizyjnych, które nawet laika naprowadzą na ich rzeczywiste "odpowiedniki". Łatwo jest bowiem skojarzyć, że książkowy Piotr Abramczyk to ktoś pokroju Piotra Adamczyka, a popularny "Przepis na tycie" to "Przepis na życie".

W powieści "Kota lubi szanuje" sporo się dzieje na różnych płaszczyznach ludzkiego życia. Przede wszystkim miłość. Mamy tutaj romantyczne randki, niespodzianki, wymiany listów i maili, nieoczekiwane, a więc bardzo zaskakujące związki partnerskie, zazdrość, tęsknotę, a nawet zwyczajne marzenia o założeniu rodziny. Ponadto sfera zawodowa. Pisarka z przymrużeniem oka traktuje o problemach dotyczących szukania zatrudnienia, zakładania działalności gospodarczej i prawie dżungli, które często znajduje swe zastosowanie w większych firmach i korporacjach.

Podziwiam Michalinę Kłosińską-Moedę za niezwykłą swobodę, jaką otula swoje pisarstwo. Już na pierwszej stronie książki widać, że autorka lubi pisać, bawić się słowem i robi to w sposób niewymuszony. Jedyne, co mi się w tej kwestii nie podobało, to wtrącanie rażących, nieładnie się prezentujących spolszczeń wyrazów obcojęzycznych, takich jak "pardą", "dojczebank" czy "suszi". Poza tym na minus okładka - może i z całkiem miłymi dla oka modelami, ale trochę zbyt cukierkowa. Kryje się pod nią jednak fajny, sympatyczny i rozluźniający utwór. Odstresowywacz, po którym należy się spodziewać nie ambitnych przesłań, lecz po prostu rozrywki, ewentualnie podniesienia na duchu.

Za egzemplarz recenzencki uprzejmie dziękuję wydawnictwu Replika.
Recenzja napisana dla portalu IRKA.

czwartek, 20 lutego 2014

"Zniewolony. 12 Years a Slave" - Solomon Northup

Tytuł oryginału: "Twelve Years a Slave".
Tłumacz: Martyna Plisenko.
Wydawnictwo: Replika, 2014.
Liczba stron: 320.
Oprawa: miękka ze skrzydełkami.
Rozpoczęcie lektury: 12.02.2014.
Zakończenie lektury: 13.02.2014.
Moja ocena: 7/10.

Niewolnictwo to okrutne i karygodne zjawisko społeczne. Niepojęte wręcz - zarówno dla mnie, jak i (zapewne) wielu innych osób. Zapoczątkowane jeszcze w starożytności istnieje po dziś dzień, przyjmując różne formy, takie jak handel dziećmi i kobietami. Do Stanów Zjednoczonych niewolnictwo dotarło w XVII wieku i utrzymało przez długi czas, szczególnie w stanach południowych. Zostało zniesione w 1865 roku po wojnie secesyjnej. Książka "Zniewolony. 12 Years a Slave", oparta na wspomnieniach Solomona Northupa, który w latach 1841-1853 miał to nieszczęście pracować jako niewolnik w Luizjanie, jest jednym ze świadectw bestialskiego traktowania ludności czarnej przez białą w tamtym właśnie okresie. Choć istnieje ich wiele, w tym bardzo znana "Chata wuja Toma", po raz pierwszy miałam okazję zagłębić się w tematykę niewolnictwa, która będzie we mnie wzbudzać niedowierzanie i przerażenie już chyba zawsze.

Solomon Northup przyszedł na świat w roku 1808. Kilkanaście lat później poślubił Annę Hampton, z którą miał trójkę dzieci. Był człowiekiem wykształconym, a co najważniejsze, wolnym. Zwabiony ofertą pracy związanej z grą na skrzypcach, którą uwielbiał, w towarzystwie dwóch mężczyzn udał się do Waszyngtonu, po czym został porwany i uwięziony w ciemnym lochu. "Musiało zajść jakieś nieporozumienie, jakaś nieszczęśliwa pomyłka. Nie mogło być tak, że wolny obywatel Nowego Jorku, który nikomu się nie naraził, który nie pogwałcił żadnego prawa, został potraktowany w tak nieludzki sposób! Jednakże im dłużej zastanawiałem się nad swoją sytuacją, tym bardziej utwierdzałem się w żywionych podejrzeniach. To była jednak okropna myśl! (...) Polecając się Bogu uciśnionych, złożyłem głowę na zakutych dłoniach i gorzko zapłakałem"*. Wraz z pierwszym przypływem niezrozumienia zaistniałej sytuacji i sprzeciwem Northup poznał gorzki smak bicza. Podróżując na Południe jako żywy towar na tanią siłę roboczą, coraz częściej natykał się na innych niewolników i ludzi wolnych, których spotkał podobny los. Do jego oczu cisnęły się cierpienie Murzynów i nieograniczona moc ich panów, którzy pozwalali sobie dosłownie na wszystko, zwłaszcza na nieludzkie postępowanie wobec swych pracowników.

Autor na dwanaście lat utknął w okolicach Bayou Boeuf, pracując dla kilku - lepszych i gorszych - panów. Sporządził krótkie, ale rzeczowe charakterystyki każdego z nich, dzięki którym czytelnik jest w stanie uświadomić sobie, kiedy i w czyim towarzystwie Northup doświadczał relatywnego szczęścia, a kiedy cierpiał katusze. Dziesięcioletnia praca na plantacjach bawełny, kukurydzy i trzciny cukrowej niejakiego Eppsa wiązała się z nieustanną chłostą, bardzo skromnym wyżywieniem i niekończącym się wysiłkiem, a co za tym idzie, zmęczeniem. Tylko raz w roku niewolnicy mieli okazję odpocząć, a było to w święta Bożego Narodzenia. "W czasie wolnych dni po Bożym Narodzeniu niewolnicy dostają przepustki i pozwala im się chodzić, gdzie chcą, w ramach określonej odległości; mogą też zostać i pracować na plantacji, za co otrzymują wynagrodzenie. Jednak bardzo rzadko zdarza się, by ktoś skorzystał z tej drugiej możliwości. W tym czasie można zobaczyć, jak niewolnicy spieszą we wszystkich kierunkach, a równie szczęśliwych śmiertelników nie znajdziesz na całej ziemi! To zupełnie inni ludzie niż ci, którzy pracują w polu; chwilowy odpoczynek, krótka ulga od strachu i od bata, skutkuje całkowitą metamorfozą ich wyglądu i zachowania. Spędzają czas na składaniu wizyt, przejażdżkach, odnawianiu starych przyjaźni albo, przy odrobinie szczęścia, dawnych uczuć, bądź zażywaniu wszelkich przyjemności. To jest <<życie na Południu>> przez trzy dni w roku tak, jak je widziałem - a po przeciwnej stronie trzysta sześćdziesiąt dwa dni zmęczenia, strachu, cierpienia i nieustannej pracy"**.

Mimo iż doskonale wiedziałam, jak długa była niewola Northupa zwanego Plattem, z każdą kolejną stroną książki "Zniewolony. 12 Years a Slave" budziła się we mnie nadzieja na to, że mężczyźnie wcześniej uda się z niej wyswobodzić. Że uda mu się wysłać list do rodziny, że spotka na swojej drodze kogoś, kto pomoże mu odzyskać wolność. Że cała ta sprawa z niewolą okaże się jedną wielką pomyłką. Tymczasem wszystko trwało nadal. Handel czarnymi ludźmi, kupowanie ludzi - swoją drogą, jak to w ogóle brzmi?! - było na porządku dziennym. Northup pisał o tym jakby od niechcenia, jakby to było najzupełniej w świecie normalne. Bo w oczach ówczesnych ludzi białych to było normalne. "Czy zgodnie z Deklaracją Niepodległości wszyscy ludzie rodzą się wolni i równi?
- Tak - powiedział Epps. - Ale wszyscy ludzie, a nie czarnuchy i małpy"***. Dla większości panów Murzyni byli właśnie czarnuchami i zwierzętami. Ludzkim bydłem. Ruchomościami osobistymi, które nawet mimo tego, że przynosiły zysk, były wykańczane fizycznie i psychicznie, pozbawiane sił do dalszej pracy. Biali ludzie może i czuli się wszechmocni, ale też niejednokrotnie odznaczali się w swych działaniach bezmyślnością.

Solomon Northup, choć kilka razy porządnie otarł się o śmierć, dożył dnia, w którym szczęście w postaci wiadomości o uwolnieniu spadło mu pod nogi. Wytrwał dzięki inteligencji, sile, pracowitości, skrzypcom, myślom o ukochanej rodzinie i modlitwom. Jego postać to doskonały przykład człowieka nie tylko dobrego i pomocnego, co wynika z niektórych jego wspomnień zawartych w utworze, ale przede wszystkim niedopuszczającego do siebie myśli o całkowitej utracie wolności, głęboko wierzącego w powrót do normalnego życia u boku bliskich, bez obawy przed zaspaniem do całodniowej pracy fizycznej i świstem bicza.

"Zniewolony. 12 Years a Slave" to wstrząsająca, nieprzesadnie brutalna, ale poruszająca lektura, której treść potrafi na długo zagnieździć się w umyśle czytelnika. Warto przyjrzeć się jej bliżej. Mam nadzieję, że równie warto poznać ekranizację, która powstała na jej podstawie i doczekała się aż dziewięciu nominacji do Oscara. Myślę, że przekonam się o tym już wkrótce.

*s.31
**s.199-200
***s.241

Za egzemplarz recenzencki uprzejmie dziękuję wydawnictwu Replika.
Recenzja napisana dla portalu IRKA.

sobota, 26 października 2013

"Chłopiec w pasiastej piżamie" - John Boyne

Tytuł oryginalny: "The Boy in the Striped Pyjamas".
Tłumacz: Paweł Łopatka.
Wydawnictwo: Replika, 2013.
Liczba stron: 130.
Oprawa: miękka ze skrzydełkami.
Rozpoczęcie lektury: 31.07.2013.
Zakończenie lektury: 31.07.2013.
Moja ocena: 7/10.

John Boyne to urodzony w 1971 roku pisarz. Studiował literaturę angielską w Trinity College w Dublinie oraz twórcze pisanie na Uniwersytecie Anglii Wschodniej w Norwich. Początkowo pisał głównie opowiadania. W sumie opublikował ich około siedemdziesiąt. Jest autorem ośmiu powieści dla dorosłych i czterech dla młodszych czytelników. Niektóre z nich zostały przetłumaczone na kilkadziesiąt języków. Największą popularność przyniosła mu książka "Chłopiec w pasiastej piżamie". To niedługa historia o przyjaźni dwóch chłopców - Niemca i Żyda - w czasach II wojny światowej. Doczekała się znakomitej ekranizacji, w której główne role dziecięce zagrali Asa Butterfield i Jack Scanlon.

Rok 1943. Dziewięcioletni Bruno dowiaduje się, że cała jego rodzina - rodzice, siostra i on - w związku z awansem jego ojca będącego dotychczas oficerem, musi przeprowadzić się do nieznanego mu Po-Świecia (Oświęcimia?) mieszczącego się w Polsce. Taka jest właśnie decyzja Furii (Hitlera). Wizja opuszczenia ukochanego domu w Berlinie jest dla chłopca wielkim utrapieniem. Tak że po przybyciu do Po-Świecia Bruno jest zrozpaczony i nie może sobie znaleźć miejsca - nowy dom jest nudny, przewijają się przez niego obcy ludzie współpracujący z ojcem chłopca, a co najgorsze, położony jest na jakimś odludziu - z dala od innych domów, sklepów, jakiegokolwiek miasteczka. No, pomijając tajemnicze skupisko budynków i krzątających się wokół nich dziwnych postaci, które pewnego dnia dostrzega przez okno Bruno i które, w ramach rozrywki, postanawia poznać. Próby rozwikłania zagadki, kim są ci ludzie w jednakowych pasiastych piżamach, owocują zawarciem niezwykłej znajomości małego bohatera z... rówieśnikiem zza kolczastego ogrodzenia obozu koncentracyjnego.

Chłopców dzieli dosłownie wszystko poza datą urodzenia - obaj bowiem przyszli na świat dokładnie tego samego dnia - piętnastego kwietnia 1934 roku. Reszta - pochodzenie, i sytuacje, w jakich się znaleźli - to dwie różne bajki. Co ciekawe, zarówno Bruno, jak i Szmul, kompletnie nie odnajdują się w swych bajkach (w przypadku Szmula jest to całkowicie zrozumiałe, z kolei Bruno może ponarzekać tylko na nudę, siostrę Gretel, nazwaną przez niego Beznadziejnym Przypadkiem, i ogólną, niezbyt przyjemną atmosferę panującą w domu) i woleliby przejść do innego, lepszego świata, którym dla żydowskiego chłopca jest życie nie w obozie, lecz normalnym domu, najlepiej takim, w jakim mieszka jego nowo poznany kolega, natomiast Bruno, nieświadomy panującej wokół wojny i jej okropnych konsekwencji, pragnie posmakować życia w obozie, w którym przecież ciągle coś się dzieje, no i są w nim dzieci.

Tak, Bruno, dziewięcioletni syn niemieckiego komendanta nadzorującego jeden z polskich obozów koncentracyjnych, nie ma zielonego pojęcia o tym, co aktualnie dzieje się na świecie. Nie wie, kim jest ani czym się zajmuje jego własny ojciec, i nie zdaje sobie sprawy z potęgi niebezpieczeństwa, jakie niosą za sobą jego potajemne spotkania ze Szmulem, nie wspominając już o samym przebywaniu więźniów w obozie. Fakt, iż Boyne wykreował taką właśnie postać, nieco przeszkadza, może niekoniecznie w odbiorze powieści, lecz w jej głębszej analizie po przeczytaniu całości. Wówczas lektura traci na wartości, nie wydaje się już taka idealna, jaka była, gdy czytelnik pochłaniał z wypiekami na twarzy jedną stronę po drugiej. Bo rzeczywiście czas na lekturze tej książki można spędzić, będąc pod wielkim wrażeniem - wszelkie niedoskonałości i nieprawdopodobne wręcz sytuacje pojawiające się w utworze typu naiwność Brunona czy jego częste spotkania ze Szmulem w miejscu szczęśliwie nigdy niestrzeżonym przez niemieckich żołnierzy umykają uwadze odbiorcy, który zafascynowany jest innym aspektem - stopniowo rozwijającą się przyjaźnią dwójki dzieci, którym pojęcie Holokaustu jest zupełnie obce i dla których liczy się "tu i teraz".

"Chłopiec w pasiastej piżamie" to pozycja bardzo krótka, napisana prostym, zdziecinniałym językiem - ukazuje bowiem świat widziany oczami Brunona, choć chłopiec nie jest narratorem. Nie przeszkadzała mi ta forma przekazu treści, jedyne, do czego mogłabym się przyczepić, to częste pojawianie się w niej irytującego zdania o "układaniu się czyichś ust w kształt literki <>". Ja rozumiem, że dziecięca wyobraźnia może podsuwać tego typu określenia, ale ich wielokrotne powtórzenia to po prostu przesada. No, chyba że tłumacz w tym akurat przypadku się nie popisał.

Jeśli chodzi o moje inne zastrzeżenia - jeszcze co do ogółu powieści - muszę wspomnieć o fakcie, dla kogo jest ona przeznaczona. Nie zgadzam się z informacją, jaką znalazłam na oficjalnej stronie internetowej Johna Boyne'a, mówiącą, że "Chłopiec w pasiastej piżamie" jest jedną z czterech książek autora przeznaczonych dla tak zwanych młodszych czytelników. Mam nadzieję, że pisarz nie ma tutaj na myśli dzieci chociażby w wieku Brunona - skoro ów bohater nie wykazuje się inteligencją i wiedzą, można założyć - ale tylko założyć - że w opinii Boyne'a dziewięcioletni czytelnicy są podobni pod tym względem do Brunona (w przypadku Polaków nawet bym się z tym zgodziła, w końcu właściwa szkolna edukacja historyczna rozpoczyna się w późniejszych klasach szkoły podstawowej, choć tematyka II wojny światowej tak naprawdę pojawia się dopiero pod koniec gimnazjum) i lektura tego utworu będzie dla nich albo kompletnie niezrozumiała (tym bardziej, że infantylny język wszystkiego ot, tak nie wyjaśnia), albo po prostu czymś w rodzaju bajki o przyjaźni (szkoda tylko, że z tragicznym zakończeniem). Tak że moim zdaniem po tę pozycję powinny sięgać osoby w wieku gimnazjalnym i starsze - dorosłe jak najbardziej.

Za egzemplarz recenzencki uprzejmie dziękuję wydawnictwu Replika.
Recenzja napisana dla portalu IRKA.

sobota, 5 października 2013

"Martwe dusze" - Magdalena Bryja

Wydawnictwo: Replika, 2013.
Liczba stron: 372.
Oprawa: miękka ze skrzydełkami.
Rozpoczęcie lektury: 25.04.2013.
Zakończenie lektury: 30.04.2013.
Moja ocena: 6/10.

Kiedy zagłębiłam się w lekturze "Martwych dusz" i już na samym początku natknęłam się na szczegółowy opis stosunku seksualnego głównych bohaterów, pomyślałam sobie "O, nie! Jeśli to kolejny utwór erotyczny (lub pseudoerotyczny, a takich staram się unikać od czasu zapoznania się ze słynnym Grey'em), to ja wymiękam". Nieco zniechęcona, brnęłam w powieść jednak dalej, dałam jej szansę, poza tym nie lubię zostawiać nieprzeczytanych do końca książek. Jej początek rzeczywiście może odepchnąć, ba, także późniejsze fragmenty mogą do tego doprowadzić. Utwór Magdaleny Bryi jest bowiem niełatwy, przesiąknięty złymi emocjami i kontrowersyjny. Myślę, że wielu czytelnikom nie przypadnie do gustu, ale tym, którzy lubią zagłębić się w trudne i wstrząsające ludzkie dramaty, polecam jego lekturę.

Gizela Browska to kobieta koło trzydziestki, osobista trenerka fitness, swym wysportowanym wyglądem i stylem zachowania bardziej przypomina faceta, a mimo to jest uwikłana w dwa nietypowe związki z mężczyznami. Pierwszy z nich ma charakter romansu opartego głównie na seksie z szefem Gizeli, Robertem Bierzyńskim, drugi natomiast opiera się na skomplikowanych relacjach dziewczyny i biseksualnego policjanta, Marcina Hagnowskiego. Gizela i Marcin rozstają się ze sobą i wracają do siebie na przemian, niepewni swych uczuć, niepotrafiący bezgranicznie zaufać, ale co tu się dziwić, skoro wstrząsająca przeszłość prześladuje ich oboje niczym złowrogi cień. Boleśnie zranieni przez los, odkrywają nawzajem swoje tajemnice, próbując zawalczyć o nowe, lepsze życie. Czy uda im się doświadczyć takowego?

Lektura "Martwych dusz" nie była dla mnie łatwa. Owszem, Bryja posługuje się ładnym i profesjonalnym językiem, ale poruszana przez nią tematyka związana z seksem i przemocą przykleja książce etykietkę "nieco wulgarnej". W dodatku zachowanie głównej bohaterki jest bardzo dalekie od ideału, niejednokrotnie mnie ono irytowało i zniechęcało do dalszego czytania, w wyniku czego musiałam odkładać powieść chociaż na kilka minut, aby wziąć kilka głębszych oddechów i przeanalizować przeczytaną dotychczas treść. Utwór Bryi nie jest też krótki. Może się wydawać, że trzysta siedemdziesiąt dwie strony to niezbyt wygórowana objętość, ale w przypadku Replikowego wydania trzeba liczyć się z niedużą i gęstą czcionką, a to, rzecz jasna, wydłuża czas lektury. Będąc już przy kwestiach technicznych książki, dodam jeszcze, że tu i ówdzie w tekście zabrakło przecinka lub wkradły się literówki, ale nie przeszkodziło mi to jakoś szczególnie w odbiorze powieści.

Fabuła "Martwych dusz" została ukazana w dwóch perspektywach naprzemiennie - w pierwszej osobie czasu teraźniejszego, pod postacią wspomnień, przemyśleń i działań Gizeli, oraz w trzeciej osobie czasu przeszłego, dotyczącej pozostałych bohaterów przewijających się w utworze. Tak jak wspomniałam na wstępie niniejszej opinii, pierwsze rozdziały powieści nie należą do szczególnie intrygujących i wciągających, ale jeśli czytelnikowi uda się przez nie przebrnąć, istnieje duża szansa, że przeczyta całą książkę, bo potem jest coraz lepiej, mimo że w dalszym ciągu kontrowersyjnie, szczerze, brutalnie i szokująco. Na stronicach "Martwych dusz" królują seks, przemoc, alkoholizm i narkotyki. Pomiędzy nimi błąkają się zagubieni ludzie, którzy swymi niecnymi uczynkami potrafią dać nieźle w kość samym sobie lub drugiemu człowiekowi. Zdarza im się łamać prawo, zapomnieć, spaść na samo dno, by móc potem powstać i spróbować naprawić swe dotychczasowe życie. Postaci wykreowane przez Bryję, zwłaszcza Gizela i Marcin, są pełne wewnętrznych konfliktów. Oboje zostali niegdyś skrzywdzeni przez osoby trzecie, co pozostawiło trwałe ślady w ich psychikach. Próby zmierzenia się z tragicznymi wspomnieniami wiążą się w ich przypadkach z wyjściem im naprzeciw, ale, jak się okazuje, nie zawsze jest to proste. Nawet z pomocą bliskiej osoby.

Książka Magdaleny Bryi traktuje o cierpieniu. Potężnym cierpieniu chowającym się za pozornie beztroskimi zachowaniami bohaterów, za ich nieprzemyślanymi działaniami, które sprowadzają na nich wiele zła i budzą zgorszenie u innych osób, także u czytelnika. To powieść o ludzkich potworach, o której nie sposób prędko zapomnieć. Nie wiem, czy kiedykolwiek w przyszłości będę w stanie sięgnąć po podobny do "Martwych dusz" utwór, ale któż to wie? Okładka i opis książki zazwyczaj nie zdradzają zbyt wiele i nie wiadomo tak naprawdę, czego się po niej spodziewać. Doskonałym przykładem jest właśnie powieść Bryi, którą początkowo wzięłam za zwyczajną powieść obyczajową, a która jest plątaniną ludzkich dramatów z kryminałem w tle.

Za egzemplarz recenzencki uprzejmie dziękuję wydawnictwu Replika.
Recenzja napisana dla portalu IRKA.

środa, 17 kwietnia 2013

"Wiecznie żywy" - Isaac Marion

Tytuł oryginału: "Warm Bodies".
Tłumacz: Martyna Plisenko.
Wydawnictwo: Replika, 2013.
Liczba stron: 308.
Oprawa: miękka ze skrzydełkami.
Rozpoczęcie lektury: 29.03.2013.
Zakończenie lektury: 30.03.2013.
Moja ocena: 7/10.

Nie jestem jakąś wielką miłośniczką fantastyki, książki z tego gatunku czytuję rzadko, więc moja znajomość romansów paranormalnych, wszelkich anielskich istot, a nawet wampirów jest niemalże zerowa. Ale po "Wiecznie żywego" zdecydowałam się sięgnąć. Już wcześniej, gdy ta powieść Isaaca Mariona pojawiła się w Polsce pod tytułem "Ciepłe ciała", nabrałam na nią ochoty. Zaufałam wówczas jej niebywałej popularności i licznym pochlebnym opiniom czytelników na jej temat. Nieważne, że historia w niej ukazana dotyczy zombie. Skoro "Ciepłe ciała" zostały pozytywnie przyjęte przez wielu odbiorców, muszą coś w sobie mieć, myślałam sobie. No i rzeczywiście - oryginalność tego utworu rzuca się w oczy przede wszystkim, a oprócz tego czyta się go lekko i szybko. Nie tak dawno na jego podstawie powstał film "Wiecznie żywy" z Nicolasem Houltem i Teresą Palmer w rolach głównych. W polskich kinach można go oglądać od marca tego roku.

Świat po bliżej nieokreślonej katastrofie. Nikt nie wie, co tak naprawdę się stało i czy istnieje szansa na to, by powrócił on kiedyś do normalności. Ocalała garstka ludzi - Żywi - żyje w ciągłej niepewności, w ciągłym strachu, kryjąc się przed zombie - Martwymi - dla których jedynym pożywieniem są właśnie... ludzkie ciała. Jednym z przedstawicieli Martwych jest R. Jak na zombie - istota w całkiem dobrym stanie, bo w jednym kawałku i bez większych odrażających ran. Gdyby tak go umyć, ładnie ubrać, uczesać i umiejętnie nałożyć na jego twarz grubą warstwę makijażu, trudno byłoby odróżnić go od człowieka. Gdy pewnego dnia R wraz z kilkoma zombie uczestniczy w polowaniu na ludzkie mięso, spotyka Julie należącą do Żywych i... od tej pory już nic nie jest takie, jak dawniej. Dzięki R dziewczyna uchodzi z życiem. Ale jej chłopak, Perry, już nie ma tyle szczęścia. Julie trafia do "siedziby" Martwych. Stopniowo pomiędzy nią a R zaczyna rozwijać się zaskakująca znajomość, która ma szansę przybrać postać czegoś jeszcze dziwaczniejszego - przyjaźni? Czegoś większego, silniejszego? Ale to nie takie proste. Walka pomiędzy Żywymi i Martwymi trwa. A ojciec Julie, groźny dowódca wojskowy, pragnie przetrwać dosłownie za wszelką cenę...

"Wiecznie żywy" zaintrygował mnie już od pierwszej strony. A w ciągu kilku pierwszych minut lektury przekonałam się, że nie będzie mi łatwo się od niej oderwać. Marion za narratora obrał sobie R, który nie pamięta zbyt wielu rzeczy ze swojego życia, nie wie, jak umarł, ani nawet jak ma na imię. Ale to właśnie z jego punktu widzenia czytelnik poznaje jego myśli, poczynania czy też strukturę istnienia, bytowania Martwych. Co rzuca się w o czy i trochę się nie zgadza, to fakt, iż jak na prawie nic niepamiętającego zombie, R ma zbyt wiele do powiedzenia, a i jego przemyślenia na konkretne tematy nie powinny mieć w ogóle miejsca. No chyba, że jako Martwy "żyje" już na tyle długo i zjadł tyle ludzkich mózgów zawierających wspomnienia ofiar, że zdołał sobie przypomnieć większość zasad i aspektów życia Żywych. Język powieści jest prosty, stwierdziłabym nawet, że... ładny i taki przemyślany. Dzięki nim o "Wiecznie żywym" nie trzeba myśleć jako o horrorze - mimo przerażających, krwawych opisów tradycji i zachowań zombie - lecz po prostu utworze przygodowym. Tak naprawdę trudno jest przypasować tę książkę do któregokolwiek gatunku literackiego. Może nawet nie jest to możliwe. Odbiorca bowiem znajdzie w niej kawałek wspomnianego już wcześniej horroru, trochę sensacji, fantastyki, powieści obyczajowej, romansu i czarnej komedii. Jeśli chodzi o samo wydanie powieści, to spodobała mi się jej szata graficzna - okładka, choć filmowa, oraz ryciny z zakresu anatomicznej budowy człowieka, poprzedzające kolejne rozdziały utworu, natomiast co trochę mi przeszkadzało, to całkiem spora liczba literówek, jakie zdołałam wyłapać w tekście.

To teraz kolej na bohaterów "Wiecznie żywego". Co można o nich napisać? Ci drugoplanowi to rzesza rozmaitych osobników i charakterów, począwszy od nieco zabawnego kompana R, M, przez żądną przygód przyjaciółkę Julie, Norę, aż po niezłego skurczybyka, pana Grigio. A jeśli chodzi o duet tych głównych postaci, Julii i R, nasuwa się odnośnie niego pewne skojarzenie, a mianowicie Piękna i Bestia. Ona - cudowna, żywa, a więc normalna istota ludzka, której nie może się oprzeć nawet Martwy. On - potwór. Brzydki i zły, choć tak nie do końca zły, bo czuje coś bliżej nieokreślonego do Julie. Jeśli czytelnik zanurzy się głębiej w powieść, uświadomi sobie, że istnieje jeszcze kilka podobieństw, które łączą postaci Julie i R z Piękną i Bestią. Nie będę ich tutaj przytaczać, by nie zepsuć innym przyjemności wypływającej z przeczytania pozycji Mariona. Jego pomysł na stworzenie pewnego rodzaju związku pomiędzy Żywą a Martwym to całkiem fajny pomysł, który został przez autora zrealizowany w przystępny, łagodny sposób, nie jakiś ohydny czy obrzydliwy. Znajomości Julie i R raczej się kibicuje, bo to coś innego, nowego i budzącego fascynację.

Ale nie tylko rozwojowi uczuć pomiędzy tym dwojgiem można się przyglądać w "Wiecznie żywym". Jest przecież tutaj jeszcze jedna, istotna sprawa - sprawa życia i śmierci w postapokaliptycznym świecie, w którym nadzieja na lepsze jutro zanika z dnia na dzień w zastraszająco szybkim tempie, bo walka dobra ze złem wydaje się nie mieć końca. Czy istnieje jakiś sposób na jej zakończenie? Poszukiwanie odpowiedzi na to pytanie kosztuje niejedno ludzkie życie, nie wspominając już o "życiu" Martwych. Mimo że zakończenia książki można się mniej lub bardziej domyślić, to i tak przebieg poszczególnych konfrontacji Żywych z Martwymi, zwłaszcza z Kościstymi, czyta się z dużą dozą napięcia. Ale wątek jednej z ostatnich walk, w której uczestniczył ojciec Julii, nie zrobił na mnie jakiegoś piorunującego wrażenie, w wyniku czego całokształt zakończenia powieści Mariona określiłabym mianem "takiego sobie".

"Wiecznie żywy" to książka, którą można opisać wieloma epitetami: oryginalna, ciekawa, intrygująca, wciągająca, dziwna, ale i sympatyczna. Jest ogromną mieszanką gatunków, dlatego też nie da się określić jej jednym słowem. To niecodzienna opowieść o niemożliwej wręcz przyjaźni, miłości w obliczu zagrożenia i beznadziejnej egzystencji. O walce o dobro. O odkrywaniu własnych słabości, możliwości i o trudnych wyborach. Myślę, że najbardziej przypadnie ona do gustu nastolatkom i dorosłej młodzieży. Zachęcam do lektury.

Za egzemplarz recenzencki uprzejmie dziękuję wydawnictwu Replika.
Recenzja napisana dla portalu IRKA.

sobota, 30 marca 2013

"Wszystko dla ciebie" - Joanna Sykat

Wydawnictwo: Replika, 2013.
Liczba stron: 268.
Oprawa: miękka ze skrzydełkami.
Rozpoczęcie lektury: 11.03.2013.
Zakończenie lektury: 12.03.2013.
Moja ocena: 5/10.

Mimo że zdrady, rozstania i powroty przewijają się w literaturze bardzo często, lubię sobie od czasu do czasu o nich poczytać, bo przecież każda historia miłosna jest inna i może mnie zaskoczyć czymś nowym. Czy w przypadku powieści "Wszystko dla ciebie" autorstwa Joanny Sykat mogę pisać o zaskoczeniu? Nie. Aczkolwiek warto zwrócić uwagę na to, że autorka przykrą tematykę rozstania głównych bohaterów kieruje na trochę inne tory. Bo czego można się zazwyczaj spodziewać, czytając o zdradach i kłótniach małżonków? Przede wszystkim tego, że rozejdą się oni na dobre albo będą próbowali naprawić swój związek, prawda? Sykat do tych małżeńskich dylematów dodaje coś jeszcze - kolejny problem, a mianowicie kwestię posiadania dziecka i próby odnalezienia się w nowej roli - roli rodzica.

Przed takim właśnie zadaniem staje Agata. Kobieta najpierw odkrywa, że jej mąż, Kuba, romansuje z jakąś panienką poznaną przez Internet, a następnie, że jest w ciąży z tym niewdzięcznikiem, co kompletnie wytrąca ją z równowagi. Kuba wyprowadza się od niej, zostawiając ją, jak na ironię, z ciężarną kotką, frustracją i rozpaczą. Agata nie ma pojęcia, co dalej robić ze swym życiem. Wie jednak z całą pewnością, że nie jest gotowa na bycie matką, postanawia też, że jej mąż nigdy nie dowie się o ich wspólnym dziecku. Czy dotrzyma słowa? Rozmowy z najbliższą przyjaciółką, Moniką, której w rodzinie układa się pomyślnie, i ciotką, która planuje po raz kolejny wyjść za mąż, nie zawsze dodają Agacie otuchy, ale przynajmniej sprowadzają ją na ziemię. Jak zatem potoczą się jej losy?

Zdziwiła mnie trochę różnorodność form, jakie przybiera treść książki "Wszystko dla ciebie". Oprócz tradycyjnej narracji trzecioosobowej czytelnik ma do czynienia z rozmowami za pośrednictwem komunikatora Gadu-Gadu, mailami, zapiskami z pamiętnika oraz monologami głównej bohaterki skierowanymi do jeszcze nienarodzonego dziecka. Pomijając fakt, iż te ostatnie urzekły mnie swoją prostotą i szczerością, mieszanka tych wszystkich form jakby przytłoczyła istotę fabuły, rozpraszając ją i nie wnosząc do niej nic nowego.

Jeśli chodzi natomiast o bohaterów wykreowanych przez Sykat, nie znalazłam wśród nich takiego, który by mi się spodobał. Mimo że zróżnicowani, zachowywali się dziwnie, niedorzecznie lub po prostu nijako, działając mi raz po raz na nerwy. Agata - ciągle narzekająca na wszystko, niemogąca znaleźć sobie miejsca w świecie, który nagle stał się dla niej po prostu porąbany. Nie byłoby w tym nic dziwnego - bo kto w ciągu jednego dnia potrafi pogodzić się z utratą męża albo z niespodziewaną ciążą - ale bohaterka próbuje zrozumieć swoją nową sytuację życiową i samą siebie w tej sytuacji w ciągu całej powieści, a i jej koniec został przez pisarkę określony tak niezbyt pewnie - czytelnik może pogratulować Agacie ostatecznie podjętej decyzji dotyczącej rodzicielstwa albo wręcz przeciwnie, nie zgodzić się z jej wyborem, w obu przypadkach snując własne domysły dotyczące tego, jak mogłyby wyglądać jej dalsze losy. Kuba - za to, co zrobił swojej żonie, od samego początku miał u mnie wielkiego minusa, który nie zanikał wraz z dalszymi jego poczynaniami, nawet tymi przyzwoitymi. Ratowanie albo zawieranie związku ze względu na potomstwo w mojej "filozofii życiowej" raczej nie przejdzie. Co bowiem z miłością jego rodziców? Może jej nie być, ale ważne, że dziecko będzie miało ich oboje? Na koniec Nina, ciotka Agaty - persona niby-surowa, trochę roztrzepana, szalona, a jej wspomnienia i miłosne zachcianki zamiast śmieszyć, budziły we mnie niesmak, politowanie albo po prostu obojętność. Z kolei inne postaci z utworu Sykat pojawiały się w nim zbyt rzadko, bym z którąkolwiek z nich mogła się "zaprzyjaźnić".

"Patrz uważnie. Na uniwersyteckiej tablicy brzucha rysuję ci szlaczek. To sinusoida. Punkty na najwyższych miejscach (...) to maksima. Te, położone najniżej, nazywane są minimami. Kiedy twoje życie osiąga maksimum, traci impet, toczy się w dół, jeśli w ogóle nie spada od razu na łeb i szyję. Z upadku musisz czerpać siłę, by znów wspinać się w kierunku nowego maksimum. Życie nie jest statyczne, podlega ciągłym zmianom (...) Nie wartościujemy minimum i maksimum. Nic nigdy nie jest ani dobre, ani złe w stu procentach (...) Paradoksalnie, te <<złe>> rzeczy okazują się istotniejsze od tych <<dobrych>> (...) To w trudnych momentach dowiadujesz się prawdy o sobie, o tym, co w życiu ważne, a co mniej. Stajesz się, dotykasz istoty rzeczy i zjawisk, zyskujesz mądrość. Dyplom z życia, którego nie zdobędziesz na żadnej uczelni"*.

Życie Agaty mniej więcej w taki sposób można podsumować. Przeżywa gorsze i lepsze chwile, z których tych pierwszych jest raczej więcej, ale to nawet dobrze. Dzięki nim doświadcza czegoś prawdziwego, a w jej głowie zaczynają się kształtować ważne, jeśli nie najważniejsze decyzje, myśli, teorie. "Wszystko dla ciebie" to opowieść, którą, owszem, czyta się lekko i szybko, ale jej tematyka już do lekkich nie należy. Na domiar złego jest dość monotonna - wbrew pozorom, do których można zaliczyć chociażby kolorową okładkę sugerującą, że opatrzona nią treść będzie pełna ciepła, humoru, pozytywnych i wzruszających zdarzeń. Joanna Sykat może i ma smykałkę do pisarstwa obyczajowego, ale po jej książce spodziewałam się czegoś więcej.

*s.151-152

Za egzemplarz recenzencki uprzejmie dziękuję wydawnictwu Replika.
Recenzja napisana dla portalu IRKA.

poniedziałek, 4 marca 2013

"Kłamstewka i kłamstwa" - Monika Orłowska

Wydawnictwo: Replika, 2013.
Liczba stron: 228.
Oprawa: miękka ze skrzydełkami.
Rozpoczęcie lektury: 20.02.2013.
Zakończenie lektury: 21.02.2013.
Moja ocena: 6/10.

Monikę Orłowską kojarzę przede wszystkim jako autorkę książek "Adam i Ewy" oraz "Cisza pod sercem", których owszem, nie czytałam, ale które zaintrygowały mnie swoimi opisami i licznymi pozytywnymi opiniami czytelników do tego stopnia, iż stwierdziłam, że proza tej pisarki nie może pozostać mi obca. Dlatego gdy "Kłamstewka i kłamstwa" pojawiły się na rynku wydawniczym, od razu nabrałam na nie ochoty, ale jednocześnie podeszłam do nich z dużym dystansem, spodziewając się, że ta niewielka objętościowo powieść nie będzie poruszać tematów trudnych, jak to jest w przypadku dwóch wcześniej wspomnianych utworach, wręcz przeciwnie, będzie przyjemnym czytadłem o życiu we współczesnej Polsce.

Orłowska w swej książce przedstawia perypetie różnych mieszkańców jednego z niewielkich krakowskich osiedli, które już jakiś czas temu podzieliło się na dwie części. W jednej z nich mieszkają ludzie, którzy znają ją od podszewki, gdyż wcześniej znali ją także ich przodkowie, natomiast drugą część zajmują nowe domy, a co za tym idzie, nowi mieszkańcy. Obie te sfery żyją raczej własnymi sprawami, od czasu do czasu narzekając na siebie wzajemnie, głównie z błahych powodów. Kiedy jednak na osiedlu zaczyna grasować tajemniczy wandal, wspólnymi siłami muszą dowiedzieć się, kim on jest, a także zapanować nad bezpieczeństwem swoim i sąsiadów.

Wśród mieszkańców ulic Lewej, Prawej, Obrzeżnej i ich okolic są między innymi: młode matki, których jedną z rozrywek jest codzienne spacerowanie z dziećmi, Lidka, która dopiero co zaadoptowała małego chłopca, obawiająca się jego przystosowania się do nowej rodziny, starsza para Malinowskich, weterynarz Bartek i jego ciężarna żona, Lena, która ma powyżej uszu nadopiekuńczości i wścibskości rodziców, policjantka Elwira, nastoletni zakochani, Julia i Remek, nietypowe małżeństwa Brzeskich, wykształcona Sylwia, która z dnia na dzień porzuca narzeczonego dla innego, "gorszego" mężczyzny, Zbyszka, no i oczywiście doktor Alicja pracująca na oddziale onkologii dziecięcej. Kobieta ta, mając w planach kandydowanie do Rady Dzielnicy, bardzo wnikliwie obserwuje swoich sąsiadów. Dzięki nietypowym metodom zna ich niemalże tak dobrze, jak własną kieszeń, i jest na bieżąco z wszelkimi plotkami, nowinkami, dosłownie nic nie umyka jej uwadze, a swoimi spostrzeżeniami dzieli się z czytelnikiem, prowadząc dość oryginalny pamiętnik.

Tak, "Kłamstewka i kłamstwa" naprzemiennie ukazują perypetie Krakowiaków i myśli doktor Alicji, które na ogół przyjmują charakter właśnie plotek lub wspomnień bohaterki, dzięki którym porównuje ona czasy swojej młodości z czasami obecnymi - rokiem 2011, w którym głównymi tematami rozmów polskiej społeczności są problemy w edukacji dzieci, pierwsze exposé premiera Tuska i TVN-owskie seriale. Orłowska operuje przystępnymi językiem i przejrzyście, acz niezbyt obszernie, przedstawia poszczególne kłopoty i rozterki, z jakimi borykają się mieszkańcy osiedla. Jak na trochę ponad dwieście stron powieści, postaci w niej się pojawiających jest zdecydowanie zbyt dużo, a co za tym idzie, ich historie, choć bliskie przeciętnemu Polakowi, są opisane pobieżnie, w dużym skrócie, a szkoda.

Książce nie brakuje realizmu i dobrego humoru. Z dużą dawką przyjemności zagłębiałam się w zadziwiające obserwacje doktor Alicji. Troszeczkę nawet zazdrościłam bohaterom ich sąsiedzkich relacji, waśni, a także wspólnych imprez, bo tak naprawdę, mimo iż do tej pory dwukrotnie zmieniałam miejsce zamieszkania, nie żyłam w tego typu wspólnocie sąsiedzkiej i obecnie również nie mogę się takową pochwalić.

W "Kłamstewkach i kłamstwach" ciągle coś się dzieje. Niewielka krakowska dzielnica obfituje w rozmaite, cieszące oko lub nie, wydarzenia, takie jak śluby, zdrady, organizowanie kiermaszów, nawiązywanie nowych przyjaźni czy walka z wandalizmem. Autorka stworzyła lekką, sympatyczną, może nie wybitną albo zapadającą w pamięć na bardzo długo, ale szczerą, rozrywkową opowieść z niezwykle zaskakującym i ciekawym zakończeniem, którego, no cóż, nie spodziewałam się w ogóle. Jeśli ktoś chciałby spędzić ze dwie godzinki wolnego czasu na niewymagającej lekturze komediowo-obyczajowej, śmiało może sięgnąć po pozycję Moniki Orłowskiej. Ja akurat spodziewałam się po niej tego typu czytadła, więc nie byłam w jakiś sposób zawiedziona, ale jeśli chodzi o inne utwory tej pisarki, liczę na coś więcej. Dużo więcej.

Za egzemplarz recenzencki uprzejmie dziękuję wydawnictwu Replika.
Recenzja napisana dla portalu IRKA.

piątek, 22 lutego 2013

"Szczęście spod igły" - Joanna Kruszewska

Wydawnictwo: Replika, 2013.
Liczba stron: 324.
Oprawa: miękka ze skrzydełkami.
Rozpoczęcie lektury: 08.02.2013.
Zakończenie lektury: 10.02.2013.
Moja ocena: 6/10.

Joanna Kruszewska to urodzona w 1976 roku młoda stażem pisarka. Ukończyła studia pedagogiczne w Warszawie, a pisanie - swoją pasję - na dobre zaczęła realizować od 2009 roku, kiedy to wydała pierwszą książkę, "Aby do mety". Jej kolejne powieści to "Awaria uczuć", "Na trzy sposoby" oraz najnowsza, czyli "Szczęście spod igły".

Gapa ze mnie straszna. Kiedy byłam już w okolicach połowy "Szczęścia spod igły", zorientowałam się, że ów tytuł jest kontynuacją wymienionego wyżej utworu "Na trzy sposoby". Należę do osób, które przywiązują wagę do zachowywania kolejności przy czytaniu serii książek, ale ostatecznie stwierdziłam, że przecież nie będę przerywać aktualnej lektury i w popłochu szukać po księgarniach wcześniejszej części opowiadającej o przygodach trzech przyjaciółek. Ponadto udało mi się dojść do wniosku, że nieznajomość poprzedniczki absolutnie w niczym mi nie przeszkodziła. Zatem brnęłam dalej w białostockie klimaty i perypetie jakże sympatycznych współczesnych kobiet - matek, żon i kochanek.

Iwona, Anita i Martyna znają się od lat i, choć nie łączą je więzy krwi, są dla siebie niczym siostry, wspierające i uzupełniające się wzajemnie. Iwona i Anita wspólnie prowadzą niewielką działalność gospodarczą pod postacią pracowni krawieckiej, w której wykonywane są różnego rodzaju kostiumy dla dzieci. Nie podoba się to Danielowi, mężowi tej pierwszej, który, pracując w dobrze prosperującej firmie, uważa, że tylko on trzyma w finansowych ryzach całą rodzinę. Stosunki między nim a Iwoną stają się coraz bardziej napięte. Nic więc dziwnego, że kobieta zaczyna szukać wsparcia w przyjacielu rodziny, Jacku. Z kolei Martyna, fryzjerka, która od dłuższego czasu stara się o dziecko, wreszcie może nacieszyć się rolą przyszłej matki, bo badania lekarskie potwierdzają jej ciążę. Radosną nowinę przygłusza jednak nieco niespodziewany przyjazd do matki Martyny upiornych ciotek-trojaczek. Co przyczyniło się do podjęcia przez nie tego właśnie kroku? Czy bohaterka będzie mogła liczyć na choć odrobinę spokoju, będąc w stanie błogosławionym?

Książki obyczajowe polskich autorów traktuję zazwyczaj jako doskonały sposób na miłe i relaksujące spędzenie wolnego czasu. Zwłaszcza, gdy należą one do literatury kobiecej. Tak też było w przypadku "Szczęścia spod igły". Mimo iż wszystko to, o czym jest mowa w fabule tego utworu, czyli rozmaite problemy rodzinne, wychowawcze, romanse, kłopoty z jakimiś członkami rodziny, kłopoty w pracy czy choroby, gdzieś już było, gdzieś się pojawiało - czy to w książkach, czy w filmach i serialach - to i tak zawsze z przyjemnością zagłębiam się w tę tematykę. W końcu każdy autor, każda autorka ma inne widzimisię, inne zdanie odnośnie konkretnych aspektów, jakie przejawiają się we współczesnych rodzinach polskich, prawda? Może zaskoczyć mnie nie tylko ciekawą koncepcją i jej interpretacją, ale też indywidualnie wypracowanym stylem pisarskim. A styl Kruszewskiej bardzo przypadł mi do gustu. Autorka posługuje się lekkim, takim, że tak to ujmę, po prostu normalnym językiem, obfitującym w zabawne i beztroskie zwroty i dialogi. Co rzuciło mi się w oczy, to fakt, iż pisarka ma skłonności do nadużywania słowa "właśnie", które dość często pojawiało się w tekście. Ale ponadto - pisze zrozumiale, nie owija w bawełnę, serwując czytelnikowi najistotniejsze fakty z życia poszczególnych bohaterów, no i ich obecne perypetie.

Najbardziej wyrazistą żeńską postacią ukazaną w "Szczęściu spod igły" jest Iwona, zaraz po niej Martyna, natomiast najmniej informacji można uzyskać na temat Anity. Być może więcej uwagi poświęciła jej Kruszewska w powieści "Na trzy sposoby?" Nie wiem, mogę tylko snuć podejrzenia, być może kiedyś się o tym przekonam. Ciekawym zabiegiem było wprowadzenie do książki akcentu artystycznego w postaci krawieckiej działalności Iwony i Anity, dzięki któremu, poprzez własne zainteresowania, zdolności manualne i plany dotyczące pracy zawodowej, mogłam utożsamić się z tymi bohaterkami, a zwłaszcza ich wielkimi sercami, jakie wkładały w wykonywane przez siebie czynności. Co do wątku Iwony i jej życia prywatnego, to uważam, że autorka w interesujący sposób poprowadziła akcję - na tyle dobrze, abym mogła zniechęcić się do egoistycznego Daniela, a polubić Jacka i bystre dzieciaki Iwony. Pozostaje jeszcze Martyna. Kwestia jej ciąży była raczej do przewidzenia, natomiast całkiem miło zaskoczyły mnie jej ciotki-trojaczki, po których spodziewałam się naprawdę upierdliwych i zwariowanych kreatur, przeszkadzających dosłownie wszystkim we wszystkim, a tymczasem pisarka sympatycznie i z humorem wybrnęła z sytuacji wprowadzenia ich postaci w akcję powieści. Jak? Trzeba przeczytać.

"Szczęście spod igły" to niewymagająca opowieść o miłości, która zwykle jest uczuciem skomplikowanym, o przyjaźni kobiecej godnej pozazdroszczenia, o rodzinnych problemach, dokonywaniu trudnych wyborów, rozważaniu na temat tego, co w życiu jest najlepsze, o tęsknocie za kimś, za oderwaniem się od rutyny, o życiowych zmianach, wątpliwościach, uczuciach, no i wierze we własne możliwości, talenty i marzenia. Na przykładach bardzo różnych postaci Joanna Kruszewska przedstawiła współczesną, bliską nam rzeczywistość, poddając ją trochę koloryzacji i optymizmowi. Ale to dobrze. Warto wierzyć w lepsze jutro, nawet jeśli dziś spadają na nasze głowy problemy, które wydają się wręcz niemożliwe do rozwiązania. Nie miałabym nic przeciwko, gdyby w przyszłości ukazała się kolejna książka traktująca o losach Iwony, Anity, Martyny, ich bliskich i znajomych. W ich życiu może się przecież jeszcze tyle wydarzyć! Czas pokaże. A tymczasem nie pozostaje mi nic innego, jak tylko polecić "Szczęście spod igły" przede wszystkim kobietom w różnym wieku, miłośniczkom żywej i lekkiej literatury dla pań - a nuż niejedna z nich odnajdzie w tym utworze cząstkę siebie lub własnego życia.

Za egzemplarz recenzencki uprzejmie dziękuję wydawnictwu Replika.
Recenzja napisana dla portalu IRKA.

niedziela, 6 stycznia 2013

"Miłość? Bardzo proszę" - Aurelia Es

Wydawnictwo: Replika, 2012.
Liczba stron: 276.
Oprawa: miękka ze skrzydełkami.
Rozpoczęcie lektury: 01.01.2013.
Zakończenie lektury: 02.01.2013.
Moja ocena: 4/10.

Aurelia Es jest absolwentką filologii angielskiej na Uniwersytecie Warszawskim, autorką miniatur literackich, opowiadań, wierszy i tekstów piosenek. Laureatka kilku nagród i wyróżnień, tłumaczka opery - burleski - "Smok z Wantley" J.F. Lampe'a. Jej debiutancka powieść "Kochanek malutki" ukazała się w 2010 roku.

"Miłość? Bardzo proszę" to jej druga książka. Zachęcona dość ciekawym, lekkim opisem, po którym spodziewałam się sympatycznej powieści komediowo-obyczajowej, zdecydowałam się po nią sięgnąć. Czy spełniła moje oczekiwania? Niestety niezupełnie. Historia o sztuce, miłości, szczęściu i zdradzie okazała się nieco dziwnym dramatem, mogłabym nawet pokusić się o stwierdzenie, że zahaczającym o niezbyt wyszukany thriller i coś w rodzaju bajkowej poświaty.

Szyszka to młoda kobieta z wykształceniem, pracą, którą jako tako lubi, na dodatek artystka, ale zagubiona w miłości. Adam, któremu oddała całe swe serce, znikł pewnego dnia bez śladu, ale ona ciągle ma nadzieję na jego powrót. Tak jak wcześnie, gdy borykała się z innymi problemami, wspierają ją sąsiedzi, a właściwie współlokatorzy kamienicy, w której mieszka: babcia Julcia, która nie jest jej prawdziwą babcią, emerytowany ksiądz Franciszek, który od czasu do czasu pozwala sobie na głośną rozmowę z Wszechmogącym, Młody Franek, wielbiciel Szyszki, a także Marcel i Sebastian, właściciele dobrze prosperującego antykwariatu. Czy bohaterce uda się ponownie zobaczyć ukochanego i wyjaśnić jego zniknięcie? Wiedziona wewnętrznym impulsem, próbuje swych sił w malarstwie. Nie spodziewa się jednak, że jej artystyczne poczynania namieszają w jej życiu jeszcze bardziej...

Książka podzielona jest na trzy części, które odpowiednio przedstawiają wydarzenia z przeszłości i teraźniejszości bohaterów, uchylając przy tym rąbka tajemnic z nimi związanych, co poniekąd jest interesujące. Po raz pierwszy chyba miałam do czynienia z tak nietypowym charakterem językowym, w jakim jest prowadzona owa powieść. Aurelia Es operuje wprawdzie nieskomplikowanym językiem, ale mocno dają się we znaki liczne środki stylistyczne, bardzo krótkie, chaotyczne zdania, a ponadto dialogi, których ilość jest po prostu znikoma, i są one wciśnięte tak jakby przy okazji, dla urozmaicenia tekstu - wnoszą do fabuły bowiem niewiele. Nie potrafiłam przywyknąć do stylu tej pisarki. Nie spodobał mi się sposób, w jaki połączyła ona różne gatunki literackie i kontrastujące ze sobą światy poszczególnych postaci w lekką całość. W jednej chwili mogłam czytać o pechowej przeszłości Szyszki, przewracając kolejną stronę, musiałam poświęcić swoją uwagę rozmowom księdza Franciszka z Bogiem, by potem zagłębić się w licznych wulgaryzmach rzucanych przez Młodego Franka czy Marcela.

Trudno jest mi napisać cokolwiek sensownego na temat samej fabuły utworu "Miłość? Bardzo proszę", która jest dosyć dziwna, no ale cóż, dzięki temu również oryginalna. Część zdarzeń zdaje się pochodzić z "normalności", z kolei druga część jest jakby nie z tego świata. Z jednej strony książka jest mieszanką romansu, powieści obyczajowej i sensacji, której podobne wątki, nie da się ukryć, gdzieś już w literaturze się pojawiały, i raczej nie trzeba po niej nie wiadomo jak zaskakujących momentów się spodziewać, a z drugiej strony przypomina ona coś w rodzaju bajki, baśni, w której ludzkie dobro zawsze zwycięża, a złe uczynki zostają, nieważne, że może nawet w absurdalny sposób, ukarane.

Powieść zrobiła na mnie średnie wrażenie. Na początku okazała się być bardzo absorbująca i choć ogólnie czytało mi się ją szybko, z każdą kolejną stroną stawała się mniej ciekawa. "Miłość? Bardzo proszę" to dla mnie taki mały wybryk literatury. Chętnie przytoczyłabym tutaj kilka strzępów jego treści, by zobaczyć Twoją reakcję, drogi czytelniku, ale wiązałoby się to oczywiście ze zdradzeniem ważnych, jeśli nie najważniejszych, elementów fabuły. Dlatego też to tylko od Ciebie będzie zależało, czy sięgniesz po tę książkę, czy nie. Ja jednak powstrzymam się zarówno od jakiegoś szczególnego zachęcania do jej lektury, jak i dalszego zapoznawania się z twórczością Aurelii Es.

Za egzemplarz recenzencki uprzejmie dziękuję wydawnictwu Replika.
Recenzja napisana dla portalu IRKA.
Książka przeczytana w ramach Wyzwania z Półki.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...