Pokazywanie postów oznaczonych etykietą K.A. Tucker. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą K.A. Tucker. Pokaż wszystkie posty

środa, 16 lipca 2014

"Dziesięć płytkich oddechów" - K.A. Tucker

Tytuł oryginału: "Ten Tiny Breaths".
Tłumacz: Katarzyna Agnieszka Dyrek.
Wydawnictwo: Filia, 2014.
Liczba stron: 424.
Oprawa: miękka.
Rozpoczęcie lektury: 08.07.2014.
Zakończenie lektury: 09.07.2014.
Moja ocena: 7/10.

"Dziesięć płytkich oddechów" autorstwa kanadyjskiej pisarki, Kathleen A. Tucker, jest powieścią otwierającą serię o tym samym tytule, w skład której wchodzą obecnie cztery utwory. Historia Kacey Cleary na pierwszy rzut oka wydaje się typową, idealnie wpasowującą się w schemat charakterystyczny dla książek z niebywale popularnego nurtu new adult - jest piękna dziewczyna z bolesną przeszłością, jest przystojny chłopak skrywający pewną tajemnicę, której wyjście na jaw może nieźle namieszać w życiu bohaterów, jest więc romans i jest cierpienie. Ale Tucker zadbała przede wszystkim o emocjonalną i psychologiczną stronę opowieści, skreślając ją w ten sposób z listy bezwartościowych i słodkich do bólu romansów młodzieżowych, w których na pierwszy plan wysuwają się zachwyty nad płcią przeciwną i seks. W "Dziesięciu płytkich oddechach", mimo że wątek romantyczny się w nich pojawia, uwagę czytelnika przyciągają głównie myśli i zachowanie Kacey borykającej się z zespołem stresu pourazowego, które zostały przedstawione w sposób realistyczny i dotkliwie raniący serce i duszę odbiorcy.

Kacey ma dwadzieścia lat, piętnastoletnią siostrę, Livie, i przytłaczający bagaż nieprzyjemnych, smutnych doświadczeń. Cztery lata temu uczestniczyła w wypadku samochodowym spowodowanym przez pijanego kierowcę, w którym zginęli jej rodzice, chłopak i najbliższa przyjaciółka. Od tamtej pory jest nieufna, unika bliskości drugiego człowieka, a żeby choć na chwilę zapomnieć o bólu związanym ze stratą i nienawiści żywionej do pijanego kierowcy, oddaje się wysiłkowi fizycznemu na siłowni. Kolejne niemiłe doświadczenie sprawia, że wraz z siostrą decyduje się na ucieczkę z domu wujostwa - z Michigan na Florydę, do Miami. To tutaj właśnie na drodze Kacey staje pewnego dnia dwudziestopięcioletni Trent Emerson, dla którego dziewczyna już po pierwszym spotkaniu traci głowę. Ale czy znajdzie w sobie tyle siły, odwagi i samozaparcia, by oddać mu również swoje serce?

Trent. Przyznam szczerze, że troszeczkę ubolewałam nad faktem, iż autorka uczyniła z niego mega przystojnego, seksownego, pięknego wręcz młodego mężczyznę, na widok którego Kacey za każdym razem zapomina języka w gębie, zapiera jej dech w piersiach i - co po parokrotnym zasygnalizowaniu stało się jej cechą charakterystyczną - miękną jej kolana. Tak wykreowana postać aż prosi się o banalnie brzmiący romans, którego wizja w trakcie lektury przeszła i przez moją myśl, na szczęście Tucker wyprowadziła mnie z błędu, serwując historię bardziej dramatyczną niż przypominającą harlequin dla młodzieży. Żeby Trent nie był chodzącym ideałem, zaopatrzyła go w owianą tajemnicą przeszłość. To, że skrywa on jakiś sekret - i to zapewne poważny, istotny - widać na pierwszy rzut oka, dlatego zdziwiło mnie niedowierzanie Kacey, kiedy się o tym dowiedziała. Oboje przeżywają ciężkie chwile, bo muszą nauczyć się nowego życia u boku ukochanej osoby, co nie jest rzeczą łatwą do wykonania, gdy nad ich myślami i uczuciami krążą demony przeszłości. Po nieszczęśliwym wypadku, po którym przez dobre dwa lata dochodziła do zdrowia fizycznego, Kacey stała się dziewczyną trudną i sprawiającą kłopoty. Bryłą lodu. Chmurą burzową. Unikała ludzi, uważając, że przywiązanie się do nich ponownie zaprowadzi ją do cierpienia. I jej przypadek pozwala na zgodzenie się z jej tokiem rozumowania. Ale po przeprowadzce do Miami pewnie rzeczy zaczynają się zmieniać. Bohaterka poznaje chłopaka, w którym mogłaby się zakochać, barmankę-striptizerkę, Storm, dzięki której podejmuje dobrze płatną pracę, jej pięcioletnią córeczkę, Mię, która szybko zdobywa serce Livie, oraz paru innych ludzi, przed którymi stara się chronić i którzy powoli, ale skutecznie wkradają się pod jej budowany przez lata pancerz chłodu i dystansu. Kacey każdego dnia na nowo uczy się miłości i przyjaźni, dopuszczając do siebie - zarówno fizycznie, jak i psychicznie - osoby godne zaufania, strach i troskę o ich bezpieczeństwo, a także uświadamiając sobie siłę własnego zaburzenia lękowego, nad zwalczeniem którego można popracować inaczej niż poprzez zamykanie się na otaczający świat oraz duszenie w sobie żalu i wrogości.

Pierwszoosobowa narracja "Dziesięciu płytkich oddechów" uwypukla wewnętrzną walkę emocjonalną głównej bohaterki, sprawia, że czytelnik doskonale ją rozumie, współczuje jej i kibicuje z całego serducha. I nie tylko jej, muszę dodać. Zasługuje na to przecież Trent, zasługuje także Storm, samotna matka, do której niespodziewanie uśmiecha się szczęście. Mimo że bohaterowie książki Tucker zmagają się z różnego rodzaju problemami i nie mogą pochwalić się beztroskimi i bezbolesnymi historiami dotyczącymi ich życia, przyciągają uwagę odbiorcy. Szkoda więc, że pisarka czasami jakby zapominała o tych drugoplanowych postaciach na rzecz rozterek Kacey i Trenta - bywało, że w kilku następujących po sobie rozdziałach powieści istnieli tylko oni dwoje - i nie rozbudowała bardziej wątków z niektórymi z nich, na przykład Storm, której przeszłość streściła w kilkunastu zdaniach. Nie pogniewałabym się, gdyby z tego właśnie powodu utwór stał się nieco dłuższy, gdyż i tak czyta się go szybko i z dużym zainteresowaniem. Nie brakuje w nim zabawnych sytuacji i rozmówek rozluźniających na ogół przepełnioną smutkiem atmosferę, nie brakuje też spięć i konfliktów oraz zaskoczeń wynikających z przebiegu fabuły. Ach, i nie mogę nie wspomnieć o cudownej okładce książki - cieszę się, że wydawnictwo Filia zdecydowało się zachować jej oryginalny wzór. Tych, którzy uważają podobnie - a wierzę, że jest wiele takich osób - zachęcam do zapoznania się z urzekającym portfolio autorki okładkowej fotografii, Eleny Kalis, które z łatwością można namierzyć w sieci.

K.A. Tucker stworzyła powieść wcale nie płytką jak tytułowe oddechy, lecz ciekawą, skłaniającą do refleksji i poruszającą. Dobitnie uświadamiającą, jak tragiczne mogą być skutki prowadzenia pojazdu pod wpływem alkoholu, jak bolesna może być strata najbliższych i trauma po niej następująca. "Dziesięć płytkich oddechów" traktuje o miłości, uczuciu silniejszym od wszystkiego, przebaczeniu, zrozumieniu i poświęceniu dla drugiego człowieka. O rozwijaniu skrzydeł, kiedy są one na tyle ciężkie od wody, że wydaje się, iż nie ma szans na powtórne wzbicie się w powietrze i odetchnięcie pełną piersią. Z racji tego, iż pierwsza część serii kanadyjskiej pisarki przypadła mi do gustu, chętnie przeczytam kolejną - "Jedno małe kłamstwo" - tym razem z Livie Cleary w roli głównej. Czekam więc na jej polskie wydanie, które ukaże się już za niecały miesiąc.

Za egzemplarz recenzencki uprzejmie dziękuję wydawnictwu Filia.
Recenzja napisana dla portalu IRKA.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...