wtorek, 31 grudnia 2013

"Wołanie kukułki" - Robert Galbraith

Tytuł oryginału: "The Cuckoo's Calling".
Tłumacz: Anna Gralak.
Wydawnictwo: Dolnośląskie, 2013.
Liczba stron: 456.
Oprawa: miękka ze skrzydełkami.
Rozpoczęcie lektury: 06.12.2013.
Zakończenie lektury: 11.12.2013.
Moja ocena: 7/10.

Robert Galbraith to pseudonim słynnej J.K. Rowling, ale... o tym wszyscy już wiedzą. Jak to się stało? Ano znalazła się jakaś papla z kręgu autorki czy też sprytny dziennikarz, który musiał zniszczyć tę przykrywkę. A szkoda. Jak stwierdziła sama pisarka, pisanie pod innym nazwiskiem było dla niej wyjątkowym przeżyciem, z całą pewnością nacechowanym pozytywami, bo przecież "Wołanie kukułki" zostało dobrze przyjęte zarówno przez krytyków, jak i czytelników. Ale nie ma co się oszukiwać - gdyby prawda dotycząca autorstwa tego kryminału nie wyszła na jaw (przynajmniej nie tak szybko), nie zyskałby on większego rozgłosu. Jednak stało się i powieść w mgnieniu oka znalazła się na pierwszych miejscach list najlepiej sprzedających się pozycji literackich. Od miesiąca robi furorę także w Polsce. Zdecydowana większość jej czytelników zdążyła już stwierdzić, że Rowling jest utalentowaną pisarką, gdyż potrafi odnaleźć się nie tylko w fantastyce, którą reprezentuje jedną z najbardziej popularnych na całym świecie serii, serią o Harrym Potterze. Podobnego zdania jestem również i ja. Gdybym nie znała prawdziwej tożsamości Galbraitha, w życiu nie przyszłoby mi do głowy, że należy ona do twórczyni magicznego świata Hogwartu - "Wołanie kukułki" zostało bowiem napisane zupełnie innym stylem, językiem, nie wspominając już o zachowanym w książce surowym, acz spokojnym klimacie zimowego Londynu, który jest w stanie podbić serca wielu odbiorców, zwłaszcza tych zakochanych w Anglii czy też angielskiej literaturze.

Z prologu wynika jasno i wyraźnie - młoda supermodelka, Lula Landry, popełnia samobójstwo, skacząc z balkonu własnego apartamentu. Trzy miesiące później samobójstwo dziewczyny nie wydaje się już takie oczywiste, jak na początku. A wszystko to za sprawą brata zmarłej, Johna Bristowa, który upiera się, że Lula została zamordowana - zepchnięta z balkonu - i prosi prywatnego detektywa, by ten przeprowadził dochodzenie i odkrył rzekomą prawdę. Owo śledztwo przypada Cormoranowi Strike'owi, którego biuro detektywistyczne znajduje się niemalże na granicy upadku. Dzięki niezwykle hojnemu klientowi ma teraz okazję, by odbić się od dna i odzyskać reputację. W świat celebrytów, którzy nie cofną się przed niczym, aby zyskać trochę sławy, pomaga mu wkroczyć nowa, tymczasowo zatrudniona sekretarka, Robin Ellacott.

Para głównych bohaterów jest parą wyjątkową, wręcz niespotykaną i to na niej czytelnik skupia większość swojej uwagi. Już sam moment spotkania Cormorana i Robin utwierdza go w przekonaniu, że ich perypetie nie będą nudne. I da się ich oboje choć jako tako polubić. Strike ma trzydzieści pięć lat, cechuje go nieciekawy wygląd zewnętrzny, etykietka weterana wojennego i proteza nogi. Z początku wydaje się trochę gburowaty, nieodpowiedzialny, rozdrażniony (właśnie rozstał się z wieloletnią partnerką, Charlotte) i mało towarzyski. Niewiele o nim wiadomo. Dopiero później, w czasie prowadzenia przesłuchań i innych rozmów, które mogą być przydatne w rozwiązaniu sprawy Luli, wychodzą na jaw mniej lub bardziej ważne fakty z jego życia, także dzieciństwa i młodości, wówczas mężczyzna staje się w oczach odbiorcy bardziej ludzki i jakby łagodniejszy. Zbawienny wpływ ma na niego również Robin, świeżo zaręczona dwudziestopięciolatka, która najpierw sceptycznie podchodzi do pracy w biurze Cormorana, ale nieco później zaczyna jej się ona coraz bardziej podobać. Dziewczyna jest jednak mniej wyrazista od swego szefa, a już na pewno mniej skomplikowana. Ma zazdrosnego narzeczonego, Matthew, i... to by było na tyle, jeśli chodzi o główne informacje na temat jej prywatnego życia. Trochę szkoda. Niemniej jednak podobały mi się relacje pomiędzy dziewczyną a Strike'em, gdyż do samego końca powieści ewaluowały i zagadką było, do jakiego etapu znajomości dobrną.

Po przeczytaniu pierwszych kilkunastu stron "Wołania kukułki" dopadło mnie lekkie zaniepokojenie powiązane z pytaniem "A co, jeśli Rowling nie sprostała wyzwaniu i jej najnowszy kryminał będzie mało interesujący?". Bo przez pewien czas akcja prawie że stała w miejscu. I, jakby tego było mało, styl pisania autorki wydał mi się nudnawy i beznamiętny. Nie mogłam do niego przywyknąć. Brakowało mi napięcia, szczypty dobrego humoru... Na szczęście z każdą kolejną stroną cała historia nabierała kolorów i coraz trudniej było mi się od niej oderwać. Język pisarki jest ładny, może rzeczywiście mało żywy czy żwawy, jeśli można go tak określić, ale przystępny. W utworze nie brakuje licznych opisów londyńskich zakamarków, obłudnego światka aktorów, modeli, modelek i paparazzich oraz relacji z poczynań poszczególnych postaci - pokusiłabym się nawet o stwierdzenie, iż te ostatnie liczebnie przeważają nad dialogami.

Nie brakuje w nim też bohaterów drugoplanowych (jest ich dość dużo), z którymi Strike nieustannie się konfrontuje, prowadząc rozmowy dotyczące Luli Landry i jej śmierci, ale nie tylko, i z których praktycznie każda pasuje do profilu mordercy - o ile modelka rzeczywiście nie popełniła samobójstwa i takowy istnieje. Tempo akcji jest w dużej mierze stabilne i niespieszne, śledztwo Cormorana - pomijając kilka jego wybryków - owiane aurą spokoju i skupia się wokół wprawdzie niemałego, ale określonego kręgu społeczności, głównie rodzinnej i celebryckiej, przez co utwór Rowling przypomina brytyjskie kryminały sprzed lat, w których zazwyczaj samo sendo kryminalnej zagadki jest ważniejsze od rozlewu krwi, który we współczesnych kryminałach - czy to amerykańskich, czy skandynawskich - jest nieodłącznym elementem fabuły. Owa inność "Wołania kukułki" jak najbardziej przypadła mi do gustu. Lektura tej powieści była dla mnie miłą odskocznią od wspomnianych wyżej "krwawych" thrillerów, a ponadto lekką rozrywką, pod koniec której napięcie uchodziło ze mnie bardzo wolno, a gdy już się go wyzbyłam, cieszyłam się zarówno z przyjemnego zakończenia, jak i własnego odkrycia, iż Rowling zamierza napisać więcej książek o Cormoranie i Robin i wydać je pod znanym już pseudonimem.

Do samego wydania "Wołania kukułki" nie mam zastrzeżeń poza jedną rzeczą - bardzo raziły mnie pojawiające się w tekście spolszczenia niektórych słów, na przykład mejle, pendrajw, skłot, autsajderka - chyba po raz pierwszy spotkałam się z tego typu "perełkami" tłumaczenia. Utwór jest dość obszerny, w dodatku czcionka gęsta, więc naprawdę jest co czytać, ale jeśli czytelnik zgra się z bohaterami i londyńskim klimatem, nie odczuje tej objętości, bo popłynie z prądem, pełen ciekawości i zaintrygowania powyższymi. Na koniec muszę jeszcze dodać, że spodobała mi się okładka - przepiękna kolorystycznie, a zarazem mroczna - rewelacja! Z niecierpliwością będę wyczekiwać kolejnej części traktującej o przygodach Strike'a i jego asystentki. Kto wie, może przy najbliższej okazji J.K. Rowling weźmie pod lupę osobę Robin i stworzy z jej udziałem wartą poznania historię? Zobaczymy. A tymczasem zachęcam do lektury "Wołania kukułki".

Za egzemplarz recenzencki uprzejmie dziękuję grupie wydawniczej Publicat / wydawnictwu Dolnośląskiemu.
Recenzja napisana dla portalu IRKA.

"Alex" - Pierre Lemaitre

Tytuł oryginału: "Alex".
Tłumacz: Joanna Polachowska.
Wydawnictwo: Muza, 2013.
Liczba stron: 352.
Oprawa: miękka ze skrzydełkami.
Rozpoczęcie lektury: 05.12.2013.
Zakończenie lektury: 06.12.2013.
Moja ocena: 8/10.

Pierre Lemaitre to urodzony w 1956 roku francuski pisarz i scenarzysta, autor kilku powieści z gatunku thrillera i kryminału. Po zdobyciu wykształcenia w takich dziedzinach naukowych, jak psychologia i edukacja dorosłych - literatura, kultura, komunikacja - w 2006 roku rozpoczął karierę pisarską. Jednym z jego większych dzieł literackich jest "Ślubna suknia", która doczekała się kilku nagród i wyróżnień.

"Alex" to moja druga - po "Ślubnej sukni" właśnie - przygoda z twórczością tego autora. Mimo tego, iż przed jej rozpoczęciem na jednym z portali czytelniczych zapoznałam się ze zbyt wiele zdradzającym opisem fabuły utworu, spotkanie z nim okazało się jak najbardziej udane. To szokujący i nieprzewidywalny thriller, w którym nic nie jest pewne do ostatniej strony, a zło wyrządzane ludziom przez ludzi wylewa się z niego niczym rwąca rzeka.

Już na samym początku czytelnik poznaje tytułową Alex Prévost, piękną trzydziestosześcioletnią kobietę lubiącą zmiany zarówno swojego wyglądu, jak i całego swego życia. Pewnego dnia bohaterka odkrywa, że jest śledzona przez jakiegoś mężczyznę. Trochę później zostaje przez niego brutalnie porwana, wywieziona do nieznanego, opuszczonego magazynu i uwięziona naga w klatce będącej odzwierciedleniem dawnego narzędzia tortur. "To ażurowa skrzynia. Przez dziesięciocentymetrowe szpary między deskami wyraźnie widać, co znajduje się w środku"*. Oprawca kobiety ma zamiar patrzeć na jej powolną śmierć. Dlaczego? Kim jest ów mężczyzna? Dlaczego porwał właśnie Alex? Jakie sekrety skrywa dwójka tych zupełnie różnych od siebie ludzi?

Książka Lemaitre'a składa się z trzech części, a pierwsza z nich skupia się właśnie na osobie Alex jako ofierze, nad którą czyha kat pod postacią wygłodzonych, żądnych jej krwi szczurów. "Powoli, jak osoba budząca się ze śpiączki, powraca do rzeczywistości, jest cała poturbowana jak po wypadku samochodowym. Próbuje zobaczyć, gdzie się znajduje, skrętem bioder przetacza się na plecy, potwornie bolą ją ramiona. Sklejona powieka w końcu się rozchyla, ale siatkówka nie odbiera obrazu. Straciłam oko, stwierdza Alex ze zgrozą. Ale po kilku sekundach dociera do niej zamazany obraz, zda się dobiegający z planety odległej o tysiące lat świetlnych (...) Usiłuje złapać powietrze, usiłuje zrozumieć, analizować. Mimo że jest w tak rozpaczliwym położeniu, stara się choć trochę uspokoić. Zimna krew nie zawsze wystarcza, ale bez niej nie ma się żadnych szans. Próbuje wziąć się w garść, spowolnić bicie serca. Zrozumieć, co ją spotkało, co tutaj robi, dlaczego się tu znalazła. Zastanowić się"**. Zanim sięgnęłam po "Alex", trochę obawiałam się tego, iż powieść będzie niezwykle brutalna, jeśli chodzi o sceny porwania i znęcania się nad główną bohaterką, i trudna do przełknięcia, na szczęście nie okazała się kolejną "Dziewczyną z sąsiedztwa", choć zła, bólu i łez w niej nie brakuje. "Stoją twarzą w twarz; to chwila prawdy. Alex jest tak przerażona na myśl o tym, co może jej zrobić, że nagle chciałaby umrzeć, o nic nie prosić, niech ją teraz od razu zabije. Najbardziej boi się tego czekania, domysłów, w których gubi się jej wyobraźnia, tej myśli, na co jeszcze go stać. Zamyka oczy i widzi własne ciało, jakby już do niej nie należało, ciało leżące dokładnie w tej samej pozycji jak przed chwilą, całe poranione, broczące krwią, cierpiące, tak jakby to nie była już ona, ale jednak wciąż ona. Już się widzi martwą"***.

"Porwanie jest przestępstwem szczególnego rodzaju: odwrotnie niż w przypadku morderstwa, ofiary się nie widzi, trzeba ją sobie wyobrazić"****. Śledztwo w sprawie tego przestępstwa spoczywa na barkach niesubordynowanego inspektora, rysownika porównującego się często do Syzyfa, mierzącego zaledwie sto czterdzieści pięć centymetrów Camille'a Verhoevena, bohatera serii książek Lemaitre'a, który boryka się z prześladującymi go wydarzeniami z przeszłości, mających miejsce najprawdopodobniej w utworze "Travail soigné" w Polsce jeszcze niewydanym. Ten niepozorny policjant jest w rzeczywistości człowiekiem inteligentnym i jedynym w swoim rodzaju, a jego relacje z kolegami po fachu - Louisem i Armandem - są jednym z lepszych elementów powieści.

Thriller Lemaitre'a wciąga od pierwszej strony. Został napisany precyzyjnym, wnikliwym i surowym językiem, pełnym prywatnych wynurzeń bohaterów i zabawnych, sarkastycznych uwag ich dotyczących, dzięki którym od czasu do czasu można odetchnąć od pierwszoplanowych wydarzeń o zabarwieniu czysto makabrycznym. Autor spokojnie - jakkolwiek dziwnie by to nie zabrzmiało - snuje mrożącą krew w żyłach opowieść o porwaniu kobiety i jej ucieczce na wolność, wtrącając gdzieniegdzie wyrażenia skierowane bezpośrednio do czytelnika, czyniąc go w ten sposób pewnego rodzaju wiarygodnym świadkiem tego, co dzieje się z Alex i wokół niej. Na dodatek bez trudu potrafi wyprowadzić czytelnika w pole i niemal dosłownie go zamurować. Ogromnym plusem "Alex" są finałowe sceny przesłuchań - mocne, niezwykle przerażające, okrutne, a zarazem inteligentne. Po ich lekturze odbiorca przez dłuższy czas pozostaje w stanie zawieszenia i uwielbienia dla pisarskich umiejętności Pierre'a Lemaitre'a.

W jego książce zemsta niejedno ma oblicze. Czasami bywa ona niedopracowana, innym znów razem - wręcz wyrafinowana, ale i tak zawsze sprawia, że włos jeży się na głowie. "Alex" to bardzo dobry, dopracowany w każdym calu thriller psychologiczny, w którym dominują ciekawie wykreowane, niebanalne postaci, do których - szczególnie do Alex - stosunek czytelnika ciągle się zmienia, począwszy od współczucia, żalu, przez niepokój, aż po podziw. Naprawdę warto przeczytać.

*s.45
**s.34
***s.36-37
****s.41

Za egzemplarz recenzencki uprzejmie dziękuję portalowi Business & Culture.

Stosik listopadowo-grudniowy

Tradycyjnie na sam koniec miesiąca spieszę prezentować ostatnie zdobycze książkowe. Dwie z nich "pochodzą" jeszcze z listopada, reszta już z grudnia. Oto one :).
Od dołu:
- "Pan Przypadek i celebryci" - Jacek Getner - recenzencka, otrzymana od autora; recenzja TUTAJ;
- "Trzynasty dzień tygodnia" - Ryszard Ćwirlej - recenzencka, otrzymana od wydawnictwa Zysk i S-ka;
- "Książęta highwayu" - Marcin Baraniecki - jak wyżej;
- "Alex" - Pierre Lemaitre - recenzencka, otrzymana od portalu Business & Culture; już przeczytana, recenzja wkrótce;
- "Wołanie kukułki" - Robert Galbraith - recenzencka, otrzymana od grupy wydawniczej Publicat;  już przeczytana, recenzja wkrótce;
- "Farma lalek" - Wojciech Chmielarz - gwiazdkowo-noworoczny prezent od portalu IRKA;
- "Zagubieni" - S.J. Bolton - recenzencka, otrzymana od portalu IRKA;
- "Ukryta głębia" - Ann Cleeves - prezent, jak wyżej;
- "Droga przez kłamstwa" - Ann Cleeves - jak wyżej;
- "Przynęta" - Ann Cleeves - jak wyżej.

Raz jeszcze życzę Wam wszystkiego dobrego w nadchodzącym Nowym Roku! Pozdrawiam serdecznie :).

"Pan Przypadek i celebryci" - Jacek Getner

Wydawnictwo: Zakładka, 2013.
Liczba stron: 234.
Oprawa: miękka.
Rozpoczęcie lektury: 02.12.2013.
Zakończenie lektury: 05.12.2013.
Moja ocena: 5/10.

Jacek Getner to pisarz, scenarzysta i dramaturg. Spod jego pióra wyszły scenariusze do takich seriali, jak "Daleko od noszy", "Ale się kręci" i "Klan", oraz fabularnych gier komputerowych. Laureat wielu konkursów pisarskich i dramaturgicznych. Autor powieści "Trzynasty Minister", "Dajcie mi jednego z was" oraz zbiorów opowiadań "Brzydka miłość" i "Sextelefon".

"Pan Przypadek i celebryci" to druga z czternastu części serii traktującej o przygodach detektywa-amatora Jacka Przypadka, błyskotliwego i nieco irytującego mężczyzny wyznającego zasadę, że "ludzie są banalnie przewidywalni"*, która bywa zazwyczaj jednym z kluczy do rozwiązania zagadek związanych z prowadzonymi przez niego dochodzeniami. A dzięki owym dochodzeniom tym razem Przypadek wkracza w świat niezbyt przez siebie lubiany, mianowicie świat kamer, telewizji i celebrytów, którzy często uważają się za bogów oraz władców wszystkich i wszystkiego wokół i którzy są zdolni nawet do mrożących krew w żyłach czynów.

W tej liczącej sobie ponad dwieście stron książce Getner ulokował trzy śledztwa, trzy przygody Przypadka następujące po sobie w krótkich odstępach czasu. Pierwsza z nich nosi tytuł "Miłość i medycyna", a jej fabuła kręci się wokół aktorów grających w niezwykle popularnym serialu obyczajowym. Jeden z nich bowiem umiera na planie tejże telenoweli i wszystko wskazuje na to, że jego śmierć nastąpiła w wyniku starannie zaplanowanego morderstwa. Warszawski detektyw szybko uświadamia czytelnikowi, że zbrodnia nie została zorganizowana tak starannie, jak z początku się wydawało, ujawniając przy tym wiele ciekawostek - przede wszystkim tych niegodnych pochwały - z życia celebrytów. Mamy więc morderstwo, a więc sprawę większego kalibru. Robi się poważnie, ale... czy to jest powód do tego, aby za przeprowadzenie dochodzenia brać od klienta sto tysięcy złotych? Przyznaję, główny bohater zaskoczył mnie pod tym względem totalnie - przecież nie jest on profesjonalnym detektywem, a i tacy nawet tak wysoko się nie cenią. Całokształt pierwszej zagadki prezentuje się poprawnie, choć nieco chaotycznie, przez co postać Przypadka została zepchnięta na dalszy plan, a szkoda.

Rozdział drugi, "Znamienne stany świadomości", skupia się na osobie podstarzałego showmana, Bolka Szołtysika, który pada ofiarą złodzieja i szantażysty grożącego ujawnieniem kompromitujących go prywatnych notatek zapisanych w pewnej książce. Sama sprawa Bolka trochę mnie nudziła, postać tego celebryty nie przypadła mi do gustu, za to zaciekawiły mnie wątki poboczne związane z bohaterami "stałymi", a więc takimi, którzy przewijają się w Przypadkowej serii od początku - tutaj akurat moją uwagę przykuli ojciec Jacka oraz obaj panowie Sakowiczowie (w ich miłosnych perypetiach nie brakuje humoru). Ponadto - wprawdzie się na to nie zapowiadało - zakończenie drugiego śledztwa okazało się bardzo zaskakujące, co tu dużo pisać, po prostu świetne!

W "Blondynie wieczorową porą" natomiast Przypadek ma do czynienia z tajemniczym zniknięciem (najprawdopodobniej porwaniem) słynnego Mikele. I ta sprawa podobała mi się najbardziej z wszystkich trzech ukazanych w "Panu Przypadku i celebrytach". Autor sięgnął tutaj po jeszcze bardziej poważne, gorące i skandaliczne wręcz pomysły, które zaowocowały zgrabnymi i pierwszorzędnymi intrygami rodem z zagranicznych thrillerów i oper mydlanych. Zakończenie powieści zaliczam do fajnych i całkiem sympatycznych.

Spostrzegawczość Jacka Przypadka nie zna granic. Z detektywa-amatora staje się on detektywem-jasnowidzem - i to dosłownie. W czasie lektury książki Getnera prawie niczego nie mogłam się domyślić. Pisarz albo umyślnie prezentuje przebieg wydarzeń tak, aby czytelnik nie był w stanie rozwikłać zagadki, albo konstruuje je z wielką dbałością o szczegóły, które trudno wychwycić, a które pomagają właściwie przeprowadzić dochodzenie. Pozornie banalne zlecenia, których podejmuje się główny bohater, przekształcają się w nieźle pokręcone śledztwa. Może i rzeczywiście trudniejsze, bardziej zawiłe czy oburzające, ale i też trochę mniej absorbujące. Dla mnie wątki poboczne dotyczące prywatnych wynurzeń, kłopotów i namiętności postaci takich jak Jacek, Błażej Sakowicz, Ania Sobania czy podkomisarz Łoś okazały się lepsze - intrygujące i zabawniejsze. Przygody tych i kilku innych bohaterów są kontynuacją tych z "Pana Przypadka i trzynastki" i będą ciągnąć się dalej, zatem dla nich właśnie warto rozpocząć lekturę serii od jej pierwszej części.

Na koniec parę słów na temat wydania "Pana Przypadka i celebrytów". Widać duży postęp - po pierwsze zmiana wydawnictwa (na Zakładkę), a przy tym też papieru (na przyjemny w dotyku) i projektu okładki, który tym razem został dopasowany do treści utworu (w tym celu został zorganizowany przez autora na blogu panprzypadek.blogspot.com konkurs), po drugie lepsza korekta tekstu (wypatrzyłam tylko kilka błędów w postaci braku ogonka w samogłoskach "ą" i "ę"), a po trzecie obniżenie ceny książki.

Czas na czytaniu utworu Jacka Getnera mija szybko i dość przyjemnie. Najbardziej odpowiada ona gatunkowi powieści przygodowej, choć nie brakuje w niej elementów o zabarwieniu obyczajowym, komediowymi, no i oczywiście kryminalnym. Na tle swojej poprzedniczki w moim odczuciu wypada trochę słabiej, ale mam nadzieję, że ten spryciarz Przypadek jeszcze nie raz mnie pozytywnie zaskoczy. Cykl traktujący o jego wyjątkowych perypetiach polecam miłośnikom książek niedługich, niewymagających, a przy tym dostarczających sporo rozrywki. Sama natomiast czekam na trzecią część, która będzie nosić tytuł "Pan Przypadek i korpoludki", ubolewając po cichu nad faktem, iż autorowi nie powiodło się powiązanie Przypadkowego projektu z telewizją (tak, tak, początkowo miał on mieć formę serialu!), mimo że Jacek Getner twierdzi, iż dobrze się stało. Rządzący się swoimi prawami świat telewizji to naprawdę twardy orzech do zgryzienia...

*s.21

Za egzemplarz recenzencki uprzejmie dziękuję autorowi - Jackowi Getnerowi.

poniedziałek, 23 grudnia 2013

Świąteczne życzenia

Zdrowych i pogodnych świąt Bożego Narodzenia, odpoczynku i dużo radości w te wyjątkowe dni, bogatego Książkołaja, a przy okazji także szczęśliwego, owocnego w ciekawe lektury oraz czytelnicze sukcesy Nowego Roku życzę Wam ja :).


poniedziałek, 16 grudnia 2013

#6 Hipotetyczne Perypetie Czytelnicze...

... czyli wciel się w rolę hipotetycznego czytelnika i napisz, co by było, gdyby ;).


SYTUACJA

"Nietrafiony prezent"
Święta Bożego Narodzenia w rodzinnym gronie. Wśród prezentów do rozpakowania natykasz się na zgrabną paczuszkę, po kształcie której od razu domyślasz się, iż zawiera w sobie książkę. Osoba, która sprawiła Ci ów niespodziankę, obserwuje Cię z wielką ekscytacją i wyraża nadzieję, że tej książki jeszcze nie posiadasz w swym wielkim księgozbiorze. Rozpakowując prezent, dostrzegasz fragment okładki... tak dobrze Ci znanej, bo, niestety, ale zdobiącej już jedną z Twoich półek od niecałego tygodnia...

CO ROBISZ?

Ja: Oczywiście nie daję niczego po sobie poznać! Z radosną miną uwalniam książkę z opakowania i dziękuję osobie, która ów prezent mi sprawiła. Przy najbliższej okazji biegnę jednak do swego pokoju, by schować drugi - wcześniejszy - egzemplarz, bo a nuż tej osobie przyszłoby do głowy zajrzeć do mojej biblioteczki ;). Nie, nie miałabym serca zrobić jej - wprawdzie niewielkiej, ale zawsze - przykrości, czy też wprowadzić ją w stan lekkiego zakłopotania :).


___

czwartek, 12 grudnia 2013

"Nie zawrócę" - Jolanta Guse

Wydawnictwo: Prószyński i S-ka, 2011.
Liczba stron: 224.
Rozpoczęcie lektury: 19.11.2013.
Zakończenie lektury: 20.11.2013.
Moja ocena: 3/10.

Ani zabawna, ani chwytająca za serce, jak sugeruje opis. Dałam się zwieść optymistycznej okładce, mimo iż opinie na temat książki "Nie zawrócę" Jolanty Guse wprawdzie są podzielone, ale jednak z przewagą tych mniej pochlebnych. Z drugiej strony... trochę ponad dwieście stron lektury nie wydawało mi się twardym orzechem do zgryzienia. Nawet nie przeszło mi przez myśl, że zmarnuję na nią dwa długie wieczory. Pozwolę sobie ostrzec Cię, drogi czytelniku, iż w niniejszej opinii na temat utworu Guse znajdziesz kilka spojlerów dotyczących jego treści. Prawdę pisząc, nie da się skonstruować sensownej recenzji, nie zdradzając żadnego wydarzenia z powieści, ponieważ nie jest ona jednolitą historią z wątkiem głównym i kilkoma pobocznymi, lecz chaotycznym zlepkiem wątków pobocznych właśnie, jeśli można je w ten sposób określić.

Z okładkowego opisu można dowiedzieć się, iż główna bohaterka, Laura, zamieszkała w Hiszpanii, zostaje porzucona przez męża dla innej, młodszej kobiety, która na dodatek spodziewa się jego dziecka. Ale w książce cała ta sytuacja nie jest zobrazowana. Autorka wspomina o niej może w dwóch zdaniach. Skupia się bowiem już na przyjeździe Laury do Polski. Ta pięćdziesięcioletnia kobieta czuje się biedna, opuszczona i samotna, zdaje sobie sprawę z tego, że wiele lat temu, wyprowadzając się do Madrytu, utraciła mnóstwo przyjaciół i teraz nie ma na kogo liczyć, no i musi sama zarobić na swoje utrzymanie (dotychczas żyła w luksusie i utrzymywał ją niewierny mąż). Tempo akcji jest oszałamiające - Guse nie skupia się absolutnie na niczym, zdając jakby w pośpiechu relację z życia bohaterki, która ma ogromnego pecha, jeśli chodzi o pracę i facetów. Jedno wydarzenie goni drugie, czytelnik ma wrażenie, że ktoś opowiada o swych perypetiach drugiej osobie, nie zagłębiając się w zbędne (a tak naprawdę istotne) szczegóły i popijając popołudniową kawkę.

Czas w powieści ucieka w mgnieniu oka - bywa, że na jednej stronie mija nawet kilka miesięcy. "Nie zawrócę" to utwór zawierający wątki autobiograficzne i myślę, że pisarka chciała jak najwięcej informacji na swój temat wcisnąć w jak najmniejszą liczbę stron, ale wyszło jej to nieudolnie. Niemalże wszystkie elementy jej historii - czy to przygody, perypetie, czy postaci przez nie się przewijające (których na każdym kroku pojawia się coraz więcej, co wydaje się trochę podejrzane - tak jak Laura nie miała znajomych lub miała, ale samych zawistnych, i nikt nie chciał jej pomóc po jej powrocie do rodzimego kraju, tak potem okazuje się, że ma ich mnóstwo - kolegów z dawnych szkół, prawników, jubilerów i tym podobnych) wyskakują znienacka i równie szybko są urywane, znikają, a Guse ani myśli wrócić do nich później. Odbiorca pobieżnie przygląda się podejmowanym przez Laurę pracom, jej krótkim związkom z nowo poznanymi mężczyznami oraz jej wysiłkom czynionym w celu wydania autobiograficznej książki udowadniającej, iż kobiety po pięćdziesiątce nadal mogą liczyć na szczęście, miłość, kształtować swoje charaktery i realizować własne marzenia. Ale, nie dość, że pisarka niewiele ma na ten temat do powiedzenia poza tym, że kobieta w średnim wieku może sobie pozwalać na dowolny rodzaj ubioru, byle żeby czuła się w nim swobodnie i rewelacyjnie, oraz romanse z młodszymi facetami (główna bohaterka nie świeci przykładem, choć wytrwałości w dążeniu do określonych celów jako takiej nie można jej odmówić), to na dodatek bardzo denerwowały mnie wstawki autorskich przemyśleń na temat książki, jaką ma wydać Laura - wszelkie wyrażenia typu "mam nadzieję, że się spodoba", wychwalanie powieści i sugerowanie czytelnikowi tego, co powinien on w niej ujrzeć, drażniło mnie, a jednocześnie chciało mi się śmiać, gdyż utwór "Nie zawrócę", który zapewne jest odzwierciedleniem tego napisanego przez Laurę, nie jest ani ciekawy, ani pouczający.

Głupotą było też wprowadzenie do powieści wątku z brylantem - moim zdaniem mało prawdopodobnego, bo jakoś nie chce mi się wierzyć, że ta historia wydarzyła się naprawdę, no ale oczywiście mogę się mylić. Podejmując pracę opiekunki starszej pani, Marleny, Laura poznaje (w skrócie, rzecz jasna) dawne dzieje staruszki (między innymi jej wielką miłość do Aleksandra, która jest jednym z ciekawszych fragmentów wplecionych do utworu), zaprzyjaźnia się z nią, a po jej śmierci otrzymuje małą pamiątkę, której zawartość główna bohaterka odkrywa nieco później. Mimo tego, iż życie Laury po dłuższym czasie pobytu w Polsce zaczyna się wreszcie układać - na nowo zdobywa wykształcenie, kwalifikacje, podejmuje interesującą pracę i kończy pisać autobiografię - kobieta znów wynajduje powód do bycia nieszczęśliwą - nikt nie chce wydać jej książki (nic dziwnego)! Owo nieszczęście osiąga tak olbrzymie wymiary, że, no cóż, trzeba bohaterce pomóc - i wtedy właśnie pojawia się najprawdziwszy brylant podarowany przez panią Marlenę (jej rodzina potulnie zgadza się na to, by pozostał on w rękach obcej osoby, Laury - czy coś takiego rzeczywiście przeszłoby wśród ludzkiej zachłanności, w czasach, gdy każdy spadek dla przeciętnego Polaka jest na wagę złota i rozkładany wręcz na czynniki pierwsze przez całą jego rodzinę?), którego sprzedaż umożliwia Laurze opublikowanie powieści. Przesadzony, wręcz niepotrzebny wątek. No chyba że miał on miejsce naprawdę, wówczas byłabym skłonna przymknąć na niego oko...

Co jeszcze rzucało mi się w oczy i trochę irytowało, to wypowiedzi bohaterów nasączone grzecznym zwracaniem się do siebie po imieniu w stylu "Lauro", "Julio", "Michale". Raczej nie każdy używa na co dzień takich form i zwrotów, prawda?

Bardzo ciekawa byłam zakończenia powieści "Nie zawrócę". W pewnym momencie, gdy Laura już na dobre zaaklimatyzowała się w roli przewodnika i pilota wycieczek, myślałam, że Guse wyskoczy z jakąś wielką miłością romantyczną skierowaną do kierowcy autobusu, jak to było w filmie "Moja wielka grecka wycieczka", ale nie, historia głównej bohaterki potoczyła się inaczej. I bez szału.

Podsumowując, uważam, że książka Guse, która miała być pełna życia i optymistyczna, okazała się nieco przygnębiająca, tu i ówdzie owszem, wzruszająca, ale poza tym nic niewnosząca. Wszystkie postaci płci pięknej, z Laurą na czele, nie mogą poszczycić się normalnym życiem - borykają się z ogromnymi problemami rodzinnymi i zawodowymi, zdradzają swoich partnerów albo same są przez nich zdradzane. A pisarka, zamiast "pomóc" im te problemy rozwiązać, wspomina o nich w kilku zdaniach, by za chwilę je porzucić, a wszelkie jej rady kierowane do dojrzałych kobiet są bezwartościowe i niczego nowego nie odkrywają. Wielokrotnie w czasie lektury utworu "Nie zawrócę" zastanawiałam się, czy dużo lepiej odebrałabym go, gdybym była dużo starsza, i doszłam do wniosku, że jednak nie. Myślę, że przeciętna czytelniczka jest w stanie sama lub przy pomocy bliskich osób poradzić sobie w niełatwych momentach jej życia - a już na pewno bez udziału w nim książki Jolanty Guse, która nie jest żadnym podnoszącym na duchu poradnikiem, tylko chaotycznym sprawozdaniem z kilku lat wyjętych z życia autorki aka Laury, którą lubi od czasu do czasu dogonić pech, ale i szczęście nie jest jej całkowicie obce.

poniedziałek, 9 grudnia 2013

"Wody wielkie" - Arne Dahl

Tytuł oryginału: "De största vatten".
Tłumacz: Robert Kędzierski.
Wydawnictwo: Czarna Owca, 2013.
Liczba stron: 424.
Oprawa: miękka.
Rozpoczęcie lektury: 05.11.2013.
Zakończenie lektury: 18.11.2013.
Moja ocena: 5/10.

Arne Dahl, właściwie Jan Lennart Arnald, to szwedzki autor opowiadań i powieści, krytyk literacki, z zawodu literaturoznawca. Obecnie pracuje dla Akademii Szwedzkiej, jest redaktorem czasopisma "Aiolos" i recenzentem w "Dagens Nyheter". Jako pisarz zadebiutował w 1990 roku powieścią "Chiosmassakern", ale dopiero seria kryminałów o Drużynie A zapewniła mu dużą popularność zarówno w jego rodzimym kraju, jak i w wielu innych państwach na całym świecie.

Bardzo nie lubię nie zachowywać chronologicznej kolejności wydań książek danego autora, zwłaszcza jeśli chodzi o serie, cykle z udziałem powtarzających się w nich bohaterów. W przypadku twórczości Dahla, niestety, zrobiłam wyjątek. A wszystko to dlatego, że skusiła mnie Czarna Seria - na ogół przeze mnie tolerowana - w obrębie której po raz pierwszy ukazał się utwór tego szwedzkiego pisarza, utwór u Drużynie A, specjalnej jednostce policyjnej, przeznaczonej do walki z przestępstwami o zasięgu międzynarodowym, utwór będący nie pierwszą, lecz piątą częścią cyklu, o tytule "Wody wielkie". Poprzednie cztery części ukazały się w Polsce w latach 2010-2012 nakładem wydawnictwa Muza, były i nadal są mi obce. Ale, tak jak napisałam wcześniej, skusiłam się, no i zmierzyłam z "Wodami wielkimi", które okazały się zupełnie innym kryminałem niż wszystkie te przeczytane przeze mnie do tej pory. W jakim sensie innym? O tym za chwilę.

Dag Lundmark, policjant o niezbyt kryształowej przeszłości, były narzeczony komisarz Kerstin Holm należącej do Drużyny A, zostaje oskarżony o zabicie afrykańskiego uchodźcy. Podejrzany twierdzi, że działał w obronie własnej, ale śledztwo w tej sprawie wykazuje, iż było zupełnie inaczej. Niemalże w tym samym czasie, jak z oczu policji znika Lundmark, Drużyna A w składzie Kerstin Holm, Paul Hjelm, Arto Söderstedt, Viggo Norlander, Jorge Chavez i Sara Svenhagen wszczyna dochodzenie w sprawie tajemniczego samobójstwa pewnego mężczyzny, który w liście pożegnalnym przyznaje się do popełnienia kilku zbrodni. Pech? Nadmiar obowiązków czy może sprytnie zaplanowana intryga? I jaki związek z tym wszystkim mają afrykańscy emigranci?

Tuż przed rozpoczęciem lektury powieści Dahla byłam wręcz przekonana, że jej fabuła od początku do końca będzie krążyć wokół przestępstw o randze międzypaństwowej - moje myślenie obrało taki kierunek właśnie dzięki wątkowi poświęconemu uchodźcom z Afryki, o którym jest mowa w opisie utworu - może nawet związanych z polityką, tymczasem ci uciekinierzy to niewielki fragment tła najważniejszych wydarzeń mających związek nie tyle ze śledztwem Holm i jej przyjaciół, ile z osobą jej samej. Cała ta kryminalna otoczka "Wód wielkich" to tylko dodatek - pewnego rodzaju gra planszowa budząca wiele pytań i wątpliwości - do obrazu nieźle pokręconych relacji pomiędzy bohaterami, ich prywatnych wynurzeń i siejących niepokój nawiązań do ich przeszłości. Mieszanka iście wybuchowa, jak się patrzy; mnie jednak nie zafascynowała.

Faktem jest, iż styl Dahla jest jedyny w swoim rodzaju, niepowtarzalny. Intrygujący, ale trochę wariacki, czasami irytujący. Nieprzyzwyczajona do takowego, nie potrafiłam go zaakceptować. Przez pierwszą połowę książki nudziłam się i jednocześnie bałam, że jej lekturę będę przeciągać w nieskończoność. Drobiazgowa pisanina autora, pełna jakichś filozoficznych rozmyślań bohaterów, zbędnych powtórzeń, wymyślnych metafor i porównań, mimo że oryginalna, nie podchodziła mi za bardzo. Wszelkie wspomnienia i spostrzeżenia poszczególnych postaci dotyczące ich przeszłości rozpraszały nie tylko ich samych, ale też i mnie - podczas nurkowania w "Wodach wielkich". Dopiero gdzieś tak w połowie powieści akcja zaczyna się rozkręcać, pojawia się napięcie, jest więcej zamieszania, intryg, konfliktów interesów powiązanych z tym, co w kryminałach lubię najbardziej, czyli dochodzeniami policyjnymi w sprawie zagadkowych zbrodni. Wszelkie elementy fabuły, które bezpośrednio dotyczą przesłuchań świadków, "połknęłam" bez mrugnięcia okiem, Dahl bowiem bardzo szczegółowo prezentuje podejście Drużyny A do śledztwa, detale omawiania przesłuchań i wspólne analizy zgromadzonych przez nią materiałów. Akcja utworu jest płynna, wydarzenia przechodzą od jednego w drugie z zawrotną prędkością, przez co czasami ciężko mi było się skupić i we wszystkim połapać, na szczęście to, co najistotniejsze, czytelnik jest w stanie wychwycić bez problemu. Od czasu do czasu też może sobie pozwolić na małe rozluźnienie, a to za sprawą świetnych dialogów obfitujących w humorystyczne i cięte riposty. Dla przykładu - szpitalna rozmowa Viggo z poturbowanym włamywaczem, Björnem, powaliła mnie na łopatki.

Jeśli chodzi natomiast o same kreacje bohaterów powieści - nie da się ukryć, trochę odczułam brak znajomości poprzednich części serii o Drużynie A, bo każdy z jej członków ma za sobą pewne doświadczenia - czy to na tle prywatnym, czy zawodowym - o których Dahl raz po raz wspomina i które w mniejszym lub większym stopniu przylgnęły do nich niczym guma do żucia do spodu buta. W "Wodach wielkich" szczególnie jest to widoczne u Kerstin Holm. To ona gra tutaj pierwsze skrzypce, to jej uczucia i problemy są niezwykle dostrzegalne. Nic dziwnego - jej dawny związek z Dagiem Lundmarkiem, brutalem i pijaczyną, któremu obecnie porządnie odwala i który mimo to potrafi zręcznie wodzić za nos całą policję, dał jej się i daje nadal mocno we znaki z przyczyn, jak czytelnik stopniowo się dowiaduje, bardzo szokujących. Trudno wypowiedzieć się nieco obszerniej na ten temat, nie zdradzając istotnych faktów. Napiszę więc tylko, że wątek Holm jest rzeczywiście sprawnie skonstruowany i wart uwagi, ponieważ porusza tematykę zahaczających o wrażliwość ważnych wartości ludzkiego życia. Ale pomimo wszystkich plusów, jakie wyłapałam podczas czytania kryminału Dahla, nie udało mi się zżyć z jego bohaterami, nie tęsknię za nimi i nie wydaje mi się, abym w przyszłości sięgnęła po inne powieści z nimi w rolach głównych. Tym bardziej, że podobno "Wody wielkie" - za sprawą tłumacza, Roberta Kędzierskiego, ale nie tylko - są jedną z lepszych części cyklu traktującego o Drużynie A, a przecież nie do końca trafiły w mój gust.

Ich zakończenie jednak mogę zaliczyć do udanych - niebanalne, nieprzewidywalne niczym osoba Lundmarka - naprawdę nie spodziewałam się, że tak nieciekawie zapowiadająca się książka skończy się w sposób dużo lepszy, interesujący. Lekturę "Wód wielkich" zaproponowałabym miłośnikom thrillerów z dużą dawką psychologii, które odbiegają od utartych schematów i skupiają się nie tak bardzo na morderstwach i śledztwach, jak na psychikach występujących w nich postaci, miłośnikom oryginalności, dziwactw i pokręconych kreacji bohaterów. Styl Arnego Dahla jest inny, ale też nie dla wszystkich. Ja na przykład pozostanę tradycjonalistką, zwolenniczką przejrzystych (w miarę możliwości), niefilozoficznych stylów oraz skomplikowanych i niepozwalających na złapanie głębszego oddechu fabuł kryminalnych pełnych wymyślnych zbrodni.

Za egzemplarz recenzencki uprzejmie dziękuję wydawnictwu Czarna Owca.

środa, 4 grudnia 2013

"Lista marzeń" - Lori Nelson Spielman

Tytuł oryginału: "The Life List".
Tłumacz: Katarzyna Waller-Pach.
Wydawnictwo: Rebis, 2013.
Liczba stron: 416.
Oprawa: miękka ze skrzydełkami.
Rozpoczęcie lektury: 04.11.2013.
Zakończenie lektury: 04.11.2013.
Moja ocena: 8/10.

"Lista marzeń", debiut literacki Lori Nelson Spielman, to urocza opowieść o pewnej kobiecie, która po śmierci matki próbuje na nowo ułożyć swe życie, kierując się wskazówkami zmarłej zawartymi w... listach. Ów wątek z listami momentalnie przypomniał mi inną książkę, a mianowicie "P.S. Kocham Cię" Cecelii Ahern, ale nie powiedziałabym, że oba utwory są do siebie jakoś szczególnie podobne. W "P.S. Kocham Cię" główna bohaterka traci męża, walczy z samotnością, a jednocześnie nie dopuszcza do siebie myśli, że miejsce jej ukochanego mógłby kiedyś zająć ktoś inny. Natomiast Brett Bohlinger z "Listy marzeń", singielka, która niedawno rozstała się z chłopakiem, mimo trzydziestu czterech lat na karku, układa swoje życie od podstaw, dosłownie na każdym polu - zawodowym, a więc i finansowym, uczuciowym i rodzinnym. Dzięki zmarłej matce kobieta zaczyna z mniejszym lub większym powodzeniem spełniać swoje marzenia z dzieciństwa, poprawiając stosunki z członkami rodziny, znajdując dobrą pracę i angażując się uczuciowo w nowo zawarte znajomości i przyjaźnie, które potrafią wycisnąć z czytelnika niejedną łzę lub szeroki uśmiech. Po satysfakcjonującej lekturze stwierdziłam, że powieść Nelson Spielman spodobała mi się dużo bardziej od tej autorstwa Ahern i chętnie obejrzałabym jej ekranizację, gdyby takowa powstała.

Może i w dzieciństwie czy wczesnych latach młodości nie tworzyłam żadnych tytułowych list marzeń czy celów, do jakich chciałam dążyć w przyszłości, tak jak uczyniła to Brett, ale pod kilkoma względami utożsamiałam się z jej postacią i od czasu do czasu trochę zazdrościłam jej może nie nieustającego wręcz pecha, który ją prześladował, ale tego, iż jej życie obfitowało w ciekawe wydarzenia, zaskakujące zbiegi okoliczności i niespodzianki. A najbardziej zazdrościłam jej pracy nauczyciela opartej na nauczaniu indywidualnym, która przeobraziła się w coś ważnego, istotnego, głębszego, stała się pasją bohaterki. O takich możliwościach rozwoju zawodowego w naszym kraju można tylko pomarzyć...

"-Wcale nie potrzebujesz lekarstw, Brett. Potrzebujesz tylko więcej miłości. Nieważne od kogo. To może być ojciec, kochanek czy ktoś inny, może nawet ty sama. To jedna z najbardziej podstawowych ludzkich potrzeb. Uwierz mi, że należysz do tych szczęśliwców, którzy przynajmniej przyznają, że tego potrzebują. Mnóstwo ludzi jest całkowicie zablokowanych. Poszukiwanie miłości budzi wrażliwość. Tylko zdrowi ludzie mogą sobie pozwolić na zachowanie wrażliwości"*. Brett to interesująca, czasem w gorącej wodzie kąpana, czasem roztrzepana, sympatyczna i dobra kobieta, ale zamiast skupić się na własnym szczęściu, dba o szczęście innych, nie zdając sobie sprawy z tego, jak bardzo gubi się w swym życiu i jak przykre mogą być tego konsekwencje. Wszystko to, czego doświadcza w "Liście marzeń" dzięki listom pozostawionym przez matkę, do których na początku podchodziła sceptycznie, pozwala jej na znalezienie swego miejsca w świecie, sensu istnienia, a co za tym idzie, właśnie szczęścia, wartości w postaci odnowionych lub nowo zawartych przyjaźni, uczucia miłości kierowanego do coraz większej liczby osób oraz własnej satysfakcji.

Pozostali bohaterowie "Listy marzeń" to wysyp zróżnicowanych osobowości, które można polubić, zżyć się z nimi lub wręcz przeciwnie - nie polubić i zniechęcić się ich życiowymi postawami. Do tej pierwszej grupy na pewno zaliczyłabym Brada Midara, adwokata rodziny Bohlingerów, zagadkowego mężczyznę, z którym Brett nawiązuje trwałą nić porozumienia, owianego tajemnicami Garretta oraz Johna, ojca głównej bohaterki, z którym wiąże się intrygująca historia sięgająca czasów dzieciństwa kobiety. Z kolei te mniej lubiane przeze mnie postaci to Andrew, były chłopak Bohlinger, typowy facet-świnia, a także jej bracia (szczególnie jeden z nich kilkakrotnie porządnie zalazł mi za skórę i miałam ochotę go rozszarpać) i szwagierki.

Utwór Nelson Spielman to napisana lekkim i przystępnym językiem, niezwykle optymistyczna - choć na przygnębiającym początku na taką się nie zapowiada - wzruszająca i oczyszczająca opowieść, w której dosłownie można zatracić się na parę dobrych godzin. Nie nudzi, a jej fabuła nie należy do infantylnych czy przesłodzonych. Niecały rok wyjęty z życia Brett może i jest po brzegi wypełniony rozmaitymi przygodami, co zakrawa na małą niewiarygodność, ale czytelnik jest nimi zbyt zaabsorbowany, by narzekać na ich ilość. Uwielbiam tego typu książki. Książki obyczajowe, w których bohaterowie stają w obliczu wielkich życiowych zmian, borykają się z problemami natury rodzinnej, stają się lepszymi, bardziej zaangażowanymi w życie osobami, walczą o szczęście oraz miłość. Liczę na to, że Lori Nelson Spielman jeszcze nie raz pozytywnie zaskoczy mnie swoją twórczością. A "Listę marzeń" gorąco polecam - na zimowe przedpołudnia i wieczory jest to lektura jak znalazł.

*s. 261

#5 Hipotetyczne Perypetie Czytelnicze...

...czyli wciel się w rolę hipotetycznego czytelnika i napisz, co by było, gdyby ;).


SYTUACJA

"Skarby"
Sprzątając zagraconą piwnicę/zagracony strych, natykasz się na ulubione komiksy z dzieciństwa/wczesnej młodości, których nie miałaś/eś w rękach od przeszło kilku/nastu lat.

CO ROBISZ?

Ja: Oczywiście zaczynam je przeglądać i czytać, zapominając o sprzątaniu! W moim przypadku byłyby to przede wszystkim komiksy "Kaczor Donald", w których niegdyś nałogowo się zaczytywałam ;). A tak naprawdę, to żałuję, że wszystkie, jakie zgromadziłam, wyrzuciłam przy jakiejś okazji (pewnie przy przeprowadzce)... Bardzo chętnie bym się teraz w nich zanurzyła... :).


____

poniedziałek, 2 grudnia 2013

Na co polować w grudniu...

...czyli wybrane NOWOŚCI  i  WZNOWIENIA książkowe grudnia:

"Wołanie kukułki" - Robert Galbraith.
Wydawnictwo: Dolnośląskie.
Data wydania: 04.12.2013.

Ciało supermodelki Luli Landry zostaje znalezione pod balkonem jej londyńskiego apartamentu. Policja stwierdza samobójstwo, lecz brat ofiary nie wierzy w tę wersję i zatrudnia prywatnego detektywa, Cormorana Strike’a.
Strike jest weteranem wojennym, podczas służby w Afganistanie ucierpiał i fizycznie i psychicznie. Ma kłopoty finansowe i właśnie rozstał się z kobietą swojego życia. Sprawa Luli to dla detektywa szansa na odbicie się od dna, ale im bardziej wikła się w skomplikowany świat wyższych sfer, tym większe grozi mu niebezpieczeństwo. 
Wołanie kukułki to wciągająca klimatyczna powieść zanurzona w londyńskiej atmosferze spokojnych uliczek Mayfair, ciasnych barów East Endu i tętniącego życiem Soho. Książka otwiera cykl kryminałów z Cormoranem Strikem. Robert Galbraith to pseudonim J.K. Rowling.

"Pestka" - Anka Kowalska.
Wydawnictwo: Świat Książki.
Data wydania: 04.12.2013.

Jedna z najbardziej przejmujących opowieści miłosnych w polskiej literaturze powojennej.
Historia małżeńskiego trójkąta i zakazanego uczucia, pełna życiowej prawdy i pytań bez jednoznacznej odpowiedzi…
Zaskoczeni intensywnością i gwałtownością uczucia, które spada na nich nagle i niespodziewanie, Agata i Borys stają przed dramatycznym wyborem. Czy ocalą własne szczęście, nie krzywdząc bliskich? Czy mają prawo do miłości, która niszczy dom i rodzinę?
Powieść "Pestka", wydana po raz pierwszy w 1964 roku, była wielokrotnie wznawiana, została także przełożona na pięć języków. W 1995 roku na jej podstawie powstał film w reżyserii Krystyny Jandy.

"Silos" - Hugh Howey.
Wydawnictwo: Papierowy Księżyc.
Data wydania: 05.12.2013.

W przyszłości, gdy Ziemia stała się toksycznym pustkowiem, przetrwać zdołała ledwie garstka ludzi, zamieszkujących gigantyczny podziemny silos. Odcięci od świata zewnętrznego, wiodą życie pełne nakazów i zakazów, sekretów i kłamstw. By przeżyć, muszą ściśle przestrzegać pewnych zasad. Niektórzy jednak się na to nie godzą. Ci stanowią największe zagrożenie – mają czelność marzyć i śnić, zarażać innych swoim optymizmem. Czeka ich prosta i zabójcza kara: zostaną wypuszczeni na zewnątrz. Jules jest jedną z takich osób. Być może już ostatnią.

"Klucz Sarah" - Tatiana de Rosnay.
Wydawnictwo: Albatros.
Data wydania: 06.12.2013.

Miała na imię Sara. Kiedy 10-letnia Sara została brutalnie wyrwana ze snu i zabrana wraz ze swymi rodzicami, myślała, że uda jej się szybko wrócić i schowała swego małego braciszka w sekretnej szafie w mieszkaniu. Tak jak tysiące innych Żydów, tej lipcowej nocy 1942 roku została wywieziona na Tor Kolarski Vel d'Hiv. Kiedy sześćdziesiąt lat później , Julia, dziennikarka pisze o tych strasznych wydarzeniach, wciąż widzi przed oczami obrazek małej dziewczynki i jej braciszka. Wbrew wszystkiemu Julia decyduje się nawet za cenę czegoś najdroższego na świecie wyjaśnić tajemnicę tamtych zdarzeń. To na zawsze zmienia jej życie...

"Historia kotem się toczy" - Renata L. Górska.
Wydawnictwo: Replika.
Data wydania: 10.12.2013.

Ada Gawron nigdy nie marzyła o życiu w małej mieścinie, na dodatek pod jednym dachem z teściową. 
Byłą teściową. 
A jednak rok spędzony w Kasztelowie zmieni w jej życiu dosłownie wszystko... 
Naciskana przez córki-bliźniaczki Ada zobowiązuje się zająć przez rok – i ani dnia dłużej! – ich babcią Janiną, z którą nigdy nie miała dobrych relacji. Życie na prowincji, na pozór spokojne i monotonne, nie będzie dla Ady wyłącznie sielanką, bo choć wypadek osłabił nieco żywotność staruszki, nie przytępił jej ostrego języka. Dodatkowo po Kasztelowie grasuje złoczyńca. Czy jest nim odludek spod lasu, którego dom Ada widzi z okna poddasza? Z intrygującym mężczyzną zetknie się za sprawą kota, mającego niemały udział w tej historii. 
Powoli Ada odnajduje swoje miejsce w Kasztelowie, poznając coraz to nowych ludzi i zmieniając swoje nastawienie do życia z dala od wielkiego miasta. Czy tu, w miasteczku, gdzie czas w cieniu starego zamku płynie inaczej, odnajdzie wreszcie dawno zagubione szczęście? I jaką rolę w tych poszukiwaniach odegra tajemniczy kot?

"Jesteś tylko mój" - Joanna Sykat.
Wydawnictwo: Replika.
Data wydania: 10.12.2013.

Natasza poznała Krzysztofa na kursie rumby. Początkowo mężczyzna jest dla niej tylko partnerem do tańca i przyjacielem. Kiedy wreszcie kobieta zdaje sobie sprawę z tego, że mogłoby ich łączyć coś znacznie więcej, ten zaczyna układać sobie życie z inną. 
Po długim czasie Natasza i Krzysztof spotykają się ponownie, a tłumione przed laty uczucie wybucha ze zdwojoną siłą. Jest tylko jedno „ale”: Krzysztof zdążył już założyć rodzinę; ma żonę i syna, którego bardzo kocha. Mężczyzna postanawia jednak podzielić swoje życie – i serce – na pół. Natasza w końcu godzi się na bycie „tą drugą”. Ani ona, ani Krzysztof nie domyślają się jednak, że jego żona wie o wszystkim. Czy Renata będzie w stanie nadal żyć z okłamującym ją mężczyzną dla dobra synka? 
Pewnego wieczoru na spotkaniu autorskim Nataszy, która opisała historię swojej wielkiej miłości w najnowszej książce, zjawia się Renata. Wręcza pisarce tajemniczy żółty zeszyt. Opowieść, którą Natasza w nim znajdzie, zupełnie zmieni życie jej samej i małego Jasia…

Jak zwykle w grudniu premier książkowych nie ma zbyt wiele. Ale to nawet dobrze, przynajmniej nadrobię zaległości z listopada ;). Z powyższych polecam gorąco "Klucz Sarah" - o ile Albatros wyda tę książkę jeszcze w tym roku, natomiast bardzo nie mogę doczekać się lektury "Wołania kukułki". Kukułeczka właśnie dziś do mnie przyleciała i teraz kusi mnie okrutnie, oj, kusi ;). Najpierw jednak muszę uporać się z dwiema pozycjami, myślę, że równie ciekawymi, więc ten czas oczekiwania na pewno będzie przyjemny :).

niedziela, 1 grudnia 2013

Podsumowanie listopada

Listopad to miesiąc, który zapamiętam na bardzo, bardzo długo. I to nie tylko z powodu pewnych kwestii blogowo-czytelniczych, do których można zaliczyć drugie urodziny bloga tajus czyta... i zorganizowany z tej okazji konkurs urodzinowy, który okazał się niezwykle udany, ale też kwestii bardziej prywatnych. Po pierwsze - oczywiście obrona pracy magisterskiej, która po długich ustaleniach terminu wreszcie odbyła się 12 listopada, w zaskakująco przyjemnej atmosferze, o wiele lepszej aniżeli obrona pracy licencjackiej, z którą przyszło mi się zmierzyć trzy lata wcześniej. Tytuł magistra na kierunku pedagogika społeczna został więc przeze mnie zdobyty! :D Z racji tego, iż w najbliższy czwartek będę obchodzić kolejne urodziny, zaraz po egzaminie magisterskim postanowiłam, że świętowanie pozytywnie zakończonej obrony, moich urodzin i Andrzejek odbędzie się właśnie w... Andrzejki, 30 listopada. Z biegiem czasu stawało się jasne, iż udział w owym świętowaniu wezmę tylko ja, mój brat i moi rodzice. Nie będę wgłębiać się w szczegóły, ale wczoraj, właśnie tego 30 listopada, spotkała mnie taka niespodzianka, jakiej jeszcze nigdy w życiu nie doświadczyłam! Spore grono najbliższej rodziny (z moimi rodzicami i moim bratem na czele) zorganizowało dla mnie (w tajemnicy - planowało to od miesiąca, jak się dowiedziałam) przyjęcie urodzinowo-andrzejkowe, przed którym jednak czekała mnie... jeszcze jedna obrona pracy magisterskiej, tym razem na kierunku pedagogika rodzinna! Ostatecznie, od komisji egzaminacyjnej, w skład której wchodzili członkowie rodziny, otrzymałam jedyny w swoim rodzaju dyplom potwierdzający zdobycie przeze mnie tytułu magistra, a od wszystkich - fantastyczny prezent i tort urodzinowy :). I właśnie z tych dwóch wyżej wymienionych powodów listopad pozostanie w mej pamięci bardzo długo; nie ma się co dziwić, prawda? Wracając jednak do rzeczywistości (choć nadal jestem lekko oszołomiona), pozwólcie, że przedstawię w skrócie moje wyniki czytelnicze minionego miesiąca:
1) Liczba przeczytanych książek - 5, czyli 2076 stron:
- najlepsza książka - "Ogień" - Mats Strandberg, Sara B. Elfgren (9/10)
- najsłabsza książka - "Nie zawrócę" - Jolanta Guse (3/10)
2) Liczba zrecenzowanych książek - 8.
3) Liczba książek, które zawitały w mojej biblioteczce - 2:
- otrzymane do recenzji - 2.
4) Liczba wyświetleń bloga - 4042.
Tak, "Ogień" to bez wątpienia najlepsza książka listopada - z czystym sumieniem polecam tę wspaniałą serię o Engelsfors i nie mogę się doczekać jej ostatniej części, "Klucza" :). "Nie zawrócę" z kolei to niewypał - nie tylko listopadowy, ale i w ogóle. Recenzję na temat tej powieści poznacie wkrótce. W moich najbliższych planach czytelniczych znajdują się takie pozycje, jak "Pan Przypadek i celebryci" Jacka Getnera oraz "Alex" Pierre'a Lemaitre'a. Lektury tej drugiej wręcz nie mogę się doczekać, podobno to niezwykle brutalny, ale i rewelacyjny thriller! W dniu jutrzejszym pojawię się tutaj z zapowiedziami grudniowymi. W pierwszej połowie grudnia postaram się napisać trzy zaległe recenzje oraz przeczytać kilka książek. Bo ta druga połowa miesiąca będzie już taka typowo świąteczna, prawda? Życzę Wam bardzo przyjemnego i udanego pod każdym względem grudnia! Pozdrawiam Was serdecznie i do "zobaczenia" jutro!

piątek, 29 listopada 2013

"Beta" - Rachel Cohn

Tytuł oryginału: "Beta".
Tłumacz: Berenika Janczarska.
Wydawnictwo: Czarna Owca, 2013.
Liczba stron: 316.
Oprawa: miękka.
Rozpoczęcie lektury: 03.11.2013.
Zakończenie lektury: 04.11.2013.
Moja ocena: 6/10.

Istnieje pewna wyspa, rajska wyspa o nazwie Dominium, na której żyją pozornie szczęśliwi ludzie - dzień w dzień napawający się słodkim powietrzem, nudzący się bogacze, niezmęczeni pracą, których w codziennych obowiązkach wyręczają niezwykłe istoty, klony. Klony wyglądające jak ludzie, ale nieczujące, bo niemające duszy, którą posiadają ludzie. Ich rolą jest usługiwać bez najmniejszych oznak protestu, po prostu mechanicznie. Całkiem niedawno słynna doktor Lusardi zajmująca się produkcją klonów wprowadziła na rynek kilka egzemplarzy tychże istot w wersji beta, w wersji nastoletniej, które mogą, choć wcale nie muszą, posiadać jakieś ukryte wady oprogramowania. Jedną z bet jest narratorka powieści Rachel Cohn, szesnastoletnia Elizja, która, wystawiona na sprzedaż w sklepie, z miejsca podbija serce pani Bratton. Ta nadzwyczajnie piękna klonka zamieszkuje w domu Brattonów, a jej głównym zadaniem jest zabawianie, dotrzymywanie towarzystwa "siostrze" Liesel i "bratu" Ivanowi. Nieposiadająca rozległej, kompletnej wiedzy na temat otaczającego świata, Elizja stopniowo poznaje uroki życia na Dominium i odkrywa, że nie jest tak idealnym klonem, za jakiego wszyscy mieszkańcy tej rajskiej wyspy ją uważają. Pojawia się u niej bowiem pamięć, a co gorsza, zalążki różnego rodzaju uczuć, do których przecież nie ma prawa. Wiedząc, że jeśli ów fakt wyjdzie na jaw, będzie czekać ją straszny los, dziewczyna stara się robić wszystko, by ukryć swą nową tożsamość. A nie jest to wcale takie proste, gdy uczucia czasami biorą górę nad rozsądkiem...

Spotkanie z "Betą" było dla mnie zupełnie nowym doświadczeniem - rzadko sięgam po utwory z gatunku fantastyki i po raz pierwszy miałam do czynienia z antyutopią. Recenzując tę powieść, nie jestem więc w stanie odnieść się do innych lektur o podobnej tematyce i ewentualnie porównać jakieś tytuły. Skupię się zatem tylko i wyłącznie na książce Cohn. Czy zrobiła ona na mnie duże wrażenie? Raczej średnie.

Fantastyczny świat przedstawiony w "Becie" i jej ogólny klimat nie porwały mnie jakoś szczególnie. Tak naprawdę, moim zdaniem, trochę zbyt mało uwagi autorka poświęca przybliżeniu historii wyspy Dominium i jej obecnemu funkcjonowaniu. Czytelnik wie tylko tyle, że kiedyś miały miejsce jakieś Wojny Morskie, poza Dominium istnieje tak zwany Kontynent, a warunki życia w raju, wokół którego krąży fabuła utworu, są ustanawiane przez mieszkających w nim ludzi i na każdym kroku dopasowywane do ich nastrojów i potrzeb. Zabrakło mi większej ilości detali, ciekawostek związanych w powyższymi aspektami. Z drugiej jednak strony doszłam do wniosku, że Cohn miała pod tym względem niewielkie pole do popisu, ponieważ narratorką "Bety" uczyniła Elizję, która została wyposażona w podstawową, najbardziej potrzebną wiedzę, o wielu rzeczach nie ma zielonego pojęcia i dopiero się o nich dowiaduje, przebywając w towarzystwie Ivana i jego przyjaciół. Tym z kolei pisarka poświęca dużo uwagi, choć zupełnie niepotrzebnie. Ci wiecznie narzekający na nudę nastoletni bohaterowie nie robią nic poza... nudzeniem się właśnie, oddawaniem się rozrywkom typu opalanie się, pływanie, granie w nietypowe gry balansujące na pograniczu rzeczywistości i fikcji oraz zażywaniem narkotyków (raksji), które zapewniają im niezły odlot (ataraksję).

"- Kto to jest puszczalska? - dopytuję.
- Dziewczyna, która się puszcza.
- Puszcza? Czego się puszcza? - Wyobrażam sobie, jak Greer się czegoś trzyma i nagle puszcza, ale nie rozumiem, co Ivan mógłby mieć przeciwko temu.
- No, się puszcza, wiesz. - Jego twarz, po biegu czerwona jak burak, teraz purpurowieje. - W łóżku.
Zachodzę w głowę, czego się Greer trzyma i puszcza w łóżku"*.

Pomijając wątek samej Elizji, która, nie da się ukryć, jest całkiem interesującą, czasami zabawną, bo niemającą pojęcia o tym, czym jest sarkazm, co widać na przykładzie wyżej przytoczonego cytatu, postacią, u której kiełkują takie uczucia, jak radość, smutek, pożądanie, przerażenie czy gniew - a jest to bardzo fajnie ukazane - nie można nie wspomnieć o równie ciekawym wątku Tahira, kolegi Ivana, chłopaka zachowującego się w sposób co najmniej podejrzany, który zakochuje się w tytułowej becie z wzajemnością. Z wielką niecierpliwością oczekiwałam pojawienia się Tahira w powieści. Kiedy wreszcie się go doczekałam, zaintrygowały mnie jego losy, a potem nagle... ciach! I kwestia ten niezwykłej miłości Tahira i Elizji odlatuje sobie do innego raju niczym Ivan na raksji, a na pierwszy plan fabuły książki wysuwają się inne, bardziej dramatyczne i sensacyjne wątki typu bunt klonów, plany rebelii, a wraz z nimi nowe postaci, takie jak defekci czy akwenowie, w których nazwach i charakteryzacjach zdążyłam się nieco pogubić. Tak że trochę było mi szkoda Tahira, cieszyłam się jednak, że ostatnie kilkanaście rozdziałów utworu obfituje w coraz to bardziej zaskakujące i pełne napięcia wydarzenia.

Jak na trzysta-parę stron książki, sporo się w niej dzieje, począwszy od wewnętrznych przemian bohaterów, przez uczucia miłości, przyjaźni, aż po bunty, a nawet morderstwa, ale wszystko to jest przedstawione tak po łebkach. I pewnie też dlatego "Betę" czyta się naprawdę szybko. Rachel Cohn zaplanowała już kolejne części traktujące o przygodach Elizji, najprawdopodobniej będzie można mówić tutaj o trylogii. Druga z nich nosi tytuł "Emergent". Czy sięgnę po nią, gdy ukaże się w Polsce? Myślę, że tak, gdyż zakończenie jej poprzedniczki wręcz postawiło mnie na nogi - warto tutaj nadmienić, iż powieść czytałam w pozycji leżącej - i natychmiast zaczęłam ubolewać nad tym, że nie miałam pod ręką następnej części. Czy będzie mi dane po raz drugi poddać się fascynacji feerią barw fioletu, różu i brzoskwini, którymi tak wdzięcznie została okraszona wyspa Dominium? A może wręcz przeciwnie, wraz z Elizją będę musiała zmierzyć się z szarością i ponurym obrazem raju, w którym zapanuje wojna? Mam nadzieję, że odpowiedzi na te oraz inne pytania uzyskam w przyszłym roku kalendarzowym. Byle nie później.

*s.58

Za egzemplarz recenzencki uprzejmie dziękuję wydawnictwu Czarna Owca.

środa, 27 listopada 2013

2. urodziny bloga

Dokładnie 2 lata temu, 27.11.2011, podjęłam pewną decyzję, której nie żałuję ani trochę i której pozytywnych rezultatów doświadczam po dziś dzień - tak, tak, założyłam tego oto bloga, tajus czyta... . W ubiegłym roku twierdziłam, iż nie wyobrażam sobie opuszczenia tej wspaniałej blogosfery, z którą zdążyłam zżyć się bardzo mocno. I w dalszym ciągu zdania nie zmieniam ;).

Pragnę z całego serca podziękować Wam, drodzy blogerzy, drogie blogerki i drodzy czytelnicy, którzy zaglądaliście na moją skromną stronę, znajdując na niej od czasu do czasu coś dla siebie, tworzyliście fantastyczną atmosferę, wymienialiście ze mną spostrzeżenia na określone tematy, inspirowaliście mnie. Podziękowania należą się też wszelkim wydawnictwom, portalom książkowym i ich przedstawicielom, z którymi miałam (bądź mam nadal) świetny kontakt i dzięki którym ten magiczny świat książek poznałam (i poznaję nadal) od nieco innej strony.

Z okazji drugich urodzin bloga tajus czyta... na kolejny rok życzyłabym sobie dalszych sukcesów związanych z blogowaniem, dużo czasu na czytanie książek, zapału i twórczej weny podczas pisania recenzji. Jeśli owe życzenia się spełnią, będę bardzo usatysfakcjonowana i szczęśliwa :).


A teraz kolej na ogłoszenie wyników konkursu urodzinowego!
Na wstępie muszę jednak napisać bardzo ważną rzecz - 25 zgłoszeń konkursowych, jakie otrzymałam od uczestników, zapewniło mi niesłychaną zabawę. Nie spodziewałam się tak rewelacyjnego obrotu spraw i w dalszym ciągu jestem pod ogromnym wrażeniem wyobraźni, jaka w Was, drodzy uczestnicy, drzemie! W czasie podejmowania decyzji, czyjego autorstwa rozwinięcie "skrótu" TAJUS ma być tym zwycięskim, popadłam jednak w czarną rozpacz! Nie, myślałam, to nie miało być takie trudne! Przyznaję, musiałam w tej sprawie zasięgnąć opinii mojej mamy, której strasznie spodobał się ów konkurs i jego efekty, oraz mojego brata, i troszeczkę udało im się mi pomóc ;).
Zgodnie z regulaminem konkursu, pozwólcie, że najpierw zaprezentuję wszystkie hasła zaproponowane przez osoby, które zdecydowały się wziąć udział w zabawie. Przygotujcie się na przyjęcie niezłej dawki śmiechu, szoku i podziwu razem wziętych!

"Ta Agentka Jest Uczennicą Szatana"
"Tajny Agent Jadący Używaną Skodą"
"Trwogą Analfabety Jest Ujrzeć Słowa"
"Tajemnicza Anonimowa Japonka Ubarwiająca Słowo"
"Tyle Atrakcji Jest U Sary"
"Tyle Atrakcji Jest U Sary"
"Tajna Ambasada Jeżozwierza Umiejącego Szczekać"
"Tajne Apotropaiczne Jestestwo Ukrytej Sukkub"
"Tajemnicza Ale Jakże Urocza Sara"
"Tutaj Akurat Jest Ulica Szczęścia"
"Tajne Almanachy Jarają Uduchowioną Sarę"
"To Autorka Jedynego Ulubionego Stylu"
"Towarzystwo Akceptacji Jamochłonów Ubezwłasnowolnionych Samowolnie"
"Tajne Akta Jakości U Sary"
"Transgalaktyczna Akcja Jedzenia Ulubionych Słodyczy"
"Trochę Apodyktyczna Jednozębna Upośledzona Sprzątaczka"
"Tajny Anonimowy Juhaski Urząd Skarbowy"
"Totalnie Aliteracki JUtopijnie Szczęśliwy"
"Tajna Aborygeńska Jednostka Usuwania Szczęk"
"Tajny Akronim Jakiegoś Utajonego Szpiega"
"Tyci Australopitek Jodłuje Ubijając Skarabeusza"
"Towarzystwo Altruistycznych Jasnowidzów Usługujących Szefom"
"Tchnąca Artyzmem Jadłodajnia Umysłowa Sary"
"Tryliony Atrakcyjnych Jedwabiem Utkanych Słów"
"Tak Analizuję Jadowicie Ukryte Słowa"

I co, bylibyście w stanie wybrać to jedno, najlepsze hasło? A może macie jakichś faworytów? ;)
Sama ostatecznie zdecydowałam się wyróżnić nie jedno, lecz trzy (to i tak zbyt mało!), które spodobały się mnie (i moim "pomocnikom") najbardziej.
I tak:

- I miejsce i nagrodę główną w postaci 5 wybranych przez siebie książek: "Lista marzeń", "Sekrety uczuć", "Beta", "Dom kryty gontem" i "Zły wpływ" otrzymuje Oczarowana Książkami za hasło "Towarzystwo Akceptacji Jamochłonów Ubezwłasnowolnionych Samowolnie";

- II miejsce i wyróżnienie w postaci 1 z wybranych przez siebie książek, "Ogień", otrzymuje Adriana Bączkiewicz za hasło "Trwogą Analfabety Jest Ujrzeć Słowa";

- III miejsce i wyróżnienie w postaci 1 z wybranych przez siebie książek, "Single", otrzymuje Justyna Wilczyńska za hasło "Tajna Ambasada Jeżozwierza Umiejącego Szczekać".

Ze zwyciężczyniami już się skontaktowałam drogą mailową, jeszcze raz serdecznie Wam gratuluję, a pozostałym uczestnikom i uczestniczkom bardzo dziękuję za dobre chęci i uczynienie tego konkursu tak bardzo pozytywnym! :)

czwartek, 21 listopada 2013

"Ogień" - Mats Strandberg, Sara B. Elfgren

Tytuł oryginału: "Eld".
Tłumacz: Patrycja Włóczyk.
Wydawnictwo: Czarna Owca, 2013.
Liczba stron: 696.
Oprawa: miękka.
Rozpoczęcie lektury: 01.11.2013.
Zakończenie lektury: 02.11.2013.
Moja ocena: 9/10.

Mats Strandberg to pisarz i publicysta. Zadebiutował w 2006 roku powieścią "Jaktsäsong". Sara Bergmark Elfgren pracowała jako scenarzystka filmowa i telewizyjna. Oboje pochodzą ze Szwecji. W 2011 roku razem napisali "Krąg", pierwszą część fantastyczno-młodzieżowej trylogii. Jak sami twierdzą, podczas jej tworzenia inspirowali się i inspirują nadal takimi tytułami, jak "Miasteczko Twin Peaks", "Nie z tego świata" oraz "Buffy - postrach wampirów". Wytwórnia filmowa Filmlance już wykupiła prawa do całej trylogii.

Po "Ogień" sięgnęłam - całkowicie nieświadomie - dokładnie rok po przeczytaniu "Kręgu", czyli pierwszego listopada. Mimo że druga część trylogii o Engelsfors jest obszerniejsza od swej poprzedniczki - ma prawie siedemset stron - wystarczyły mi dwie noce, by poznać jej treść i... popaść w jeszcze większe uwielbienie związane z wyjątkowymi perypetiami nastoletnich bohaterek, Wybrańców, którym przyszło zmierzyć się z różnego rodzaju niebezpieczeństwami na tle magicznym, z demonami, których celem jest doprowadzenie do zagłady całego świata.

Minoo Falk-Karimi, Anna-Karin Nieminen, Vanessa Dahl, Linnéa Wallin oraz Ida Holmström rozpoczynają kolejny rok szkolny w liceum w Engelsfors. Po wydarzeniach, jakie miały miejsce w "Kręgu", wszystko powróciło do normalności - która obecnie jest dla dziewczyn wręcz na wagę złota - ale, oczywiście, nie na długo. Do Engelsfors przybywają nowi, tajemniczy mieszkańcy, przyjaciel-przewodnik po świecie magii Minoo i jej koleżanek z pewnych przyczyn musi opuścić je na czas nieokreślony, a na dodatek w miasteczku powstaje podejrzane stowarzyszenie, którego celem jest wprowadzenie w nim określonych zmian, uczynienie go lepszym, bardziej pozytywnym. Nastoletnie czarownice wyczuwają zbliżającą się wielkimi krokami katastrofę, której skutki mogą okazać się tragiczne. Zanim jednak dojdzie do jakiejkolwiek konfrontacji Wybrańców z demonami, dziewczęta będą musiały wykazać się silną wolą, cierpliwością, sprytem, a przede wszystkim przyjacielską postawą, pokonując mnóstwo innych przeszkód, jakie postawił i stawia przed nimi nieobliczalny świat magii, a ponadto uporać się z typowymi problemami w szkole, w domu i w miłości.

Zanurzając się w głębinach "Ognia", trochę obawiałam się tego, że po roku czasu nie będę pamiętać wszystkich zdarzeń, o jakich była mowa w poprzedniej części trylogii i jakie przyczyniły się do takiego, a nie innego ukształtowania charakterów głównych bohaterek. Niepotrzebnie się martwiłam. Strandberg i Elfgren bowiem poprowadzili fabułę "Ognia" w sposób, który umożliwił im swobodne wplecenie od czasu do czasu krótkich przypomnień sytuacji, z jakimi musiały zmierzyć się Minoo, Anna-Karin, Vanessa, Linnéa i Ida w ubiegłym roku szkolnym. I to w zupełności wystarczyło. Książka od pierwszej strony zawładnęła moim umysłem, moją wyobraźnią, która natychmiast pogalopowała w kierunku znanego mi już niepokojącego, a jednocześnie fascynującego świata magii, pełnego nieposkromionych nadludzkich mocy i nadprzyrodzonych zjawisk, przeplatanego ze światem niemagicznym, w którym ludzie pokroju rodziców Wybrańców borykają się z codziennymi problemami, nie mając zielonego pojęcia o tym, co dzieje się wokół nich, co dzieje się z ich córkami.

Powieść została napisana bardzo przystępnym językiem, który sprawia, że czyta się ją dobrze i przyjemnie. Zarówno przygody, jak i osobowości młodych bohaterek, są ukazane niezwykle szczegółowo i precyzyjnie. Wszelkie ich emocje, uczucia, wątpliwości czy decyzje dosłownie wyłażą na wierzch, nie da się ich przeoczyć, wręcz przeciwnie - czytelnik ma ochotę pławić się w nich bez końca, bo są tak bardzo obezwładniające, intrygujące, a co najważniejsze, naturalne. Niejednokrotnie w czasie lektury "Ognia" odniosłam wrażenie, że sama należę do Wybrańców i dysponuję supermocą polegającą na operowaniu rozległą wiedzą na temat Minoo i jej przyjaciółek, na czytaniu w ich myślach, na wyczuwaniu ich nastrojów i emocji. Dziewczęta z Engelsfors muszą radzić sobie nie tylko z posiadanymi żywiołami, których racjonalne wykorzystywanie może pomóc, gdy znajdą się w niebezpieczeństwie, ale też z własnymi słabościami, nadziejami - na odwzajemnioną miłość, na odzyskanie szkolnej popularności - oraz kłopotami rodzinnymi, takimi jak niezrozumienie przez rodziców, ich nieustanne kłótnie, zdrady lub życie na pokaz. Takie największe obnażenie emocjonalne każdej z głównych bohaterek jest doskonale widoczne w kilku rozdziałach książki, kiedy to Wybrańcy zostają postawieni przed nie lada wyzwaniem - odnalezieniem się w zupełnie innych rolach - rolach koleżanek - dzięki zamianie ciał. Muszę przyznać, że to jeden z lepszych, choć nieco zagmatwany, elementów "Ognia", który dostarczył mi mnóstwo przede wszystkim zabawy.

Do takich właśnie nowych i zaskakujących zwrotów akcji tej części trylogii należy również zaliczyć wprowadzenie czytelnika przez Strandberga i Elfgren do wydarzeń o zabarwieniu historycznym. Ma on okazję poznać pokrótce historię magii, czarownic i demonów sięgającą nawet XVII wieku. Ponadto niezwykle ciekawym i absorbującym wątkiem powieści jest proces sądowy, który może wyciągnąć poważne konsekwencje wobec jednego z Wybrańców, swego czasu (tutaj warto przypomnieć sobie zdarzenia z "Kręgu") bardzo nieodpowiedzialnego. O którą z dziewczyn chodzi i jak wygląda finał rozprawy, nie zdradzę, rzecz jasna, napomknę tylko, że walka o sprawiedliwość jest bardzo zażarta, a Krąg musi wykazywać się wzajemną lojalnością i zaufaniem, by osiągnąć cel - wygrać.

Czytając "Ogień", ani przez sekundę się nie nudziłam, a żaden z jego wątków nie sprawił, że chciałam zaniechać dalszej lektury. O czymś takim tutaj w ogóle nie może być mowy! Mats Strandberg i Sara Bergmark Elfgren zaserwowali kolejną olbrzymią porcję niebanalnych, czasm szokujących i pełnych napięcia, a czasem zabawnych perypetii Minoo, Anny-Karin, Vanessy, Linnéi oraz Idy, zwieńczonych wzruszającym, a zarazem tak intrygującym zakończeniem, że odbiorca po jego przeczytaniu zaczyna ubolewać nad faktem, iż ostatnia część trylogii o Engelsfors, "Klucz", zostanie w Polsce wydana dopiero za jakiś - dłuższy - czas. Ja sama żałuję, że za mną już "Krąg" i "Ogień". Szczerze zazdroszczę czytelnikom, którzy dopiero rozpoczynają bądź rozpoczną przygodę z Wybrańcami. Polecam gorąco.

Za egzemplarz recenzencki uprzejmie dziękuję wydawnictwu Czarna Owca.

poniedziałek, 18 listopada 2013

#4 Hipotetyczne Perypetie Czytelnicze...

...czyli wciel się w rolę hipotetycznego czytelnika i napisz, co by było, gdyby :).


SYTUACJA

 "Tajemnicze przesyłki"
Drugi poniedziałek z rzędu odkrywasz w swojej skrzynce na listy przesyłkę, w której znajdujesz książkę w miarę odpowiadającą Twojemu gustowi. Wszystko wyglądałoby całkiem zwyczajnie, gdyby nie fakt, iż przesyłka znów nie zawiera żadnych danych dotyczących nadawcy, tylko dane odbiorcy - Twoje. To tajemnicze zjawisko zaczyna Cię coraz bardziej intrygować.

CO ROBISZ?

Ja: W moim przypadku sytuacja rzeczywiście byłaby intrygująca, wręcz... niepokojąca! Oczywiście najpierw podejrzewałabym o podsyłanie książek rodziców i brata, mimo iż byłabym całkowicie przekonana, że nie są oni zdolni do wycinania takich numerów ;), ponadto kilka koleżanek, które na pewno bym przepytała. Myślę, że dociekałabym też na poczcie, czy te przesyłki wrzuca do skrzynki listonosz, czy też nie. Jeśli tak - raczej nic bym nie zdziałała, bo taki list mógłby przyjść nawet z drugiego końca Polski. Jeśli nie - kurczę, byłby to sam nadawca albo jego "wysłannik". Wówczas niby-detektyw w mojej głowie zacząłby sugerować nocne (z kolejnej niedzieli na kolejny poniedziałek) polowanie na osobę, która z jakiegoś powodu sprawia mi te książkowe niespodzianki. Mieszkam w ogrodzonym domu jednorodzinnym, więc latem to może jeszcze ukryłabym się w samochodzie albo za jakąś choinką na przykład w namiocie, ale zimą? W oknie siedzieć całą noc? Zadanie raczej nie do wykonania... Ciężka sprawa, ale takie amatorskie dochodzenie byłoby naprawdę niezłą zabawą ;). Pewnie i tak ostatecznie któraś z osób wymienionych przeze mnie na początku tego tekstu przyznałaby się do "winy", a nie na przykład wielbiciel, heh... ;).

____

sobota, 16 listopada 2013

"Dom kryty gontem" - Nina Stanisławska

Wydawnictwo: Zysk i S-ka, 2013.
Liczba stron: 300.
Oprawa: miękka.
Rozpoczęcie lektury: 25.10.2013.
Zakończenie lektury: 29.10.2013.
Moja ocena: 6/10.

Śmierć profesora Janusza Brzozowskiego przywołuje do umysłów powiązanych w nim niegdyś osób wspomnienia z przeszłości, niestety niekoniecznie tylko te pozytywne. Robert, właściciel firmy budowlanej, na nowo przeżywa swoją pierwszą, niespełnioną miłość do młodszej, nieżyjącej już córki profesora, Ewy. Starsza córka, Olga, nie potrafi zapomnieć o dzieciństwie i młodości przeżytych pod despotycznymi skrzydłami pijącego, bezwzględnego i niewdzięcznego ojca, poprzez którego musiała wcześnie opuścić dom rodzinny i zająć się tym, co uwielbia do tej pory, czyli sztuką. Niespodziewany spadek po Brzozowskim zasiewa w głowie Olgi ziarna przerażenia, bólu i smutku, ale też nadziei na coś lepszego - w życiu kobiety pojawia się bowiem tajemnicza Lena. Kim ona jest? Co łączy lub połączy akurat tę trójkę ludzi? Odpowiedzi na te oraz wiele innych pytań kryją się w debiutanckiej powieści Niny Stanisławskiej, w tym tytułowym domu krytym gontem, czyli opuszczonym dworku w Ignatówkach.

Książka ta zawiera w sobie wiele przyciągających uwagę elementów, które czynią ją intrygującą (sekrety odbiegającej od ideału rodziny Brzozowskich), wzruszającą (Olga i jej niemożność ucieczki od przytłaczającej przeszłości) i przyjemną (wątek miłosny i ogólny pomysł na fabułę) lekturą. Miłośników opowieści i sag rodzinnych na pewno ona zainteresuje. Czytelnik od początku ma do czynienia z różnego rodzaju tajemnicami i zagadkami do rozwiązania oraz stopniowo poznaje losy poszczególnych bohaterów, także tych już nieżyjących.

Najciekawszą postacią wydaje się Ewa. Jej niedługie życie było pasmem nieoczekiwanych zdarzeń, których następstwa przetrwały wiele kolejnych lat i teraz zmagają się z nimi Olga oraz Robert. Im bardziej zbliżałam się do końca książki, tym usilniej utwierdzałam się w przekonaniu, iż równie interesującą bohaterką jest siostra Ewy. Pięćdziesięciodwuletnia (jej wygląd i energiczne zachowanie w ogóle nie pasowały mi do jej wieku - miałam wrażenie, że czytam o trzydziestolatce) Olga na co dzień maluje obrazy i prowadzi galerię sztuki. Gdy umiera jej znienawidzony ojciec, biedna nie może się pozbierać, ale nie z powodu jego śmierci, tylko lawiny wspomnień, jaką ona wywołuje. Kobieta walczy sama ze sobą, bo z jednej strony żywi wielką urazę do nieżyjącego członka jej rodziny, przez którego cała familia się rozpadła, a z drugiej - próbuje wykrzesać z siebie choć odrobinę współczucia i szansy na wybaczenie profesorowi. To właśnie porządkowanie na nowo życia przez Olgę było głównym czynnikiem wywołującym niejednokrotne pojawianie się łez w moich oczach. Ale taki porządny upust długo wstrzymywanym w sobie emocjom dałam, gdy dotarłam do sceny związanej z obrazem pewnego starca - to był piękny, oczyszczający moment. Rewelacja po prostu.

To może już dość o Oldze, warto przecież wspomnieć o innych elementach "Domu krytego gontem". Po pierwsze, Lena. Niby tajemnicza osoba, ale bardzo szybko można się domyślić, kim jest i dlaczego pojawia się w tej powieści. Stanisławska w ciekawy i przystępny sposób połączyła losy Leny, Olgi, a także Roberta, choć od czasu do czasu udawało mi się przewidzieć ich następne kroki i poczynania. Nie spodziewałam się natomiast pokierowania wątku miłosnego, o którym wspomniałam wcześniej, w negatywną stronę - wszelkie wybuchy złości postaci były moim zdaniem bezpodstawne i po prostu niepotrzebne. Taką, a nawet o wiele bardziej dramatyczną otoczką pisarka mogła otulić historię rodziny Brzozowskich.

Bo, prawdę pisząc, liczyłam na nieco więcej szokujących zdarzeń i odkrywanych prawd. Chciałam szerzej poznać przeszłość profesora Brzozowskiego, jego żony, córek, sąsiadów, a także głębiej zanurzyć się w ich osobowościach i psychikach. Autorka zamknęła swą opowieść w zaledwie trzystu stronach, ale biorąc pod uwagę jej potencjał, sądzę, że byłaby w stanie równie dobrze napisać obszerniejszą i bardziej wnikliwą książkę. Więcej ojca-tyrana, więcej Olgi, więcej Roberta sprzed kilku, kilkunastu lat, a mniej nadpobudliwego psa Leny, który pojawia się niemal na co piątej stronie utworu i który irytował mnie niemiłosiernie - to by było to!

Pomijając fakt, iż "Dom kryty gontem" jest zbyt krótką lekturą, jest naprawdę przyzwoitym i niezwykle udanym debiutem literackim. Od dłuższego czasu marzy mi się napisanie książki o tematyce rodzinnej i gdyby udało mi się kiedyś stworzyć takową na poziomie utworu Niny Stanisławskiej, byłabym bardzo zadowolona. To historia o miłości - rodzicielskiej, siostrzanej, spełnionej, niespełnionej i nieokiełznanej - poszukiwaniu szczęścia i nadziei na lepsze jutro pośród złych wspomnień, które nie chcą się zamazać, i, co bardzo istotne, o wybaczaniu, które w najlepszym wypadku może uspokoić sumienie, pozwolić na odzyskanie równowagi psychicznej i spojrzenie na otaczającą rzeczywistość pod innym kątem. Emocji w powieści nie brakuje - czytelnik musi zmagać się z bólem i tęsknotą głównych bohaterów, z własnym oburzeniem, niedowierzaniem i wzruszeniem, a na dodatek ma okazję cieszyć się szczęściem Olgi, Leny i Roberta, gdy tylko mają oni okazję go doświadczać. To warta uwagi lektura, od której (pomimo wymienionych przeze mnie paru niedociągnięć) nie można się oderwać. Polecam.

Za egzemplarz recenzencki uprzejmie dziękuję wydawnictwu Zysk i S-ka.
Recenzja napisana dla portalu IRKA.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...