Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Czarna Owca. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Czarna Owca. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 28 września 2014

"Uśpienie" - Marta Zaborowska

Wydawnictwo: Czarna Owca, 2013.
Liczba stron: 480.
Rozpoczęcie lektury: 15.09.2014.
Zakończenie lektury: 18.09.2014.
Moja ocena: 4/10.

Na przeczytanie "Uśpienia" zdecydowałam się z trzech powodów, które w dużym skrócie brzmią: Czarna Seria, pochlebne opinie oraz niedawne wydanie "Rajskich ptaków", drugiego tytułu Marty Zaborowskiej. Teraz, będąc już po lekturze utworu, nie potrafię się zgodzić z wysokimi notami i superlatywami wypisywanymi na jego temat przez innych czytelników. Bo dla miłośników kryminałów - a za takiego uważam się i ja - ta książka nie może być dobra. W ciągu kilku ostatnich lat naczytałam się sporo powieści kryminalnych, by wiedzieć, jak wygląda taka, którą do tego gatunku literackiego można bez wahania zaliczyć, i jak nie powinna takowa wyglądać. Pomijam tutaj styl, bohaterów i kwestię napięcia, bo te można dopracować, przy okazji tworzenia kolejnych utworów poprawić, ale dla fabuły, która nie zawsze trzyma się kupy, a wydarzenia wchodzące w jej skład zahaczają o niewiarygodność bądź absurdalność, nie mam litości. A "Uśpienie", z przykrością muszę stwierdzić, kilka takich "perełek" w swej zawartości posiada.

W swym dość obszernym debiucie Zaborowska zabiera nas do pewnego podwarszawskiego miasteczka. Z tutejszego szpitala psychiatrycznego, zarządzanego przez doktora Artura Maciejewskiego, ucieka pacjent, Jan Lasota, który został przysłany na leczenie z powodu znęcania się ze szczególnym okrucieństwem nad zwłokami, przy których pracował z zakładzie pogrzebowym. Szybko wychodzi na jaw, że nie był to jego jedyny tego rodzaju występek, a w jego przeszłości aż strach się zagłębiać. Pracowała jednak nad nią doktor Anna Dudczak, ale tak się składa, że wkrótce po ucieczce Lasoty zostaje ona zamordowana. Śledztwo w obu sprawach przypada miejscowej policji na czele z komisarzem Stefaniakiem i podkomisarz Julią Krawiec. Nieoficjalnie pomaga jej doktor Maciejewski. Tymczasem w jego szpitalu zaczyna robić się coraz bardziej niebezpiecznie, a na jaw wychodzą uśpione przez wiele lat tajemnice pacjentów ośrodka i okolicznych mieszkańców.

Zapowiada się interesująco i przez jakiś czas ta powieść rzeczywiście taka jest. Schody zaczynają się, gdy pisarka powiększa liczbę bohaterów, a co za tym idzie, różnego rodzaju wątków z nimi powiązanych. Książka z intrygującej i zagadkowej staje się przerysowana, chaotyczna i skomplikowana. Niemal każdemu tutaj można przypiąć łatkę chorego psychicznie, a już na pewno podejrzanego o to czy tamto. Mimo że postaci jest sporo, zapadają one w pamięć, ale gorzej już z ich motywami postępowania, które albo są banalne, albo mało wiarygodne, a tym samym wręcz nie do odgadnięcia przez odbiorcę.

Zabójstwa, samobójstwa, gwałty, nekrofile, porwania - wszystko to przewija się przez "Uśpienie", ale moim zdaniem jest tego, jak na jedną książkę, za dużo. Widać, że autorka bardzo starała się, by jej debiutanckie dzieło zachwyciło czytelnika, ale wybrała ku temu niewłaściwą drogę, czyli przesadę. Brawa za pomysłowość, owszem, ale takie nagromadzenie szokujących czy pełnych napięcia wątków jest w stanie zaszkodzić powieści, czyniąc ją mało realistyczną, po prostu przekoloryzowaną. Zwiększa też prawdopodobieństwo wpadek "na planie". I Zaborowska parę takich potknięć zaliczyła, niestety. Oto najważniejsze, te najbardziej niedorzeczne z nich: fatalna praca policjantów (nie dość, że po śmierci doktor Dudczak nie przeszukali dokładnie jej gabinetu, a mieszkania wcale, to jeszcze spławili z komendy chłopca, który był w posiadaniu cennych dla śledztwa informacji) - wielokrotnie odniosłam wrażenie, że w skład ich zespołu wchodzi tylko Krawiec; swobodna współpraca policji z doktorem Maciejewskim, który jest przez nią o wszystkim informowany; pistolet w celi wariata; genialni świadkowie sugerujący osobom prowadzącym dochodzenie, co mogą one zrobić, żeby znaleźć jakiś nowy trop; przygarnięcie do domu przez Julię nastoletniej Róży z psychiatryka, by ta pobawiła się z jej niespełna sześcioletnią córką, Sylwią (co może siedzieć w głowie tej dziewczyny - skrzywdzonej, leczonej w zamknięciu - to najwyraźniej nieistotne); długaśne listy o przeszłości pisane przez Różę do Sylwii ledwie składającej litery do kupy, a co dopiero rozumiejącej, że zły dotyk boli, a porzucenie dziecka przez matkę może zachęcić je do targnięcia się na własne życie. Nie mogłam też nadziwić się podkomisarz Krawiec, która w czasie gdy jej córka znajdowała się w poważnym niebezpieczeństwie, wytrwale kontynuowała śledztwo. A do tego miała czelność obrazić się, gdy ktoś wygarnął jej prawdę na temat tego, jak fatalną jest matką. Podpadła mi tym zachowaniem bardzo. Nawet jej dawne problemy z alkoholem, rozwód i przeprowadzka nie sprawiły, że wykrzesałam z siebie w stosunku do jej osoby choć trochę sympatii. Ale Zaborowska, jak wyczytałam z jednego z wywiadów z nią, szykuje kolejne rewelacje dotyczące przeszłości policjantki, więc kto wie, może już przy okazji lektury "Rajskich ptaków" spojrzę na nią łaskawszym okiem...

A sięgnę po tę książkę na pewno. Choćby po to, by zobaczyć, czy styl autorki uległ poprawie. Bo dziś uważam, że jest on nijaki i niczym się nie wyróżnia. Zaborowska mało spontanicznie operuje zasobami słownictwa, nie pozwala sobie na niewymuszony luz czy przejawy dobrego humoru. Dialogi, choć liczne, są sztywne. W dodatku wszyscy bohaterowie, mimo że są różnorodni charakterologicznie i wiekowo, posługują się tym samym językiem. Dużo mówią sami z siebie, w sensie nie trzeba ich ponaglać dodatkowymi pytaniami - jest to szczególnie widoczne w trakcie przesłuchań świadków. Pisarka ma też tendencję do uzewnętrzniania myśli i spostrzeżeń wykreowanych przez nią postaci, czyli do takiego trochę dosadnego tłumaczenia czytelnikowi, co ktoś kiedyś zrobił i dlaczego albo w razie czego.

Kryminał to niełatwy i wymagający gatunek literacki. "Uśpienie" jest dowodem na to, że do pisania powieści, które można by zakwalifikować do tego typu literatury, nie wystarczą dobre chęci, pomysłowość i zebranie paru ważnych, pomocnych informacji na jakieś tematy. Przed Martą Zaborowską jeszcze sporo pracy, ale być może o jej zdumiewających efektach będę mogła napisać już po przeczytaniu jej najnowszego utworu, kto wie? Potencjał jest, odwaga do zagłębiania się w ciemne strony ludzkiego życia również, więc trzymam kciuki za literackie sukcesy w niedalekiej przyszłości pisarki.

sobota, 30 sierpnia 2014

"Zagadki przeszłości" - Kate Atkinson

Tytuł oryginału: "Case Histories".
Tłumacz: Paweł Laskowicz.
Wydawnictwo: Czarna Owca, 2014.
Liczba stron: 368.
Oprawa: miękka.
Rozpoczęcie lektury: 16.08.2014.
Zakończenie lektury: 19.08.2014.
Moja ocena: 7/10.

Kate Atkinson to urodzona w 1951 roku brytyjska pisarka. Studiowała literaturę angielską, później amerykańską, wykładała na uniwersytecie, a na początku lat osiemdziesiątych zaczęła pisać opowiadania. Zdobycie kilku nagród zaowocowało rozwojem jej literackiej kariery. W 1995 roku napisała pierwszą powieść, "Za obrazami w muzeum", za którą otrzymała Whitbread Book Award. Inne książki jej autorstwa to m.in. "Human Croquet", "Emotionally Weird", parę kryminałów z Jacksonem Brodiem w roli głównej, na podstawie których powstał serial "Case Histories" (Jason Isaacs jako Brodie? Mniej więcej tak go sobie wyobrażałam!), oraz "Jej wszystkie życia", pozycja, która nie tak dawno została dobrze przyjęta przez polskich czytelników.

"Zagadki przeszłości", pierwsza część serii kryminalnej o detektywie Brodiem, a może cała ta seria - ale tego jeszcze oczywiście nie wiem - odbiega od gatunku, którego przyszło nam nazywać kryminałem. Na pewno nie przesadzę, jeśli napiszę, iż jest ona nietypowa, a przy tym niepowtarzalna, bo skupiająca się na bohaterach, ich życiu i życiu w ogóle, świecie pełnym wypaczeń i zła, zamiast na tym, co z kryminałem ewidentnie się kojarzy, czyli morderstwach, zabójcach i trzymających w napięciu śledztwach. Owszem, wszystko to - a nawet trochę więcej - gdzieś tutaj się plącze, ukrywając jednak w cieniu gawędziarskich rozważań autorki na temat wykreowanych przez nią postaci, jest praktycznie dodatkiem do nich, intrygującym punktem, skłaniającym czytelnika do poszukiwania odpowiedzi na pytanie, czy jest on mało istotny, czy wręcz przeciwnie. Czy wchodzące w jego skład wątki porwań, zbrodni i innych przestępstw, a więc tytułowe zagadki, są połączone tylko i wyłącznie osobą detektywa Jacksona, czy jednak kimś albo czymś więcej?

Tak się dziwnie składa, że niemalże jednocześnie uderza do Brodiego kilkoro klientów, a każdy z nich prosi o rozwiązanie sprawy, która w dalszej lub bliższej przeszłości została zaniedbana, innymi słowy nie rozwikłano jej w należyty sposób, nie dotarto do prawdy. Po tym, jak Julia i Amelia pochowały ojca, wracają myślami do 1970 roku, kiedy to zaginęła ich trzyletnia wówczas siostra, Olivia. Najprawdopodobniej została uprowadzona, ale może istnieje jakaś szansa, że nadal żyje? Theo nie może się pogodzić ze śmiercią ukochanej córki, Laury, która w 1994 roku zginęła z rąk szalonego nożownika. Zabójca zniknął bez śladu. Shirley ma w zanadrzu trochę informacji odnośnie jej siostry, Michelle, która w 1979 roku zamordowała własnego męża. Dlaczego to zrobiła? Gdzie są teraz ona i jej dziecko? Pomiędzy tymi sprawami błąka się czwarta, dotycząca przeszłości samego Jacksona, a także dwie inne, pozornie mało istotne, a jednak zaskakujące i uświadamiające mężczyźnie, że nie wszystko kręci się wokół nikczemności, a zbiegi okoliczności bywają czasem fortunne.

Powieść Atkinson nacechowana jest negatywnie - mnóstwo w niej nieszczęść, tragedii, okrucieństwa, pesymizmu i brudu, a to nie każdemu czytelnikowi się spodoba. Mnie zafascynowała. Pisarka świetnie opowiada. Do niektórych wątków sięga wprawdzie niepotrzebnie, niemalże wszyscy bohaterowie odznaczają się wyrazistością i bogatą w niezwykłe wydarzenia przeszłością, nad czym potrafi się rozwodzić przez całe strony, ale nie przypominam sobie zbyt wielu momentów, w których nuda wytrącała mnie z równowagi. Styl autorki jest swobodny, sporo w nim wyrzutów, złości, sarkazmu oraz ironicznych właśnie i dowcipnych pytań retorycznych pozamykanych w nawiasach. Dialogów jest mało, przeważa forma opowieści. Co trochę mnie irytowało, to występowanie w tekście nietłumaczonych słówek i zwrotów z języka francuskiego, a także dryfowanie Atkinson po różnych przedziałach czasowych niemalże jednocześnie - zdarza się bowiem, że w czasie teraźniejszym wraca do wcześniejszych incydentów, wykorzystując do tego myśli i wspomnienia bohaterów oraz mowę niezależną, co skutkuje niewielkim chaosem.

Ciekawym elementem "Zagadek przeszłości" jest Jackson Brodie. Obecnie prywatny detektyw, niegdyś policjant. Czterdziestopięcioletni rozwodnik, ojciec ośmioletniej Marlee. Z powodu tego, co spotkało jego rodzinę wiele lat temu, można mu współczuć. Niby to twardy facet, ale w tym utworze nie ma okazji zademonstrować charakteru byłego gliny, który nie boi się ubrudzić sobie rąk, wręcz przeciwnie, potrafi wymięknąć, gdy przychodzi mu zmierzyć się z realiami powiązanymi z przestępstwami dokonywanymi na dzieciach. Gdzie nie spojrzy, widzi swoją córeczkę w szponach pedofila albo poćwiartowaną przez jakiegoś szaleńca, uwięzioną na dnie rzeki. Brodie sporo rozmyśla. Nie, nie jest to uciążliwe, ale zdecydowanie więcej myśli niż robi. "Dobrze się znał na jednym: na prowadzeniu dochodzeń tam, gdzie komuś powinęła się noga, gdzie doszło do ludzkiej tragedii i nieszczęścia. Przywykł już, że jest podglądaczem, kimś obcym, kto zagląda w czyjeś życie, i nic, absolutnie nic, nie było w stanie go zadziwić. Ale mimo tego, co widział  czego się nauczył, tliła się w nim wiara (...) że to, co robi, robi dla dobra drugiego człowieka, że chce mu pomóc, a nie ukarać za to, że jest zły"*. Niby jest detektywem, na którego barki zwalają się prawie że przedawnione śledztwa, ale jego praca polega tylko i wyłącznie na przeprowadzaniu rozmów ze świadkami, dzięki którym stopniowo wychodzą na jaw nowe fakty i przydatne tropy. Owszem, inne - nowe - czasy, to i nowe metody prowadzenia dochodzenia, ponadto zawsze coś nieoczekiwanego może wyskoczyć - czyjeś sumienie, jakieś znalezisko - ale to nie zmienia faktu, że na moje oko wszystko wyjaśnia się zbyt łatwo. Tytułowe zagadki rozwiązują się praktycznie samoistnie, w wyniku czego finał książki nie do końca mnie usatysfakcjonował. No, może poza motywem spadku starej kociary, Binky Rain, który nawet mnie rozbawił.

"Człowiek jest bezpieczny dopiero wtedy, kiedy jest martwy"**. Czytając powieść Kate Atkinson, rzeczywiście można odnieść takie wrażenie. Jej fabuła jest ponura, niepokojąca, obnaża ludzkie słabości, nieprzyzwoite myśli, smutną naturę człowieka i jego obsesje. Nie brakuje w niej zboczeńców, pedofilów, wariatów, morderców, różnego rodzaju psychopatów, a także ludzi zagubionych i tych, którzy starają się żyć dalej, gdy cały świat wokół nich przestaje istnieć. Zaślepienie złymi emocjami, uleganie pokusom, nienawiść i obojętność kontrastują tutaj z miłością, pragnieniem miłości, zrozumienia, bliskości, oddaniem i moralnością. "Zagadki przeszłości" to utwór pod wieloma względami tak bardzo niepodobny do książek, które do tej pory przeczytałam. Czekam na kolejne części serii.

*s.65
**s.145

Za egzemplarz recenzencki uprzejmie dziękuję wydawnictwu Czarna Owca.

piątek, 8 sierpnia 2014

"Mężczyzna z Albanii" - Magnus Montelius

Tytuł oryginału: "Mannen från Albanien".
Tłumacz: Elżbieta Frątczak-Nowotny.
Wydawnictwo: Czarna Owca, 2014.
Liczba stron: 376.
Oprawa: miękka.
Rozpoczęcie lektury: 22.07.2014.
Zakończenie lektury: 25.07.2014.
Moja ocena: 6/10.

Debiutancka powieść Magnusa Monteliusa, "Mężczyzna z Albanii", nie jest typowym kryminałem skandynawskim, do jakich zapewne zdążyła przywyknąć większość miłośników tego gatunku literackiego. Nie wszystkim więc przypadnie do gustu. Pozytywnie zaskoczeni lekturą będą bowiem głównie ci, którzy nie stronią od historii i polityki, a co za tym idzie, książek o tematyce szpiegowskiej. Montelius za tło swojego utworu obrał historię lat sześćdziesiątych, zimnej wojny i początków lat dziewięćdziesiątych, a akcję osadził w Szwecji i Albanii, dwóch państwach powiązanych pewnym nieboszczykiem, którego śmierć, a właściwie jej przyczyny, mogą nieźle namieszać w świecie wysoko postawionych ludzi i skrzywić obraz kraju wypadającego w oczach przeciętnego człowieka korzystnie.

Sztokholm, 1990 rok. Wspomniana wyżej ofiara to mężczyzna, który spadł z tarasu widokowego. Trudno stwierdzić, czy zrobił to przypadkowo, czy popełnił samobójstwo, czy ktoś go popchnął, a więc dopuścił się morderstwa. Śledztwo w tej sprawie przypada inspektorowi Tilasowi i już wkrótce wychodzi na jaw, że zmarły miał przy sobie albański paszport wystawiony na Arona Bektashiego i najprawdopodobniej przebywał w ośrodku dla uchodźców. Ubiegał się o azyl? Był więźniem politycznym? A może kimś wpływowym? Ciekawiej robi się, gdy albańskie władze wypierają się istnienia osoby o nazwisku widniejącym na znalezionym paszporcie. Wypadkiem zaczyna się również interesować Tobias Meijtens, dziennikarz pracujący tymczasowo w redakcji jednej ze sztokholmskich gazet. Ma nadzieję na świetny materiał na artykuł, więc postanawia przyjrzeć się bliżej życiu nieboszczyka, a to, jak się szybko okazuje, wcale nie jest takie proste. Zanim Meijtens będzie mógł odpowiedzieć na pytanie, kim była ofiara, minie sporo czasu przesiąkniętego mnóstwem nerwów, tajemnic, niebezpieczeństwem, ale i towarzystwem uroczej Natalie Petrini, upartej i utalentowanej koleżanki po fachu.

Duet Meijtens-Petrini spodobał mi się od razu. Oboje są sprytni, oblatani w tematach historyczno-politycznych, zawzięci i konsekwentni. Potrafią skupić się na pracy, czyli prywatnym dziennikarskim dochodzeniu, na które pewne osoby rzucają niechętne i krzywe spojrzenia. Nie poddają się nawet wtedy, gdy na ich drodze pojawiają się przeszkody czy groźby pod postacią ustania zatrudnienia. Postać Arona Bektashiego wiąże się ze zbyt wieloma intrygującymi ludźmi i wydarzeniami z przeszłości, by odpuścić odkrywanie jej kart. Co ważne, stosunki między Tobiasem a Natalie są czysto koleżeńskie, pozbawione jakichś niekończących się miłosnych zalotów, no, może jest jedno zbliżenie, ale zapewne doskonale wiesz, drogi czytelniku, co mam na myśli - z żadnym przewidywalnym romansem nie trzeba się tutaj mierzyć. Jeśli chodzi o innych bohaterów powieści, do gustu przypadł mi również inspektor Tilas - taki trochę tajemniczy człowiek z równie tajemniczą przeszłością. Żałuję, że poprzez jego niewielką rolę trzeba zaliczyć go do bohaterów drugo-, może nawet trzecioplanowych.

Napięcie w "Mężczyźnie z Albanii" jest znikome. Nieco więcej uświadczy się go w drugiej połowie książki, kiedy to z jej treści wyłaniają się kolejne trupy, a także wzrasta liczba podejrzanych i dziwnych śladów prowadzących do rozwiązania głównej zagadki. Ale Montelius potrafi zainteresować czytelnika. W ogóle nie daje mu odczuć, że jest to powieściowy debiut. Mimo że w swą opowieść wplata mnóstwo wątków dotyczących stosunków i wpływów politycznych, socjalizmu, komunizmu i szpiegostwa sięgającego KGB, nie zanudza (no, może od czasu do czasu troszeczkę). Przyznaję, że jego utwór to nie do końca moja bajka - jeśli chodzi o kwestie, jakie porusza, zdarzało mi się czytać thrillery o podobnej tematyce, lecz jeszcze bardziej współczesne, z ucieczkami, pościgami, licznymi przekrętami i mistyfikacjami w rolach głównych - ale dałam się ponieść wyobraźni pisarza i na długie godziny przenieść się do drugiej połowy XX wieku w celu poznania ideałów politycznych ówczesnej młodzieży, a także zmierzenia się z inteligentnymi bohaterami, którym pojęcia zarówno przyjaźni, jak i zdrady, nie były obce. Myślę, że ów kryminał czytałoby mi się jeszcze przyjemniej, gdyby nie literówki, których, jak na wydawnictwo Czarna Owca, jest w nim całkiem sporo.

Świat wykreowany przez Magnusa Monteliusa to świat pełen sekretów, kłamstw, obłudy, gróźb, manipulacji, strachu oraz ludzi chroniących własne tyłki i żądnych zemsty. W "Mężczyźnie z Albanii" na jaw wychodzą fakty, które - w oczach konkretnych osób - powinny być trzymane w tajemnicy za wszelką cenę. Fakty, które mogą wstrząsnąć podwalinami Szwecji, a przy tym skompromitować i zabrudzić pozornie czyste charaktery wysokich rangą polityków i członków Służby Bezpieczeństwa. Utwór, choć pozbawiony zawrotnego tempa akcji, pod pewnymi względami ociera się o atrakcyjność i niebanalność. Zdecydowanie wyróżnia się na tle innych pozycji Czarnej Owcy przypisanych do słynnej już Czarnej Serii.

Za egzemplarz recenzencki uprzejmie dziękuję wydawnictwu Czarna Owca.

wtorek, 5 sierpnia 2014

"Sieroce pociągi" - Christina Baker Kline

Tytuł oryginału: "Orphan Train".
Tłumacz: Berenika Janczarska.
Wydawnictwo: Czarna Owca, 2014.
Liczba stron: 372.
Oprawa: miękka ze skrzydełkami.
Rozpoczęcie lektury: 15.07.2014.
Zakończenie lektury: 18.07.2014.
Moja ocena: 7/10.

Do dnia, w którym "Sieroce pociągi" amerykańskiej pisarki, Christiny Baker Kline, pojawiły się na polskim rynku wydawniczym, nie miałam pojęcia, że zjawisko, którego tematykę porusza w swej powieści autorka, istniało naprawdę. Moje pierwsze skojarzenie z tytułowymi pociągami dotyczyło obozów koncentracyjnych z czasów II wojny światowej, do których przecież mnóstwo więźniów przewożono właśnie tym środkiem transportu. Tymczasem tutaj chodzi o coś zupełnie innego, mianowicie pewien etap w historii Stanów Zjednoczonych - akcję społeczną trwającą w latach 1854-1929, w ramach której ponad dwieście tysięcy osieroconych, porzuconych i bezdomnych dzieci przesiedlono ze wschodniego wybrzeża na Środkowy Zachód, gdzie miały one znaleźć nowe domy, zostać adoptowane. Baker Kline zainteresowała się powyższą akcją, zgłębiając tajniki kart historii rodziny jej męża. Materiały do swej powieści zbierała, przekopując biblioteki, muzea i archiwa, czytając setki wspomnień i świadectw pasażerów pociągów i biorąc udział w organizowanych przez nich zjazdach. Jestem pewna, że spotkania pisarki z ludźmi, którzy wiele lat temu musieli wsiąść do "sierocych pociągów", były przeżyciami wyjątkowymi i zapadającymi w pamięć. Nasączonymi całą gamą emocji. Sama bowiem lubię poznawać dawne czasy, ówczesne losy ludzkie, historie mające miejsce w odległej rzeczywistości; próbowałam nawet - wprawdzie tylko za pośrednictwem internetu - odszukać jakiekolwiek ślady po nieistniejącej już Hucie Szczerzeckiej, z której pochodzi moja babcia. Ekscytuje mnie to, a zarazem wywołuje dreszcze i przepełnia smutkiem. Miałam wielką nadzieję, że napisana przez Baker Kline opowieść również wprowadzi mnie w ów stan - zaciekawienia, niepokoju i wzruszenia jednocześnie. Zrobiła to, ale w mniejszym stopniu, niż oczekiwałam. Autorka miała szansę ukazać dramatyzm "sierocych pociągów" - przeprowadziła mnóstwo badań, poznała nawet kilkoro pasażerów tych pociągów, z których mogła wyciągnąć sporo informacji - ale nie do końca jej to wyszło. Przedstawiła temat pobieżnie. O tym, co działo się z przesiedlanymi dziećmi, można poczytać chociażby w internecie, a pisarka zaserwowała nam niewiele więcej szczegółów. Skupiła się za to na okresie poadopcyjnym wykreowanej przez siebie bohaterki. No ale może trochę przesadzam - jej książka to nie literatura faktu, lecz beletrystyka, a moje widzimisię zakrawa na co najmniej niezadowolenie. Przejdę więc teraz do oceny całokształtu fabuły, w którą, nie da się ukryć, zanurzałam się z dużym zainteresowaniem, czasem niedowierzaniem, troską i współczuciem.

Akcja powieści biegnie dwutorowo. Czytelnik na przemian poznaje bliżej krnąbrną nastolatkę, Molly Ayer, która od czasu utraty rodziców krążyła od jednej rodziny zastępczej do drugiej, a obecnie - w roku 2011 - mieszka z Diną i Ralphem w Spruce Harbor, w stanie Maine, oraz dziewięciojednoletnią Vivian Daly, samotną panią, której przeszłość jest ściśle powiązana z tytułem utworu Baker Kline. Drogi obu bohaterek krzyżują się, kiedy po dokonaniu kradzieży książki z biblioteki Molly trafia do domu Vivian, by odpracować karę, sprzątając jej strych. Strych kryjący w sobie niemalże nieskończone pokłady pamiątek pozwalających Vivian na snucie wspomnień z dawnych lat, kiedy to w 1929 roku, jako dziewięcioletnia Niamh Power, została sierotą, trafiła do Children's Aid, a stamtąd do "sierocego pociągu", który miał ją zawieźć do nowej, kochającej albo przynajmniej przyjacielskiej rodziny, na co dziewczynka miała nadzieję. Los jednak nie obszedł się z nią łaskawie...

Historia Vivian może się wydawać banalna - kilkakrotne adopcje, ciężka praca, szkoła, poczucie odrzucenia - ale mnie, jako osobie gustującej w dramatach rozgrywających się na przestrzeni lat, melodramatach zahaczających o miłość, wojnę, śmierć i tęsknotę, spodobała się. Niejednokrotnie było mi żal Niamh, wyobcowanej, niechcianej, traktowanej jak powietrze, wykorzystywanej do pomocy innym, ale najbardziej ubolewałam, rozpaczałam wręcz nad losem Luke'a Maynarda, innego dziecka z pociągu, który miał to nieszczęście trafić do ludzi uważających go za tylko i wyłącznie darmową siłę roboczą, którą często bez powodu należało chłostać i obrażać. Biedny Luke, kiedy wreszcie udało mu się wyjść na prostą, nie zdążył nacieszyć się wolnością, bo zgarnęła go wojna. Zarówno Vivian, jak i Molly, zostały przez autorkę nakreślone w podobny sposób, jeśli chodzi o ich charaktery, no i status sierot poszukujących bliskości i zrozumienia. Wyłapałam nawet z treści dwa fragmenty świadczące o tym, że myśli obu kobiet podążają tym samym torem. Pierwszy (o Niamh): "Takie dzieciństwo, gdy ma się świadomość, że nikt cię nie kocha, że nikt cię nie szuka, a ty sam nieustannie masz wrażenie, jakbyś wnętrze sklepu oglądał przez szybę, jest pożałowania godne. Czuję się o dekadę starsza, niż jestem w rzeczywistości. Wiem zbyt dużo - widziałam, jak z ludzi wychodzi to, co w nich najgorsze, gdy są najbardziej zdesperowani i samolubni, i ta wiedza sprawia, że staję się ostrożna. Więc uczę się udawać, uśmiechać i potakiwać, okazywać empatię, której nie odczuwam. Uczę się nie rzucać w oczy, wyglądać jak każdy, choć w środku jestem złamana"*. I drugi (o Molly): "Gdy Vivian opisuje, jak to jest być zdanym na łaskę obcych ludzi, Molly potrafi zrozumieć jej odczucia. Dobrze wie, jak to jest tłamsić swoją naturę, przybierać wymuszony uśmiech na twarzy, gdy wewnątrz czuje się tylko odrętwienie. Po krótkim czasie zatraca się umiejętność odczytywana własnych potrzeb. Pojawia się wdzięczność za każdy najdrobniejszy przejaw życzliwości, a potem, z wiekiem, rodzi się w człowieku podejrzliwość. <<Dlaczego ktoś miałby dla mnie coś zrobić, nie oczekując odpłaty? Zresztą rzadko się zdarza, żeby ktoś cokolwiek dla mnie robił>>. Częściej obserwuje się to, co w ludziach najgorsze; zauważa, że większość dorosłych kłamie, że ludzie z reguły troszczą się tylko o siebie. Że tobą interesują się tylko wówczas, gdy możesz się im do czegoś przydać. I tak właśnie kształtuje się twoja osobowość. Wiesz zbyt dużo, a ta wiedza rodzi nieufność. Stajesz się coraz bardziej bojaźliwa i sceptyczna. Wyrażanie emocji nie przychodzi już naturalnie, więc zaczynasz je udawać. Okazywać empatię, której wcale nie czujesz. Uczysz się niknąć w tłumie, wyglądać jak reszta, nawet jeśli od wewnątrz zżera cię rozpacz"**. W książce mało jest momentów radosnych, szczęśliwych, kipiących od pozytywnych emocji. Zabrakło mi w niej przyjaźni, o której zapewniają opisy "Sierocych pociągów", a która zapewne miała dotyczyć właśnie Vivian i Molly. Kontakty obu bohaterek sprowadzają się do krótkich, czasem sarkastycznych rozmów, snucia opowieści o ich niełatwym życiu, wspólnego milczenia i nieśmiałej pomocy w ostatecznym uporządkowaniu rodzinnych spraw. Przyjaźń między nimi może i rodzi się gdzieś głęboko w ich umysłach, ale nie zostało to dostateczne mocno zaakcentowane. Bohaterki nie należą do wylewnych osób, są powściągliwe w wyrażaniu uczuć i nietrudno się domyślić, dlaczego - życie przecież nauczyło je, by nie rzucać się z płaczem w ramiona każdej napotkanej osoby czy przyzwyczajać się do ludzi, których późniejsza strata może przynieść mnóstwo bólu i cierpienia.

Parę drobnych mankamentów (a raczej braków) utworu Christiny Baker Kline naświetliłam już we wcześniejszych akapitach niniejszej opinii, ale nie mogę nie zapomnieć o największym rozczarowaniu, czyli zakończeniu. Cała ta akcja z Vivian, komputerem i internetem w rolach głównych wydała mi się nie dość, że mało wiarygodna, to jeszcze napisana jakby w pośpiechu z powodu braku lepszego pomysłu autorki na happy end. Nagły finał niemalże zbił mnie z tropu, brutalnie przerywając poczucie mojego dotychczasowego zadowolenia wynikającego z lektury. Mimo słabych stron powieści warto jednak zwrócić na nią uwagę. Przede wszystkim ze względu na ciekawe tło historyczne, na które składa się zjawisko tytułowych pociągów (już samo uświadomienie czytelnikowi niemającemu pojęcia o tych wydarzeniach jest ogromnym plusem tej książki), poruszające losy Niamh Power znanej później jako Vivian Daly, a także tematykę wyobcowania i poszukiwania swego miejsca w świecie. Zarówno Vivian, jak i Molly starają się zrozumieć sens swego istnienia, poszukują pozytywnych akcentów w nieciekawym życiu, by uspokoić potargane przeszłością dusze, poszukują kogoś, kto zrozumiałby je jak nikt inny, bo przeżył to samo, co one, i doskonale wie, czym jest samotność, poczucie winy, strach przed jutrem i cierpienie. "Sieroce pociągi" to kawałek przyzwoitej literatury obyczajowej z domieszką historii i melodramatu, której lekturę zaliczam do udanych. Uważam, że potencjał pisarki nie został wykorzystany w pełni, dlatego jej utwór nie określiłabym mianem arcydzieła, ale dobrą powieścią jak najbardziej.

*s.150
**s.224-225

Za egzemplarz recenzencki uprzejmie dziękuję wydawnictwu Czarna Owca.

środa, 28 maja 2014

"Komisarz i cisza" - Håkan Nesser

Tytuł oryginału: "Kommissarien och tystnaden".
Tłumacz: Elżbieta Ptaszyńska-Sadowska.
Wydawnictwo: Czarna Owca, 2013.
Liczba stron: 368.
Rozpoczęcie lektury: 17.05.2014.
Zakończenie lektury: 19.05.2014.
Moja ocena: 5/10.

Håkan Nesser to urodzony w 1950 roku szwedzki pisarz. Do 1998 roku pracował jako nauczyciel w szkole gimnazjalnej. W 1988 roku zadebiutował powieścią "Koreografen", w latach dziewięćdziesiątych rozpoczął pisanie książek należących do cyklu opowiadającego o śledztwach komisarza Van Veeterena, a jeszcze później - do cyklu z inspektorem Barbarottim w roli głównej. Niektóre z jego powieści, między innymi "Punkt Borkmanna", "Karambol" i "Kim Novak nigdy nie wykąpała się w jeziorze Genezaret", doczekały się adaptacji filmowych.

"Komisarz i cisza" jest piątą częścią serii o Van Veeterenie, gburowatym, ale prowadzącym na ogół skuteczne dochodzenia komisarzu policji w Maardam. Po wydarzeniach, jakie miały miejsce w "Kobiecie ze znamieniem" i jakie dały mu się porządnie we znaki, mężczyzna coraz częściej myśli o porzuceniu dotychczasowej pracy i zajęciu się czymś o wiele lżejszym i spokojniejszym. Nie bardzo uśmiecha się to jego podwładnym, którzy, chcąc nie chcąc, przywykli do "rządów" komisarza, jego zmiennych nastrojów i nietypowych metod rozumowania. Tuż przed urlopem, który Van Veetern zaplanował sobie w otulonej słońcem Grecji, decyduje się na małą pomoc - w ramach zaległej przysługi dla dawnego znajomego - w śledztwie w sprawie zniknięcia nastoletniej dziewczynki w mieście położonym w niedalekim sąsiedztwie Maardam. Panujący wszędzie niemiłosierny upał nie tylko przypomina komisarzowi o zbliżającej się okazji do upragnionego wypoczynku, ale i utrudnia pracę, odbierając mu chęci i siły oraz zacierając zazwyczaj niezawodną intuicję i zdolność do logicznego myślenia.

W Waldingen mieści się pewien obóz, który mimo że wszyscy okoliczni mieszkańcy wiedzą, iż nosi nazwę Czyste Życie, cechuje się pewnego rodzaju tajemniczością. Jego założycielem jest ksiądz, Oscar Jellinek. Wraz z trzema kobietami, opiekunkami nazywanymi również siostrami, sprawuje pieczę nad kilkunastoma dziewczynkami będącymi w wieku mniej więcej od dwunastu do czternastu lat. Odizolowane od świata nastolatki biorą udział w odpowiednich naukach i są przygotowywane do konfirmacji, ale tak naprawdę nikt z zewnątrz obozu nie ma pojęcia, na czym owe nauki i zajęcia dziewcząt polegają. Krążą plotki, że ta tak zwana sekta łamie mnóstwo praw człowieka i słynie z rytuałów o podtekście seksualnym. Pętla zainteresowania miejscowych policjantów zacieśnia się wokół obozu jeszcze mocniej, gdy w jego okolicach znika bez śladu dziewczynka, a o tym incydencie policja dowiaduje się z anonimowego telefonu pewnej kobiety. Czy zaginiona należała do sekty Jellinka? Uciekła? Została porwana? A może zamordowana? Wydawać by się mogło, że nadzwyczaj upalne lato już bije temperaturowe rekordy, ale gdy zostają znalezione zwłoki dziecka płci żeńskiej, robi się jeszcze bardziej gorąco.

Tematyka "Komisarza i ciszy" jest ciężka, jak widać. Ale przecież nikomu nie jest do śmiechu, gdy ma się do czynienia z zabójstwami dzieci, a nawet gwałtami na nich dokonywanymi, prawda? Dla wielu ludzi, nawet dla takiego twardziela, jakim jest Van Veeteren, tego rodzaju przestępstwa to zbyt wiele. To coś strasznego i niemieszczącego się w przeciętnej ludzkiej głowie. To coś najgorszego. A jeśli doda się do tego ponury, acz zagadkowy klimat związany z podejrzanym obozem pseudoreligijnym i mnóstwem pojawiających się w powieści ludzi sprawiających wrażenie obłąkanych, nawiedzonych, ludzi milczących, niechcących niczego konkretnego powiedzieć, zdradzić i czegoś się obawiających, robi się naprawdę dziwnie i nieswojo. Bywało od czasu do czasu, że przez ten klimat właśnie moja wyobraźnia działała na wysokich obrotach. Może nawet to i dobrze, że mój umysł znalazł sobie jakieś zajęcie, gdyż akcję utworu określiłabym mianem nieruchawej, a autor nie popisał się tym razem, jeśli chodzi o zaopatrzenie kryminału w dużą liczbę tropów i konkretów, na których mogłabym porządnie skupić swoją uwagę. Tytułowa cisza, którą można podporządkować przede wszystkim śledztwu stojącemu niemalże w miejscu, denerwowała nie tylko głównego bohatera, ale i mnie. Całość gdzieś się rozłaziła, a mnie to po prostu rozpraszało. Nesser o wiele bardziej koncentruje się na osobie Van Veeterena, który teoretyzuje i filozofuje na temat dochodzenia i własnego niezbyt udanego życia niezwykle często i nie zawsze z zadowalającym skutkiem. Z jednej strony to nawet fajnie, że komisarz - naturalny i wiarygodny - przewija się przez większość stron książki, ale z drugiej - jego liczne wywody i przemyślenia w połączeniu z tym, o czym pisałam wcześniej, czyli nie do końca ekscytującym przebiegiem całokształtu fabuły, mogą w końcu zacząć nudzić i niecierpliwić odbiorcę.

Co natomiast nadal sobie chwalę w twórczości Nessera, to sposób, w jaki kreuje postaci drugoplanowe, pod którymi kryją się niezastąpieni i niepodobni do nikogo innego koledzy i podwładni Van Veeterena, czyli Münster, Reinhart, Moreno i cała reszta. Uwielbiam "przyglądać się" ich słownym potyczkom, w których nie brakuje sarkazmu i czarnego humoru, i pracy, jaką wykonują, nawet w najtrudniejszych i najohydniejszych chwilach nie zapominając o poczuciu humoru, dystansie do siebie i otaczającego świata, różnego rodzaju przyjemnościach i... jedzeniu. Pod tym względem pisarz w dalszym ciągu trzyma poziom i mam nadzieję, że w kolejnych powieściach należących do cyklu o słynnym komisarzu z Maardam obecność powyższych bohaterów została silniej zaakcentowana.

Dla niektórych czytelników "Komisarz i cisza" jest najlepszą częścią serii, dla mnie natomiast - jak dotąd, oczywiście - najsłabszą. Do wyrobienia sobie takiego, a nie innego zdania na jej temat przyczyniło się - oprócz wcześniej wymienionych słabych stron kryminału - także zakończenie, które może i powoduje wzrost napięcia, ale ostatecznie nie zaskakuje. Odniosłam wrażenie, że Håkanowi Nesserowi jakby zabrakło świeżego pomysłu na motywy działania ściganego przez policję przestępcy, przez co to, kim on jest, który z bohaterów książki odpowiada za straszliwe zbrodnie, można odgadnąć bardzo łatwo. Przygody z Van Veeterenem i jego ekipą nie zamierzam jednak kończyć tu i teraz. Dobrnęłam dość daleko i nadal czuję się, że tak to ujmę, na siłach, więc jestem skłonna wybaczyć autorowi dotychczasowe - w moim mniemaniu, rzecz jasna - potknięcia i wierzyć, że "Sprawa Münstera" zrobi na mnie dużo lepsze wrażenie.

piątek, 28 marca 2014

"Kobieta ze znamieniem" - Håkan Nesser

Tytuł oryginału: "Kvinna med födelsemärke".
Tłumacz: Małgorzata Kłos.
Wydawnictwo: Czarna Owca, 2013.
Liczba stron: 328.
Rozpoczęcie lektury: 21.03.2014.
Zakończenie lektury: 22.03.2014.
Moja ocena: 6/10.

Håkan Nesser to jeden z najpopularniejszych szwedzkich pisarzy, twórca kryminałów. Niegdyś pracował jako nauczyciel gimnazjalny. Zadebiutował w 1988 roku powieścią "Koreografen". Dwie najbardziej znane postaci przez niego wykreowane to Van Veeteren oraz Gunnar Barbarotti. Z tym pierwszym powstało aż dziesięć utworów. Część z nich została zekranizowana. Nesser trzykrotnie otrzymał nagrodę za najlepszy szwedzki kryminał, a jego książki przetłumaczono na ponad dwadzieścia języków.

Seria książek o komisarzu Van Veeterenie z całą pewnością nie należy do wybitnych, ale ma w sobie coś takiego - być może dużą rolę odgrywa tutaj swoboda, z jaką pisze autor - co zachęca mnie do brnięcia przez kolejne tomy wchodzące w jej skład. Tym sposobem dotarłam do czwartego z nich, którego tytuł brzmi "Kobieta ze znamieniem". Podobnie jak w poprzednich częściach cyklu, i tutaj akcja toczy się w fikcyjnym mieście Maardam i jego okolicach. Minął niecały rok od wydarzeń przedstawionych w "Powrocie", a miejscowa policja z Van Veeterenem na czele znów musi zmierzyć się ze sprawą większego kalibru i dopaść mordercę, który szybkimi krokami zbliża się do uzyskania miana mordercy seryjnego.

Jako pierwszy ginie zastrzelony w swoim mieszkaniu mężczyzna, Ryszard Malik. Okazuje się, że przed śmiercią był on dręczony dziwnymi telefonami, w czasie których ktoś odtwarzał znaną mu, lecz budzącą z najciemniejszych zakamarków umysłu wydarzenie z przeszłości melodię. Niedługo potem policja policja odkrywa zwłoki kolejnego mężczyzny, który najwyraźniej umarł w ten sam sposób, co poprzednia ofiara. Mimo niewielu tropów i bezowocnych przesłuchań śledczy robią wszystko, co w ich mocy (czy aby na pewno?), by znaleźć powiązania między obydwoma zgonami i odgadnąć tożsamość zabójcy. Ale czy uda im się tego dokonać przed jego następnym - śmiertelnym - ruchem?

Niewątpliwie największą wadą "Kobiety ze znamieniem" jest fakt, że czytelnik już na samym początku poznaje osobę, którą trochę później zaczyna "ścigać" Van Veeteren wraz ze swoją ekipą. A po zaledwie kilkunastu stronach kryminału można domyślić się motywu działania przestępcy. Aż dziw, że nie przychodzi on do głów śledczych przez niemalże całą lekturę. W pewien pokręcony sposób podziwiają oni mordercę - to, z jaką determinacją, zimną krwią i starannością planuje zrobienie krzywdy człowiekowi i realizuje te plany - ale jeśli chodzi o jego pobudki, wyjątkowo nie grzeszą pomysłowością i inteligencją.

Za to coraz częściej zbiera im się na żarty, trzeba przyznać. Jak na książkę, w której dominuje ponura tematyka, a więc i atmosfera, jest całkiem zabawnie. A wszystko to za sprawą nasączonych humorem, ironią i ciętymi ripostami licznych dialogów między bohaterami. Nie da się nie lubić Münstera, Heinemanna, Reinharta czy Rootha, mimo że Nesser pisze o nich pobieżnie, nie zagłębiając się jakoś szczególnie w ich życie rodzinne czy uczuciowe. Od czasu do czasu tylko przytacza ich w miarę ciekawe rozmyślania na temat pracy w policji i szerzącego się na świecie zła lub sprawia, że ktoś się w kimś zakochuje albo planuje założenie rodziny. Samego Van Veeterena jest tym razem raczej mało; w porównaniu do jego roli w "Powrocie", zdecydowanie bardzo mało, ale mam nadzieję, że w kolejnych częściach serii pisarz nawiąże do jego osoby, a zwłaszcza przeszłości bardziej skrupulatnie.

Myślę, że na tym poprzestanę. Tak naprawdę nie jestem w stanie zbyt wiele napisać o "Kobiecie ze znamieniem" tak, by nie zdradzić tożsamości zabójcy i przebiegu śledztwa, które pod koniec przybiera nieoczekiwany obrót. Zakończenie mogę określić jako charakterystyczne dla twórczości Håkana Nessera, przynajmniej tej obejmującej cykl o gburowatym komisarzu z Maardam. Całość, jak zwykle zresztą, czytało mi się niesłychanie szybko - uwinęłam się z tą powieścią praktycznie w jedną noc. I w najbliższym czasie z całą pewnością zabiorę się za "Komisarza i ciszę", piąty utwór z cyklu.

poniedziałek, 9 grudnia 2013

"Wody wielkie" - Arne Dahl

Tytuł oryginału: "De största vatten".
Tłumacz: Robert Kędzierski.
Wydawnictwo: Czarna Owca, 2013.
Liczba stron: 424.
Oprawa: miękka.
Rozpoczęcie lektury: 05.11.2013.
Zakończenie lektury: 18.11.2013.
Moja ocena: 5/10.

Arne Dahl, właściwie Jan Lennart Arnald, to szwedzki autor opowiadań i powieści, krytyk literacki, z zawodu literaturoznawca. Obecnie pracuje dla Akademii Szwedzkiej, jest redaktorem czasopisma "Aiolos" i recenzentem w "Dagens Nyheter". Jako pisarz zadebiutował w 1990 roku powieścią "Chiosmassakern", ale dopiero seria kryminałów o Drużynie A zapewniła mu dużą popularność zarówno w jego rodzimym kraju, jak i w wielu innych państwach na całym świecie.

Bardzo nie lubię nie zachowywać chronologicznej kolejności wydań książek danego autora, zwłaszcza jeśli chodzi o serie, cykle z udziałem powtarzających się w nich bohaterów. W przypadku twórczości Dahla, niestety, zrobiłam wyjątek. A wszystko to dlatego, że skusiła mnie Czarna Seria - na ogół przeze mnie tolerowana - w obrębie której po raz pierwszy ukazał się utwór tego szwedzkiego pisarza, utwór u Drużynie A, specjalnej jednostce policyjnej, przeznaczonej do walki z przestępstwami o zasięgu międzynarodowym, utwór będący nie pierwszą, lecz piątą częścią cyklu, o tytule "Wody wielkie". Poprzednie cztery części ukazały się w Polsce w latach 2010-2012 nakładem wydawnictwa Muza, były i nadal są mi obce. Ale, tak jak napisałam wcześniej, skusiłam się, no i zmierzyłam z "Wodami wielkimi", które okazały się zupełnie innym kryminałem niż wszystkie te przeczytane przeze mnie do tej pory. W jakim sensie innym? O tym za chwilę.

Dag Lundmark, policjant o niezbyt kryształowej przeszłości, były narzeczony komisarz Kerstin Holm należącej do Drużyny A, zostaje oskarżony o zabicie afrykańskiego uchodźcy. Podejrzany twierdzi, że działał w obronie własnej, ale śledztwo w tej sprawie wykazuje, iż było zupełnie inaczej. Niemalże w tym samym czasie, jak z oczu policji znika Lundmark, Drużyna A w składzie Kerstin Holm, Paul Hjelm, Arto Söderstedt, Viggo Norlander, Jorge Chavez i Sara Svenhagen wszczyna dochodzenie w sprawie tajemniczego samobójstwa pewnego mężczyzny, który w liście pożegnalnym przyznaje się do popełnienia kilku zbrodni. Pech? Nadmiar obowiązków czy może sprytnie zaplanowana intryga? I jaki związek z tym wszystkim mają afrykańscy emigranci?

Tuż przed rozpoczęciem lektury powieści Dahla byłam wręcz przekonana, że jej fabuła od początku do końca będzie krążyć wokół przestępstw o randze międzypaństwowej - moje myślenie obrało taki kierunek właśnie dzięki wątkowi poświęconemu uchodźcom z Afryki, o którym jest mowa w opisie utworu - może nawet związanych z polityką, tymczasem ci uciekinierzy to niewielki fragment tła najważniejszych wydarzeń mających związek nie tyle ze śledztwem Holm i jej przyjaciół, ile z osobą jej samej. Cała ta kryminalna otoczka "Wód wielkich" to tylko dodatek - pewnego rodzaju gra planszowa budząca wiele pytań i wątpliwości - do obrazu nieźle pokręconych relacji pomiędzy bohaterami, ich prywatnych wynurzeń i siejących niepokój nawiązań do ich przeszłości. Mieszanka iście wybuchowa, jak się patrzy; mnie jednak nie zafascynowała.

Faktem jest, iż styl Dahla jest jedyny w swoim rodzaju, niepowtarzalny. Intrygujący, ale trochę wariacki, czasami irytujący. Nieprzyzwyczajona do takowego, nie potrafiłam go zaakceptować. Przez pierwszą połowę książki nudziłam się i jednocześnie bałam, że jej lekturę będę przeciągać w nieskończoność. Drobiazgowa pisanina autora, pełna jakichś filozoficznych rozmyślań bohaterów, zbędnych powtórzeń, wymyślnych metafor i porównań, mimo że oryginalna, nie podchodziła mi za bardzo. Wszelkie wspomnienia i spostrzeżenia poszczególnych postaci dotyczące ich przeszłości rozpraszały nie tylko ich samych, ale też i mnie - podczas nurkowania w "Wodach wielkich". Dopiero gdzieś tak w połowie powieści akcja zaczyna się rozkręcać, pojawia się napięcie, jest więcej zamieszania, intryg, konfliktów interesów powiązanych z tym, co w kryminałach lubię najbardziej, czyli dochodzeniami policyjnymi w sprawie zagadkowych zbrodni. Wszelkie elementy fabuły, które bezpośrednio dotyczą przesłuchań świadków, "połknęłam" bez mrugnięcia okiem, Dahl bowiem bardzo szczegółowo prezentuje podejście Drużyny A do śledztwa, detale omawiania przesłuchań i wspólne analizy zgromadzonych przez nią materiałów. Akcja utworu jest płynna, wydarzenia przechodzą od jednego w drugie z zawrotną prędkością, przez co czasami ciężko mi było się skupić i we wszystkim połapać, na szczęście to, co najistotniejsze, czytelnik jest w stanie wychwycić bez problemu. Od czasu do czasu też może sobie pozwolić na małe rozluźnienie, a to za sprawą świetnych dialogów obfitujących w humorystyczne i cięte riposty. Dla przykładu - szpitalna rozmowa Viggo z poturbowanym włamywaczem, Björnem, powaliła mnie na łopatki.

Jeśli chodzi natomiast o same kreacje bohaterów powieści - nie da się ukryć, trochę odczułam brak znajomości poprzednich części serii o Drużynie A, bo każdy z jej członków ma za sobą pewne doświadczenia - czy to na tle prywatnym, czy zawodowym - o których Dahl raz po raz wspomina i które w mniejszym lub większym stopniu przylgnęły do nich niczym guma do żucia do spodu buta. W "Wodach wielkich" szczególnie jest to widoczne u Kerstin Holm. To ona gra tutaj pierwsze skrzypce, to jej uczucia i problemy są niezwykle dostrzegalne. Nic dziwnego - jej dawny związek z Dagiem Lundmarkiem, brutalem i pijaczyną, któremu obecnie porządnie odwala i który mimo to potrafi zręcznie wodzić za nos całą policję, dał jej się i daje nadal mocno we znaki z przyczyn, jak czytelnik stopniowo się dowiaduje, bardzo szokujących. Trudno wypowiedzieć się nieco obszerniej na ten temat, nie zdradzając istotnych faktów. Napiszę więc tylko, że wątek Holm jest rzeczywiście sprawnie skonstruowany i wart uwagi, ponieważ porusza tematykę zahaczających o wrażliwość ważnych wartości ludzkiego życia. Ale pomimo wszystkich plusów, jakie wyłapałam podczas czytania kryminału Dahla, nie udało mi się zżyć z jego bohaterami, nie tęsknię za nimi i nie wydaje mi się, abym w przyszłości sięgnęła po inne powieści z nimi w rolach głównych. Tym bardziej, że podobno "Wody wielkie" - za sprawą tłumacza, Roberta Kędzierskiego, ale nie tylko - są jedną z lepszych części cyklu traktującego o Drużynie A, a przecież nie do końca trafiły w mój gust.

Ich zakończenie jednak mogę zaliczyć do udanych - niebanalne, nieprzewidywalne niczym osoba Lundmarka - naprawdę nie spodziewałam się, że tak nieciekawie zapowiadająca się książka skończy się w sposób dużo lepszy, interesujący. Lekturę "Wód wielkich" zaproponowałabym miłośnikom thrillerów z dużą dawką psychologii, które odbiegają od utartych schematów i skupiają się nie tak bardzo na morderstwach i śledztwach, jak na psychikach występujących w nich postaci, miłośnikom oryginalności, dziwactw i pokręconych kreacji bohaterów. Styl Arnego Dahla jest inny, ale też nie dla wszystkich. Ja na przykład pozostanę tradycjonalistką, zwolenniczką przejrzystych (w miarę możliwości), niefilozoficznych stylów oraz skomplikowanych i niepozwalających na złapanie głębszego oddechu fabuł kryminalnych pełnych wymyślnych zbrodni.

Za egzemplarz recenzencki uprzejmie dziękuję wydawnictwu Czarna Owca.

piątek, 29 listopada 2013

"Beta" - Rachel Cohn

Tytuł oryginału: "Beta".
Tłumacz: Berenika Janczarska.
Wydawnictwo: Czarna Owca, 2013.
Liczba stron: 316.
Oprawa: miękka.
Rozpoczęcie lektury: 03.11.2013.
Zakończenie lektury: 04.11.2013.
Moja ocena: 6/10.

Istnieje pewna wyspa, rajska wyspa o nazwie Dominium, na której żyją pozornie szczęśliwi ludzie - dzień w dzień napawający się słodkim powietrzem, nudzący się bogacze, niezmęczeni pracą, których w codziennych obowiązkach wyręczają niezwykłe istoty, klony. Klony wyglądające jak ludzie, ale nieczujące, bo niemające duszy, którą posiadają ludzie. Ich rolą jest usługiwać bez najmniejszych oznak protestu, po prostu mechanicznie. Całkiem niedawno słynna doktor Lusardi zajmująca się produkcją klonów wprowadziła na rynek kilka egzemplarzy tychże istot w wersji beta, w wersji nastoletniej, które mogą, choć wcale nie muszą, posiadać jakieś ukryte wady oprogramowania. Jedną z bet jest narratorka powieści Rachel Cohn, szesnastoletnia Elizja, która, wystawiona na sprzedaż w sklepie, z miejsca podbija serce pani Bratton. Ta nadzwyczajnie piękna klonka zamieszkuje w domu Brattonów, a jej głównym zadaniem jest zabawianie, dotrzymywanie towarzystwa "siostrze" Liesel i "bratu" Ivanowi. Nieposiadająca rozległej, kompletnej wiedzy na temat otaczającego świata, Elizja stopniowo poznaje uroki życia na Dominium i odkrywa, że nie jest tak idealnym klonem, za jakiego wszyscy mieszkańcy tej rajskiej wyspy ją uważają. Pojawia się u niej bowiem pamięć, a co gorsza, zalążki różnego rodzaju uczuć, do których przecież nie ma prawa. Wiedząc, że jeśli ów fakt wyjdzie na jaw, będzie czekać ją straszny los, dziewczyna stara się robić wszystko, by ukryć swą nową tożsamość. A nie jest to wcale takie proste, gdy uczucia czasami biorą górę nad rozsądkiem...

Spotkanie z "Betą" było dla mnie zupełnie nowym doświadczeniem - rzadko sięgam po utwory z gatunku fantastyki i po raz pierwszy miałam do czynienia z antyutopią. Recenzując tę powieść, nie jestem więc w stanie odnieść się do innych lektur o podobnej tematyce i ewentualnie porównać jakieś tytuły. Skupię się zatem tylko i wyłącznie na książce Cohn. Czy zrobiła ona na mnie duże wrażenie? Raczej średnie.

Fantastyczny świat przedstawiony w "Becie" i jej ogólny klimat nie porwały mnie jakoś szczególnie. Tak naprawdę, moim zdaniem, trochę zbyt mało uwagi autorka poświęca przybliżeniu historii wyspy Dominium i jej obecnemu funkcjonowaniu. Czytelnik wie tylko tyle, że kiedyś miały miejsce jakieś Wojny Morskie, poza Dominium istnieje tak zwany Kontynent, a warunki życia w raju, wokół którego krąży fabuła utworu, są ustanawiane przez mieszkających w nim ludzi i na każdym kroku dopasowywane do ich nastrojów i potrzeb. Zabrakło mi większej ilości detali, ciekawostek związanych w powyższymi aspektami. Z drugiej jednak strony doszłam do wniosku, że Cohn miała pod tym względem niewielkie pole do popisu, ponieważ narratorką "Bety" uczyniła Elizję, która została wyposażona w podstawową, najbardziej potrzebną wiedzę, o wielu rzeczach nie ma zielonego pojęcia i dopiero się o nich dowiaduje, przebywając w towarzystwie Ivana i jego przyjaciół. Tym z kolei pisarka poświęca dużo uwagi, choć zupełnie niepotrzebnie. Ci wiecznie narzekający na nudę nastoletni bohaterowie nie robią nic poza... nudzeniem się właśnie, oddawaniem się rozrywkom typu opalanie się, pływanie, granie w nietypowe gry balansujące na pograniczu rzeczywistości i fikcji oraz zażywaniem narkotyków (raksji), które zapewniają im niezły odlot (ataraksję).

"- Kto to jest puszczalska? - dopytuję.
- Dziewczyna, która się puszcza.
- Puszcza? Czego się puszcza? - Wyobrażam sobie, jak Greer się czegoś trzyma i nagle puszcza, ale nie rozumiem, co Ivan mógłby mieć przeciwko temu.
- No, się puszcza, wiesz. - Jego twarz, po biegu czerwona jak burak, teraz purpurowieje. - W łóżku.
Zachodzę w głowę, czego się Greer trzyma i puszcza w łóżku"*.

Pomijając wątek samej Elizji, która, nie da się ukryć, jest całkiem interesującą, czasami zabawną, bo niemającą pojęcia o tym, czym jest sarkazm, co widać na przykładzie wyżej przytoczonego cytatu, postacią, u której kiełkują takie uczucia, jak radość, smutek, pożądanie, przerażenie czy gniew - a jest to bardzo fajnie ukazane - nie można nie wspomnieć o równie ciekawym wątku Tahira, kolegi Ivana, chłopaka zachowującego się w sposób co najmniej podejrzany, który zakochuje się w tytułowej becie z wzajemnością. Z wielką niecierpliwością oczekiwałam pojawienia się Tahira w powieści. Kiedy wreszcie się go doczekałam, zaintrygowały mnie jego losy, a potem nagle... ciach! I kwestia ten niezwykłej miłości Tahira i Elizji odlatuje sobie do innego raju niczym Ivan na raksji, a na pierwszy plan fabuły książki wysuwają się inne, bardziej dramatyczne i sensacyjne wątki typu bunt klonów, plany rebelii, a wraz z nimi nowe postaci, takie jak defekci czy akwenowie, w których nazwach i charakteryzacjach zdążyłam się nieco pogubić. Tak że trochę było mi szkoda Tahira, cieszyłam się jednak, że ostatnie kilkanaście rozdziałów utworu obfituje w coraz to bardziej zaskakujące i pełne napięcia wydarzenia.

Jak na trzysta-parę stron książki, sporo się w niej dzieje, począwszy od wewnętrznych przemian bohaterów, przez uczucia miłości, przyjaźni, aż po bunty, a nawet morderstwa, ale wszystko to jest przedstawione tak po łebkach. I pewnie też dlatego "Betę" czyta się naprawdę szybko. Rachel Cohn zaplanowała już kolejne części traktujące o przygodach Elizji, najprawdopodobniej będzie można mówić tutaj o trylogii. Druga z nich nosi tytuł "Emergent". Czy sięgnę po nią, gdy ukaże się w Polsce? Myślę, że tak, gdyż zakończenie jej poprzedniczki wręcz postawiło mnie na nogi - warto tutaj nadmienić, iż powieść czytałam w pozycji leżącej - i natychmiast zaczęłam ubolewać nad tym, że nie miałam pod ręką następnej części. Czy będzie mi dane po raz drugi poddać się fascynacji feerią barw fioletu, różu i brzoskwini, którymi tak wdzięcznie została okraszona wyspa Dominium? A może wręcz przeciwnie, wraz z Elizją będę musiała zmierzyć się z szarością i ponurym obrazem raju, w którym zapanuje wojna? Mam nadzieję, że odpowiedzi na te oraz inne pytania uzyskam w przyszłym roku kalendarzowym. Byle nie później.

*s.58

Za egzemplarz recenzencki uprzejmie dziękuję wydawnictwu Czarna Owca.

czwartek, 21 listopada 2013

"Ogień" - Mats Strandberg, Sara B. Elfgren

Tytuł oryginału: "Eld".
Tłumacz: Patrycja Włóczyk.
Wydawnictwo: Czarna Owca, 2013.
Liczba stron: 696.
Oprawa: miękka.
Rozpoczęcie lektury: 01.11.2013.
Zakończenie lektury: 02.11.2013.
Moja ocena: 9/10.

Mats Strandberg to pisarz i publicysta. Zadebiutował w 2006 roku powieścią "Jaktsäsong". Sara Bergmark Elfgren pracowała jako scenarzystka filmowa i telewizyjna. Oboje pochodzą ze Szwecji. W 2011 roku razem napisali "Krąg", pierwszą część fantastyczno-młodzieżowej trylogii. Jak sami twierdzą, podczas jej tworzenia inspirowali się i inspirują nadal takimi tytułami, jak "Miasteczko Twin Peaks", "Nie z tego świata" oraz "Buffy - postrach wampirów". Wytwórnia filmowa Filmlance już wykupiła prawa do całej trylogii.

Po "Ogień" sięgnęłam - całkowicie nieświadomie - dokładnie rok po przeczytaniu "Kręgu", czyli pierwszego listopada. Mimo że druga część trylogii o Engelsfors jest obszerniejsza od swej poprzedniczki - ma prawie siedemset stron - wystarczyły mi dwie noce, by poznać jej treść i... popaść w jeszcze większe uwielbienie związane z wyjątkowymi perypetiami nastoletnich bohaterek, Wybrańców, którym przyszło zmierzyć się z różnego rodzaju niebezpieczeństwami na tle magicznym, z demonami, których celem jest doprowadzenie do zagłady całego świata.

Minoo Falk-Karimi, Anna-Karin Nieminen, Vanessa Dahl, Linnéa Wallin oraz Ida Holmström rozpoczynają kolejny rok szkolny w liceum w Engelsfors. Po wydarzeniach, jakie miały miejsce w "Kręgu", wszystko powróciło do normalności - która obecnie jest dla dziewczyn wręcz na wagę złota - ale, oczywiście, nie na długo. Do Engelsfors przybywają nowi, tajemniczy mieszkańcy, przyjaciel-przewodnik po świecie magii Minoo i jej koleżanek z pewnych przyczyn musi opuścić je na czas nieokreślony, a na dodatek w miasteczku powstaje podejrzane stowarzyszenie, którego celem jest wprowadzenie w nim określonych zmian, uczynienie go lepszym, bardziej pozytywnym. Nastoletnie czarownice wyczuwają zbliżającą się wielkimi krokami katastrofę, której skutki mogą okazać się tragiczne. Zanim jednak dojdzie do jakiejkolwiek konfrontacji Wybrańców z demonami, dziewczęta będą musiały wykazać się silną wolą, cierpliwością, sprytem, a przede wszystkim przyjacielską postawą, pokonując mnóstwo innych przeszkód, jakie postawił i stawia przed nimi nieobliczalny świat magii, a ponadto uporać się z typowymi problemami w szkole, w domu i w miłości.

Zanurzając się w głębinach "Ognia", trochę obawiałam się tego, że po roku czasu nie będę pamiętać wszystkich zdarzeń, o jakich była mowa w poprzedniej części trylogii i jakie przyczyniły się do takiego, a nie innego ukształtowania charakterów głównych bohaterek. Niepotrzebnie się martwiłam. Strandberg i Elfgren bowiem poprowadzili fabułę "Ognia" w sposób, który umożliwił im swobodne wplecenie od czasu do czasu krótkich przypomnień sytuacji, z jakimi musiały zmierzyć się Minoo, Anna-Karin, Vanessa, Linnéa i Ida w ubiegłym roku szkolnym. I to w zupełności wystarczyło. Książka od pierwszej strony zawładnęła moim umysłem, moją wyobraźnią, która natychmiast pogalopowała w kierunku znanego mi już niepokojącego, a jednocześnie fascynującego świata magii, pełnego nieposkromionych nadludzkich mocy i nadprzyrodzonych zjawisk, przeplatanego ze światem niemagicznym, w którym ludzie pokroju rodziców Wybrańców borykają się z codziennymi problemami, nie mając zielonego pojęcia o tym, co dzieje się wokół nich, co dzieje się z ich córkami.

Powieść została napisana bardzo przystępnym językiem, który sprawia, że czyta się ją dobrze i przyjemnie. Zarówno przygody, jak i osobowości młodych bohaterek, są ukazane niezwykle szczegółowo i precyzyjnie. Wszelkie ich emocje, uczucia, wątpliwości czy decyzje dosłownie wyłażą na wierzch, nie da się ich przeoczyć, wręcz przeciwnie - czytelnik ma ochotę pławić się w nich bez końca, bo są tak bardzo obezwładniające, intrygujące, a co najważniejsze, naturalne. Niejednokrotnie w czasie lektury "Ognia" odniosłam wrażenie, że sama należę do Wybrańców i dysponuję supermocą polegającą na operowaniu rozległą wiedzą na temat Minoo i jej przyjaciółek, na czytaniu w ich myślach, na wyczuwaniu ich nastrojów i emocji. Dziewczęta z Engelsfors muszą radzić sobie nie tylko z posiadanymi żywiołami, których racjonalne wykorzystywanie może pomóc, gdy znajdą się w niebezpieczeństwie, ale też z własnymi słabościami, nadziejami - na odwzajemnioną miłość, na odzyskanie szkolnej popularności - oraz kłopotami rodzinnymi, takimi jak niezrozumienie przez rodziców, ich nieustanne kłótnie, zdrady lub życie na pokaz. Takie największe obnażenie emocjonalne każdej z głównych bohaterek jest doskonale widoczne w kilku rozdziałach książki, kiedy to Wybrańcy zostają postawieni przed nie lada wyzwaniem - odnalezieniem się w zupełnie innych rolach - rolach koleżanek - dzięki zamianie ciał. Muszę przyznać, że to jeden z lepszych, choć nieco zagmatwany, elementów "Ognia", który dostarczył mi mnóstwo przede wszystkim zabawy.

Do takich właśnie nowych i zaskakujących zwrotów akcji tej części trylogii należy również zaliczyć wprowadzenie czytelnika przez Strandberga i Elfgren do wydarzeń o zabarwieniu historycznym. Ma on okazję poznać pokrótce historię magii, czarownic i demonów sięgającą nawet XVII wieku. Ponadto niezwykle ciekawym i absorbującym wątkiem powieści jest proces sądowy, który może wyciągnąć poważne konsekwencje wobec jednego z Wybrańców, swego czasu (tutaj warto przypomnieć sobie zdarzenia z "Kręgu") bardzo nieodpowiedzialnego. O którą z dziewczyn chodzi i jak wygląda finał rozprawy, nie zdradzę, rzecz jasna, napomknę tylko, że walka o sprawiedliwość jest bardzo zażarta, a Krąg musi wykazywać się wzajemną lojalnością i zaufaniem, by osiągnąć cel - wygrać.

Czytając "Ogień", ani przez sekundę się nie nudziłam, a żaden z jego wątków nie sprawił, że chciałam zaniechać dalszej lektury. O czymś takim tutaj w ogóle nie może być mowy! Mats Strandberg i Sara Bergmark Elfgren zaserwowali kolejną olbrzymią porcję niebanalnych, czasm szokujących i pełnych napięcia, a czasem zabawnych perypetii Minoo, Anny-Karin, Vanessy, Linnéi oraz Idy, zwieńczonych wzruszającym, a zarazem tak intrygującym zakończeniem, że odbiorca po jego przeczytaniu zaczyna ubolewać nad faktem, iż ostatnia część trylogii o Engelsfors, "Klucz", zostanie w Polsce wydana dopiero za jakiś - dłuższy - czas. Ja sama żałuję, że za mną już "Krąg" i "Ogień". Szczerze zazdroszczę czytelnikom, którzy dopiero rozpoczynają bądź rozpoczną przygodę z Wybrańcami. Polecam gorąco.

Za egzemplarz recenzencki uprzejmie dziękuję wydawnictwu Czarna Owca.

niedziela, 3 listopada 2013

"Plac dla dziewczynek" - Lena Oskarsson

Tytuł oryginału: "Flickornas torg".
Tłumacz: Zygfryd Radzki.
Wydawnictwo: Czarna Owca, 2012.
Liczba stron: 388.
Rozpoczęcie lektury: 02.09.2013.
Zakończenie lektury: 03.09.2013.
Moja ocena: 5/10.

Kim jest Lena Oskarsson, nie będę wnikać - Szwedka czy Polka, ona czy on, istnieje czy też nie - ważne jest, że pod tym nazwiskiem (a raczej pseudonimem) zostały napisane dwie książki z gatunku thrillera, "Plac dla dziewczynek" oraz "Czarne tango", których akcja toczy się w Szwecji. Pierwszej z nich przyjrzę się bliżej w niniejszej opinii.

W uroczym miasteczku położonym nad jeziorem Skiresjon brutalnie zamordowano szanowaną i na ogół lubianą Karin Frostenson. Zbrodnia stawia na nogi policję i okolicznych mieszkańców, ale śledztwo w jej sprawie niemalże utyka w martwym punkcie. Na prośbę męża zabitej kobiety prywatne dochodzenie wszczyna imigrantka z Polski, Zuza Wolny. Pomimo silnej tęsknoty za chorym bratem i potężnego pragnienia miłości, udaje jej się przeniknąć do pełnego sekretów świata jej sąsiadów i znajomych, ale czy to wystarczy, by schwytać mordercę?

Już od pierwszych stron "Plac dla dziewczynek" mnie zafascynował. A stało się tak za sprawą niebanalnego autorskiego operowania językiem. Jest on niezwykle ciekawy, dokładny, tam, gdzie trzeba surowy, oschły, a gdzie indziej znowu budujący napięcie. Dlatego absolutnie nie zraziły mnie początkowe rozdziały, w których pewna lolitka wdzięczy się do dojrzałego mężczyzny robiącego jej "z ukrycia" fotografie, który być może jest jakimś zboczeńcem albo ojcem nastolatki, albo jednym i drugim, kto to wie? Odpowiedzi należy szukać w dalszej części fabuły książki - ja w każdym bądź razie tak zrobiłam. Zatapiając się w lekturze tego kryminału, poznawałam kolejnych bohaterów, którzy po tym, jak popełniono zbrodnię na jednej z mieszkanek miasteczka, automatycznie stali się podejrzanymi o zamordowanie tej kobiety. Postaci przewijających się przez powieść jest mnóstwo, czego nie można napisać o dialogach. Autor/ka na ogół skupia się na intrygujących, dziwnych i tajemniczych opisach bohaterów. Wszystko byłoby fajnie i pięknie, gdyby nie fakt, że chyba każdy z nich ma bzika na punkcie erotyki i seksu. Jednym słowem - jest zboczony. Zamiast starać się jak najszybciej rozwiązać zagadkę śmierci Karin, ludzie borykają się z własnymi problemami, często właśnie natury erotycznej - a to mają jakieś obleśne zwyczaje, a to chętnie przelecieliby tego czy tamtego, a to znowu nie mogą przestać patrzeć na kobiece uda i wyobrażać sobie świńskich rzeczy. Z każdą kolejną stroną takich "perełek" w tekście jest coraz więcej, a co za tym idzie, odbiorca wyzbywa się pozytywnych uczuć (jeśli takowe istniały wcześniej) żywionych względem poszczególnych postaci.

Pozytywnych elementów w "Placu dla dziewczynek" jest niewiele. Całość bowiem sprawia wrażenie ponurej, przygnębiającej, od czasu do czasu także niesmacznej, ale mimo to całkiem interesującej, w końcu podstawowym celem czytelnika jest poznanie tożsamości przestępcy i motywów jego zbrodniczych działań. Śledztwo w tej sprawie jako tako się toczy, są przesłuchania, wychodzą na jaw zasługujące na uwagę policji i polskiej detektyw-amatorki, a także to, czego nie mogłoby zabraknąć w kryminale, czyli nawiązania do istotnych dla czasów obecnych wydarzeń z przeszłości. Mimo wszelkich niedoskonałości więc książkę czyta się dobrze i raczej nie można się na niej nudzić.

Ale im bliżej końca, tym więcej minusów można wyłapać. W tekście pojawiają się powtórzenia - przede wszystkim w opisach wyglądu pewnych bohaterów. Co jeszcze rzuca się w oczy, to "zamiłowanie" autora/ki do słowa "nabrzmiały" - w utworze niemalże co druga osoba ma nabrzmiałą twarz albo nabrzmiałe oczy. No i najważniejsza rzecz wśród negatywnych elementów powieści - jej zakończenie. Jest ono słabe, nieprzekonywujące i wręcz rozczarowujące. Ostrzegam - tożsamość mordercy jest nie do odgadnięcia. Głowiłam się przez całą lekturę, wymyślałam potencjalne motywy zbrodni, wiążąc je z ewentualnymi podejrzanymi, i figa z makiem z moich wysiłków wyszła. Jakby tego było mało, po zakończeniu czytania "Placu dla dziewczynek" czułam niedosyt - nie wszystko zostało wyjaśnione, kilka pytań, które wcześniej ułożyły się w mojej głowie, pozostało bez odpowiedzi. Szkoda.

Wielka szkoda, bo zapowiadało się naprawdę dobrze. Nie da się ukryć, że Lena Oskarsson jakiś tam potencjał posiada. Jeśli książka faktycznie jest polskiego autorstwa, muszę przyznać, że wyróżnia się na tle naszych rodzimych kryminałów, głównie ze względu na styl pisarski autora/ki i jej/go umiejętność budowania akcji poza Polską. Kto wie, może aktualnie przebywa w Szwecji albo zna od deski do deski literaturę skandynawską? Podsumowując, "Plac dla dziewczynek" to nie najgorsza, ale jedna ze słabszych pozycji wchodzących w skład Czarnej Serii wydawnictwa Czarna Owca. Czy przeczytam kolejną powieść Oskarsson, jaką jest "Czarne tango"? Być może - z ciekawości, czy pisarz/ka choć trochę udoskonalił/a swój styl i umiejętność niezbaczania z głównego wątku fabuły.

sobota, 12 października 2013

"Powrót" - Håkan Nesser

Tytuł oryginału: "Återkomsten".
Tłumacz: Elżbieta Ptaszyńska-Sadowska.
Wydawnictwo: Czarna Owca, 2013.
Liczba stron: 336.
Oprawa: miękka.
Rozpoczęcie lektury: 06.06.2013.
Zakończenie lektury: 08.06.2013.
Moja ocena: 6/10.

Håkan Nesser jest jednym z najpopularniejszych szwedzkich pisarzy, twórcą kryminałów. Niegdyś pracował jako nauczyciel gimnazjalny. Zadebiutował w 1988 roku powieścią "Koreografen". Dwie najbardziej znane postaci przez niego wykreowane to Van Veeteren oraz Gunnar Barbarotti. Z tym pierwszym powstało aż dziesięć utworów. Część z nich została zekranizowana. Nesser trzykrotnie otrzymał nagrodę za najlepszy szwedzki kryminał, a jego książki przetłumaczono na ponad dwadzieścia języków.

"Powrót" jest trzecią - po "Nieszczelnej sieci" i "Punkcie Borkmanna" - powieścią z serii kryminalnej o mrukliwym, acz sprytnym komisarzu Van Veeterenie i jego policyjnych towarzyszy. Tym razem, oprócz tradycyjnego śledztwa w sprawie morderstwa, komisarz musi zmierzyć się również z innym demonem śmierci, a mianowicie nowotworem tkwiącym w jego ciele. Czy uda mu się połączyć obie niecierpiące zwłoki sprawy?

W 1962 roku zostaje zamordowana Beatrice Holden. W 1981 roku - kolejna kobieta, Marlene Nietsch. Sprawca, po dwóch dwunastoletnich odsiadkach, ponownie wychodzi na wolność. W 1994 roku kilkuletnia dziewczynka natyka się w lesie na owinięte w dywan bezgłowe zwłoki mężczyzny. Brakuje im również dłoni i stóp. Kim jest ofiara? Jak długo spoczywała w leśnym rowie? Dlaczego została pozbawiona takich, a nie innych części ciała? Czy to zabójstwo ma jakiś związek z tymi sprzed lat? Jeszcze przed operacją wycięcia kawałka jelita grubego, w którym zagnieździł się rak, Van Veeteren i jego młodsi koledzy po fachu próbują dowiedzieć się czegoś istotnego na temat zamordowanego, ale ich praca nie przynosi dobrych rezultatów. Dopiero w momencie, gdy komisarz idzie pod nóż, sprawy przybierają nieoczekiwany obrót - rodzą się przypuszczenia odnośnie tego, kim może być zabity mężczyzna, a na dodatek wychodzą na jaw nieprzyjemne zdarzenia z jego przeszłości. Co na to wszystko powie Van Veeteren, gdy ocknie się po operacji?

Owa operacja, całe to ciche zmaganie się starego policjanta z nowotworem, to ciekawy wątek obyczajowy, który wyróżnia "Powrót" na tle poprzednich tomów serii. Dzięki niemu wyłania się zupełnie inny obraz Van Veeterena. Zazwyczaj chłodny, zgorzkniały i gburowaty, w obliczu trudnej sytuacji zdrowotnej traci całą odwagę, jest przerażony, boi się śmierci, zdaje sobie sprawę z kruchości ludzkiego życia, życia nawet tak twardego człowieka, jakim jest on sam. I mimo że czytelnik doskonale wie, że operacja komisarza się powiedzie (w końcu "Powrót" nie jest ostatnią powieścią z jego udziałem), potrafi wykrzesać z siebie nieco współczucia dla jego osoby. To nawet miłe i ciekawe, acz krótkotrwałe doświadczenie, bowiem już wracając do zdrowia, Van Veeteren natychmiast staje się znów zrzędzącym gliną, oczywiście skutecznie, choć czasem niekonwencjonalnie, wykonując swoją pracę.

Oprócz tego pięćdziesięciosiedmioletniego policjanta w książce przewijają się też inni - aspiranci i inspektorzy, tacy jak Münster, Rooth, Reinhart, Jung czy Moreno. Każdy z nich ciągnie za sobą jakiś fragment życia prywatnego, na które żali się w miejscu pracy. Ci ludzie na ogół sprawiają wrażenie wiecznie niezadowolonych, nieszczęśliwych, ponurych, ale od czasu do czasu są w stanie wydusić z siebie nieco dobrego, podszytego ironią i ciekawymi powiedzonkami humoru, dzięki czemu także czytelnik może przywołać na swą twarz niewielki uśmiech.

Ów humor jest widoczny oczywiście głównie w dialogach poszczególnych postaci, a w tekście jest ich sporo. Sporo jest też nazw miejscowości belgijskich lub holenderskich, w których dzieje się akcja i które chyba w większości, jeśli nie wszystkie, są fikcyjne, mnóstwo jest nazwisk wyskakujących ni skąd, ni zowąd w trakcie przesłuchań policji w sprawie morderstwa - niemal w każdym rozdziale (a są one bardzo krótkie) autor serwuje odbiorcy jakiegoś nowego podejrzanego czy świadka, w wyniku czego można nieźle się pogubić, dopasowując daną ostać do nazwiska czy odwrotnie przy składaniu do kupy ostatecznej wersji tej kryminalnej historii "Powrotu". Od razu zaznaczę, że ów zabieg do prostych nie należy. Ogólny pomysł na fabułę utworu przypadł mi do gustu, ale główna zagadka do rozwiązania dla czytelnika pod tytułem "Kto zabił?" jest bardzo trudna. Nesser bowiem udziela zbyt mało wskazówek ułatwiających wytypowanie głównego sprawcy. Ale kto wie, może tak właśnie miało być? Ja jednak w przypadku kryminałów wolę trochę pogłówkować i cieszyć się z ewentualnego trafnego wskazania tego "złego charakteru". W przypadku tej powieści absolutnie nie było mi to dane.

Ale generalnie czytało mi się ją dobrze - szybko, płynnie i z dużym zainteresowaniem. Do zwięzłego stylu Nessera już przywykłam. Lubię to, że serwuje on czytelnikowi konkrety, pisze bez owijania w bawełnę, takim nieco surowym i wypranym z emocji językiem. We znaki dają się natomiast dłuższe opisy mające charakter przemyśleń głównych bohaterów, z których większość przybiera formę pytań. Owszem, mogą one być nieco męczące, szczególnie w dużej ilości, ale z drugiej strony, czytając książkę, wyobrażam sobie, że te pytania są skierowane również do mnie, co pozwala mi na stawianie trafnych lu nie hipotez dotyczących dalszego przebiegu akcji.

Głównie ze względu na tę niełatwą zagadkę, o której pisałam powyżej, "Powrót" oceniłam troszkę niżej aniżeli "Punkt Borkmanna". Lektura każdego tomu z serii o Van Veeterenie jednak jest dla mnie ciekawym doświadczeniem - w końcu ich akcja toczy się w latach dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku, a niektóre wydarzenia sięgają jeszcze dalej - i przyjemnie spędzonym czasem; w żadnym wypadku nie uznałabym go za stracony. Mam wielką nadzieję, że wkrótce uda mi się dostać w swoje ręce kolejny utwór Håkana Nessera, jakim jest "Kobieta ze znamieniem". Jego tytuł brzmi interesująco!

Za egzemplarz recenzencki uprzejmie dziękuję wydawnictwu Czarna Owca.

czwartek, 21 lutego 2013

"Nauczycielka z Villette" - Ingrid Hedström

Tytuł oryginału: "Lärarinnan i Villette".
Tłumacz: Halina Thylwe.
Wydawnictwo: Czarna Owca, 2013.
Liczba stron: 304.
Oprawa: miękka.
Rozpoczęcie lektury: 05.02.2013.
Zakończenie lektury: 08.02.2013.
Moja ocena: 7/10.

Ingrid Hedström to szwedzka pisarka, obecnie mieszkająca w Sztokholmie. Niegdyś studiowała psychologię i przez pewien czas pracowała jako psycholog szkolny. W latach osiemdziesiątych podjęła się pierwszych prac jako dziennikarka i redaktorka znanych magazynów. Od 1992 roku pisze teksty na temat Europy dla "Daily News". Z kolei od niedawna tworzy też kryminały. Jej zamiłowanie do tego gatunku literackiego rozwijało się od wczesnych lat dziecięcych. Pisarka uczestniczyła w walijskich kursach pisania, a także czerpała i nadal czerpie inspirację i porady od znanych twórców, takich jak Val McDermid, Sue Grafton czy Denise Mina.

W 2008 roku Hedström otrzymała nagrodę Szwedzkiej Akademii Autorów Kryminalnych za najlepszy debiut, którym była książka "Nauczycielka z Villette", pierwsza część kryminalnych przygód sędzi śledczej, Martine Poirot. Akcję tej powieści, a także czterech kolejnych, które już powstały, osadziła w fikcyjnej miejscowości Villette w Belgii. W latach dziewięćdziesiątych autorka mieszkała w Brukseli, stąd też jej doskonała znajomość belgijskiej struktury miast, władz i społeczeństwa, jednym słowem - belgijskiego klimatu, który w omawianym w niniejszym tekście utworze jest bardzo odczuwalny.

Rok 1961. Pewien nastoletni chłopiec powierza młodszemu bratu straszliwą tajemnicę. Tak naprawdę żaden z nich nigdy nie chciałby, aby ujrzała ona światło dzienne, ale czasami wyjawienie prawdy przynosi pewnego rodzaju ulgę. Bardzo często jednak także katastrofalne skutki... Trzydzieści trzy lata później spokojnym miasteczkiem belgijskim wstrząsa dość dziwne wydarzenie. Znana i lubiana przez wszystkich nauczycielka, Jeanne Demaret, zostaje potrącona przez samochód i umiera w drodze do szpitala. Kierowca i feralne auto znikają z miejsca wypadku. Jego świadkowie twierdzą, że kobieta została zamordowana z premedytacją. Ale komu zależałoby na śmierci sześćdziesięcioletniej madame Demaret i dlaczego? Dochodzenie w tej sprawie postanawia przeprowadzić sędzia śledcza Martine Poirot, we współpracy z komisarzem Christianem de Jonge. Nie jest to jednak wcale takie proste, tym bardziej, że każdy nowy trop prowadzi do niepokojących wydarzeń z przeszłości i kolejnych zgonów wśród miejscowej ludności, bo poczynania policji i sędzi komuś zaczynają bardzo przeszkadzać...

"Nauczycielka z Villette" to kryminał z prawdziwego zdarzenia. Już na samym początku pisarka zaznajamia czytelnika z zestawieniem głównych postaci w nim się pojawiających i krótkimi objaśnieniami, kim one są. To całkiem przydatny zabieg - korzystałam z tych informacji niejednokrotnie w czasie lektury książki, przede wszystkim dlatego, iż miewałam problemy z zapamiętaniem wyszukanych zagranicznych nazwisk i funkcji pełnionych przez osoby noszące owe poszczególne nazwiska. Muszę przyznać, że ogromna ilość bohaterów, a zarazem podejrzanych o rozmaite czyny, trochę mnie przytłoczyła i raz po raz gubiłam się w faktach dotyczących tego, kto jest dyplomatą, kto mniej lub bardziej ważnym politykiem, a kto jakimś ministrem. Bo, chcąc nie chcąc, fabuła praktycznie cały czas krążyła wokół świata władz i wpływowych osobistości politycznych.

Mimo zaledwie kilku dni akcji właściwej, Hedström zdołała stworzyć całkiem intrygującą rzecz, w dodatku przy pomocy niezwykle sprawnego i przejrzystego języka, co bardzo pozytywnie mnie zaskoczyło. Gdybym nie wiedziała, że "Nauczycielka z Villette" jest jej debiutem literackim, sama w życiu bym na to nie wpadła. Widać, że w autorce drzemie olbrzymi potencjał. Z łatwością tworzy ona portrety różnorodnych postaci i ich historie, które na ogół przeplatają się lub łączą ze sobą. Wszystko ma sens i racjonalne wytłumaczenie.

Sama istota fabuły, jej treść, nie należy do banalnych. I, co ważne, nie przypomina innych, osadzonych w zimowych i ponurych klimatach thrillerów skandynawskich, co uznałam za całkiem miłą odmianę. Poza tym uwielbiam, gdy przedstawiona w książce kryminalna opowieść rozgałęzia się na wiele stron, zwłaszcza w stronę przeszłości. Utwór Hedström jest doskonałym przykładem stwierdzenia iż "przeszłość ma długie ręce"*. Czytelnik już od pierwszej strony zyskuje świadomość, że nie będzie mu łatwo oderwać się od lektury, bo przecież będzie musiał poznać dalszą, owianą tajemnicami część historii z 1961 roku, której skutki najwyraźniej dały radę wypłynąć na powierzchnię belgijskiej ziemi ponad trzydzieści lat później. Na równi z zagadką Martine Poirot odbiorca ma okazję przyglądać się historycznym badaniom jej męża, które, nie da się ukryć, także potrafią wzbudzić zainteresowanie, co oczywiście zaliczam do pozytywnych aspektów utworu. Do tych negatywnych z kolei, że tak jeszcze wtrącę, przypisałabym zbędne opisy średnio ciekawych historii niektórych bohaterów oraz belgijskiej architektury.

Czasem dobrze jest wyjawić prawdę, przyznać się do popełnionych czynów, nawet jeśli nie zasługują one na pochwałę. Czasem skutki wyjawienia okrutnej prawdy mogą być szokujące i pełne bólu, dlatego może lepiej zatrzymać ją tylko i wyłącznie dla siebie. Ale jak dowiedzieć się tego, kiedy dokonać takiego lub innego wyboru? Czy człowiek tak naprawdę ma wybór? Czy jest w stanie zachować zimną krew w nawet najbardziej przerażających momentach swego życia? "Nauczycielka z Villette" ukazuje świat pełen grzeszników, ich mrożących krew w żyłach dylematów, sekretów, od których jednak nie da się uciec, świat pełen zmów milczenia, okrucieństwa i cierpienia. To z jednej strony kryminał z dużą dawką napięcia, a z drugiej - dramat społeczny, który potrafi zagnieździć się w pamięci na dłużej. Ingrid Hedström wie, co robi. Mam nadzieję, że jeszcze nie raz zetknę się z jej twórczością, dlatego z niecierpliwością będę wyczekiwać jej kolejnych powieści w polskim wydaniu.

*s.70

Za egzemplarz recenzencki uprzejmie dziękuję wydawnictwu Czarna Owca.

wtorek, 19 lutego 2013

"Zamiast ciebie" - Sofie Sarenbrant

Tytuł oryginału: "I stället för dig".
Tłumacz: Robert Kędzierski.
Wydawnictwo: Czarna Owca, 2013.
Liczba stron: 320.
Oprawa: miękka.
Rozpoczęcie lektury: 03.02.2013.
Zakończenie lektury: 04.02.2013.
Moja ocena: 5/10.

Anna Brita "Sofie" Sarenbrant to szwedzka pisarka, dziennikarka, blogerka i fotograf. Pisała felietony dla magazynu "Amelia". W 2010 roku zadebiutowała thrillerem "36. tydzień", który szybko zdobył popularność w wielu krajach europejskich. Powieść ta otwiera cykl, którego akcja toczy się w nadmorskiej miejscowości Brantevik. Jak dotąd, w Polsce ukazały się dwa kryminały tej autorki, a ona sama zakończyła niedawno prace nad czwartym.

Poprzednie - pierwsze - moje spotkanie z twórczością Sarenbrant nie należało do udanych z prostego powodu - kiepski język i słaba orientacja pisarki z budowaniu pełnych intryg i napięcia thrillerów były zbyt wyraźne i zapadły mi głęboko w pamięć. Otwarte zakończenie "36. tygodnia" sprawiło jednak, że nabrałam ochoty na poznanie dalszych losów bohaterów tej powieści. Sięgając po utwór "Zamiast ciebie", miałam też okazję przekonać się, czy autorka zrobiła jakieś postępy w kwestii poziomu pisarstwa, a jeśli tak, to jakiego rodzaju. Mała uwaga dla czytelników, którzy nie mieli jeszcze styczności z jej prozą - kolejność, jeśli chodzi o lekturę kryminałów Sarenbrant, jest tutaj istotna, dlatego w celu uniknięcia niejasności bądź zepsucia sobie przyjemności wynikającej z poszczególnych, mniej lub bardziej zaskakujących zdarzeń, należy najpierw zapoznać się z "36. tygodniem".

Mija szesnaście lat od tragicznych wydarzeń związanych z porwaniami ciężarnych kobiet w małym miasteczku Brantevik, w których, chcąc nie chcąc, uczestniczyli Agnes, jej rodzina i przyjaciele. Teraz kobieta stara się prowadzić normalne życie, choć nie jest to łatwe ze względu na wywołującą przerażające wspomnienia przeszłość. Mąż się od niej oddala, osiemnastoletnia córka, Nicole, nierzadko sprawia kłopoty wychowawcze, także w rodzinie przyjaciółki Agnes, Johanny, nie dzieje się najlepiej. Nicole, nie mogąc dłużej znieść nieprzyjemnej atmosfery w domu, postanawia przyjrzeć się bliżej przeszłości swoich rodziców, szczególnie matki, o której niewiele wie. To, co odkryje, sprawi, że zacznie nieco inaczej postrzegać swoje dotychczasowe życie. A ponadto, wyruszając w tajemnicy w podróż do Branteviku, narazi się na ogromne niebezpieczeństwo...

W czasie lektury utworu "Zamiast ciebie" baczną uwagę zwracałam na język autorki, do którego zraziłam się już wcześniej. Czy uległ on poprawie? Muszę przyznać, że tak, choć nadal mogłam znaleźć w tekście nie do końca przemyślane bądź niepozamykane wątki. Akcja toczy się szybko, gdzieniegdzie pojawia się krzta napięcia, Sarenbrant skupia się jednak przede wszystkim na głównych wydarzeniach dotyczących Agnes jej córki, natomiast wątki poboczne pełnią funkcję jakby zapychaczy, takiego tła, którego zadaniem jest urozmaicenie treści. Co w dalszym ciągu rzuca się w oczy, to fakt, iż pisarka trochę nieumiejętnie konstruuje fabułę, pomagając sobie w utrzymaniu jej sensu bardzo widocznymi zbiegami okoliczności. Weźmy pod uwagę chociażby odważny wyczyn nastoletniej Nicole, która pewnego dnia, całkiem nagle, postanawia rozwiązać zagadkę z przeszłości swej rodziny. Co najmniej dziwne jest to, że akurat po szesnastu latach, gdy dziewczyna podejmuje się takiego działania, jej matka decyduje się odizolować od dręczących ją koszmarów sprzed lat, jej rodzina znajduje się w rozsypce, a grzebanie w przeszłości Branteviku komuś zaczyna się bardzo nie podobać. Jednym zdaniem - w przeciągu zaledwie kilku dni mają miejsce wybuchy wulkanu zaskakujących zdarzeń ze sobą powiązanych, wspomnienia z "36. tygodnia" powracają ze zdwojoną siłą, co dla mnie wygląda trochę na zjawisko nienaturalne.

No ale idźmy dalej i weźmy pod lupę całokształt historii opowiedzianej w powieści "Zamiast ciebie". Cóż mogę napisać - czyta się ją niezwykle szybko, bo jest dość ciekawa, ale też nie grzeszy powalającą na kolana oryginalnością i kryminalnym klimatem. Przeważają w niej bowiem wątki obyczajowe, takie jak problemy rodzinne, małżeńskie czy kłopoty w pracy, poprzez które nie jestem w stanie nazwać tej książki mrożącym krew w żyłach thrillerem. Fajnie jednak, że jest w niej to balansowanie bohaterów pomiędzy czasami odległymi a teraźniejszością. Są sekrety, niewyjaśnione fakty i podejrzani, w dodatku w dalszym ciągu akcja obraca się wokół przerażających porwań dzieci i traum ich rodzin, jakie owe porwania ze sobą niosą. Całkiem interesująco autorka kreśli portrety psychologiczne poszczególnych postaci pojawiających się w książce, choć na ogół są one nacechowane negatywnymi i smutnymi emocjami, a na domiar złego, wyposażone w nieracjonalny tok myślenia, który pociąga za sobą nieprzemyślane decyzje i czyny. W fabule jest ich mnóstwo. Bohaterowie robią to, czego nie powinni, a potem próbują się usprawiedliwiać. Denerwowały mnie zarówno ich niecne uczynki, jak i właśnie zbędne wyjaśnienia i myśli w postaci pytań i stwierdzeń typu "co ja zrobiłem?", "co ja sobie wtedy myślałam?", "jak mogłam tego wcześniej nie zauważyć?", "jestem skończonym idiotą" i tak dalej. Życie byłoby o wiele prostsze, gdybyśmy zawsze za pierwszym razem postępowali właściwie, prawda?

Na przekór powyższym "zarzutom" czytelnik jest w stanie zżyć się z rodzinami Agnes i Johanny, których burzliwe "przygody" jako tako zapadają w pamięć. Wygląda jednak na to, że utwór "Zamiast ciebie" jest drugą i ostatnią częścią historii o wydarzeniach w Branteviku. Wskazuje na to nie tylko jego zakończenie, ale też fakt, iż w dwóch kolejnych powieściach Sofie Sarenbrant, również kryminalnych, główną bohaterką jest bodajże policjantka, niejaka Emma Sköld. Czy sięgnę po nie, gdy ukażą się w Polsce? Myślę, że tak - ciekawi mnie ich treść, a także to, czy umiejętności pisarskie tej szwedzkiej autorki wraz z każdą następną książką ulegają zmianie na lepsze.

Za egzemplarz recenzencki uprzejmie dziękuję wydawnictwu Czarna Owca.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...