Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 5/10. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 5/10. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 26 czerwca 2014

"Rok na Majorce" - Anna Klara Majewska

Wydawnictwo: Wielka Litera, 2013.
Liczba stron: 336.
Rozpoczęcie lektury: 01.06.2014.
Zakończenie lektury: 05.06.2014.
Moja ocena: 5/10.

Anna Klara Majewska to polska pisarka, dziennikarka i felietonistka, córka nieżyjącej już fotografki, Zofii Nasierowskiej, i reżysera, Janusza Majewskiego. Autorka poradnika "Jak dobrze wyjść za mąż po czterdziestce" i "Sekretów" napisanych wspólnie z Hanną Bakułą i Anną Ibisz. Dwukrotnie zamężna. Z wywiadu znalezionego w sieci wyczytałam, że Majewska nie znosi fikcji i to, co opisała w powieści "Rok na Majorce", wydarzyło się mniej więcej naprawdę - pisarka w wieku trzydziestu pięciu lat wyprowadziła się z synem na ponad dwa lata właśnie na Majorkę, stąd też jej dobra znajomość tamtejszych rejonów i obyczajów, o których można poczytać w książce.

Jej bohaterką jest trzydziestopięcioletnia Magda Blum, rozwódka, matka dziesięcioletniego Michała, z zawodu architekt wnętrz, ale chwilowo bezrobotna. Po kolejnym nieudanym związku, tym razem z Maxem, hrabią, z którym koniecznie chce ją wyswatać matka, Magda wyprowadza się z Wiednia do Palmy, która może i jest rajem na ziemi, ale niekoniecznie zawsze, o czym kobieta przekonuje się trochę później. Czy hiszpańska wyspa pomoże Magdzie w uporządkowaniu jej dotychczasowego życia? A może w znalezieniu unikalnych przyjaciół i równie unikalnego tego jedynego? Czy Majorka okaże się przyjazna również dla jej rozpieszczonego dziesięciolatka?

Okładka powieści Majewskiej od razu wprowadza czytelnika w wakacyjny, urlopowy nastrój. Aż chciałoby się w następnej chwili znaleźć w otulonym słońcem południowoeuropejskim kraju pełnym zabytkowych miasteczek albo na jakiejś gorącej wyspie otoczonej lazurowymi wodami. Licznych opisów majorkańskich widoków oraz panujących na tytułowej wyspie zwyczajów i obrzędów w utworze nie brakuje, więc przyjemnie było mi przenieść się - wprawdzie tylko w wyobraźni, ale to zawsze jakiś plus - w ciepły klimat, którego chciałabym kiedyś posmakować w rzeczywistości. Na tym praktycznie kończy się urok "Roku na Majorce" związany z porą letnią i wypoczynkiem. Bo, prawdę pisząc, do lekkich, takich typowo przygodowych, zabawnych, na hamak czy plażę bym tej książki nie zaliczyła. Opowiada ona o kobiecych perypetiach dotyczących przede wszystkim mężczyzn. Na pierwszy plan wysuwają się więc romanse, zdrady i ploteczki. Autorka posługuje się specyficznym stylem pisania - trochę dzikim, wariackim, żartobliwym i niepozbawionym ironii, co na dłuższą metę wydaje się męczące lub nawet niesmaczne. Majewska nie stroni od wymyślnych porównań, złośliwych stereotypów (skoro niemiecka para w średnim wieku, to musi być brzydka; jak mężczyzna jeździ ładnym autem i nosi obcisłą różową koszulkę, musi być gejem) oraz różnojęzycznych wstawek, zwłaszcza angielskich, które nie zawsze są tłumaczone na język polski.

Miało być lekko i zabawnie, tymczasem jest denerwująco, ślady dobrego humoru są widoczne tylko gdzieniegdzie (parę sytuacji czy dialogów), a najciekawsze momenty akcji - pod koniec książki. To, że klimat "Roku na Majorce" jest taki, a nie inny, jest zasługą (a może raczej winą) ciężkostrawnych bohaterów wykreowanych przez Majewską. Szczególnie bohaterki głównej, czyli Magdy. Nie potrafiłam jej polubić. Kobieta ta jest na przemian chłodna, niezdecydowana, zła bądź po prostu wredna. Na wiele rzeczy i wielu ludzi narzeka. Niby poszukuje szczęścia, ale robi to nieodpowiedzialnie i byle jak. I w ten sposób wdaje się w relacje z niewłaściwymi osobami, które potem ją ranią i czynią jeszcze bardziej niezadowoloną z życia. Jest lekkomyślna i czasami w gorącej wodzie kąpana. Jej nałogiem są buty, więc każdy okropny moment w życiu Magdy równa się zakupowi nowej pary obuwia, nieważne, że kosztuje ona majątek, i nieważne, że jej przyszła właścicielka żyje z oszczędności. Nie podoba mi się to, jak określa swoją sytuację życiową - uważa, że wychowując dziecko, pracując (tak, tak, z czasem znajduje pracę, a nawet rozkręca własny biznes) i wykonując domowe obowiązki, popada w rutynę. Nie zauważa jednak tego, że jakimś cudem nie brakuje jej rozrywki, bo niemal co wieczór ma czas z kimś się spotkać, wyjść, wyjechać na jakieś spotkanie bądź imprezę, na której zostaje do późnej nocy. A czy przeciętny człowiek, który obraca się w środowiskach rodzina-praca-dom, nie twierdząc, że robi to rutynowo, ma zawsze czas na przyjemności, jakim oddaje się bohaterka powieści? Nie sądzę. Mam wrażenie, że Magda nie potrafi usiedzieć zbyt długo w jednym miejscu. Wszystko, zwłaszcza praca, szybko zaczyna ją nudzić.

Przejdę teraz do kwestii pozostałych postaci przewijających się przez utwór Majewskiej. Co najmniej zastanawiający jest fakt, iż wszystkie (poza Markiem Hamptonem) są, no cóż, owijać w bawełnę nie będę, dziwne - albo posiadają taki charakter, albo osobliwe hobby czy poglądy. Autorka może i chciała urozmaicić nimi swą książkę, ale wydaje mi się, że trochę przesadziła. Mamy w niej mnóstwo przyjaciółek Magdy, które są rozwódkami szukającymi nowych przygód miłosnych albo cierpiącymi na depresję (chyba najgorsza jest Rosa, "wspaniała i idealna" matka, która tylko patrzy, żeby wyrwać jakiegoś faceta - najlepiej artystę - nie może żyć bez seksu, nieobce jej są też narkotyki), mamy także mężczyznę brzydzącego się ludźmi, wiecznie napaloną złotą rączkę, oszusta żyjącego w dwóch związkach partnerskich, faceta, który martwi się o byłą żonę do tego stopnia, że nie potrafi oddać się całkowicie innej kobiecie, upierdliwą matkę Magdy (wątek Bożego Narodzenia z nią w roli głównej to koszmar i masakra!), obłąkaną staruszkę i parę innych. Wspomniany Marek Hampton, fajny gość i niemalże ideał mężczyzny, na tle powyższych bohaterów wydaje się przybyszem z kosmosu. Ale dzięki niemu właśnie fabuła "Roku na Majorce" nabrała nieco normalności i tajemniczości.

Z całą pewnością jest więc to książka zwariowana i "hałaśliwa". Jej przeciętna treść skupia się na damsko-męskich potyczkach, perypetiach i sekretach rodzinnych, prowadzeniu własnej działalności gospodarczej i ogólnym życiu na obczyźnie - nie tylko w przypadku głównej bohaterki, lecz kilku innych osób pochodzących z różnych zakątków Europy. Na kolana nie powali, może srogo rozczarować albo wręcz przeciwnie, poprawić humor. Nie tak dawno wydawnictwo Wielka Litera wypuściło na rynek "Powrót na Majorkę", kontynuację przygód Magdy i jej majorkańskich przyjaciół. Z opisu wynika, że kobieta znowu trochę namiesza (dlaczego? dlaczego?). Czy przeczytam? Może i nie mam nic przeciwko, gdyż bardzo nie lubię porzucać serii czy cyklu książek, ale przy tym nawale utworów, które pragnę poznać, tak szybko pewnie to nie nastąpi. Może nawet nigdy. Cóż, tym razem chyba przeżyję.

niedziela, 22 czerwca 2014

"Testament Mamy" - St John Greene

Tytuł oryginału: "Mum's List".
Tłumacz: Anna Zeller.
Wydawnictwo: Świat Książki, 2014.
Liczba stron: 288.
Rozpoczęcie lektury: 28.05.2014.
Zakończenie lektury: 30.05.2014.
Moja ocena: 5/10.

"Testament Mamy" jest książką opartą na prawdziwych wydarzeniach, których ślady można znaleźć w sieci. Napisana przez St Johna Greene, doprowadzona do ładu przez Rachel Murphy, przybrała kształt luźnego dziennika, którego sedno stanowią radosne i przykre wspomnienia jednej z angielskich rodzin, którą spotkało to, czego w głębi duszy obawia się chyba każdy z nas, czyli śmierć bliskiej osoby. St John to drugie imię narratora powieści, Singe'a. Za pośrednictwem nieco chaotycznych strzępków wydarzeń snuje on bez sensownego porządku opowieść o nieszczęściach, jakie spadły na niego, jego żonę, Kate, i dwóch synków, Reefa i Finna. Cudowna młodość Singe'a i Kate oraz wspaniałe późniejsze lata, które spędzili na licznych podróżach, oddawaniu się pasjom (szczególnie nurkowaniu), ale też zakładaniu rodziny, zostały nagle przerwane okrutnym pechem, kiedy niespełna dwuletni Reef zachorował na groźnego raka. Jakimś cudem chłopcu udało się go pokonać, ale wkrótce potem jego matka wykryła w swej piersi guzek, co również doprowadziło do walki z rakiem, tym razem jednak nieskutecznej. Kobieta zmarła przed czterdziestymi urodzinami, zostawiając zrozpaczonego małżonka z dwójką małoletnich chłopców i... listą życzeń, jaką zdążyła spisać przed śmiercią, zawierającą mnóstwo porad w kwestii wychowania dzieci i próśb skierowanych do Singe'a związanych z realizacją w bliższej lub dalszej przyszłości różnych planów.

Jeśli chodzi o ów tytułowy testament, nie zrobił on na mnie pozytywnego wrażenia. Owszem, niektóre życzenia Kate można zaliczyć do mądrych, wartościowych i naprawdę pożytecznych, ale inne już okazały się trochę przesadzone, niepotrzebne albo egoistyczne. Wypisane w formie przypominającej rozkaz niejednokrotnie spowodowały, że ze zdumienia szczęka mi opadła. Oto przykłady: "chciałabym, żeby podjazd został wyremontowany" (poza nim także kuchnia, pokoje dziecięce i plac zabaw) albo "lepiej, żeby [synowie] ustatkowali się wcześniej, tak byś mógł zobaczyć swoje wnuki" (warto tutaj zauważyć, że samej Kate nie spieszyło się z planowaniem ciąży - wolała wycisnąć z życia pozbawionego rodzinnych obowiązków jak najwięcej, zwiedzając świat - i tuż przed czterdziestką miała dzieci dopiero kilkuletnie). O podróżach w swej liście zmarła również wspomniała, narzuciła nawet własnym dzieciom ściśle określone sportowe hobby. Odniosłam wrażenie, że Kate jakby słabo ufała swym bliskim, wątpiąc w to, że zdołają oni poradzić sobie w życiu, gdy jej zabraknie. A przecież Singe nie był nieudolnym ojcem. Owszem, przez krótki czas obawiał się odpowiedzialności za synów, która nagle zaczęła spoczywać tylko i wyłącznie na jego barkach, ale wykazał dużą chęć do tego, by chłopców chronić i zapewnić im jak najlepszy byt, nie stając się jednocześnie klonem matki. Lista pozostawiona przez małżonkę pomogła Singe'owi zmienić życie, w pewnym stopniu uporać się ze stratą ukochanej połówki i odnaleźć się w nowej sytuacji. Zainspirowała go również do tworzenia własnej listy, która być może pozwoli mu wychować synów na porządnych mężczyzn i spełnić marzenia.

"Testament Mamy", jak twierdzi autor pod koniec powieści, symbolizuje koniec jego życia z Kate i początek nowego - bez niej. Ale, co widać gołym okiem, jest też pewnego rodzaju hołdem dla zmarłej. Greene ją gloryfikuje i wypowiada się na jej temat w samych superlatywach. To całkiem zrozumiałe, ale na dłuższą metę już nudne. Singe, nie szczędząc pochlebnych słów kierowanych do małżonki, często się powtarza, wspominając na przykład, jaką to idealną matką była, jaką to piękną figurę miała, albo z nienaturalnymi szczegółami (jak w jakiejś reklamie) opisuje, jakiej firmy były jej ulubione ciuchy czy kosmetyki. Czytelnik dowiaduje się też, że życie erotyczne państwa Greene należało do bardzo udanych - czy naprawdę i o tym autor musiał napomknąć? W tak poważnym, wydawać by się mogło, utworze? Na ogół jest on właśnie dość poważny i smutny, ale czego można się spodziewać po tematyce, jaką porusza, prawda? Od czasu do czasu jest nawet w stanie wycisnąć łzę z oka odbiorcy.

Lektura tej książki wywołała we mnie mnóstwo uczuć, w tym sprzecznych. Z jednej strony bowiem cieszyłam się szczęściem rodziny Greene, która czerpała radość z codziennego życia, starała się każdy dzień czynić niezwykłym i wyjątkowym, której credo brzmiało "nie marnuj czasu i żyj na maksa", zazdrościłam jej licznych wojaży, o których sama marzę bezustannie (gdzie już ona nie była - w Kenii, Izraelu, Australii, Egipcie, Laponii, na Teneryfie, na Malediwach...), podziwiałam nieustający optymizm Kate i jej miłość do otaczającego świata, a chwilę później podchodziłam sceptycznie do jej listy życzeń albo żywiłam pretensje do Singe'a, który pozwolił na jej publikację w gazecie, mimo że na samym początku testament żony traktował jako coś prywatnego i nie mówił o nim nawet rodzinie. Nie stronił też od wywiadów w telewizji, upubliczniając w ten sposób śmierć Kate i własne życie. Cóż, każdy radzi sobie ze śmiercią ukochanej osoby w inny sposób; najwyraźniej tego typu zabiegi i wsparcie, jakie dzięki nim Singe otrzymał od wielu ludzi, pomogły mu stanąć na nogi po przykrych wydarzeniach, ale nie jestem pewna, czy wszystko to, co zrobił, spodobałoby się Kate (choć sam twierdził, że tak).

Sięgając po "Testament Mamy", miałam nadzieję na coś zupełnie innego niż to, o czym napisałam powyżej - mianowicie na piękną, wzruszającą i wartościową powieść o radzeniu sobie z odejściem bliskiej osoby i przezwyciężaniu bólu. Greene natomiast stworzył coś w rodzaju osobistego - zbyt osobistego, na moje oko - pamiętnika pełnego losowych wspomnień z jego ponaddwudziestoletniego związku z Kate, jej walki z rakiem piersi i krótkiego okresu, w którym mężczyzna oswajał się z ponurą myślą, że został wdowcem z dwójką dzieci na utrzymaniu. Nie znalazłam tutaj podnoszących na duchu sentencji czy pouczających wskazówek. Zamiast tego ciągle było mi smutno i źle, gdyż żałoba autora wylewała się z kart utworu niemalże bez końca. Może i napisanie tej książki pomogło Singe'owi pozbierać się po stracie małżonki, ale jej wydanie - moim zdaniem - było już zbędne. Intymne szczegóły z życia swojego i Kate mógł po prostu pozostawić w szufladzie swego biurka. Historia przygnębiająca, ale zahaczająca o nadzieję na mniej przygnębiające jutro i uświadamiająca, że w trudnych chwilach warto mieć przy sobie wsparcie kogoś, komu można zaufać i na kim można polegać. A tytułowy testament? Kto wie, może już kogoś zainspirował bądź dopiero zainspiruje do stworzenia takowego w celu uporządkowania i ułatwienia życia?

środa, 28 maja 2014

"Komisarz i cisza" - Håkan Nesser

Tytuł oryginału: "Kommissarien och tystnaden".
Tłumacz: Elżbieta Ptaszyńska-Sadowska.
Wydawnictwo: Czarna Owca, 2013.
Liczba stron: 368.
Rozpoczęcie lektury: 17.05.2014.
Zakończenie lektury: 19.05.2014.
Moja ocena: 5/10.

Håkan Nesser to urodzony w 1950 roku szwedzki pisarz. Do 1998 roku pracował jako nauczyciel w szkole gimnazjalnej. W 1988 roku zadebiutował powieścią "Koreografen", w latach dziewięćdziesiątych rozpoczął pisanie książek należących do cyklu opowiadającego o śledztwach komisarza Van Veeterena, a jeszcze później - do cyklu z inspektorem Barbarottim w roli głównej. Niektóre z jego powieści, między innymi "Punkt Borkmanna", "Karambol" i "Kim Novak nigdy nie wykąpała się w jeziorze Genezaret", doczekały się adaptacji filmowych.

"Komisarz i cisza" jest piątą częścią serii o Van Veeterenie, gburowatym, ale prowadzącym na ogół skuteczne dochodzenia komisarzu policji w Maardam. Po wydarzeniach, jakie miały miejsce w "Kobiecie ze znamieniem" i jakie dały mu się porządnie we znaki, mężczyzna coraz częściej myśli o porzuceniu dotychczasowej pracy i zajęciu się czymś o wiele lżejszym i spokojniejszym. Nie bardzo uśmiecha się to jego podwładnym, którzy, chcąc nie chcąc, przywykli do "rządów" komisarza, jego zmiennych nastrojów i nietypowych metod rozumowania. Tuż przed urlopem, który Van Veetern zaplanował sobie w otulonej słońcem Grecji, decyduje się na małą pomoc - w ramach zaległej przysługi dla dawnego znajomego - w śledztwie w sprawie zniknięcia nastoletniej dziewczynki w mieście położonym w niedalekim sąsiedztwie Maardam. Panujący wszędzie niemiłosierny upał nie tylko przypomina komisarzowi o zbliżającej się okazji do upragnionego wypoczynku, ale i utrudnia pracę, odbierając mu chęci i siły oraz zacierając zazwyczaj niezawodną intuicję i zdolność do logicznego myślenia.

W Waldingen mieści się pewien obóz, który mimo że wszyscy okoliczni mieszkańcy wiedzą, iż nosi nazwę Czyste Życie, cechuje się pewnego rodzaju tajemniczością. Jego założycielem jest ksiądz, Oscar Jellinek. Wraz z trzema kobietami, opiekunkami nazywanymi również siostrami, sprawuje pieczę nad kilkunastoma dziewczynkami będącymi w wieku mniej więcej od dwunastu do czternastu lat. Odizolowane od świata nastolatki biorą udział w odpowiednich naukach i są przygotowywane do konfirmacji, ale tak naprawdę nikt z zewnątrz obozu nie ma pojęcia, na czym owe nauki i zajęcia dziewcząt polegają. Krążą plotki, że ta tak zwana sekta łamie mnóstwo praw człowieka i słynie z rytuałów o podtekście seksualnym. Pętla zainteresowania miejscowych policjantów zacieśnia się wokół obozu jeszcze mocniej, gdy w jego okolicach znika bez śladu dziewczynka, a o tym incydencie policja dowiaduje się z anonimowego telefonu pewnej kobiety. Czy zaginiona należała do sekty Jellinka? Uciekła? Została porwana? A może zamordowana? Wydawać by się mogło, że nadzwyczaj upalne lato już bije temperaturowe rekordy, ale gdy zostają znalezione zwłoki dziecka płci żeńskiej, robi się jeszcze bardziej gorąco.

Tematyka "Komisarza i ciszy" jest ciężka, jak widać. Ale przecież nikomu nie jest do śmiechu, gdy ma się do czynienia z zabójstwami dzieci, a nawet gwałtami na nich dokonywanymi, prawda? Dla wielu ludzi, nawet dla takiego twardziela, jakim jest Van Veeteren, tego rodzaju przestępstwa to zbyt wiele. To coś strasznego i niemieszczącego się w przeciętnej ludzkiej głowie. To coś najgorszego. A jeśli doda się do tego ponury, acz zagadkowy klimat związany z podejrzanym obozem pseudoreligijnym i mnóstwem pojawiających się w powieści ludzi sprawiających wrażenie obłąkanych, nawiedzonych, ludzi milczących, niechcących niczego konkretnego powiedzieć, zdradzić i czegoś się obawiających, robi się naprawdę dziwnie i nieswojo. Bywało od czasu do czasu, że przez ten klimat właśnie moja wyobraźnia działała na wysokich obrotach. Może nawet to i dobrze, że mój umysł znalazł sobie jakieś zajęcie, gdyż akcję utworu określiłabym mianem nieruchawej, a autor nie popisał się tym razem, jeśli chodzi o zaopatrzenie kryminału w dużą liczbę tropów i konkretów, na których mogłabym porządnie skupić swoją uwagę. Tytułowa cisza, którą można podporządkować przede wszystkim śledztwu stojącemu niemalże w miejscu, denerwowała nie tylko głównego bohatera, ale i mnie. Całość gdzieś się rozłaziła, a mnie to po prostu rozpraszało. Nesser o wiele bardziej koncentruje się na osobie Van Veeterena, który teoretyzuje i filozofuje na temat dochodzenia i własnego niezbyt udanego życia niezwykle często i nie zawsze z zadowalającym skutkiem. Z jednej strony to nawet fajnie, że komisarz - naturalny i wiarygodny - przewija się przez większość stron książki, ale z drugiej - jego liczne wywody i przemyślenia w połączeniu z tym, o czym pisałam wcześniej, czyli nie do końca ekscytującym przebiegiem całokształtu fabuły, mogą w końcu zacząć nudzić i niecierpliwić odbiorcę.

Co natomiast nadal sobie chwalę w twórczości Nessera, to sposób, w jaki kreuje postaci drugoplanowe, pod którymi kryją się niezastąpieni i niepodobni do nikogo innego koledzy i podwładni Van Veeterena, czyli Münster, Reinhart, Moreno i cała reszta. Uwielbiam "przyglądać się" ich słownym potyczkom, w których nie brakuje sarkazmu i czarnego humoru, i pracy, jaką wykonują, nawet w najtrudniejszych i najohydniejszych chwilach nie zapominając o poczuciu humoru, dystansie do siebie i otaczającego świata, różnego rodzaju przyjemnościach i... jedzeniu. Pod tym względem pisarz w dalszym ciągu trzyma poziom i mam nadzieję, że w kolejnych powieściach należących do cyklu o słynnym komisarzu z Maardam obecność powyższych bohaterów została silniej zaakcentowana.

Dla niektórych czytelników "Komisarz i cisza" jest najlepszą częścią serii, dla mnie natomiast - jak dotąd, oczywiście - najsłabszą. Do wyrobienia sobie takiego, a nie innego zdania na jej temat przyczyniło się - oprócz wcześniej wymienionych słabych stron kryminału - także zakończenie, które może i powoduje wzrost napięcia, ale ostatecznie nie zaskakuje. Odniosłam wrażenie, że Håkanowi Nesserowi jakby zabrakło świeżego pomysłu na motywy działania ściganego przez policję przestępcy, przez co to, kim on jest, który z bohaterów książki odpowiada za straszliwe zbrodnie, można odgadnąć bardzo łatwo. Przygody z Van Veeterenem i jego ekipą nie zamierzam jednak kończyć tu i teraz. Dobrnęłam dość daleko i nadal czuję się, że tak to ujmę, na siłach, więc jestem skłonna wybaczyć autorowi dotychczasowe - w moim mniemaniu, rzecz jasna - potknięcia i wierzyć, że "Sprawa Münstera" zrobi na mnie dużo lepsze wrażenie.

czwartek, 1 maja 2014

"Mimo wszystko Wiktoria" - Renata Kosin

Wydawnictwo: Replika, 2012.
Liczba stron: 328.
Rozpoczęcie lektury: 18.04.2014.
Zakończenie lektury: 21.04.2014.
Moja ocena: 5/10.

Po książkę "Mimo wszystko Wiktoria", pochodzący sprzed dwóch lat powieściowy debiut Renaty Kosin, sięgnęłam z dużym zainteresowaniem i nadzieją na spędzenie miłych chwil z lekką literaturą kobiecą, na co wówczas miałam ogromną ochotę. Śliczna okładka, intrygujący opis, liczne pozytywne opinie na temat tego utworu - czego tu chcieć więcej? Dla mnie jednak okazał się on małym rozczarowaniem. W czasie jego lektury irytowałam się i nudziłam na przemian, od czasu do czasu tylko uśmiechając się i wzruszając. Dlaczego tak, a nie inaczej, nie zupełnie na odwrót? O tym już za chwilę.

Fabuła powieści Kosin opiera się na kilku rodzinach i kilkunastu osobach żyjących w czasach współczesnych, właściwie tych najnowszych. Na pierwszy plan wysuwa się tutaj przyjaźń trzech doświadczonych przez los, wydawać by się mogło szczęśliwych kobiet - Michaliny Brunik, matki siedmioletniego Jasia i siedemnastoletniego Michała i żony Wiktora, nieco zazdrosnej o własną teściową, Zuzanny Rożeńskiej, właścicielki Domu Otwartego dla Pań słynącego z robótek ręcznych, oraz Gabrieli Dombrowskiej, rozwiedzionej nauczycielki wychowującej nastoletnią Julię. Każda z tych bohaterek boryka się z codziennymi problemami związanymi z obcowaniem z partnerami, opieką nad dziećmi czy pracą zawodową, stając u progu przemian wywoływanych przez zawrotny pęd współczesnego życia i aktualną modę.

W utworze nie brakuje rozmyślań i rozważań przewijających się w nim postaci na tematy dziś nam nieobce. Trudne i łatwiejsze. Tak jak niejeden współczesny człowiek, Michalina i jej przyjaciółki zadają sobie pytanie, czym jest dla nich szczęście, czy do jego pełno potrzebują małżonka, dziecka, wymarzonej pracy, a może wolności, czy warto trzymać się stereotypów, a może lepiej je łamać i pochwalać teorię gender i tak dalej, i tak dalej... Wszystko byłoby w porządku, gdyby nie to, że powyższe rozważania i rozmowy autorka wciska do fabuły przy każdej nadarzającej się, nawet błahej okazji, zazwyczaj pod postacią rozbudowanych, czasem kilkustronicowych dyskusji poszczególnych bohaterów. Przez to właśnie momentami miałam wrażenie, że czytam nie powieść, lecz coś w rodzaju poradnika, któremu jednak do niego daleko, bo zamiast dawać jakieś konkretne porady i podsuwać ciekawe pomysły, nie wnosi niczego nowego, gdyż niemal każda osoba w książce Kosin ma na poruszany temat inne zdanie. Jedna jest całkowicie przeciwna zdradzie małżeńskiej, druga nie widzi w tym nic złego, a jeszcze inna jest w stanie przymknąć na nią oko, ale pod warunkiem, że ów występek jest właściwie uzasadniony. I tak prawie zawsze - czy w czasie wywodów odnośnie macierzyństwa i zwolnień z pracy czy dzieci, ich szkolnych perypetii i miłosnych zawirowań. Jak tylko jedna z matek kończy filozoficzną wymianę zdań z czternastoletnią (!) córką na temat nihilizmu i komercji, na następnej stronie utworu wdaje się w poważną dyskusję z mężem poruszającą kwestię istoty związku kobiet z mężczyznami, ich ról, celów i wartości. Absolutnie nie tego się spodziewałam, biorąc do ręki "Mimo wszystko Wiktorię" - chciałam powieści lekkiej i przyjemnej (i momentami ona rzeczywiście taka jest), a nie niekończących się dyskusji bohaterów, które mają na celu ukazanie ich mądrości, inteligencji i obeznania w dzisiejszym świecie. Jeśli autorka koniecznie pragnęła o nich napisać, mogła zrobić to w jakimś artykule o gender, w czasopiśmie dla kobiet albo na forum internetowym, gdzie wymiany zdań pomiędzy użytkownikami wyglądają podobnie pod względem zróżnicowania, chaosu i niedokładności, jak dialogi z Michaliną, Zuzanną i Gabrielą w rolach głównych.

Tak jak zwykle nie mam nic przeciwko rozbudowanym dialogom, tak te zaprezentowane przez Kosin trochę mi przeszkadzały. Nawet w przypadku wspomnień z przeszłości bohaterek pisarka często posługuje się ich rozmowami zamiast po prostu opisami. Wygląda to mniej więcej tak: "a pamiętasz, jak...?", "pamiętasz, kiedy byłyśmy...?" - i potem jedna przez drugą zaczyna mówić, jak to było wtedy fajnie i wesoło, ha ha ha. Język, jakim posługuje się Kosin, jest raczej grzeczny i miły, przez co brakuje mi w nim swobody. Ale składam to na karb tego, że "Mimo wszystko Wiktoria" jest literackim debiutem. A kulejąca interpunkcja to zapewne wynik nie do końca idealnej korekty.

Żeby nie było, że książka Kosin jest pozbawiona plusów, pozwolę sobie teraz napomknąć w kilku zdaniach o jej pozytywnych stronach. Jej fabuła ewidentnie wokół czegoś krąży - głównie wokół Michaliny i jej tajemniczego zachowania mającego związek z jej wcześniejszym pobytem w szpitalu, a ponadto pomiędzy miłosnymi wypadkami Gabrieli i rodzinnymi sekretami Zuzanny, po odkryciu których życie tej ostatniej wywraca się do góry nogami. Niektóre wydarzenia okazały się rozbrajająco wzruszające, wówczas myślałam sobie, że dla nich właśnie warto było tę powieść czytać. W dość dużej mierze zrekompensowały mi one wszystko to, o czym pisałam wcześniej. Także zakończenie utworu bardzo mnie zaskoczyło, oczywiście na plus.

"Mimo wszystko Wiktoria" Renaty Kosin to powieść wprawdzie daleka od ideału, o zabałaganionej i zróżnicowanej treści, z której jednak gdzieniegdzie wyłaniają się obrazy warte uwagi, przedstawiające godną pozazdroszczenia kobiecą przyjaźń, poruszające niewiadome z przeszłości członków rodziny, miłość, namiętność, zazdrość, odpowiedzialność, zdolność do popełniania błędów, pomyłek oraz umiejętność wybaczania. Historia o kobietach, ale nie tylko. Dla kobiet i zapewne nie tylko. Liczyłam jednak na coś więcej i mam nadzieję, że dostarczą mi to kolejne książki tej autorki, czyli "Bluszcz prowincjonalny" i "Tajemnice Luizy Bein", których - a szczególnie tej drugiej - jestem bardzo ciekawa.

piątek, 21 marca 2014

"I stała się ciemność" - Marcin Wolski

Wydawnictwo: M, 2013.
Liczba stron: 276.
Oprawa: miękka.
Rozpoczęcie lektury: 07.03.2014.
Zakończenie lektury: 15.03.2014.
Moja ocena: 5/10.

Marcin Wolski to polski pisarz, dziennikarz i satyryk. Ukończył historię na Uniwersytecie Warszawskim. W latach 1975-1981 należał do Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. Przez wiele lat był związany z Programem III Polskiego Radia; dużą popularność zyskała audycja satyryczna "60 minut na godzinę". W 2006 roku został odznaczony przez ówczesnego prezydenta Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski, a trzy lata później doczekał się Złotego Medalu "Zasłużony Kulturze Gloria Artis". Członek Stowarzyszenia Pisarzy Polskich i Stowarzyszenia Wolnego Słowa. Stały felietonista "Gazety Polskiej" i "Tygodnika Solidarność", a od 2013 roku również publicysta tygodnika "Do Rzeczy". Autor wielu powieści, nowel i opowiadań.

Dokładnie dwadzieścia pięć tych ostatnich mieści się w zbiorze "I stała się ciemność". Dwa pierwsze, najdłuższe, bo liczące po kilkadziesiąt stron, pod koniec lat siedemdziesiątych XX wieku można było usłyszeć w radiu, niestety nie w całości, gdyż zostały przerwane przez wewnątrzradiową cenzurę. Pozostałe opowiadania natomiast pochodzą z magazynu "60 minut na godzinę". To utwory satyryczne, które zahaczają o różne gatunki literackie, takie jak fantastyka czy horror, przez co cały zbiór wydaje się nieźle pokręcony, czasem absurdalny, czasem naprawdę zabawny, a czasem po prostu nudnawy.

W opowiadaniu "I stała się ciemność" otwierającym zbiór o tym samym tytule czytelnik ma do czynienia z niezwykle tajemniczą miejscowością o nazwie Czartowa, która ni stąd, ni zowąd zostaje odcięta od reszty świata i otoczona ponurą i niepokojącą aurą. Z zamiarem napisania reportażu o okolicznym folklorze, przybywa tutaj dziennikarz, Karol Słuszak, ale szybko zostaje on wciągnięty w wir wierzeń i zabobonów mieszkańców Czartowej upierających się, że w miasteczku grasuje diabeł. "Noc miałem ciężką. Nękały mnie senne koszmary, w których stwory jakieś dziwne, kosmate zaglądały do mnie przez okno. Co gorsza cały czas nie miałem pewności, czy to tylko sen"*. Muszę przyznać, że Wolski stworzył całkiem ciekawy świat, w którym siły ludzkie (Powierzchniactwa) ścierają się z siłami diabelskimi istot (Ziemniactwa), których rysopisy nie do końca odpowiadają szatanom z wierzeń pradawnych, dawnych czy obecnych zaprzątających głowy członków społeczeństwa. Nieco odrażający wprawdzie, ale na ogół można dać się mu omamić i przeżyć ze Słuszakiem, Wróblem, Radostem, Liszewskim i Rdzewską zaskakującą, a już na pewno jedyną w swoim rodzaju przygodę z fajnym zakończeniem.

Drugie opowiadanie, "Dziennik znaleziony w taczce", krąży już wokół zupełnie innej tematyki, a mianowicie polityki. Jego bohaterem jest pewien urzędnik państwowy należący do Komitetu Centralnego i chlubiący się omnipotencją (szczególnie na polu matactw, przekrętów i przekupywania wszystkich i wszystkiego), która - wraz z prześladującym go pechem - stopniowo doprowadza go do zguby. Nieoczekiwane zwroty akcji i naszpikowany zabawnymi komentarzami język są najmocniejszymi stronami tego utworu. Nie można w trakcie jego lektury nie parsknąć od czasu do czasu śmiechem.

Nad pozostałymi opowiadaniami rozdrabniać się nie będę, gdyż, jak już wspomniałam wcześniej, jest ich sporo, na dodatek są króciutkie, niektóre ledwie dwustronicowe. Akcja kilku z nich toczy się w pewnym królestwie Amirandy, inne znów opisują przygody zantropomorfizowanych zwierząt, a bohaterami jeszcze innych są ludzie-dziwolągi, a nawet kosmici. Nie wszystkie utwory przypadły mi do gustu. O paru mogę wręcz napisać - mało sensownie wprawdzie, ale liczę na to, iż nie tylko wnikliwy czytelnik mnie zrozumie - że jednym okiem mi weszły, a drugim momentalnie wyszły. Z kolei do tych ulubionych zaliczyłabym te o następujących tytułach: "Smutek spełnianych życzeń", "Pięciu" i "Seryjny" - w przypadku tego ostatniego cieszyłam się, że nawet namiastka kryminału znalazła się w zbiorze Marcina Wolskiego.

W zbiorze może nie pełnym humoru, jak mówi opis, czy grozy, jak sugeruje mroczna okładka, ale dość przyjemnym w odbiorze. Opowiadania czyta się bardzo szybko, gdzieniegdzie absurdalne dowcipy ukryte w ich treści może i są w stanie wywołać uśmiech na twarzy odbiorcy, ale już niekoniecznie zapaść w jego pamięci na długo.

*s.22

Za egzemplarz recenzencki uprzejmie dziękuję wydawnictwu M.
Recenzja napisana dla portalu IRKA.

niedziela, 23 lutego 2014

"Zimowa opowieść" - Mark Helprin

Tytuł oryginalny: "Winter's Tale".
Tłumacz: Maciej Płaza, Joanna Dziubińska.
Wydawnictwo: Otwarte, 2014.
Liczba stron: 696.
Oprawa: twarda.
Rozpoczęcie lektury: 14.02.2014.
Zakończenie lektury: 21.02.2014.
Moja ocena: 5/10.

Przebrnięcie przez książkę, która liczy sobie prawie siedemset stron - dość dużych, gęsto zadrukowanych stron - to nie lada wyczyn. Szczególnie gdy czytelnik nie do końca odnajduje się w gatunku literackim, który ów utwór reprezentuje. Dlatego jestem z siebie dumna. Cieszę się, że udało mi się przeczytać "Zimową opowieść" Marka Helprina od początku do końca, mimo iż raz po raz dopadało mnie zdezorientowanie i wyczerpanie. Nie spodziewałam się, że ta powieść będzie tak dużym ładunkiem fantastyki, z którą stykam się raczej rzadko. Okładkowy opis sugerujący, że odbiorca będzie miał do czynienia z przygodowym romansem, nieco mnie zmylił. Właściwie, nie jest rzeczą łatwą zakwalifikowanie "Zimowej opowieści" do jednego gatunku - można określić ją mianem przedstawicielki urban fantasy, realizmu magicznego, baśnią albo po prostu miszmaszem składającym się z tych oraz wielu innych gatunków, podgatunków i elementów literatury. Ale jedno jest pewne - osoba planująca lekturę książki Helprina musi lubić fantastykę. Chyba że chce zaryzykować (podobnie jak ja), wówczas albo z impetem wkroczy w niebanalny świat wykreowany przez pisarza, albo wykaże umiarkowane zainteresowanie jego obrazem, albo po kilkudziesięciu stronach odłoży powieść na półkę i już nigdy do niej nie wróci. To z całą pewnością niezwykły, specyficzny, ale i wysublimowany utwór.

Na dodatek wielowątkowy. Jego akcja została osadzona na przestrzeni około stu lat (głównie na początku i końcu XX wieku), w Nowym Jorku i jego okolicach. To właśnie miasto Nowy Jork jest głównym bohaterem "Zimowej opowieści". Miasto, jego piękno, przywary, imponująca potęga i zachodzące w nim zmiany. "Każdego dnia wyglądało inaczej. Czy to w ciemne, duszne, dymne popołudnia, czy to w powodziach deszczu, czy w jesienne dni, przejrzystsze niż kryształowy przycisk do papieru, czy w blasku słońca, czy w cieniu - miasto nigdy nie było takie samo"*. Sposób, w jaki autor wypowiada się na temat Nowego Jorku, przywodzi na myśl egzaltację. Z drugiej jednak strony gołym okiem widać, że kocha to miasto pomimo jego niedoskonałości. "W mieście były miejsca, w które wpadało się bez możności powrotu, pełne mrocznych snów i powolnego umierania, konających dzieci, cierpienia bez nadziei na łaskę i odkupienie, ostatecznego i wiecznego zatracenia (...) Nawet ci, co nie mieli szans na odkupienie, mogli zostać odkupieni, albowiem w mieście wszystko się równoważyło. Musiało się równoważyć"**. Kocha to miasto, bo jest ono czymś wyjątkowym, "jest żywą istotą, znacznie wspanialszą niż dym, światło i kamień (...) ono żyje i jeśli jest się cierpliwym, można dostrzec, że mimo bezprawia, brzydoty i gorączki jest ostatecznie sprawiedliwe i ostatecznie łaskawe"***.

Helprin potrafi pisać. Opowiadać niczym artysta malarz wyrażający jednym pociągnięciem pędzla więcej niż kilka słów. Jego styl jednak nie jest lekki, wręcz przeciwnie - skrupulatny, pełen barwnych epitetów, wymyślnych porównań ("dom nad jeziorem Coheeries jaśniał niczym świeca w papierowym kubeczku"****, "znieruchomieli jak jeleń w płonącym lesie, który unosi głowę ku najwyższym i najjaśniejszym płomieniom i jak zaczarowany spogląda w tunel białego światła"*****, "Mknęli tak szybko, że nie sposób już było dostrzec czegokolwiek na brzegu, wszystko zmieniło się w gładką białą smugę podobną do paska emalii na porcelanowej misce"******) i animizacji ("Lód był tak idealny, że niemal śmiał się z własnej doskonałości"*******). Na dłuższą metę jednak stosowanie tych wszystkich zabiegów staje się trochę nudne, momentami nawet dziwaczne i przesadzone. Zwłaszcza jeśli skupiają się one głównie na dwóch rzeczach - mieście i zimie. O, tak, książka niemalże ginie pod stertą śniegu i lodu wytworzonej dzięki silnym mrozom i wiatrom. Dominują w niej rozległe opisy i opowiastki zahaczające o magię, niewytłumaczalne zjawiska i filozofię. Dialogów, jak na tak dużą ilość stron, jest naprawdę niewiele.

Tempo akcji "Zimowej opowieści" jest raczej niespieszne i jednostajne. Wraz z pojawieniem się jakiejś postaci nadarza się okazja na przeżycie jedynej w swoim rodzaju przygody. A każda z tych przygód - mniej lub bardziej interesująca, szokująca, niepokojąca i zabawna - wiąże się z jakimś niecodziennym celem, na przykład przywracaniem zmarłych do życia czy dążeniem do sprawiedliwości. Utwór ten to praktycznie odzwierciedlenie odwiecznej walki dobra ze złem i niekończącej się nadziei na doświadczenie czegoś lepszego, na lepsze jutro. Bohaterowie (ci z krwi i kości) pojawiający się w powieści Helprina są bardzo zróżnicowani i odznaczają się rażącą indywidualnością - przemieszczający się w czasie włamywacz, Peter Lake, zafascynowany magnetyzmem barw szef gangu, Pearly Soames, chora na gruźlicę Beverly Penn, mistrzowska potęga wśród pracodawców, Harry Penn, nierozstająca się ze swym kogutem (imitującym kota) Sarah Gamely, posiadająca dar proroczych snów i wizji Virginia Gamely i inni. Śledząc losy tych postaci, ma się wrażenie, że nie są one zwyczajnymi ludźmi. Nie tylko dlatego, że dysponują intrygującymi darami czy mocami, ale też są elokwentni (niezależnie od tego, jak i gdzie zostali wychowani), a wydarzenia z ich udziałem sięgają czasami dobrego humoru (wędrówka Hardesty'ego Maratty z pechowym Jessem Honey'em) i absurdu (ekspresowe zakochanie się Petera i Beverly, Hardesty'ego i Virginii oraz Asbury'ego Gunwillowa i Christiany Friebourg, przy czym miłość tej ostatniej pary rozkwita podczas prowadzenia przez nią kilkumiesięcznych rozmów przez ścianę dzielącą jej mieszkania). Oprócz bohaterów typowo ludzkich i miasta Nowy Jork we znaki dają się jeszcze inni, bardzo istotni dla całego tego fantastycznego zawirowania opisywanego w "Zimowej opowieści" - Athansor, piękny biały koń, żwawy i żądny przygód niczym Maximus z "Zaplątanych"; jego umiejętności jednak wykraczają poza wszelkie wyobrażenia czytelnika, zapewniam; a także tajemnicza ściana chmur ciągle krążąca niebezpiecznie nisko nad miastem, chwytająca i porzucająca od czasu do czasu jakąś zagubioną duszę.

"Nic nie jest przypadkowe i nigdy nie będzie (...) Nic nie jest dane z góry, a jednak ustala się, było ustalone lub będzie. Czas nie ma tu znaczenia, bo i tak wszystko wydarzyło się równocześnie, krócej niż w okamgnieniu (...) Wszechświat jest nieruchomy i kompletny. Wszystko, co kiedykolwiek istniało, istnieje teraz; wszystko, co kiedykolwiek będzie istnieć, istnieje teraz - i tak dalej, we wszystkich możliwych kombinacjach"********. Stąd też ta zabawa czasem i igranie z nim w powieści Marka Helprina będącej gąszczem dających do myślenia lub przekombinowanych rozważań autora na temat ważnych wartości życia człowieka, oraz niejednoznaczności. Myślę, że każdy czytelnik nurkujący we wnętrzu tej książki zauważy bądź skupi się na innym, dla niego istotnym aspekcie - może być nim miłość (silniejsza niż śmierć), równowaga i sprawiedliwość na świecie, walka dobra ze złem, ludzki autorytet, mogą to być cuda, przemiany w mieście i na świecie czy zwyczajne piękno tkwiące w życiu każdego z nas.

"Zimowa opowieść" niewątpliwie ma swoje plusy i minusy, dobre (kiedy dawałam ponieść się historii i całkowicie wyłączałam z rzeczywistości) i złe (kiedy odpływałam myślami daleko poza jej treść) momenty, zaskakiwała mnie, nużyła, poruszała (im bliżej ostatniej strony, tym częściej, aczkolwiek samo zakończenie mnie rozczarowało) i bulwersowała na przemian, ale nie zafascynowała do tego stopnia, abym kilka dni po jej przeczytaniu nadal wspominała ją z wielką ekscytacją i wypiekami na twarzy. Czego nie mogę napisać o jej przepięknym wydaniu - zarówno w okładkę, jak i wyklejki, mogłabym wpatrywać się godzinami. Brawa dla wydawnictwa!

*s.70
**s.72
***s.542
****s.146
*****s.164
******s.168
*******s.225
********s.381

Za egzemplarz recenzencki uprzejmie dziękuję wydawnictwu Otwartemu.
Recenzja napisana dla portalu IRKA.

wtorek, 31 grudnia 2013

"Pan Przypadek i celebryci" - Jacek Getner

Wydawnictwo: Zakładka, 2013.
Liczba stron: 234.
Oprawa: miękka.
Rozpoczęcie lektury: 02.12.2013.
Zakończenie lektury: 05.12.2013.
Moja ocena: 5/10.

Jacek Getner to pisarz, scenarzysta i dramaturg. Spod jego pióra wyszły scenariusze do takich seriali, jak "Daleko od noszy", "Ale się kręci" i "Klan", oraz fabularnych gier komputerowych. Laureat wielu konkursów pisarskich i dramaturgicznych. Autor powieści "Trzynasty Minister", "Dajcie mi jednego z was" oraz zbiorów opowiadań "Brzydka miłość" i "Sextelefon".

"Pan Przypadek i celebryci" to druga z czternastu części serii traktującej o przygodach detektywa-amatora Jacka Przypadka, błyskotliwego i nieco irytującego mężczyzny wyznającego zasadę, że "ludzie są banalnie przewidywalni"*, która bywa zazwyczaj jednym z kluczy do rozwiązania zagadek związanych z prowadzonymi przez niego dochodzeniami. A dzięki owym dochodzeniom tym razem Przypadek wkracza w świat niezbyt przez siebie lubiany, mianowicie świat kamer, telewizji i celebrytów, którzy często uważają się za bogów oraz władców wszystkich i wszystkiego wokół i którzy są zdolni nawet do mrożących krew w żyłach czynów.

W tej liczącej sobie ponad dwieście stron książce Getner ulokował trzy śledztwa, trzy przygody Przypadka następujące po sobie w krótkich odstępach czasu. Pierwsza z nich nosi tytuł "Miłość i medycyna", a jej fabuła kręci się wokół aktorów grających w niezwykle popularnym serialu obyczajowym. Jeden z nich bowiem umiera na planie tejże telenoweli i wszystko wskazuje na to, że jego śmierć nastąpiła w wyniku starannie zaplanowanego morderstwa. Warszawski detektyw szybko uświadamia czytelnikowi, że zbrodnia nie została zorganizowana tak starannie, jak z początku się wydawało, ujawniając przy tym wiele ciekawostek - przede wszystkim tych niegodnych pochwały - z życia celebrytów. Mamy więc morderstwo, a więc sprawę większego kalibru. Robi się poważnie, ale... czy to jest powód do tego, aby za przeprowadzenie dochodzenia brać od klienta sto tysięcy złotych? Przyznaję, główny bohater zaskoczył mnie pod tym względem totalnie - przecież nie jest on profesjonalnym detektywem, a i tacy nawet tak wysoko się nie cenią. Całokształt pierwszej zagadki prezentuje się poprawnie, choć nieco chaotycznie, przez co postać Przypadka została zepchnięta na dalszy plan, a szkoda.

Rozdział drugi, "Znamienne stany świadomości", skupia się na osobie podstarzałego showmana, Bolka Szołtysika, który pada ofiarą złodzieja i szantażysty grożącego ujawnieniem kompromitujących go prywatnych notatek zapisanych w pewnej książce. Sama sprawa Bolka trochę mnie nudziła, postać tego celebryty nie przypadła mi do gustu, za to zaciekawiły mnie wątki poboczne związane z bohaterami "stałymi", a więc takimi, którzy przewijają się w Przypadkowej serii od początku - tutaj akurat moją uwagę przykuli ojciec Jacka oraz obaj panowie Sakowiczowie (w ich miłosnych perypetiach nie brakuje humoru). Ponadto - wprawdzie się na to nie zapowiadało - zakończenie drugiego śledztwa okazało się bardzo zaskakujące, co tu dużo pisać, po prostu świetne!

W "Blondynie wieczorową porą" natomiast Przypadek ma do czynienia z tajemniczym zniknięciem (najprawdopodobniej porwaniem) słynnego Mikele. I ta sprawa podobała mi się najbardziej z wszystkich trzech ukazanych w "Panu Przypadku i celebrytach". Autor sięgnął tutaj po jeszcze bardziej poważne, gorące i skandaliczne wręcz pomysły, które zaowocowały zgrabnymi i pierwszorzędnymi intrygami rodem z zagranicznych thrillerów i oper mydlanych. Zakończenie powieści zaliczam do fajnych i całkiem sympatycznych.

Spostrzegawczość Jacka Przypadka nie zna granic. Z detektywa-amatora staje się on detektywem-jasnowidzem - i to dosłownie. W czasie lektury książki Getnera prawie niczego nie mogłam się domyślić. Pisarz albo umyślnie prezentuje przebieg wydarzeń tak, aby czytelnik nie był w stanie rozwikłać zagadki, albo konstruuje je z wielką dbałością o szczegóły, które trudno wychwycić, a które pomagają właściwie przeprowadzić dochodzenie. Pozornie banalne zlecenia, których podejmuje się główny bohater, przekształcają się w nieźle pokręcone śledztwa. Może i rzeczywiście trudniejsze, bardziej zawiłe czy oburzające, ale i też trochę mniej absorbujące. Dla mnie wątki poboczne dotyczące prywatnych wynurzeń, kłopotów i namiętności postaci takich jak Jacek, Błażej Sakowicz, Ania Sobania czy podkomisarz Łoś okazały się lepsze - intrygujące i zabawniejsze. Przygody tych i kilku innych bohaterów są kontynuacją tych z "Pana Przypadka i trzynastki" i będą ciągnąć się dalej, zatem dla nich właśnie warto rozpocząć lekturę serii od jej pierwszej części.

Na koniec parę słów na temat wydania "Pana Przypadka i celebrytów". Widać duży postęp - po pierwsze zmiana wydawnictwa (na Zakładkę), a przy tym też papieru (na przyjemny w dotyku) i projektu okładki, który tym razem został dopasowany do treści utworu (w tym celu został zorganizowany przez autora na blogu panprzypadek.blogspot.com konkurs), po drugie lepsza korekta tekstu (wypatrzyłam tylko kilka błędów w postaci braku ogonka w samogłoskach "ą" i "ę"), a po trzecie obniżenie ceny książki.

Czas na czytaniu utworu Jacka Getnera mija szybko i dość przyjemnie. Najbardziej odpowiada ona gatunkowi powieści przygodowej, choć nie brakuje w niej elementów o zabarwieniu obyczajowym, komediowymi, no i oczywiście kryminalnym. Na tle swojej poprzedniczki w moim odczuciu wypada trochę słabiej, ale mam nadzieję, że ten spryciarz Przypadek jeszcze nie raz mnie pozytywnie zaskoczy. Cykl traktujący o jego wyjątkowych perypetiach polecam miłośnikom książek niedługich, niewymagających, a przy tym dostarczających sporo rozrywki. Sama natomiast czekam na trzecią część, która będzie nosić tytuł "Pan Przypadek i korpoludki", ubolewając po cichu nad faktem, iż autorowi nie powiodło się powiązanie Przypadkowego projektu z telewizją (tak, tak, początkowo miał on mieć formę serialu!), mimo że Jacek Getner twierdzi, iż dobrze się stało. Rządzący się swoimi prawami świat telewizji to naprawdę twardy orzech do zgryzienia...

*s.21

Za egzemplarz recenzencki uprzejmie dziękuję autorowi - Jackowi Getnerowi.

poniedziałek, 9 grudnia 2013

"Wody wielkie" - Arne Dahl

Tytuł oryginału: "De största vatten".
Tłumacz: Robert Kędzierski.
Wydawnictwo: Czarna Owca, 2013.
Liczba stron: 424.
Oprawa: miękka.
Rozpoczęcie lektury: 05.11.2013.
Zakończenie lektury: 18.11.2013.
Moja ocena: 5/10.

Arne Dahl, właściwie Jan Lennart Arnald, to szwedzki autor opowiadań i powieści, krytyk literacki, z zawodu literaturoznawca. Obecnie pracuje dla Akademii Szwedzkiej, jest redaktorem czasopisma "Aiolos" i recenzentem w "Dagens Nyheter". Jako pisarz zadebiutował w 1990 roku powieścią "Chiosmassakern", ale dopiero seria kryminałów o Drużynie A zapewniła mu dużą popularność zarówno w jego rodzimym kraju, jak i w wielu innych państwach na całym świecie.

Bardzo nie lubię nie zachowywać chronologicznej kolejności wydań książek danego autora, zwłaszcza jeśli chodzi o serie, cykle z udziałem powtarzających się w nich bohaterów. W przypadku twórczości Dahla, niestety, zrobiłam wyjątek. A wszystko to dlatego, że skusiła mnie Czarna Seria - na ogół przeze mnie tolerowana - w obrębie której po raz pierwszy ukazał się utwór tego szwedzkiego pisarza, utwór u Drużynie A, specjalnej jednostce policyjnej, przeznaczonej do walki z przestępstwami o zasięgu międzynarodowym, utwór będący nie pierwszą, lecz piątą częścią cyklu, o tytule "Wody wielkie". Poprzednie cztery części ukazały się w Polsce w latach 2010-2012 nakładem wydawnictwa Muza, były i nadal są mi obce. Ale, tak jak napisałam wcześniej, skusiłam się, no i zmierzyłam z "Wodami wielkimi", które okazały się zupełnie innym kryminałem niż wszystkie te przeczytane przeze mnie do tej pory. W jakim sensie innym? O tym za chwilę.

Dag Lundmark, policjant o niezbyt kryształowej przeszłości, były narzeczony komisarz Kerstin Holm należącej do Drużyny A, zostaje oskarżony o zabicie afrykańskiego uchodźcy. Podejrzany twierdzi, że działał w obronie własnej, ale śledztwo w tej sprawie wykazuje, iż było zupełnie inaczej. Niemalże w tym samym czasie, jak z oczu policji znika Lundmark, Drużyna A w składzie Kerstin Holm, Paul Hjelm, Arto Söderstedt, Viggo Norlander, Jorge Chavez i Sara Svenhagen wszczyna dochodzenie w sprawie tajemniczego samobójstwa pewnego mężczyzny, który w liście pożegnalnym przyznaje się do popełnienia kilku zbrodni. Pech? Nadmiar obowiązków czy może sprytnie zaplanowana intryga? I jaki związek z tym wszystkim mają afrykańscy emigranci?

Tuż przed rozpoczęciem lektury powieści Dahla byłam wręcz przekonana, że jej fabuła od początku do końca będzie krążyć wokół przestępstw o randze międzypaństwowej - moje myślenie obrało taki kierunek właśnie dzięki wątkowi poświęconemu uchodźcom z Afryki, o którym jest mowa w opisie utworu - może nawet związanych z polityką, tymczasem ci uciekinierzy to niewielki fragment tła najważniejszych wydarzeń mających związek nie tyle ze śledztwem Holm i jej przyjaciół, ile z osobą jej samej. Cała ta kryminalna otoczka "Wód wielkich" to tylko dodatek - pewnego rodzaju gra planszowa budząca wiele pytań i wątpliwości - do obrazu nieźle pokręconych relacji pomiędzy bohaterami, ich prywatnych wynurzeń i siejących niepokój nawiązań do ich przeszłości. Mieszanka iście wybuchowa, jak się patrzy; mnie jednak nie zafascynowała.

Faktem jest, iż styl Dahla jest jedyny w swoim rodzaju, niepowtarzalny. Intrygujący, ale trochę wariacki, czasami irytujący. Nieprzyzwyczajona do takowego, nie potrafiłam go zaakceptować. Przez pierwszą połowę książki nudziłam się i jednocześnie bałam, że jej lekturę będę przeciągać w nieskończoność. Drobiazgowa pisanina autora, pełna jakichś filozoficznych rozmyślań bohaterów, zbędnych powtórzeń, wymyślnych metafor i porównań, mimo że oryginalna, nie podchodziła mi za bardzo. Wszelkie wspomnienia i spostrzeżenia poszczególnych postaci dotyczące ich przeszłości rozpraszały nie tylko ich samych, ale też i mnie - podczas nurkowania w "Wodach wielkich". Dopiero gdzieś tak w połowie powieści akcja zaczyna się rozkręcać, pojawia się napięcie, jest więcej zamieszania, intryg, konfliktów interesów powiązanych z tym, co w kryminałach lubię najbardziej, czyli dochodzeniami policyjnymi w sprawie zagadkowych zbrodni. Wszelkie elementy fabuły, które bezpośrednio dotyczą przesłuchań świadków, "połknęłam" bez mrugnięcia okiem, Dahl bowiem bardzo szczegółowo prezentuje podejście Drużyny A do śledztwa, detale omawiania przesłuchań i wspólne analizy zgromadzonych przez nią materiałów. Akcja utworu jest płynna, wydarzenia przechodzą od jednego w drugie z zawrotną prędkością, przez co czasami ciężko mi było się skupić i we wszystkim połapać, na szczęście to, co najistotniejsze, czytelnik jest w stanie wychwycić bez problemu. Od czasu do czasu też może sobie pozwolić na małe rozluźnienie, a to za sprawą świetnych dialogów obfitujących w humorystyczne i cięte riposty. Dla przykładu - szpitalna rozmowa Viggo z poturbowanym włamywaczem, Björnem, powaliła mnie na łopatki.

Jeśli chodzi natomiast o same kreacje bohaterów powieści - nie da się ukryć, trochę odczułam brak znajomości poprzednich części serii o Drużynie A, bo każdy z jej członków ma za sobą pewne doświadczenia - czy to na tle prywatnym, czy zawodowym - o których Dahl raz po raz wspomina i które w mniejszym lub większym stopniu przylgnęły do nich niczym guma do żucia do spodu buta. W "Wodach wielkich" szczególnie jest to widoczne u Kerstin Holm. To ona gra tutaj pierwsze skrzypce, to jej uczucia i problemy są niezwykle dostrzegalne. Nic dziwnego - jej dawny związek z Dagiem Lundmarkiem, brutalem i pijaczyną, któremu obecnie porządnie odwala i który mimo to potrafi zręcznie wodzić za nos całą policję, dał jej się i daje nadal mocno we znaki z przyczyn, jak czytelnik stopniowo się dowiaduje, bardzo szokujących. Trudno wypowiedzieć się nieco obszerniej na ten temat, nie zdradzając istotnych faktów. Napiszę więc tylko, że wątek Holm jest rzeczywiście sprawnie skonstruowany i wart uwagi, ponieważ porusza tematykę zahaczających o wrażliwość ważnych wartości ludzkiego życia. Ale pomimo wszystkich plusów, jakie wyłapałam podczas czytania kryminału Dahla, nie udało mi się zżyć z jego bohaterami, nie tęsknię za nimi i nie wydaje mi się, abym w przyszłości sięgnęła po inne powieści z nimi w rolach głównych. Tym bardziej, że podobno "Wody wielkie" - za sprawą tłumacza, Roberta Kędzierskiego, ale nie tylko - są jedną z lepszych części cyklu traktującego o Drużynie A, a przecież nie do końca trafiły w mój gust.

Ich zakończenie jednak mogę zaliczyć do udanych - niebanalne, nieprzewidywalne niczym osoba Lundmarka - naprawdę nie spodziewałam się, że tak nieciekawie zapowiadająca się książka skończy się w sposób dużo lepszy, interesujący. Lekturę "Wód wielkich" zaproponowałabym miłośnikom thrillerów z dużą dawką psychologii, które odbiegają od utartych schematów i skupiają się nie tak bardzo na morderstwach i śledztwach, jak na psychikach występujących w nich postaci, miłośnikom oryginalności, dziwactw i pokręconych kreacji bohaterów. Styl Arnego Dahla jest inny, ale też nie dla wszystkich. Ja na przykład pozostanę tradycjonalistką, zwolenniczką przejrzystych (w miarę możliwości), niefilozoficznych stylów oraz skomplikowanych i niepozwalających na złapanie głębszego oddechu fabuł kryminalnych pełnych wymyślnych zbrodni.

Za egzemplarz recenzencki uprzejmie dziękuję wydawnictwu Czarna Owca.

niedziela, 3 listopada 2013

"Plac dla dziewczynek" - Lena Oskarsson

Tytuł oryginału: "Flickornas torg".
Tłumacz: Zygfryd Radzki.
Wydawnictwo: Czarna Owca, 2012.
Liczba stron: 388.
Rozpoczęcie lektury: 02.09.2013.
Zakończenie lektury: 03.09.2013.
Moja ocena: 5/10.

Kim jest Lena Oskarsson, nie będę wnikać - Szwedka czy Polka, ona czy on, istnieje czy też nie - ważne jest, że pod tym nazwiskiem (a raczej pseudonimem) zostały napisane dwie książki z gatunku thrillera, "Plac dla dziewczynek" oraz "Czarne tango", których akcja toczy się w Szwecji. Pierwszej z nich przyjrzę się bliżej w niniejszej opinii.

W uroczym miasteczku położonym nad jeziorem Skiresjon brutalnie zamordowano szanowaną i na ogół lubianą Karin Frostenson. Zbrodnia stawia na nogi policję i okolicznych mieszkańców, ale śledztwo w jej sprawie niemalże utyka w martwym punkcie. Na prośbę męża zabitej kobiety prywatne dochodzenie wszczyna imigrantka z Polski, Zuza Wolny. Pomimo silnej tęsknoty za chorym bratem i potężnego pragnienia miłości, udaje jej się przeniknąć do pełnego sekretów świata jej sąsiadów i znajomych, ale czy to wystarczy, by schwytać mordercę?

Już od pierwszych stron "Plac dla dziewczynek" mnie zafascynował. A stało się tak za sprawą niebanalnego autorskiego operowania językiem. Jest on niezwykle ciekawy, dokładny, tam, gdzie trzeba surowy, oschły, a gdzie indziej znowu budujący napięcie. Dlatego absolutnie nie zraziły mnie początkowe rozdziały, w których pewna lolitka wdzięczy się do dojrzałego mężczyzny robiącego jej "z ukrycia" fotografie, który być może jest jakimś zboczeńcem albo ojcem nastolatki, albo jednym i drugim, kto to wie? Odpowiedzi należy szukać w dalszej części fabuły książki - ja w każdym bądź razie tak zrobiłam. Zatapiając się w lekturze tego kryminału, poznawałam kolejnych bohaterów, którzy po tym, jak popełniono zbrodnię na jednej z mieszkanek miasteczka, automatycznie stali się podejrzanymi o zamordowanie tej kobiety. Postaci przewijających się przez powieść jest mnóstwo, czego nie można napisać o dialogach. Autor/ka na ogół skupia się na intrygujących, dziwnych i tajemniczych opisach bohaterów. Wszystko byłoby fajnie i pięknie, gdyby nie fakt, że chyba każdy z nich ma bzika na punkcie erotyki i seksu. Jednym słowem - jest zboczony. Zamiast starać się jak najszybciej rozwiązać zagadkę śmierci Karin, ludzie borykają się z własnymi problemami, często właśnie natury erotycznej - a to mają jakieś obleśne zwyczaje, a to chętnie przelecieliby tego czy tamtego, a to znowu nie mogą przestać patrzeć na kobiece uda i wyobrażać sobie świńskich rzeczy. Z każdą kolejną stroną takich "perełek" w tekście jest coraz więcej, a co za tym idzie, odbiorca wyzbywa się pozytywnych uczuć (jeśli takowe istniały wcześniej) żywionych względem poszczególnych postaci.

Pozytywnych elementów w "Placu dla dziewczynek" jest niewiele. Całość bowiem sprawia wrażenie ponurej, przygnębiającej, od czasu do czasu także niesmacznej, ale mimo to całkiem interesującej, w końcu podstawowym celem czytelnika jest poznanie tożsamości przestępcy i motywów jego zbrodniczych działań. Śledztwo w tej sprawie jako tako się toczy, są przesłuchania, wychodzą na jaw zasługujące na uwagę policji i polskiej detektyw-amatorki, a także to, czego nie mogłoby zabraknąć w kryminale, czyli nawiązania do istotnych dla czasów obecnych wydarzeń z przeszłości. Mimo wszelkich niedoskonałości więc książkę czyta się dobrze i raczej nie można się na niej nudzić.

Ale im bliżej końca, tym więcej minusów można wyłapać. W tekście pojawiają się powtórzenia - przede wszystkim w opisach wyglądu pewnych bohaterów. Co jeszcze rzuca się w oczy, to "zamiłowanie" autora/ki do słowa "nabrzmiały" - w utworze niemalże co druga osoba ma nabrzmiałą twarz albo nabrzmiałe oczy. No i najważniejsza rzecz wśród negatywnych elementów powieści - jej zakończenie. Jest ono słabe, nieprzekonywujące i wręcz rozczarowujące. Ostrzegam - tożsamość mordercy jest nie do odgadnięcia. Głowiłam się przez całą lekturę, wymyślałam potencjalne motywy zbrodni, wiążąc je z ewentualnymi podejrzanymi, i figa z makiem z moich wysiłków wyszła. Jakby tego było mało, po zakończeniu czytania "Placu dla dziewczynek" czułam niedosyt - nie wszystko zostało wyjaśnione, kilka pytań, które wcześniej ułożyły się w mojej głowie, pozostało bez odpowiedzi. Szkoda.

Wielka szkoda, bo zapowiadało się naprawdę dobrze. Nie da się ukryć, że Lena Oskarsson jakiś tam potencjał posiada. Jeśli książka faktycznie jest polskiego autorstwa, muszę przyznać, że wyróżnia się na tle naszych rodzimych kryminałów, głównie ze względu na styl pisarski autora/ki i jej/go umiejętność budowania akcji poza Polską. Kto wie, może aktualnie przebywa w Szwecji albo zna od deski do deski literaturę skandynawską? Podsumowując, "Plac dla dziewczynek" to nie najgorsza, ale jedna ze słabszych pozycji wchodzących w skład Czarnej Serii wydawnictwa Czarna Owca. Czy przeczytam kolejną powieść Oskarsson, jaką jest "Czarne tango"? Być może - z ciekawości, czy pisarz/ka choć trochę udoskonalił/a swój styl i umiejętność niezbaczania z głównego wątku fabuły.

piątek, 18 października 2013

"Dogonić szczęście" - Lucy Gordon

Tytuł oryginału: "The Italian's Wife by Sunset", "The Millionaire Tycoon's English Rose", "The Mediterranean Rebel's Bride".
Tłumacz: Bogusław Stawski, Halina Kilińska, Agnieszka Wąsowska.
Wydawnictwo: Mira, 2013.
Liczba stron: 464.
Oprawa: miękka.
Rozpoczęcie lektury: 17.06.2013.
Zakończenie lektury: 30.06.2013.
Moja ocena: 5/10.

Lucy Gordon, właściwie Christine Sparks Fiorotto, to popularna angielska pisarka romansów. Do dziś napisała ich prawie osiemdziesiąt. Akcja jej utworów rozgrywa się zazwyczaj we Włoszech, gdyż to właśnie tam, w Wenecji, autorka poznała i zakochała się w swoim przyszłym mężu, z którym jest szczęśliwa już ponad dwadzieścia lat.

"Dogonić szczęście" to książkowy zlepek trzech romansów z serii o przystojnych braciach pochodzących z Włoch, które już jakiś czas temu pojawiły się na rynku wydawniczym Harlequina. Każdy z nich przedstawia odrębną historię miłosną jednego z braci, ale dzięki wątkom pobocznym wszystkie łączą się ze sobą, widać, że jest tutaj zachowana ciągłość wydarzeń. Są to romanse, a jak to z romansami zwykle bywa, poruszają kwestię miłości, a także pewne problemy, które przeszkadzają w zachowaniu prawidłowych relacji pomiędzy kobietami i mężczyznami. Czytelnik ma więc do czynienia z różnego rodzaju przeciwnościami losu, tajemnicami, niedomówieniami i specyficznymi charakterami poszczególnych bohaterów, poprzez które ich życie nie zawsze przypomina sielankę.

Pierwsza część książki "Dogonić szczęście", znana również pod tytułem "Ślub w Neapolu", opowiada o losach trzydziestojednoletniego Carla Rinucciego, włoskiego archeologa, który zakochuje się bez pamięci w trzydziestoośmioletniej Angielce, Delli Hadley, popularnej producentce telewizyjnej, która pragnie nakręcić program dokumentalny właśnie z jego udziałem. Oboje wręcz w ekspresowym tempie zostają kochankami, ale już wkrótce pojawiają się między nimi pierwsze zgrzyty - on bowiem zaczyna myśleć o małżeństwie, ona natomiast boi się głębszego zaangażowania z powodu dużej różnicy wieku, jaka ich dzieli, a jaka nie stanowi - według Carla - żadnej przeszkody dla ich związku. Od tej pory między obojgiem jest już tylko gorzej, a czytelnik musi zmagać się z nieustającymi wymianami zdań i kłótniami bohaterów na temat tego, kto pierwszy kogo zostawi lub zdradzi w najbliższej przyszłości, co, niestety, trochę irytuje. Ale za dość urozmaiconą akcję i wzruszające zakończenie stawiam tej historii ocenę 6/10.

W drugiej części, czyli "Włoskim kaprysie", na pierwszy plan wysuwa się brat bliźniak Carla, Rugierro Rinucci, który, jak się okazuje, nie może zapomnieć o dawnej miłości, owianej tajemnicami Angielce, Sapphire. Spędził z nią tylko dwa tygodnie, ale zdążył się w niej zakochać na zabój i... rozczarować, gdy ukochana zniknęła bez słowa. Tymczasem do Włoch przybywa Polly Hanson, pielęgniarka, krewna Sapphire, która ma o niej pewne informacje dla Rugierra. Pojawienie się Polly w życiu tego mężczyzny wywołuje sporo zamieszania, właściwie wywraca je do góry nogami. Ów romans spodobał mi się najbardziej z wszystkich trzech, ponieważ obfituje w sekrety, interesujące przemiany wewnętrzne bohaterów oraz wiele zarówno poruszających (relacje Rugierra i innych członków jego rodziny z Matthew), jak i zabawnych (dociekanie Rugierra tego, kim jest i jaki jest Brian) zdarzeń. "Włoski kaprys" oceniam na pełne 6/10.

Natomiast trzeciej części książki, "Włoskim zaręczynom", postawiłam notę 4/10 - głównie za mało wartką akcję, wypływającą z niej nudę oraz irytację. A wszystko to "dzięki" wiecznie sprzeczającej się parze głównych bohaterów, jaką stanowią Francesco Rinucci oraz Celia Ryland. Ich niekończące się kłótnie i brak wzajemnego zrozumienia i zaufania wynika z prostego faktu - Celia jest niewidoma. Ona nie ubolewa nad swoją ślepotą, wręcz przeciwnie, jest pozytywnie nastawiona do otaczającego ją świata i doskonale sobie w nim radzi. On natomiast nie potrafi przywyknąć do tego, traktuje więc swą partnerkę niemalże jak nieporadne dziecko i zabrania jej wykonywania niebezpiecznych czynności, których, jak na złość, Celia chce spróbować, doświadczyć, takich jak nurkowanie czy skok ze spadochronem. Bohaterowie rozchodzą się i schodzą z powrotem, niby się kochają, ale jedno drugiemu uwielbia robić na złość. Uparci są jak dwa stada osłów. Fabuła kręci się, zataczając kółka nad ich sprzeczkami, co, niestety, nuży i denerwuje odbiorcę. Dopiero pod sam koniec, którego, swoją drogą, nie mogłam się doczekać, pojawia się w miarę interesujący wątek ze śmiercią jednego z członków rodziny Rinuccich i wychodzi na jaw parę intrygujących faktów.

Całość, mimo iż pracowało nad nią trzech tłumaczy, sprawia wrażenie jednolitej - język jest ładny i grzeczny, na ogół dobrze i szybko (oprócz ostatniej części) się ją czyta. Historie przedstawione w poszczególnych częściach książki "Dogonić szczęście" są bardzo zróżnicowane, stwierdziłabym też, że zbliżone bardziej do gatunku powieści (nowel) obyczajowych, bo pozbawione gorących opisów scen erotycznych. Więcej w nich problemów do rozwiązania aniżeli jakichś wielkich namiętności czy miłosnych uniesień. To typowe utwory na chłodne, nudne wieczory, na chwilowe zapomnienie, zatracenie się w pięknych Włoszech i jeszcze piękniejszych (przystojnych) Włochach. Lekturę umilają szczęśliwe zakończenia, których i tak można się spodziewać jeszcze przed sięgnięciem po tę książkę. Lucy Gordon obrała sobie za cel obdarowanie tytułowym szczęściem wszystkie zakochane pary i tak też zrobiła.

Za egzemplarz recenzencki uprzejmie dziękuję wydawnictwu Mira.
Recenzja napisana dla portalu IRKA.

niedziela, 13 października 2013

"Moralność pani Dulskiej" - Gabriela Zapolska

Wydawnictwo: Biblioteka Narodowa, 2007.
Liczba stron: 64.
Rozpoczęcie lektury: 09.06.2013.
Zakończenie lektury: 09.06.2013.
Moja ocena: 5/10.

Gabriela Zapolska, właściwie Maria Gabriela Korwin-Piotrowska, to żyjąca w latach 1857-1921 polska dramatopisarka, powieściopisarka i publicystka. Uprawiała również aktorstwo, ale nie odniosła żadnych większych sukcesów. Jako pisarka zadebiutowała w 1881 roku opowiadaniem "Jeden dzień z życia róży". Na ogół jej utwory - czy to nowele, czy to powieści i sztuki teatralne - poruszają tematykę mniejszych lub większych problemów społecznych, autorka skupiała się też na psychoanalizie wykreowanych przez siebie bohaterów.

Jej najsłynniejszą sztuką teatralną jest grana po dziś dzień "Moralność pani Dulskiej", dramat naturalistyczny z 1906 roku, pierwsza część cyklu opowiadającego o perypetiach obłudnej Anieli Dulskiej. Akcja utworu rozgrywa się na początku XX wieku we Lwowie (lub Krakowie, w zależności od wydania dramatu), w salonie państwa Dulskich. Sztuka Zapolskiej była wystawiana nie tylko w teatrach, ale też adaptowana na potrzeby filmowe - i to kilkakrotnie.

Rodzinie Dulskich nie trzeba przyglądać się z bliska, by dostrzec jej wyjątkowość. Nie o pozytywną wyjątkowość jednak tutaj chodzi. Dulscy bowiem to grono osób otaczających się pozorami i złudzeniami na szeroką skalę. Osób, które kierują się wyznaczonym, ważnymi dla nich zasadami będącymi jednocześnie dla reszty świata czymś niezrozumiałym, budzącym zniesmaczenie, wstręt, niedowierzanie, a nawet litość. Nie bez powodu "Moralność pani Dulskiej" określana jest mianem tragifarsy. Tytułowa moralność w utworze Gabrieli Zapolskiej przyjmuje tutaj zupełnie inną, jakby odwrotną postać. Pokusiłabym się nawet o stwierdzenie, że ma ona wydźwięk ironiczny.

Przyjęło się, że głową każdej rodziny jest mężczyzna. W przypadku rodziny Dulskich wszystkimi i wszystkim "rządzi" kobieta – Aniela Dulska. Ta bohaterka nie ma w sobie ani grama pozytywnych uczuć, a także cech osobowości. Przede wszystkim rzuca się w oczy jej dwulicowość, fałszywość i życie na pokaz. Nie dopuszczając do siebie ani własnego domu, jak to lubi często mawiać, "publiki", nie przejmuje się nieporządkiem czy niechlujnym ubraniem, ale już poza domem wciela się w dostojną, szanowaną i nieznoszącą skandali przedstawicielkę stanu burżuazyjnego. Szczyci się swym "uczciwym" i znanym nazwiskiem. Jako właścicielka pewnej kamienicy, nie toleruje biednych i zdziwaczałych lokatorów, ale gdy chodzi o pieniądze, jest w stanie przymknąć oko na ich styl życia – doskonałym tego przykładem jest wynajmowanie mieszkania dobrze ułożonej finansowo prostytutce, a wypowiedzenie umowy najmu kobiecie, która z powodu zdrady męża chciała popełnić samobójstwo poprzez otrucie. Efekt? Próba samobójcza się nie wiedzie, za to "skandal z kamienicą Dulskiej" znajduje się na ustach większości ludzi i na łamach kilku gazet, co mało nie doprowadza Anieli do ataku serca...

Pieniądze odgrywają olbrzymią rolę w życiu Dulskiej. Kobieta jest bardzo chytra, skąpa i dopiero w obliczu zagrożenia skandalem i hańbą jest w stanie trochę wyszczuplić swoje oszczędności. Widać to na przykładzie niechętnego, ale koniecznego wypłacenia "odszkodowania" Hance, służącej, której płodzi dziecko, obiecuje ślub, a potem nie dotrzymuje tej obietnicy syn Dulskiej, Zbyszko.

Zbyszko to najstarsze dziecko Anieli i Felicjana Dulskich. Właściwie – jest to już dorosły mężczyzna, raczej leniwy, stroniący od pracy, ale już nie od pięknych kobiet, alkoholu i nocnych wypadów do kawiarni i pubów. Do osobowości tej postaci wkrada się niewielki chaos, poprzez który Zbyszko raz przyciąga do siebie odbiorcę, a raz odpycha. Przez większą część "Moralności pani Dulskiej" mężczyzna budzi litość, bo nie potrafi odnaleźć się w "pokręconej" rodzinie, z której pochodzi i do której należy. Głównie narzeka na matkę – jej zasady wychowania i sposoby prowadzenia pełnego pozorów i obłudy życia. Zbyszko uważa, że bycie Dulskim jest katastrofą. Przy każdej okazji buntuje się, sprzeciwia matce i wybuchowo reaguje na wścibskie zachowanie młodszych sióstr. Szczególny upust swym emocjom bohater daje w sytuacji, gdy postanawia ożenić się z Hanką, która nosi jego dziecko. Mężczyzna doskonale wie, jak bardzo nieprzychylnie jest nastawiona do związków bogatych z biednymi Aniela, dlatego chce zaburzyć jej tok rozumowania i "perfekcyjne" życie, spiesząc się do ożenku. Wkrótce jednak dowiadujemy się, jak bardzo jest on podobny do matki, jak bardzo pasuje i należy on do rodziny Dulskich, na którą na zewnątrz niby narzeka, ale wewnątrz nie może się bez niej obejść – za namową ciotki Juliasiewiczowej "spiskującej" z Dulską przeciwko Hance, rezygnuje ze ślubu ze służącą i przeprasza matkę za swoje zachowanie. Tak jak i ona więc mężczyzna ma dwa oblicza, można nim łatwo manipulować, lubi zwracać na siebie uwagę i ceni sobie wygodę.

W przypadku kolejnych dzieci Dulskich jest już nieco inaczej. Hesia nie wyróżnia się niczym szczególnym na tle swej zakłamanej rodziny – z jednej strony zachowuje się jak mała głupiutka dziewczynka, a z drugiej strony chce być już dorosłą panną, której w głowie krążą flirty i zaloty. Lubi znajdować się w centrum zainteresowania, jest bystra, ale i roztargniona, nie obchodzą ją losy innych, zwłaszcza ciężarnej Hanki, z której dziewczyna zwyczajnie się naśmiewa.

Całkowitym przeciwieństwem Hesi oraz całej rodziny jest Mela, siostra tej pierwszej i Zbyszka. Mela to jedyna postać "Moralności pani Dulskiej", która budzi sympatię, zrozumienie i współczucie. To dobra, skromna, pomocna, ale na ogół samotna dziewczynka. Jej chęć niesienia pomocy Hance jest prawdziwa. Mela pragnie szczęśliwego zakończenia dla służącej i brata, a zarazem oderwania się od ponurej rzeczywistości, w jakiej przyszło jej żyć. Jest zrozpaczona finałowymi zdarzeniami, czyli odejściem Hanki i powrotem Zbyszka do dotychczasowych zajęć, głównie przesiadywania w pubach. Mela jest takim małym źródełkiem optymizmu i autentyczności, które na swój sposób porusza odbiorcę.

Pozostaje jeszcze jedna – niezwykle oryginalna – postać z utworu Zapolskiej, a mianowicie wspomniany już wcześniej Felicjan Dulski, mąż Anieli. Jego aktywność na łonie rodziny jest niemalże zerowa. Mężczyzna żyje pracą, natomiast w domu nie wykazuje zainteresowania poczynaniami swych krewnych i jedyne, na co go stać, to krzyknięcie w najbardziej irytującym go momencie: "A niech was wszyscy diabli!!!"*. Żadnych rad, żadnych sugestii, żadnej pomocy z jego strony. Nic więc dziwnego, że wszystko spoczywa na głowie "biednej" pani Dulskiej. Z jednej strony nie dziwię się, że bycie mężem takiej kobiety skutkuje obojętnością i milczeniem kobiety, ale z drugiej jednak – to smutne, że Felicjan nie robi kompletnie nic w kierunku poprawy jakości życia własnego i własnych dzieci.

Bohaterowie "Moralności pani Dulskiej" reprezentują specyficzną grupę osób przepełnioną pozorną skromnością, sarkazmem, a co za tym idzie, także samotnością. W rodzinie Dulskich nie ma bowiem miejsca na szczęście i radość, ba, o takich rzeczach w ogóle się w niej nie dyskutuje! Wydaje mi się, że tragizm tych postaci wynika z tego, iż każda z nich utknęła w "odpowiednim" dla niej martwym punkcie, którego wyjścia pilnie strzegą pewne wytyczne, dużo wcześniej ustalone, nie zawsze satysfakcjonujące, ale ważne dla zachowania pozorów reguły. Co istotne, niejeden człowiek w prawdziwym życiu postępował, postępuje i będzie postępował choć w niewielkim stopniu podobnie, jak członkowie rodziny Dulskich. "Co ludzie powiedzą?" to pytanie, które słyszy się przecież dosyć często. Należy jednak pamiętać o umiarze, by nie popaść w paranoję i upaść we własnoręcznie zbudowaną pułapkę kłamstw i fałszu. "Dulszczyzna" to postawa niegodna każdego z nas.

*s.45

środa, 4 września 2013

"Dopiero się rozkręcam" - Justin Bieber

Tytuł oryginału: "Just Getting Started".
Tłumacz: Agnieszka Brodzik.
Wydawnictwo: IUVI, 2013.
Liczba stron: 240.
Oprawa: twarda.
Rozpoczęcie lektury: 19.04.2013.
Zakończenie lektury: 19.04.2013.
Moja ocena: 5/10.

Ach, ten Justin Bieber! Któż dziś nie słyszał o tym chłopaku? Urodzony w 1994 roku w kanadyjskim mieście London, wychowany przez matkę i dziadków, nie zdołał nacieszyć się dzieciństwem, bo już w wieku trzynastu lat został zauważony przez ludzi z muzycznego świata, którzy pomogli mu do niego wkroczyć z pozytywnym skutkiem. Do momentu sięgnięcia po książkę "Dopiero się rozkręcam" niewiele wiedziałam o tym młodym gwiazdorze - prawdę pisząc, o moje oczy i uszy obijały się przede wszystkim rozmaite przykre docinki na jego temat, których w Internecie jest od groma. Skąd ta ludzka zazdrość i nienawiść? Zapewne "bo tak". W końcu zwyczajny nastolatek o dziecinnym głosie w mgnieniu oka zrobił światową karierę, a przecież nie miał prawa tego robić! Pokochały go miliony osób, mimo że jego piosenki do jakichś ambitnych nie należą (ale z drugiej strony, czego oczekiwać po nastolatku?), a to też jest zabronione! Może i przyszło mu to wszystko łatwo i szybko, ale takie są teraz czasy - wielka siła mediów, łatwość pokazania się w Internecie, różnych programach rozrywkowych, a kiedyś? Kiedyś tego nie było, więc nie powinno się porównywać chłopaka do artystów, którzy rozpoczynali swoje kariery przed wielu laty. A czy o Bieberze można mówić jako o artyście?

Z autobiografii wokalisty wynika, że on sam wcale się za takiego nie uważa, ale dąży do tego, by stać się prawdziwym specem od muzycznej sceny, legendą, o której będą bardzo długo mówić ludzie, najlepiej taką, jaką stał się Michael Jackson, idol Justina. Ten fakt jest bardzo ostro krytykowany i wyśmiewany chociażby przez internautów. Dlaczego? Przecież Michael Jackson może być idolem chyba każdego, prawda? Jakby tego było mało, rodzina zmarłego króla popu docenia pasję młodego piosenkarza, przynajmniej taki wniosek można wyciągnąć po lekturze utworu "Dopiero się rozkręcam".

Książka ta, a raczej jej autor, na ogół tryska optymizmem. Bieber dziękuje swoim fanom za ich obecność i wsparcie, wspomina swoje muzyczne początki, trasy koncertowe, tęskni za normalnym dzieciństwem, wolnością, ale z drugiej strony już nie wyobraża sobie życia bez fanów, choć "napastowanie" przez nich i paparazzi bywa czasami bardzo uciążliwe, zwłaszcza na wyjazdach. Niby zwiedził chłopak pół świata, ale dużo nie zobaczył, bo gdzie tylko się pojawił, wywoływał szok i musiał bawić się w chowanego z miejscowymi ludźmi. Biografia ma charakter luźnego monologu, luźnych wspomnień, a zarazem ciekawostek z życia autora. Można się z niej dowiedzieć, że Bieber wystąpił niegdyś dla Baracka Obamy, wypromował Carly Rae Jepsen (pamiętacie jej muzyczny hit z ubiegłego roku, "Call Me Maybe"?), stworzył własną linię perfum, działa charytatywnie, a jego ulubionym aktorem filmów akcji jest Jackie Chan (zabawne, bo moim też!).

"Dopiero się rozkręcam" to bardziej album aniżeli powieść. Został on ładnie wydany - twarda oprawa, mnóstwo kolorowych fotografii w środku (przerost zdjęć nad treścią), wstęp i trzynaście krótkich rozdziałów. Do tekstu wkradło się parę literówek, nad czym trochę ubolewałam, bo zbyt dużo go w tej książce nie ma. Czyta się ją więc ekspresowo. Że tak delikatnie spytam - czy rynek wydawniczy byłby w stanie się bez niej obejść? Oczywiście, że tak. Autobiografią z prawdziwego zdarzenia to ona nie jest, w końcu Bieber, mając dziewiętnaście lat, nie ma nam zbyt wiele do powiedzenia, prawda? No ale dobra, teraz taka moda i wszystkie młode gwiazdki bawią się w wydawanie tego typu książek. Dla frajdy własnej i fanów, no i kasy, jak mniemam.

Wracając do samego Justina Biebera - niby to gwiazdor, ale w dalszym ciągu jeszcze dzieciak. Doszłam do wniosku, że raczej do zniesienia, że jego osoba wcale nie musi być tak bardzo irytująca, jak twierdzą jego zagorzali przeciwnicy i różnego rodzaju zazdrośnicy. Powiedziałabym, że już prędzej to jego rozhisteryzowane fanki wnerwiają i tworzą wokół jego osoby nieciekawą otoczkę. Coś musi w tym młodym gościu być, w końcu jest lubiany przez znane gwiazdy, m.in. Mariah Carey, Ushera, Willa Smitha, Stevie Wondera czy Carlosa Santanę, którzy chętnie z nim współpracowali lub współpracują. Czas jednak pokaże, w jakim kierunku rozwinie się jego dalsza kariera - chłopak jest na razie młody, w miarę porządny, ale wiadomo, co sława potrafi zrobić z ludźmi, więc pokonanie wszelkich kryzysów, problemów i oparcie się różnym pokusom jeszcze przed nim.

Książkę Biebera polecam (choć właściwie chyba nie muszę tego robić) jego fanom, w szczególności fankom, natomiast przeciętny czytelnik o zainteresowaniach niemających zbyt wiele wspólnego z jego osobą i muzyką, nie znajdzie w niej nic wybitnego. Ale być może utwór ten zachęci go - tak jak mnie - do zapoznania się z muzyczną twórczością młodego wokalisty. Nie martwcie się, nie odpadły mi po wysłuchaniu jego piosenek uszy ani nic z tych rzeczy...

Za egzemplarz recenzencki uprzejmie dziękuję wydawnictwu SQNIUVI.
Recenzja napisana dla portalu IRKA.

sobota, 27 kwietnia 2013

"Marzenia nie bolą" - Małgorzata A. Jędrzejewska

Wydawnictwo: Zysk i S-ka, 2013.
Liczba stron: 388.
Oprawa: miękka.
Rozpoczęcie lektury: 10.04.2013.
Zakończenie lektury: 15.04.2013.
Moja ocena: 5/10.

Kiedy przeczytałam opis z okładki książki "Marzenia nie bolą" autorstwa Małgorzaty A. Jędrzejewskiej, pomyślałam, że na pewno mi się ona spodoba. Że na pewno będzie to albo sympatyczna, komediowa powieść obyczajowa z wątkiem tajemnicy, może nawet balansującej na krawędzi kryminału, albo poruszający dramat obyczajowy. Okazało się, że bliżej jest jej temu pierwszemu określeniu, aczkolwiek wycięłabym z niego słowa "sympatyczna" i "komediowa", bo te mi jakoś tutaj nie bardzo pasują. Owszem, było zamiarem autorki uczynienie z utworu zabawnej i intrygującej lektury, ale moim zdaniem nie do końca jej się to udało. Zamiast historii o ludzkich marzeniach i walce z przeciwnościami losu otrzymałam jeden wielki chaos, plątaninę zdarzeń i ogrom bohaterów, przez co tak naprawdę nie wiedziałam, na czym albo na kim skupić się przede wszystkim. Odniosłam wrażenie, że ta książka nie posiada wątku głównego.

Ludmiła Karska, nauczycielka języka polskiego, w dniu swoich czterdziestych siódmych urodzin nakłania kilka najlepszych przyjaciółek do stworzenia "marzennników". Każda z nich sporządza krótką listę marzeń, które mogłyby się spełnić w przeciągu najbliższych sześciu miesięcy. Czego zatem życzy sobie Ludka, samotna matka dwóch synów, która z dnia na dzień odkrywa, że jej zmarł przed laty mąż nie był tak idealny, jak jej się wydawało? O czym marzy Patrycja wychowująca córeczkę z zespołem Downa i borykająca się z uciążliwą matką? A Eliza, która zapomniała już, jak to jest być docenianą żoną i matką? Beata z kolei, zapracowana pani doktor, nie ma czasu na znalezienie towarzysza swojego życia, ale nie ukrywa, że chciałaby w końcu kogoś takiego spotkać. Czy jej się to uda? Pozostaje jeszcze Benia zmagająca się z mężem alkoholikiem, którego kocha i kochać będzie nadal, mimo jego licznych wad. Czy Witek zdoła zmienić się dla niej na lepsze? Odpowiedzi na te pytania należy szukać w powieści obfitującej w zarówno wesołe, jak i smutne wydarzenia, które raz na zawsze zmienią życie powyższych bohaterek oraz pozostałych mieszkańców małego miasteczka, w którym toczy się akcja, Nowego Stawu.

Nie było mi łatwo brnąć przez książkę Jędrzejewskiej z kilku powodów. O pierwszym - nawale występujących w niej postaci i ich różnorodnych perypetii - wspomniałam już na początku tej opinii. Kolejnym jest styl pisarski autorki. Nie mogłam przywyknąć do jej prostego, banalnego, często przesłodzonego wręcz języka. Utwór składa się głównie z bardzo rozbudowanych dialogów, co może byłoby przyjemnym zabiegiem, gdyby w większości nie były one zbędne i dotyczyły głupot. Pisarka przytacza bowiem całkiem niepotrzebne rozmówki rodzinne i pełne sentymentów typu "ale pyszny obiad, stęskniłem się za domowymi obiadami" i rozpisuje się na takie tematy na połowę strony. Przemyślenia bohaterów - to fajne, a to nie, to kiedyś było takie i takie, wszystkie podobne drobiazgi również nie wnoszą nic do fabuły, a potrafią za to wytrącić czytelnika z równowagi albo, co gorsze, zanudzić. Opisów natomiast jest tutaj jak na lekarstwo - Jędrzejewska stosuje je przede wszystkim wtedy, gdy chce przybliżyć sylwetkę któregoś z bohaterów. Co jeszcze rzuciło mi się w oczy, to fakt, iż autorka ma chyba słabość do wielokropków. Nie przesadzę, jeśli napiszę, że na każdej stronie utworu ten znak interpunkcyjny pojawia się przynajmniej dwa, ale najczęściej dużo więcej razy. "Marzenia nie bolą" to książka, którą dawkowałam sobie przez dobre sześć dni. Kilkakrotnie miałam ochotę odłożyć ją na półkę na dłużej, może nawet już do niej nie wrócić, ale takiego postępowania raczej unikam, więc jakoś brnęłam przez wyżyny i niziny jej treści dalej i dalej.

Akcja w tej powieści to istne szaleństwo. Ciężko jest się skupić na którymkolwiek wątku, bo jest ich zdecydowanie zbyt wiele. Tajemnice rodzinne rodem z amatorskiego kryminału, problemy miłosne, wychowawcze, patologie typu pijaństwo i kradzieże przeplatają się ze sobą cały czas. Niby stale coś się dzieje, ale bywają takie momenty, w których ta odrobina napięcia czy zainteresowania wykrzesana z odbiorcy maleje do zera. Postaci jest mnóstwo, można się pogubić w ich imionach i perypetiach, nie da się ukryć, ale jakby tego było mało, zachowanie większości z nich pozostawia wiele do życzenia, kojarzy się z wariactwem, a co za tym idzie, może denerwować i irytować czytelnika. Cała ta historia ze zmarłym mężem Ludmiły wydała mi się jakby absurdalna, łącznie z jej zakończeniem, choć zapowiadała się naprawdę ciekawie. Chyba najbardziej przypadły mi do gustu Patrycja i Beata - o ich przygodach czytałam z wielką przyjemnością i uśmiechem na twarzy. Z kolei wątku Elizy mogłoby w ogóle nie być, bo nic konkretnego on do utworu nie wnosi.

"Marzenia nie bolą" to książka, która, no cóż, rozczarowała mnie. I pod względem językowym, i fabularnym, choć niektóre jej elementy zdołały ją uratować przed postawieniem jej przeze mnie niższej oceny. Ale szkoda. Bo potencjał autorki jakiś tam jest. Byłoby dużo lepiej, gdyby Małgorzata A. Jędrzejewska zrezygnowała z części opisywanych w powieści przygód bohaterów albo zachowała je wszystkie, ale wówczas utwór musiałby zostać dużo bardziej rozbudowany i to przy pomocy zachęcającego i surowszego języka. Bo obecny obraz utworu nie jest doskonały. Czytając go, zupełnie zapomniałam o "marzennikach", o których jest mowa na jego początku. Dopiero na samym końcu się ocknęłam, bo wtedy nagle pisarka o nich przypomina. Wydaje mi się, że poświęca im zbyt mało uwagi. Owszem, wszelkie wydarzenia, w jakich uczestniczy Ludmiła i jej przyjaciółki, zmieniają ich losy, sprawiają, że ich pragnienia faktycznie mogą zostać zaspokojone, ale to wszystko jest przyprószone zbyt małą ilością powagi i serducha, jakie należy włożyć w dążenie do osiągnięcia wyznaczonych celów.

Za egzemplarz recenzencki uprzejmie dziękuję wydawnictwu Zysk i S-ka.
Recenzja napisana dla portalu IRKA.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...