Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Albatros. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Albatros. Pokaż wszystkie posty

piątek, 14 lutego 2014

"100 czystych stron" - Cyril Massarotto

Tytuł oryginału: "Cent pages blanches".
Tłumacz: Joanna Prądzyńska.
Wydawnictwo: Albatros, 2012.
Liczba stron: 264.
Wydawnictwo: Albatros, 2012.
Czas trwania: 4h 33min 42s.
Lektor: Marcin Kwaśny.
Rozpoczęcie lektury: 07.02.2014.
Zakończenie lektury: 08.02.2014.
Moja ocena: 7/10.

Pochodzący z Francji Cyril Massarotto ma na swoim koncie dopiero sześć książek, ale jako powieściopisarz zadebiutował wcale nie tak dawno, bo w 2008 roku, utworem "Bóg jest moim kumplem", który został przetłumaczony na kilkanaście języków na całym świecie. Wcześniej pisywał teksty piosenek i śpiewał w zespole Saint-Louis. Był też nauczycielem, a potem dyrektorem żłobka.

"100 czystych stron" to druga, powstała w 2009 roku powieść Massarotto. Na jej podstawie Laurent Jaoui nakręcił film o tym samym tytule. Jest to historia o życiu, jego przemijaniu, o przyjaźni i miłości, zabarwiona magią i niewyszukanym, ale dobitnie trafiającym do czytelnika przesłaniem. Niedługa i przyjemna w odbiorze.

Głównego bohatera (a zarazem narratora) poznajemy w momencie odczytywania przez notariusza treści testamentu Sylvia, dziadka bohatera i jego dwóch sióstr. Okazuje się, że to właśnie siostrom przypadł cały majątek zmarłego - pieniądze, mieszkanie, willa... Rozczarowany mężczyzna natomiast otrzymuje przypominający pamiętnik zeszyt, z tym że... całkowicie pusty. Niezapisany. Dopiero dzięki dziadkowym instrukcjom zawartym w liście wychodzi na jaw, że ów zeszyt to bardzo cenna rzecz, która może zabrać jego właściciela w przeszłość - do jego wspomnień. A może ich być tylko - lub aż - sto, po jednym na każdą stronę notatnika.

Zarys fabuły tej książki zaciekawił mnie jeszcze tego samego dnia, w którym w sieci pojawiła się jej pierwsza zapowiedź. Magiczny zeszyt, dzięki któremu można podróżować w czasie? Już sam pomysł autora na wprowadzenie tego elementu do powieści obyczajowej skłania czytelnika do przemyśleń na temat tego, jak on sam zareagowałby na zetknięcie się z tym czarodziejskim wręcz przedmiotem i jego możliwości. W trakcie i po lekturze doszłam do wniosku, że wielu z nas podeszłoby do tej sprawy sceptycznie, ale z ogromnym zainteresowaniem - praktycznie tak samo, jak uczynił to główny bohater "100 czystych stron". Kiedy jednak przekonalibyśmy się, że podstawowa zaleta zeszytu to nie żaden pic na wodę, zaczęłyby się schody. Zaczęłoby się dostrzeganie pierwszych wad notatnika. Tak jak trzydziestolatek z utworu Massarotto, mnóstwo czasu spędzalibyśmy na planowaniu - ustalaniu tego, które nasze wspomnienia są warte powtórnego przeżycia, a które nie, i kiedy najlepiej wybrać się w taką podróż do dawnych lat. Jeszcze dzisiaj? Oj, tak, strasznie kusi! Jutro? Nie, nie wytrzymam do jutra... Za miesiąc? Rok? Dwa? Na przykładzie narratora książki wyraźnie widać, jak zgubny wpływ miałby na człowieka taki magiczny zeszyt. Mężczyzna raz jeszcze przygląda się urywkom własnego dzieciństwa, wspomina ukochanego psa, swoją byłą dziewczynę, swych dziadków i część tych wspomnień rzeczywiście daje mnóstwo radości, emocji, ulgi, ukazuje coś, czego wcześniej nie dostrzegł, i głęboko porusza (moje ulubione strony to czwarta i dwudziesta trzecia). Bohater jednak się uzależnia. Po jakichś kilku tygodniach snucia rozważań i planów odnośnie racjonalnego użytkowania spadku po dziadku nie potrafi bez niego żyć. Rodzina - początkowo na żarty - zaczyna uważać go za wariata. Mężczyzna gubi się w swym życiu - prawdziwym życiu, w którym nie brakuje zaskakujących i przyjemnych zdarzeń. Niektóre z nich zaniedbuje. Lub dostrzega zbyt późno. Czy uda mu się ocknąć, obudzić, zanim stanie się coś naprawdę niedobrego? Czy zdoła ocalić swoją rodzinę i uczucie najprawdziwszej miłości? Czy zeszyt dziadka rzeczywiście można określić mianem najcenniejszej rzeczy na świecie? Odpowiedzi na te i inne pytanie można znaleźć w "100 czystych stronach", rzecz jasna. Dodam tylko, że nie spodziewałam się takiego obrotu spraw, jaki zaserwował w zakończeniu swej powieści Massarotto. Pozytywnie mnie zaskoczył.

Utwór czyta się - bądź słucha, jak to było w moim przypadku - bardzo dobrze. Niczym taką dłuższą opowiastkę na dobranoc. Dominuje w nim niezwykle prosty język i gdyby nie fakt, że zostały w nim ulokowane treści (niewiele, ale zawsze) przeznaczone dla dorosłych odbiorców, mógłby być czytany również przez dzieci - i z całą pewnością jego sens zostałby przez nie zrozumiany. Narrator rozbrajał mnie czasami swoją dziecięcą naiwnością. Jego najlepszy przyjaciel z kolei - zabawnymi przejęzyczeniami i przekształceniami znanych powiedzonek. Do gustu kompletnie nie przypadła mi Julia, była dziewczyna głównego bohatera. Ale jej postać została wykreowana na złą i zepsutą - raczej nie do polubienia w ogóle. Ach, jeszcze ta okładka z piękną modelką na czele - zupełnie nieadekwatna do treści lektury. Chyba że owa modelka ma odzwierciedlać którąś z bohaterek książki; nie wiem, nie potrafię tego stwierdzić w stu procentach - pisarz bowiem zbyt mało miejsca poświęcił opisom wyglądu zewnętrznego każdego z bohaterów.

Historia przedstawiona przez Cyrila Massarotto w "100 czystych stronach" może i zalatuje od czasu do czasu banalnością, przewidywalnością i słodyczą, ale na ogół jest w porządku, absorbuje i wzrusza. Uświadamia nam, że nie należy żyć przeszłością, zaniedbując tym samym teraźniejszość, a co gorsze, przyszłość. Wspomnienia doskonale wpasowują się w późniejsze lata naszego życia, w naszą starość, a nie czasy obecne, kiedy życie przeżywamy pełnią sił i mamy w nim mnóstwo zadań i celów do zrealizowania. Niechże teraz szczęściem będzie dla nas trwanie w obfitującej w rozmaite wydarzenia rzeczywistości. A w odległej przyszłości - właśnie wspomnienia.

środa, 12 lutego 2014

"Niewinny" - Harlan Coben

Tytuł oryginału: "The Innocent".
Tłumacz: Zbigniew A. Królicki.
Wydawnictwo: Albatros, 2006.
Liczba stron: 416.
Wydawnictwo: Albatros, 2008.
Czas trwania: 10h 47min 57s.
Lektor: Jacek Rozenek.
Rozpoczęcie lektury: 01.02.2014.
Zakończenie lektury: 06.02.2014.
Moja ocena: 8/10.

Harlan Coben to urodzony w 1962 roku amerykański autor kryminałów. Wychował się i nadal mieszka w New Jersey. Absolwent politologii. Będąc na ostatnim roku college'u, uświadomił sobie, że chce pisać. Laureat prestiżowych nagród literackich, w tym Edgar Poe Award.

Książki Cobena dzielą się na należące do cykli z Myronem Bolitarem w roli głównej, Mickey'em Bolitarem w roli głównej i pozostałe, w których jednak pojawiają się niemalże wszędobylskie postaci drugoplanowe, takie jak inspektorzy policji czy prawnicy, w końcu akcja utworów tego pisarza toczy się zazwyczaj w stanie Nowy Jork i New Jersey. "Niewinnego" przypisuje się właśnie do tych pozostałych. Na pierwszy plan wysuwają się tutaj takie miasteczka, jak Irvington i Livingston, a głównym bohaterem jest Matt Hunter, były więzień, którego uporządkowane życie ponownie rozsypuje się jak domek z kart po tym, jak mężczyzna zdaje sobie sprawę z tego, że jego urocza małżonka, Olivia, nie jest tak kryształowa, jak do tej pory mu się wydawało.

A wszystko zaczyna się od jej wyjazdu służbowego. Już po pierwszym dniu jej nieobecności Matt otrzymuje od niej wiadomość MMS zawierającą zdjęcie nieznanego mu mężczyzny, a chwilę później - krótkie video słabej jakości (należy pamiętać, że przeszło dziesięć lat temu nie było jeszcze dziś dobrze nam znanych telefonów komórkowych z różnymi bajerami i smartfonów), na którym Olivia - w peruce i sukience - zdaje się przyjmować jakiegoś klienta w pokoju hotelowym niczym... prostytutka. Ziemia osuwa się Hunterowi spod nóg. Zachowując jednak odrobinę zdrowego rozsądku, Matt, po tym, jak zauważa, że jest przez kogoś śledzony, decyduje się poprosić o pomoc piękną detektyw Cingle Shaker. W tym samym czasie inspektor dochodzeniowy Loren Muse prowadzi śledztwo w sprawie morderstwo pewnej zakonnicy. Ku jej wielkiemu zdziwieniu najnowsze tropy zaczynają prowadzić do znanego jej nazwiska, jakim jest... Hunter.

Tak to już jest, gdy ma się kryminalną przeszłość - nie tylko nie można się od niej uwolnić (Matta bezustannie prześladuje widmo młodego chłopaka, który przez przypadek poniósł śmierć, uczestnicząc w bójce z udziałem Huntera), ale też stanowi doskonałą okazję do tego, by wszelkie późniejsze wybryki związane z łamaniem prawa, nawet te niepopełnione przez jej właściciela, są przypisywane właśnie jemu. Bo tak jest łatwiej i wygodniej. W oczach policji, oczywiście. Według niej człowiek, który raz udowodnił, że jest przestępcą, pozostaje nim na zawsze. A pobyt w więzieniu wcale nie pomaga w poprawie jego zachowania, wręcz przeciwnie - uczy go wielu jeszcze gorszych rzeczy. Czytelnik przez cały czas wnikliwie obserwuje Matta. Zdaje sobie sprawę z tego, że kilkuletnia odsiadka rzeczywiście uczyniła go twardym i silnym, ale z drugiej strony widzi, że jest on dobrym człowiekiem (jego życie małżeńskie należy do udanych, ponadto kocha i opiekuje się dwoma synami zmarłego brata), w związku z czym gdzieś tam pojawiają się jakieś podejrzenia, wątpliwości dotyczące tego, czy Hunter aby na pewno nie jest niczemu winien. Do tego jeszcze jego żona. Co ona, do diabła, wyprawia?!

Fabuła "Niewinnego" nasączona jest potężnymi tajemnicami, krąży nad środowiskiem striptizerek, zjawiskami prostytucji i szantażu, nad zabójstwami mającymi miejsce nie tylko w czasach obecnych, ale też dużo bardziej odległych, którymi zaczyna się interesować nawet FBI. Akcja pędzi jak szalona, mimo że część jej elementów składowych to przesłuchania i prywatne rozkminy bohaterów na temat tego, jakie ich życie jest lub nie beznadziejne. Co rusz pojawiają się nowe tropy, ciekawe wskazówki i zaskakujące lub nawet szokujące fakty. Każdy rozdział powieści jest tak sprytnie zakończony pełnym napięcia wydarzeniem, że nie sposób przerwać lektury - koniecznie trzeba dowiedzieć się, co przyniosą kolejne strony. I tak do samego końca. Końca, który zaskakuje wielokrotnie, bo wszelkie namnożone wcześniej wątki właśnie w nim znajdują swe ujście, wyjaśniając większość zagadek.

Od wielu lat jestem zakochana w twórczości Cobena, w jego stylu pisania, który na pierwszy rzut oka niczym szczególnym się nie wyróżnia. Uwielbiam jego pomysły, zarówno na tematy przewodnie kryminałów, jak i kreacje występujących w nim postaci. Umiejętność trzymania czytelnika w napięciu, błyskotliwe dialogi... Będąc tym wszystkim zaślepioną, raczej nie potrafię wskazać negatywnych stron jego książek. Chociaż, w przypadku "Niewinnego", zaliczyłabym do nich nieco denerwującą naiwność Olivii Hunter, która niejednokrotnie sprowadza na nią i jej rodzinę wielkie niebezpieczeństwo.

Po raz pierwszy "Niewinnego" przeczytałam prawie siedem lat temu. Teraz zrobiłam to bodajże trzeci raz, z tym wyjątkiem, że wysłuchałam audiobooka czytanego przez Jacka Rozenka. Na ogół podobało mi się jego operowanie głosem czy nienaganna dykcja, jedyne do czego miałabym małe zastrzeżenie, to niezbyt udana interpretacja wypowiedzi Loren Muse, poprzez którą odniosłam wrażenie, że jest ona taką niewinną, bojaźliwą szarą myszką, podczas gdy tak naprawdę wydaje się twardą, oschłą i zgryźliwą policjantką.

Powieść Harlana Cobena, mimo iż jest dobrym thrillerem, ukazuje - na przykładzie wielu różnych postaci - w jaki sposób trudna przeszłość oddziałuje na człowieka. Wygląda na to, że najlepszym rozwiązaniem na uporanie się z tym ciążącym problemem jest pogodzenie się z nim bez niepotrzebnego roztrząsania tego, co było, gdyż tego typu postępowanie może przynieść nawet katastrofalne skutki. Wygląda też na to, że od przeszłości nie ma ucieczki, chyba że człowiek jest na tyle zdesperowany, odważny bądź tchórzliwy, by odciąć się od świata całkowicie - popełniając samobójstwo.

sobota, 27 kwietnia 2013

"Prędkość" - Dean Koontz

Tytuł oryginału: "Velocity".
Tłumacz: Andrzej Szulc.
Wydawnictwo: Albatros, 2007.
Liczba stron: 400.
Wydawnictwo: Albatros, 2013.
Czas trwania: 13h 36min 14s.
Lektor: Wiktor Zborowski.
Rozpoczęcie lektury: 05.04.2013.
Zakończenie lektury: 12.04.2013.
Moja ocena: 8/10.

Dean Koontz należy do najbardziej poczytnych amerykańskich mistrzów fikcji literackiej. Jego utwory to przeważnie pełne grozy i elementów science-fiction horrory i thrillery, dlatego często porównuje się je do powieści Stephena Kinga czy Harlana Cobena. Ich liczba sięgnęła już kilkudziesięciu i nadal rośnie. Wiele z nich doczekało się swego odpowiednika na wielkim ekranie.

"Prędkość" to jeden z nowszych utworów Koontza, bo pochodzący z 2005 roku, w dodatku jest to thriller, nie horror. Miałam okazję przeczytać go wcześniej - ponad dwa lata temu - i już wtedy wywarł on na mnie duże wrażenie. Pomyślałam sobie wówczas, że jeśli inne thrillery tego autora są równie dobre, będę mogła porzucić czytanie horrorów, za którymi nie przepadam, właśnie na korzyść tych pierwszych. Ale okazja do tego się nie nadarzyła. Do tej pory zdołałam zapoznać się z zaledwie jeszcze jednym thrillerem, o zabarwieniu fantastycznym, czyli "Aniołem stróżem", no a poza nim powieściami grozy, takimi jak "Oczy ciemności", "Złe miejsce" i "Smocze łzy". Po "Prędkość" tym razem sięgnęłam całkiem spontanicznie, gdy w moje ręce trafił audiobook czytany przez Wiktora Zborowskiego, którego głosu miałam już okazję posłuchać, chociażby w przypadku audioksiążki "Ciało" Tess Gerritsen. Praktycznie nie mam Zborowskiemu nic do zarzucenia poza tym, że mógłby on czytać tekst trochę szybciej, ale to, oczywiście, drobiazg. Czas na słuchaniu tego utworu Koontza spędziłam bardzo miło, a i dreszczyku emocji w tym wszystkim nie zabrakło, w końcu niewiele pamiętałam z fabuły "Prędkości", odkąd przeczytałam ją po raz pierwszy.

A tyczy się ona pewnego nieszczęśnika, Billy'ego Wilesa, niedoszłego pisarza pracującego jako barman. Dlaczego nieszczęśnika? Otóż o jego życiu nie da się powiedzieć, że jest idealne, szczęśliwe czy przyjemne. Już w dzieciństwie nie było ono łatwe, ale teraz, w okresie średniej dorosłości, dosłownie wszystko zaczyna się sypać. Po zakończeniu pracy pewnego dnia Billy znajduje za wycieraczką własnego samochodu liścik. Jego treść jest nieco niepokojąca, ale mężczyzna, za radą kolegi policjanta, bierze ją za głupi żart - bo kto przecież i dlaczego kazałby mu wybierać pomiędzy śmiercią ładnej jasnowłosej nauczycielki i staruszki zajmującej się działalnością charytatywną? Wkrótce jednak okazuje się, że popełnił błąd - nauczycielka zostaje znaleziona martwa. Czy tego chce, czy nie, Billy musi uwierzyć w to, co dzieje się naprawdę, i stawić czoła tajemniczemu szaleńcowi, który z jakiegoś - tylko jakiego? - powodu wciąga bohatera w misternie zaplanowaną, śmiertelną grę. Na jednym liście bowiem się nie kończy. Na domiar złego w niebezpieczeństwie znajduje się nie tylko sam Wiles, lecz również jego bliscy...

Uważam, że "Prędkość" ma w sobie wszystko to, co składa się na bardzo dobrą, wartą uwagi powieść sensacyjną - pomysłowo i porządnie skonstruowaną fabułę opierającą się na niebanalnym wątku głównym i rewelacyjnych wątkach pobocznych, nie do zastąpienia bohaterów - tego dobrego, Billy'ego, który próbuje walczyć z niesprawiedliwością losu, no i złego - totalnego psychopatę, którego tożsamość czytelnik poznaje dopiero pod koniec utworu, przeogromną dawkę budzącej grozę, niepewność i niedowierzanie akcji, no i zaskakujące zakończenie. Osoba czytająca tę książkę niemalże nie może sobie pozwolić na chwilę wytchnienia, podobnie jak główny bohater, który znajduje się w beznadziejnej sytuacji, a jego próby pokrzyżowania planów mordercy spełzają na niczym, ba, czasem ma się wrażenie, że przynoszą więcej szkody niż pożytku. Psychopata, zwany przez Wilesa Świrem, to przerażająco genialny człowiek. Czytelnik wraz z Billym pędzi na łeb i szyję, bezustannie zastanawiając się, o co tak naprawdę w tej szalonej grze chodzi, jaki jest jej sens i cel. W najistotniejszych momentach zadaje sobie pytania typu "co ja bym zrobił na miejscu Billy'ego?", ale niełatwo jest znaleźć na nie odpowiedzi.

A Ty? Co byś zrobił/a, gdybyś znalazł/a anonimowy list, w którym ktoś poprosiłby Cię o wskazanie jednej z dwóch osób, która ma zginąć, najprawdopodobniej z rąk nadawcy owego listu? Kontaktując się z policją, wskazujesz na pierwszą z tych osób, a nie reagując wcale - na drugą. Jak widać, masz wybór, ale żadna opcja nie będzie tą lepszą czy właściwszą. Nawet przez nicnierobienie dokonasz wyboru, choć może Ci się wydawać, że tak nie należałoby tego rozumieć. Wiadomo, życie każdego człowieka składa się z podejmowania decyzji, zarówno tych dobrych, jak i złych, ale Billy Wiles, będąc jeszcze dzieckiem, już musiał dokonywać takich wyborów, od których nawet dorośli, najbardziej doświadczone przez życie osoby wolałyby uciec, gdzie pieprz rośnie. Problemy z rodzicami, potem narzeczoną, no i nieugiętym i bezlitosnym prześladowcą sprawiły i sprawiają nadal, iż mężczyzna doskonale zdaje sobie sprawę ze znaczenia słowa "walka". Wie, co to znaczy walczyć o przetrwanie, walczyć o własne albo czyjeś życie. Wie też, że ma dla kogo żyć i walczyć i to chyba najbardziej czyni go tak wytrwałym człowiekiem. Portret psychologiczny Wilesa jest niezwykle interesujący. Odbiorca poznaje jego najskrytsze myśli i jest świadkiem wielkich przeobrażeń i zmian, jakie zachodzą w jego charakterze i filozofii życiowej. To pod pewnymi względami profesjonalista działający z zimną krwią. Billy'emu się kibicuje i życzy pomyślnego rozwiązania sprawy. Billy'ego się podziwia.

Czego już nie można napisać o bezwzględnym Świrze, autorze niepozornych liścików, zabójcy tak sprytnym i przebiegłym, że żadne słowa nie są w stanie tego opisać. Jest jeszcze kilka określeń, które nasuwają mi się na myśl, gdy chcę scharakteryzować tę postać i jej wymyślne poczynania, ale nie przytoczę ich tutaj, bo mogłyby one szybciej nakierować czytelnika w trakcie lektury na trop identyfikujący ją. Ale jedno jest pewne - przedwczesne odgadnięcie tożsamości mordercy nie należy do łatwych. Koontz zwodzi, manipuluje, przekonuje i nieźle miesza w głowie. W dodatku wprowadza do powieści intrygujące wątki poboczne, takie jak znajomość Billy'ego z koleżanką z pracy, która ma bzika na punkcie wróżb i przepowiedni, a także jego wielka miłość do prawie że nieosiągalnej kobiety, które urzekają swoją tajemniczością i lekko niepokojącą magią. I jak tu nie zachwycać się całokształtem utworu?

"Prędkość" to rewelacyjny thriller, który niejednokrotnie potrafi dosłownie zatkać czytelnika - czy to z wrażenia, czy też może przerażenia. Dla miłośników trzymających w napięciu książek akcji pozycja Deana Koontza jest jak znalazł. Zachęcam do jej lektury bardzo gorąco. Naprawdę warto.

Książka przeczytana w ramach Wyzwania z Półki.

środa, 27 marca 2013

"Miesiąc miodowy" - James Patterson, Howard Roughan

Tytuł oryginału: "Honeymoon".
Tłumacz: Andrzej Szulc.
Wydawnictwo: Albatros, 2005.
Liczba stron: 352.
Wydawnictwo: Albatros, 2008.
Czas trwania: 6h 43min 3s.
Lektor: Grzegorz Mielczarek.
Rozpoczęcie lektury: 11.03.2013.
Zakończenie lektury: 12.03.2013.
Moja ocena: 6/10.

James Patterson to jeden z najpopularniejszych amerykańskich autorów powieści sensacyjnych. Zadebiutował w 1976 roku, ale dopiero thriller "W sieci pająka" z 1993 roku przyniósł mu wielki sukces. To też pierwszy utwór z Alexem Crossem, ulubionym bohaterem pisarza, w którego na wielkim ekranie dwukrotnie wcielił się Morgan Freeman, a ostatnio także Tyler Perry. Howard Roughan to współautor pięciu książek napisanych z Pattersonem i autor dwóch własnych: "The Up and Comer" i wydanej w Polsce "Obietnicy kłamstwa".

Z racji tego, iż Patterson ma na swoim koncie sporo książek, jest w czym wybierać. Czytam je od kilku lat, wprawdzie nie regularnie - kiedyś robiłam to naprawdę często, obecnie rzadziej - ale tak naprawdę nie to jest istotne. Ważne, że gdy sięgam po jakąkolwiek z nich, jestem przekonana, iż nie zostanę zaatakowana wypływającą z niej nudą, ale otrzymam co najmniej dość dobrą porcję rozrywki o zabarwieniu kryminalno-sensacyjnym, jakie oczywiście lubię. Z "Miesiącem miodowym" miałam do czynienia już dwa lata temu. Mimo że ogólny zarys jego fabuły gdzieś po głowie mi się plątał, postanowiłam ją sobie przypomnieć, tym razem korzystając przede wszystkim z audiobooka czytanego przez Grzegorza Mielczarka. Lektor okazał się całkiem w porządku, ale od czasu do czasu odnosiłam wrażenie, że zbyt mocno wczuwał się w daną rolę, przez co pobrzmiewał trochę sztucznie, nawet dziecinnie. Przeszkadzały mi też kwestie wypowiadanie szeptem albo ściszonym, takim jakby podekscytowanym głosem, który nie wzbudzał we mnie oczekiwanego napięcia. Ale dość o interpretacji czytającego - nakreślę teraz w paru zdaniach kawałek treści tej niedużej objętościowo powieści.

Jej główną bohaterką jest Nora Sinclair, zjawiskowo piękna i inteligentna kobieta, która pracuje jako dekoratorka wnętrz dla zamożnych klientów. Jej samej też nieźle się powodzi - właśnie zaręcza się z bogatym bankierem inwestycyjnym, Connorem Brownem, który nie ma zielonego pojęcia o tym, że Nora jest już... mężatką, partnerką kolejnego bogacza, pisarza Jeffrey'a Walkera. Wkrótce pierwsze z nich, Connor, umiera na atak serca we własnym domu, a kilka milionów jego majątku potajemnie trafia na konto niedoszłej małżonki. Jej osobą zaczyna interesować się FBI. Jeden z tajnych agentów, John O'Hara, decyduje się na podjęcie pewnej gry, która ma mu pomóc zdemaskować prawdziwe oblicze Nory. Pod przybranym nazwiskiem i fałszywym pretekstem zawiera z nią bliższą znajomość, nie zdając sobie sprawy z tego, że później nie uda mu się tak łatwo z niej wyplątać...

Lektura "Miesiąca miodowego" mija w mgnieniu oka. Wszystko to za sprawą miniaturowych wręcz rozdziałów, a także nieskomplikowanego i swobodnego języka, jakim posługuje się autor. Patterson bowiem ma to do siebie, że w prawie każdym swym utworze skupia się na najważniejszych rzeczach związanych z sednem fabuły. Nie męczy więc czytelnika zbędnymi opisami, nie wywleka na wierzch zagmatwanych przeszłości bohaterów i "nie zmienia tematu" bez powodu. I to mi wcale nie przeszkadza. Nie mogę napisać, że czegoś mi zdecydowanie brakuje, czegoś jest za mało, bo tak nie jest. Po prostu główna sprawa pochłania mnie bez reszty. Tak też było w przypadku intryg Nory Sinclair, a żeby było jeszcze ciekawiej, jej sprytne poczynania pisarz urozmaicił kilkoma rozdziałami ukazującymi pozornie odrębne śledztwo prowadzone przez tajemniczego Turystę. Jest zatem nad czym się zastanawiać i snuć ewentualne scenariusze.

Akcję książki zaliczam do pozytywnych. Ponadto myślę, że byłaby dobrym materiałem na scenariusz do filmu lub jakiegoś serialu kryminalnego, chociaż jej tematyka gdzieś tam na mniejszym czy większym ekranie już się przewijała - wykorzystywanie bliskich osób, morderstwa z premedytacją, dla pieniędzy, preparowanie dowodów na śmierć taką, a nie inną - tak, wszystko to już gdzieś było. Dlatego też "Miesiąc miodowy" jest dość przewidywalną lekturą, za to z ciekawymi kreacjami bohaterów, szczególnie mam tu na myśli pomysłową i nieobliczalną Norę oraz Johna O'Harę, który poprzez wcielanie się w nową rolę, zaczyna tracić grunt pod nogami i świadomość tego, że granica między jego prawdziwym a wymyślonym życiem z każdym kolejnym dniem staje się niewielka, podobnie jak jego wątpliwości odnośnie uczciwości pięknej Nory. Dodam jeszcze, że podobało mi się wprowadzenie do powieści wątku dotyczącego szpitala psychiatrycznego - lubię takie klimaty w literaturze - ale liczyłam na to, że zostanie on szerzej rozbudowany, a tak się nie stało. Również zakończenie nie do końca mnie przekonało. Chyba spodziewałam się jakiegoś większego "bum", no ale, jak to zazwyczaj bywa, każdy utwór ma jakieś zarówno plusy, jak i minusy.

Na ogół jednak było i jest dobrze. James Patterson plus Howard Roughan w dobrym wydaniu. "Miesiąc miodowy" pozwala na rozerwanie się, zrelaksowanie - choć nieco napięcia czytelnik jest w stanie z siebie wykrzesać - w trakcie nawet jednego nudnego wieczoru lub jednej bezsennej nocy. Można się zapoznać.

Książka przeczytana w ramach Wyzwania z Półki.

piątek, 22 marca 2013

"Bez skrupułów" - Harlan Coben

Tytuł oryginału: "Deal Breaker".
Tłumacz: Andrzej Grabowski.
Wydawnictwo: Albatros, 2003.
Liczba stron: 336.
Wydawnictwo: Albatros.
Czas trwania: 9h 25min 15s.
Lektor: Mirosław Utta.
Rozpoczęcie lektury: 08.03.2013.
Zakończenie lektury: 10.03.2013.
Moja ocena: 8/10.

Harlan Coben to jeden z najpopularniejszych współczesnych pisarzy amerykańskich, którego specjalnością są kryminały z licznymi zwrotami akcji, nierozwiązanymi sprawami i zagadkami z przeszłości bohaterów. Najbardziej znaną postacią wykreowaną przez niego jest Myron Bolitar, były koszykarz, obecnie agent sportowy, który nienawidzi swojego imienia, i który pojawia się w aż dziesięciu powieściach. Coben na ostatnim roku college'u uświadomił sobie, że chce pisać. Jego pierwsza książka, "Mistyfikacja", powstała w 1990 roku. Jako jedyny współczesny autor otrzymał trzy najbardziej prestiżowe nagrody literackie przyznawane w kategorii powieści kryminalnej, w tym najważniejszą - Edgar Allan Poe Award.

Na początku może od razu zaznaczę, że Coben jest jednym z moich ulubionych pisarzy. Ulubionym natomiast, jeśli chodzi o kryminały. Tak naprawdę to on oraz Dan Brown, w okolicach lat 2005-2006, zaszczepili we mnie miłość do thrillerów i utworów kryminalnych, oczywiście tych dla dorosłych, bo, jakby na to nie patrząc, już w dzieciństwie lubiłam zaglądać do książek pełnych zagadek i detektywistycznych przygód. Chyba wszystkie powieści Cobena, które miałam okazję poznać, przeczytałam więcej niż raz. I nadal chętnie do nich wracam, zwłaszcza wtedy, gdy zacierają mi się w pamięci poszczególne części składowe fabuł. Tak też zrobiłam ostatnio, sięgając po pierwszą książkę z cyklu opowiadającego o Myronie Bolitarze, a mianowicie "Bez skrupułów". Kilka lat wcześniej, korzystając z wersji papierowej, przeczytałam ją ze dwa, może nawet trzy razy. Teraz, w ramach umilenia sobie czasu poświęconego pracy, postanowiłam wysłuchać audiobooka czytanego przez Mirosława Uttę. Niestety, nie przypadła mi do gustu interpretacja tego lektora, który nieco zniechęcał mnie swoim monotonnym, beznamiętnym i raczej powolnym sposobem czytania. Całe szczęście, że rewelacyjna treść utworu nie pozwoliła mi na to, by jej lekturę przerwać.

Na terenie kampusu Uniwersytetu Restona w New Jersey znika studentka, Kathy Culver. Jej poplamiona krwią bielizna zostaje znaleziona w koszu na śmieci. Wygląda na to, że dziewczyna padła ofiarą gwałtu. Ale co stało się potem? Została porwana? A może zamordowana? Półtora roku później jej były narzeczony, wschodząca gwiazda futbolu, Christian Steele, otrzymuje dziwną przesyłkę, której zawartość stanowi pismo pornograficzne, a w nim, na jednej ze stron, widnieje zdjęcie zaginionej Kathy. Jej głos z kolei słyszy w słuchawce, odbierając pewnego wieczoru telefon. Czy Kathy żyje? Zaniepokojony całą tą sytuacją, chłopak prosi o przyjrzenie się jej bliżej Myrona Bolitara, swego agenta sportowego. W tym samym czasie prawie że o to samo prosi go jego dawna ukochana, Jessica Culver, starsza siostra Kathy, która po tym, jak parę dni temu ktoś zamordował ich ojca, zaczyna podejrzewać, że obie sprawy - obecna i ta sprzed osiemnastu miesięcy - są ze sobą powiązane. Czy rzeczywiście?

"Bez skrupułów" to kryminał bez wątpienia dla dorosłych czytelników. Przemoc, wulgaryzmy, seks i pornografia nie opuszczają jego stronic ani na krok, ale nie tylko te elementy składają się na całość powieści. Bardzo ważne są tutaj liczne, niepozbawione sarkastycznego humoru dialogi pomiędzy bohaterami, no i przede wszystkim sami bohaterowie, spośród których na pierwszy plan wysuwają się już wcześniej wspomniany Myron Bolitar i jego przyjaciel, Win Lockwood, bogacz o arystokratycznej urodzie, a przy tym wyrafinowany zabójca, który dosłownie nie może się doczekać chwili, w której złamie komuś choć jeden palec albo, nie oszukujmy się, najlepiej, gdy kogoś po prostu zabije. Tego duetu nie da się nie lubić. Ale pozostałe postaci występujące w utworze również zasługują na uwagę. Z prostego powodu - każda z nich ma jakiś związek z rodziną Culverów, posiada cenne informacje, odznacza się intrygująca przeszłością, a więc może wnieść do dochodzenia prowadzonego przez nieustraszonego Bolitara coś ważnego, a nawet stać się podejrzanym o to czy owo. Bo ktoś z całą pewnością za zniknięcie Kathy odpowiada. Podobnie jak za śmierć ojca dziewczyny. Dwie różne osoby? A może tylko jedna?

Kryminał Cobena wciąga niesamowicie. I trzyma w napięciu do ostatniej strony. Czytelnik bezustannie balansuje na granicy prawdy i kłamstwa, nie wiedząc, komu wierzyć i czyim tropem podążać. Obawia się tego, co jeszcze może odkryć, i z czym jeszcze będzie musiał się zmierzyć - z szokującą przeszłością Kathy czy może okrutną teraźniejszością, w której musi żyć jej najbliższa rodzina. "Bez skrupułów" to powieść, której nie da się tak po prostu odłożyć. Za dużo interesujących rzeczy się w niej dzieje. Zbyt często nas zaskakuje. Także jej zakończenie do banalnych nie należy, wręcz przeciwnie, zostało sprytnie wykombinowane, podobnie jak cały przebieg śledztwa Bolitara operującego inteligentnym pokładem metod zapobiegawczego i odkrywczego działania. Harlan Coben wykonał świetną robotę, powołując do życia ten utwór. Nie dziwię się, że otrzymał za niego Anthony Award oraz nominację do Edgar Allan Poe Award. Polecam gorąco zarówno fanom tego amerykańskiego pisarza, jak i tym, którzy nie mieli jeszcze styczności z jego prozą, a gustują w thrillerach i kryminałach. Dodam jeszcze tylko, że warto mieć na uwadze zachowanie kolejności czytania książek z cyklu z Myronem Bolitarem. Każda z nich może i opowiada o zupełnie innej sprawie, ale wątki poboczne typu perypetie miłosne Bolitara lub jego współpracownicy, Esperanzy Diaz, są kontynuowane, dlatego można się w nich pogubić, czytając poszczególne utwory "jak leci".

Książka przeczytana w ramach Wyzwania z Półki.

piątek, 30 listopada 2012

"Ciało" - Tess Gerritsen

Wydawnictwo: Albatros, 2011.
Liczba stron: 320.
Wydawnictwo: Albatros, 2011.
Czas trwania: 9h 38min 22s.
Lektor: Wiktor Zborowski.
Rozpoczęcie lektury: 28.11.2012.
Zakończenie lektury: 29.11.2012.
Moja ocena: 7/10.

Tess Gerritsen to amerykańska pisarka, z zawodu lekarz internista. Jej pierwsze powieści miały charakter romansu kryminalnego, dopiero od 1996 roku autorka zaczęła pisywać thrillery medyczne, dzięki którym zyskała ogromną popularność. Do tej pory napisała ponad dwadzieścia książek, które były i są nadal tłumaczone na wiele języków. Dla niektórych pisarzy Gerritsen stała się numerem jeden wśród autorów thrillerów medycznych.

Powieść "Ciało" została napisana w 1994 roku. Teoretycznie można ją uznać za pierwszy thriller medyczny tej pisarki, ale, jak ona sama zaznacza, na wstępie książki, jej charakter zbliżony jest też do innego gatunku literackiego, a mianowicie romansu. Główna bohaterka jest lekarką sądową, wplątuje się w dziwną sprawę związaną ze śmiercionośnymi narkotykami, no i przy okazji zakochuje się w pewnym mężczyźnie. Schemat oklepany, nieco ryzykowny, ale myślę, że Gerritsen poradziła sobie z nim nieźle, bo jej utwór wciąga i do samego końca trzyma czytelnika w napięciu.

Do prosektorium zostają przywiezione zwłoki niezidentyfikowanej młodej dziewczyny. Kat Novak, po dokładnych oględzinach ciała, stwierdza, że denatka najprawdopodobniej przedawkowała narkotyki, ale kolejna ofiara i szczegółowe badania przeprowadzone w profesjonalnych laboratoriach, doprowadzają lekarkę do firmy farmaceutycznej Cygnus i jej prezesa, Adama Quantrella. Czyżby Cygnus pracował nad nowym, tajemniczym lekarstwem? A może narkotykiem? Quantrell stanowczo sprzeciwia się podejrzeniom Novak, ale ta nie daje za wygraną, chcąc poznać prawdziwą przyczynę śmierci młodych osób. Wkrótce jednak jej prywatne "śledztwo" dociera do nieoczekiwanego momentu - Kat, mało nie przypłacając własnym życiem, dowiaduje się, że komuś bardzo zależy na tym, by zaprzestała poszukiwań. Kobieta nie ma zamiaru się poddać i, jak na ironię, zyskuje wsparcie samego Adama, który, choć budzi w niej niepokój i wątpliwości, zaczyna ją coraz bardziej intrygować w pozytywnym znaczeniu tego słowa...

Proza Gerritsen jest płynna i łatwa w odbiorze. Autorka w zręczny sposób prowadzi akcję, która ma sens, zaskakuje i, co ważne, nie nudzi. "Ciało" nie jest thrillerem, który przytłacza jakąś skomplikowaną terminologią medyczną, wręcz przeciwnie, takowej jest niewiele. Tę powieść zaliczyłabym po prostu do kryminału albo sensacji. Napięcie jest, zagadki również. Przez większość fabuły czytelnik błądzi, kurczowo trzymając się mylnych tropów i podejrzeń. Mnie prawie udało się trafnie zinterpretować część motywów głównego podejrzanego, no i jego samego, ale, nie oszukujmy się, dopiero zakończenie wszystko, wszystkie wątki dokładnie wyjaśnia.

Pomysł z tajemniczym narkotykiem siejącym spustoszenie wśród narkomanów z biedniejszych dzielnic pewnego amerykańskiego miasteczka uważam za udany. W czasie lektury utworu można praktycznie bezustannie główkować, kto, co, jak i dlaczego. Jak powstał ów narkotyk? W jaki sposób trafił on na ulicę? I w jakim celu? Najgorsze w tym wszystkim jest to, że władze miasta nic nie robią sobie z tego zagrożenia. Dla nich uparta i nieustępliwa Kat Novak jest niczym wrzód na tyłku. A już na pewno jest nim ona dla byłego męża, zajmującego stanowisko prokuratora, pupilka burmistrza, który, zdaniem kobiety, nie pełni swojej funkcji tak, jak powinien.

Postaci w książce są bardzo zróżnicowane i wyraziste, dzięki czemu można bez komplikacji śledzić ich losy i wątki z nimi związane. Każda z nich ma jakieś sekrety, przeszłość, która nie pozwala im o sobie zapomnieć, no i charakter - mniej lub bardziej do zniesienia, jeśli chodzi o reakcję odbiorcy. Główni bohaterowie stanowią dość specyficzną parę. Adam Quantrell to człowiek, któremu nie powinno się ufać przy byle jakiej okazji, ale mimo to budzi pewnego rodzaju zainteresowanie i sympatię. Z kolei Kat Novak to kobieta niezwykle silna i skutecznie dąży do postawionego przez siebie celu. I choć taka odważna i wytrwała, nie do końca dałam radę ją polubić. A wszystko to za sprawą ogromnego kontrastu cech i uczuć, jakimi ona dysponuje. Z jednej strony jest pewną siebie osobą, której różnego rodzaju groźby psychiczne i fizyczne nie są w stanie złamać, a z drugiej - jest irytująco niezdecydowana i niepewna, jeśli chodzi o sferę uczuć. Zakochując się w Adamie, chyba kilkanaście razy zastanawia się, czy postępuje słusznie; pragnie tego mężczyzny, ale zarazem się go boi, tłumacząc się odrzuceniem przez niego albo jego bogactwem. To osobliwe zachowanie Novak działało mi na nerwy, bo nieco psuło ogólny obraz relacji panujących między nią a Quantrellem, które zaliczyłabym do całkiem interesujących.

Jak na Tess Gerritsen, powyżej opiniowany utwór nie jest thrillerem wysokich lotów, ale lekko się go czyta. I słucha - w moim przypadku był to audiobook czytany przez Wiktora Zborowskiego operującego przyjemnym głosem, choć jego tempo czytania było dla mnie zbyt wolne. "Ciało" to dopiero zalążek thrillera medycznego, więc nie należy się nastawiać na opisy sytuacji, które działyby się w szpitalu pełnym zatrutych szczepionek i niebezpiecznych lekarzy. Ta pozycja jest jednak w stanie zapewnić dobrą rozrywkę miłośnikowi kryminałów, a tym bardziej twórczości tej amerykańskiej pisarki. Dynamiczna akcja i ciekawe postaci to zdecydowanie największe atuty "Ciała". Myślę, że warto przyjrzeć się mu bliżej.

poniedziałek, 29 października 2012

"Pamiętnik" - Nicholas Sparks

Wydawnictwo: Albatros, 2010.
Liczba stron: 256.
Wydawnictwo: Albatros.
Czas trwania: 6h 25min 58s.
Lektor: Henryk Drygalski.
Rozpoczęcie lektury: 28.10.2012.
Zakończenie lektury: 28.10.2012.
Moja ocena: 5/10.

Nicholas Sparks to jeden z najbardziej znanych współczesnych pisarzy. Swą popularność zawdzięcza powieściom obyczajowym, które cieszą się dużym uznaniem wśród żeńskiego grona czytelników. Zadebiutował w 1997 roku "Pamiętnikiem", który kilka lat później został przeniesiony na wielki ekran. Od tamtej pory filmowcy chętnie współpracują z pisarzem, ekranizując kolejne jego książki - "List w butelce", "Jesienną miłość", "Szczęściarza" i inne.

Z racji tego, iż "Pamiętnik" po raz pierwszy poznałam w ubiegłym roku, a i obszerną lekturą nie jest, postanowiłam sobie odświeżyć jego fabułę, w połowie słuchając audiobooka i przyjemnego głosu Henryka Drygalskiego, a w połowie czytając. Właściwie to nie wiem, czego spodziewałam się po ponownym zagłębieniu się w debiut literacki Sparksa, może tego, że tym razem spodoba mi się bardziej? Może za pierwszym podejściem pominęłam jakieś istotne, ciekawe i zachwycające fragmenty, słowa czy szczegóły? Żadna z tych rzeczy nie miała miejsca. I w dalszym ciągu nadziwić się nie mogę, iż ta powieść została okrzyknięta bestsellerem, dzięki któremu amerykański pisarz zyskał ogromną popularność na całym świecie. "Pamiętnik" to historia o miłości - najwyraźniej bardzo niezwykłej i wyjątkowej, choć zastanawiam się, czy aby na pewno. Bo owszem, coś w opisywanym w niej uczuciu jest. Coś, co potrafi porwać czytelnika i gdzieniegdzie wzruszyć. Ale na ogół jest ono tak wyidealizowane, że aż niewiarygodne i niekoniecznie realne. A o tym fakcie autor zapewnia odbiorcę od pierwszej do ostatniej strony, co, niestety, bardzo przytłacza.

Rzecz dzieje się pod koniec XX wieku, w pewnym domu opieki. Osiemdziesięcioletni mężczyzna, Duke, borykający się z niejedną dolegliwością i chorobą, codziennie od czterech lat znajduje czas na to, by spędzić go w towarzystwie kobiety cierpiącej na Alzheimera, czytając jej stary pamiętnik opisujący historię miłości dwojga młodych ludzi, Noaha i Allie, która narodziła się w latach trzydziestych. Uczucie, jakie tych dwoje połączyło, z całą pewnością było jedyne w swoim rodzaju, ale napotkało na swej drodze sporo przeszkód, które przy pomocy mniejszej lub większej woli i siły walki, stopniowo były pokonywane.

Do stylu pisarskiego Sparksa jestem już przyzwyczajona - prosty i przystępny, ale w przypadku "Pamiętnika" także niezwykle barwny, jeśli chodzi o opisy piękna miłości, przyrody i charakterów poszczególnych postaci. Są one zbyt dokładne i często się powtarzają. Praktycznie, gdyby tak je pominąć, niewiele by z tego utworu zostało. Dlatego uważam, że równie dobrze ta historia mogłaby przybrać formę opowiadania. Autor bowiem nie wybiega w niej dalej niż poza relacje panujące między Noahem i Allie, w wielkim skrócie przedstawiając okres wakacji, podczas których się oni poznali, i na trochę dłużej zatrzymując się na dwóch dniach ich ponownego spotkania po czternastu latach rozłąki. Całość wieńczą czasy współczesne i wydarzenia mające miejsce w domu opieki, które są jednym z najciekawszych elementów książki.

Przedstawiony w niej charakter miłości należy do takich, z którymi chyba większość zwyczajnych ludzi chciałaby w swym życiu mieć do czynienia. Piękna, szczera, wyjątkowo głęboka i szczęśliwa, trwająca aż po grób. Moim zdaniem jednak pasująca bardziej do świata marzeń aniżeli rzeczywistości, aczkolwiek nie twierdzę z całą pewnością, że taka miłość nie ma szans czy prawa zaistnieć. Rozpływanie się autora w zachwytach nad uczuciem kwitnącym między głównymi bohaterami, a także nad nimi samymi, przekształca "Pamiętnik" w utwór taki trochę bajkowy, a zarazem bardzo romantyczny, miejscami nawet zbyt ckliwy, do czego w dużej mierze przyczyniają się postaci Noaha i Allie. Czytelnik bowiem wielokrotnie może dowiedzieć się o tym, jak wspaniale zbudowany jest Noah, i jak piękna jest Allie. Najgorsze jednak w tym wszystkim są liczne powtórzenia dotyczące kwestii zmian, jakie zachodzą w bohaterach w ciągu kilkunastu lat, i wspomnień, jakie zachowują się w ich pamięci. Dla przykładu - według Allie wygląd jej ukochanego, którego widzi po bardzo długim czasie, na przemian zmienia się i nie zmienia wcale, a ona sama utwierdza się w przekonaniu, że zakochuje się w nim na nowo w kilku różnych sytuacjach towarzyszącym ich spotkaniom. Bywały takie chwile, kiedy to zastanawiałam się, czy to tylko wykreowani Noah i Allie są tak drażniąco niezdecydowani i niepewni, czy też sam Sparks.

Do minusów powieści zaliczyłabym również opis sceny erotycznej z udziałem głównych bohaterów - taki niespecjalnie interesujący i troszeczkę niesmaczny pod względem padającego w nim słownictwa, dzięki któremu, jak się domyślam, miał on przybrać formę niemalże poetycką, co jednak nie do końca spełniło to zadanie. Natomiast najbardziej skrzywiło moją twarz w wyrazie niedowierzania i odrzuciło mnie samo zakończenie "Pamiętnika", a dokładniej jego ostatnie zdanie, którego nie chciałabym tutaj przytaczać z oczywistych względów. Kompletnie nie spodziewałam się takiego obrotu spraw. Wyobraźnia pisarza zawiodła go nie tam, gdzie trzeba, czyniąc sam kres książki zupełnie niepasującym do charakteru całej jego reszty.

Zdecydowanie zatem wolę koniec filmowej adaptacji tej pozycji Sparksa. Zresztą, co tu się rozdrabniać - cały film jest o niebo lepszy od swego pierwowzoru. A na dodatek jest jednym z moich ulubionych filmów w ogóle. Pomimo kilku różnic między obiema formami, jakie rzucają się w oczy, można stwierdzić, że to doskonałe uzupełnienie powieści. Tak jak brakuje w niej szerszego rozwinięcia niektórych wątków, jak na przykład narodziny młodzieńczej miłości Noaha i Allie, charakterystyka rodziców dziewczyny czy godna podziwu postawa Duke'a, tak ekranizacja wszystko to dokładnie obrazuje, a rewelacyjne role Ryana Goslinga i Rachel McAdams czynią ją jeszcze piękniejszą i wzruszającą. Tak, na filmowej wersji "Pamiętnika" można wylać morze łez... Naprawdę rzadko zdarza się, że film, który powstał na podstawie książki, jest od niej lepszy. I to dużo lepszy.

Nicholas Sparks wykonał przyzwoitą pracę, jak na swój debiut, ale to, co chciał przekazać czytelnikowi, równie dobrze mógł umieścić w opowiadaniu albo nawet scenariuszu. Ale może to właśnie ze względu na prostotę "Pamiętnika" twórcy filmowi szybko, o ile dobrze kojarzę z autobiografii pisarza, się nim zainteresowali i potem jego kariera rozwinęła się w zawrotnym tempie? Cieszę się jednak, że z biegiem czasu autor udoskonalił swój warsztat, bo gdyby wszystkie jego utwory ubrane zostały w taki klimat, jaki panował w "Pamiętniku", oszalałabym ze znużenia. Albo po prostu zrezygnowałabym z dalszego poznawania jego twórczości. To opowieść, którą z wypiekami na twarzy i wielkim zachwytem przeczytają miłośnicy romantycznych historii, marzyciele, osoby łatwo się wzruszające i nieszczęśliwie zakochane. Nie polecam jej natomiast tym, którzy twardo stąpają po ziemi i gardzą przesłodzonymi romansami, choć myślę, że tak naprawdę każdy czytelnik jest w stanie znaleźć w tej książce choć niewielką cząsteczkę czegoś, co go zauroczy, co przypadnie mu do gustu, bo zła "do szpiku kości" to ona na pewno nie jest.

piątek, 7 września 2012

"Trzy tygodnie na pożegnanie" - C.J. Box

Wydawnictwo: Albatros, 2010.
Liczba stron: 408.
Rozpoczęcie lektury: 05.09.2012.
Zakończenie lektury: 07.09.2012.
Moja ocena: 7/10.

Mówimy, że rodzice nie powinni być świadkami utraty własnego dziecka. A gdy to mówimy, zazwyczaj mamy na myśli tragedię. Śmierć. Nieodwracalną stratę kogoś, kto powinien żyć jeszcze bardzo długo. Przede wszystkim dłużej od nas samych. To z całą pewnością okrutne i niewyobrażalnie smutne przeżycie. Amerykański pisarz, C.J. Box, autor kilkunastu książek, w "Trzech tygodniach na pożegnanie" ukazuje obraz takich właśnie cierpiących rodziców. Ale powód ich cierpienia trochę się różni. Oni nie są świadkami śmierci swojej pociechy, ale odebrania jej przez inną rodzinę. Czy coś takiego jest w ogóle możliwe? Okazuje się, że tak. Wbrew pozorom utwór Boxa to nie powieść obyczajowa, lecz thriller, którego akcja toczy się wokół tematyki nie tylko dziecięcej, co umila jego lekturę, ale też przestępczej.

Małżeństwo Jacka i Melissy McGuane'ów może i należało do udanych, ale od początku jego istnienia czegoś w nim brakowało. A może raczej kogoś - dziecka. Problemy zdrowotne Jacka zmusiły obojga do starania się o potomka inną drogą. Po kilku latach bezowocnych prób nie pozostało im nic innego, jak tylko adopcja. Obyło się bez problemów. Para zaadoptowała śliczną Angelinę - zaraz po jej narodzinach, kiedy to jej biologiczna matka zrzekła się praw rodzicielskich. Ojciec natomiast pozostawał wręcz nieznany, ale przyczyniło się też do tego zaniedbanie ze strony agencji adopcyjnej. Po dziewięciu miesiącach pobytu dziewczynki w nowym domu młody mężczyzna nagle się pojawia. I to wraz z wpływowym ojcem, sędzią Johnem Morelandem, dla którego odzyskanie wnuczki jest sprawą niepodlegającą żadnym wątpliwościom. Jednak nie dla zrozpaczonych McGuane'ów. Biologiczny ojciec Angeliny, osiemnastoletni Garrett, w ogóle nie wygląda na przyzwoitą osobę, której zależy na dziecku. Za wszystko odpowiada sędzia, ostatecznie dając małżeństwu trzy tygodnie na pożegnanie się z Angeliną. Ale Jack i Mellisa nie mają zamiaru pogodzić się z decyzją Morelanda. Co więcej, chcą za wszelką cenę dowiedzieć się, dlaczego tak nagle zaczęło zależeć mu na dziewczynce. Nie będzie to jednak wcale takie łatwe w świetle przerażających zdarzeń, które potem nastąpią, i w których najprawdopodobniej będzie maczał palce Garrett...

Nie mogę nie wspomnieć o tym, że "Trzy tygodnie na pożegnanie" to kolejny utwór, z którym miałam do czynienia, a którego opis z okładki zdradza zbyt wiele, tworząc niemalże ogólny zarys fabuły. Szkoda, bo gdybym się z nim nie zapoznała, powieść wydałaby mi się na pewno dużo bardziej szokująca. A tak wiedziałam, czego się spodziewać, kto i dlaczego był tym "złym", choć nie ukrywam, kilka ciekawych i zaskakujących fragmentów było. Najogólniej rzecz biorąc, książka nie przygniata ciężarem swojej oryginalności i napięcia, jakie się w niej tworzy, ale czyta się ją całkiem przyjemnie, bo na swój sposób jest intrygująca. C.J. Box posługuje się, można by rzec, zwyczajnym językiem, od którego oczy nie bolą, i który nie przynudza.

Kiedy w literaturze pojawia się motyw dziecka, wręcz muszę po nią sięgnąć. A gdy chodzi o literaturę sensacyjną - koniecznie! Przestępstwa dokonywane na dzieciach, a także przez dzieci, chyba do końca życia nie przestaną mnie interesować i zadziwiać, ale w tym negatywnym znaczeniu. Szokować. Przez co ciągle będę zadawać sobie pytanie "czego to jeszcze autorzy książek nie wymyślą?" oraz "a co, jeśli coś takiego zdarzyło się albo może zdarzyć naprawdę?". Jest ten dreszczyk emocji. Strachu, smutku, niedowierzania. Coś takiego poczułam też podczas czytania "Trzech tygodni na pożegnanie", choć w trochę mniejszym stopniu. Podejrzewam, że dlatego, iż moją uwagę zbyt mocno przykuły osoby Jacka i Melissy McGuane'ów i ich relacje z adoptowaną córeczką, którą zdołali pokochać jak własne dziecko. Częściej niż krew wylewała się ze stron książki rozpacz głównych bohaterów, wylewały się łzy, co było, nie da się ukryć, wzruszające. Podobało mi się to. Uważam, że autor w doskonały, bo niezwykle realistyczny i rozdzierający serce sposób ukazał cierpienie rodziców, których dziecka odebranie wiązało się z odebraniem nadziei na dalsze normalne życie. Na cokolwiek.

Akcja typowa dla thrillera natomiast nie grzeszyła dużą ilością zaskakujących zwrotów akcji, no i podejrzanych, przez co całość sprawiała wrażenie niezbyt skomplikowanej, co nie znaczy jednak, że wcale okrutnej i bezwzględnej. Samo zakończenie zaliczam do udanych, szczególnie kilka ostatnich zdań, więc radzę nie zaglądać tam, gdzie książka dobiega końca.

"Trzy tygodnie na pożegnanie" to dobry, niewymagający utwór łączący w sobie elementy grozy, kryminału i powieści obyczajowej. Akcja tocząca się w ciągu tytułowych trzech tygodni powoduje, że trudno jest się oderwać od lektury, ponadto daje ona do myślenia nawet po jej zakończeniu. Jest kilka postaci, które na pewno przypadną każdemu czytelnikowi do gustu, jest śmiech, są łzy, intrygi i przerażenie malujące się na twarzach nie tylko bohaterów. Mam nadzieję, że wkrótce w Polsce pojawi się więcej powieści C.J. Boxa, gdyż bardzo chciałabym je poznać. "Droga ucieczki", która miała premierę w sierpniu bieżącego roku, już mnie zaintrygowała, więc sięgnę po nią na pewno.

wtorek, 4 września 2012

"Wokini" - Billy Mills, Nicholas Sparks

Wydawnictwo: Albatros, 2003.
Liczba stron: 144.
Oprawa: miękka ze skrzydełkami.
Rozpoczęcie lektury: 01.09.2012.
Zakończenie lektury: 01.09.2012.
Moja ocena: 5/10.

"Wokini" to książka napisana przez dwóch bliskich przyjaciół - znanego na całym świecie pisarza Nicholasa Sparksa i aktywistę indiańskiego, wykładowcę technik psychoterapeutycznych, który niegdyś cieszył się dużą popularnością w świecie sportu, Billy'ego Millsa. Mają rację ci, którzy twierdzą, że ta cieniutka powieść znacznie odbiega od pozostałych Sparksa. Właściwie to nie powinno się ich ze sobą porównywać, bo są tak różne, a przede wszystkim - mają inne cele. "Wokini" bowiem to pewnego rodzaju poradnik życiowy. Na moje oko Mills był odpowiedzialny za sformułowanie problemów poruszanych w utworze, a Sparks ubrał je, tworząc indiańską opowiastkę, by nie odstraszyć czytelnika iście suchymi regułkami, jakie większość poradników zawiera.

Kluczowym pojęciem, któremu przyglądają się autorzy książki, jest szczęście. Za pośrednictwem przygód głównego bohatera, kilkunastoletniego Davida cierpiącego po śmierci siostry, który pewnego dnia, ot tak, stwierdza, że chciałby być szczęśliwy, Mills i Sparks próbują znaleźć odpowiedź na bardzo trudne pytanie, a mianowicie czym jest szczęście. David otrzymuje w prezencie od ojca tajemniczy zwój z siedmioma ręcznie malowanymi rysunkami. Aby odpowiednio zinterpretować każdy z nich i zrozumieć samego siebie, chłopiec wyrusza w podróż, która pozwoli mu zajrzeć w głąb ludzkiego umysłu, ludzkiego zachowania, po prostu ludzkiego życia. Życia, które rzadko kiedy jest idealne, ale pomimo wszelkich wad i przeciwności losu człowiek ma możliwość radowania się nim, a co za tym idzie, bycia szczęśliwym.

Każdy rozdział "Wokini" odpowiada jednej z siedmiu lekcji życiowych, w jakich uczestniczy główny bohater. Każda taka lekcja natomiast kończy się wypunktowaniem najważniejszych myśli w niej zawartych i wskazówek dla czytelnika. Są to na przykład takie kwestie, jak: znaczenie szczęścia, dlaczego nie należy poddawać się rozpaczy, ćwiczenie medytacji czy cielesne i duchowe aspekty szczęścia. Autorzy książki zapewniają, że jest ona prosta i łatwa w czytaniu. Zgadzam się. Jest też skuteczna. Tego już niestety nie wiem. I wątpię, że kiedykolwiek się tego dowiem. Nie należę do osób bardzo cierpliwych i wytrwałych, a tego wymaga dążenie do szczęścia według właśnie tego poradnika. Na dodatek - jestem pesymistką.

Kiedy tak brnęłam przez pierwszą połowę lektury, nawet całkiem przychylnie odbierałam jej treść i gdzieś tam w moim umyśle zagnieździły się zalążki chęci znalezienia takiego prawdziwego, pełnego szczęścia. Idąc jednak dalej, mój zapał stopniowo przygasał. Po tak ogólnych formułkach typu "szczęście to uczucie, które pochodzi z wnętrza człowieka i tylko on dam decyduje o swoim szczęściu"*, "szczęścia trzeba się nauczyć"** czy "szczęścia trzeba pragnąć"*** przyszła pora na kolejne zasady i wskazówki. Zabawne było to, że z każdą stroną ich ilość się powiększała. Dowiedziałam się, że aby być szczęśliwym, trzeba nie tylko chcieć tego szczęścia i dzielić się nim z innymi, ale też medytować. I to trzy razy dziennie, powtarzając sobie na głos, że jest się wyjątkową osobą, i rozmyślając o rzeczach sprawiających radość. Jeszcze trudniej dla mnie zrobiło się przy punkcie traktującym o tym, by na życie i przyszłość patrzeć z optymizmem i nadzieją. Natomiast zupełnie absurdalny wydał mi się pomysł brzmiący "każdy dzień przeżyj tak, jakby to miał być twój ostatni dzień"****. Być może ma na to wpływa moje pesymistyczne myślenie, ale dla mnie ostatni dzień mojego życia byłby dniem pełnym szaleństw i radości, spędzony wśród osób, które są mi bliskie, i rzeczy, które uwielbiam robić. Logicznie więc rzecz biorąc, postępując tak codziennie, stałabym się leniem bez pracy, którego interesowałoby tylko to, jak wykorzystać każdą chwilę dnia - na zabawach i spełnianiu marzeń, co oczywiście nie zawsze byłoby wykonalne.

Tymczasem Mills i Sparks nie zwracają uwagi na tak przyziemne sprawy, jak praca czy nauka, które są ważnymi obowiązkami każdego człowieka, i które zajmują wiele czasu. Dla nich szczęśliwy dzień to taki, w którym należy podziwiać piękno przyrody, kochać bliskich i dziękować Bogu za to, co zostało człowiekowi dane. "Wokini" to opowieść zbyt piękna, by była prawdziwa. Porady autorów mające doprowadzić czytelnika do szczęścia są na przemian łatwe i trudne, banalne i oryginalne, czasem wykluczają się wzajemnie albo są wręcz niemożliwe do wykonania. Uprzedzam - nauka najważniejszych zasad organizacji ludzkiego życia w celu uczynienia je szczęśliwym trwa prawie rok! Do końca życia jednak człowiek będzie zmuszony myśleć o tym, do czego dążył i dąży nadal. To nieustanna praca nad samym sobą. Jak już wspomniałam wcześniej, nie dla mnie, ale z wielką chęcią przyjrzałabym się bliżej niektórym radom Billy'ego Millsa i Nicholasa Sparksa. By od czasu do czasu poprawić sobie samopoczucie, dowartościować siebie i wszystko to, co mnie otacza. Osiągnąć taki wewnętrzny spokój. Myślę, że coś takiego jest możliwe, dlatego kilka myśli z tej książeczki sobie zapisałam, a nawet zapamiętałam.

Przeczytać można, czemu nie? "Wokini" ma niecałe sto pięćdziesiąt stron i lektura tego utworu dużo czasu nie zajmuje. Jednym się spodoba, drugim nie bardzo. Uważam, że przychylniej zostanie on odebrany przez optymistów, osoby szukające swego miejsca w świecie, zagubione, zmęczone, smutne i nie tak szczęśliwe, jak by tego chciały. Nie mówię, że ów poradnik ma stać się dla kogoś poradnikiem na śmierć i życie, ale może odblokować on pozytywne myślenie i wywołać uśmiech na twarzy czytelnika za pomocą wybranych fragmentów.

*s.54
**s.54
***s.55
****s.97

sobota, 30 czerwca 2012

"Jeszcze się spotkamy" - Marc Levy

Wydawnictwo: Albatros, 2007.
Liczba stron: 262.
Rozpoczęcie lektury: 28.06.2012.
Zakończenie lektury: 29.06.2012.
Moja ocena: 7/10.

Marc Levy to francuski powieściopisarz, autor kilkunastu książek cieszących się dużym uznaniem czytelników. Popularność zyskał dzięki pierwszej z nich, "Jak w niebie", która (przetłumaczona na wiele języków) sprzedała się w nakładzie ponad trzech milionów egzemplarzy i która kilka lat później doczekała się ekranizacji.

Utwór "Jeszcze się spotkamy" jest kontynuacją powyższej opowiadającą o dalszych losach Lauren i Arthura, których połączyła niespotykana, magiczna wręcz miłość. Z racji tego, iż część pierwszą czytałam kilka miesięcy temu, muszę przyznać, że nie pamiętałam zbyt dokładnie jej fabuły, na szczęście w "Jeszcze się spotkamy" autor zadbał o to, by w delikatny sposób przypomnieć czytelnikowi wszystko to, co działo się wcześniej, nawiązując tam, gdzie trzeba do wydarzeń z niedalekiej przeszłości głównych bohaterów.

Drogi Lauren i Arthura rozeszły się po tym, jak kobieta wybudziła się ze śpiączki, nie pamiętając niczego, w czym brała udział, będąc w jej stanie. Załamany Arthur, który spędził w towarzystwie jej "ducha" niewiarygodnie miło czas, wyjeżdża do Paryża, by zapomnieć o nieszczęśliwej miłości. Po powrocie do Kalifornii ma zamiar nadal kontynuować swoją "misję", ale nie będzie to takie proste. Świadomość tego, że w tym samym mieście mieszka Lauren, zaostrza się jeszcze bardziej, gdy Arthur ulega pozornie niegroźnemu wypadkowi i trafia do szpitala - jak na ironię pod skrzydła miłości jego życia. Natomiast Lauren próbuje dowiedzieć się czegoś więcej na temat swojej śpiączki i tajemniczego mężczyzny, który w momencie jej przebudzenia tkwił przy jej łóżku, trzymając ją za rękę. Niestety ani jej szef, szanowany chirurg, ani jej własna matka nie zamierzają wyjawić jej prawdy, bo przecież... kryje się za nią zdecydowanie coś więcej. Coś, co mogłoby na zawsze przekreślić pozytywne stosunki panujące między tym trojgiem bohaterów...

Pierwsze kilkanaście stron powieści nie zachwyciło mnie, trochę przynudzając monotonnym przebiegiem akcji. Później jednak akcja nabrała tempa i zaczęła coraz bardziej wciągać, przez co odniosłam wrażenie, że "Jeszcze się spotkamy" czytało mi się lepiej aniżeli "Jak w niebie". Levy nie zrezygnował ze swobodnego języka i poczucia humoru, dzięki czemu jego powieść czyta się sprawnie i przyjemnie. Nie brakuje w niej też fragmentów wzruszających i przyprawiających czytelnika o dreszcze wynikające z intrygującego obrotu zdarzeń. Bohaterów da się polubić, choć może nie wszystkich, bo każdy z nich ma swoją historię, swoje plany i tajemnice. Tak naprawdę do samego końca nie wiadomo, czego można się po nich spodziewać, gdyż ich zachowania często zaskakują. Moją ulubioną postacią tej książki jest zdecydowanie Paul, najbliższy przyjaciel Arthura, zatwardziały kawaler o oryginalnym poczuciu humoru, za co cenię go sobie najbardziej.

Do Lauren i Arthura również się przywiązałam. Niełatwo jest bowiem zbagatelizować ich pełne niepewności, przeczuć i zagubienia życie. Miłość, jaka narodziła się w niecodziennych okolicznościach, i połączyła tych dwoje, sprawiła, że życie Arthura stało się katorgą, natomiast Lauren, no cóż, ona nie ma o niczym pojęcia - ani o swoich "wyczynach" w czasie śpiączki, ani o swojej bliskości z Arthurem, nie wie też, że ten mężczyzna jest jej przeznaczeniem, miłością jej życia. Przynajmniej on usilnie w to wierzy. Bohater jest przekonany, że skoro człowiek jest pewny swych uczuć do drugiej, tej właściwej osoby, z którą ma zamiar spędzić resztę życia, musi o tę osobę walczyć, niezależnie od tego, jak szeroka przepaść ich dzieli. W przypadku Arthura i Lauren sprawy miłosne są bardziej skomplikowane niż jak to zazwyczaj bywa u zwyczajnych ludzi. Kiedy mężczyźnie wydaje się, że już nic nie uratuje tego, co łączyło go z Lauren, niespodziewanie dostaje szansę od losu, choć szansę w przypadku wylądowania w szpitalu po nieszczęśliwym wypadku należy potraktować nieco ironicznie i z przymrużeniem oka.

Prawdziwa miłość nie ucieknie. Nie da się od niej uciec. Jeśli zniknie, to tylko na chwilę, by potem wrócić. W utworze "Jeszcze się spotkamy" Levy przytacza kilka rodzajów miłości na przykładzie kilku par. Jest miłość bezgraniczna, jest miłość spełniona, nieodwzajemniona i spóźniona. Autor uświadamia czytelnikowi, że w przypadku uczuć należy ufać swej intuicji, wierzyć we własne możliwości, nie podejmować pochopnych decyzji, ale też nie zastanawiać się zbyt długo. Życie ludzkie jest zbyt krótkie i kruche, by marnować je na nieuzasadnione obawy i wątpliwości. Trzeba brać je garściami, nawet jeśli mają w tym pomóc zwariowane pomysły albo odrobina magii. Pokażmy, że potrafimy zawalczyć o swoje szczęście. Bądźmy cierpliwi.

Historia Lauren i Arthura jest niezwykła. Swój urok zawdzięcza przede wszystkim oryginalności, zaskakującym zwrotom akcji i sympatycznemu zakończeniu. Marc Levy w doskonały sposób ukazuje emocjonalne rozterki bohaterów, ich słabostki i próby odnalezienia drogi do spokoju, szczęścia i miłości. Nie pogniewałabym się, gdyby powstała ekranizacja powieści "Jeszcze się spotkamy". Chętnie zobaczyłabym, jak z przeciwnościami losu po raz kolejny radziliby sobie Reese Witherspoon i Mark Ruffalo, aktorzy znani z filmu "Jak w niebie". Może kiedyś, kto wie? Oba utwory polecam miłośnikom romantycznych opowieści, ale nie tylko. Levy to dobry pisarz. Jestem pewna, że jeszcze nie raz sięgnę po którąś z jego nieznanych mi jeszcze książek.

środa, 23 maja 2012

"Strach" - Jeff Abbott

Wydawnictwo: Albatros, 2008.
Liczba stron: 400.
Oprawa: miękka.
Rozpoczęcie lektury: 21.05.2012.
Zakończenie lektury: 23.05.2012.
Moja ocena: 6/10.

Jeff Abbott to amerykański pisarz, z wykształcenia historyk i filolog. Karierę literacką rozpoczął w 1994 roku. Zdobywca licznych nagród i wyróżnień literackich. Autor kilkunastu powieści i opowiadań z gatunku thrillera i kryminału. Jego prozę zachwalają tacy pisarze, jak Harlan Coben, Michael Connelly i Lee Child.

"Strach" jest drugą książką Abbotta, która ukazała się w Polsce, pomiędzy "Paniką" i "Zderzeniem". Przeczytana przeze mnie już wcześniej "Panika" nie zapadła mi jakoś szczególnie w pamięć, dlatego z ogromną ciekawością sięgnęłam po kolejny utwór tego pisarza. Po lekturze "Strachu" przekonałam się, że obie powieści utrzymane są na tym samym poziomie, jeśli chodzi o charakter fabuły i napięcie. Są więcej niż średnie, nawet dobre, ale, jak na mój gust, dalekie od ideału. Thrillery Abbotta bowiem skoncentrowane są na sekretnych działalnościach mafii czy innych grup spiskowych, licznych pościgach, ucieczkach i morderstwach. Ich akcja toczy się zazwyczaj wokół jakiegoś bardzo ważnego planu, który nieodpowiednio wykonany może skutkować zmianą albo nawet zniszczeniem życia ogromnej ilości ludzi. W przypadku "Strachu" mamy do czynienia z zagadką dotyczącą produkcji nowoczesnego leku, który mógłby pomóc wielu osobom cierpiącym na zaburzenia psychiczne. Sytuacja wymyka się spod kontroli, gdy dochodzi do kradzieży dokumentów opisujących procedury powstawania ów medykamentu. Następuje wielki misz-masz, w który zostaje wplątanych kilku bohaterów, starających się robić wszystko i za wszelką cenę, by wybrnąć z tej dziwnej sytuacji bez szwanku. A trup ściele się gęsto...

Główny bohater, Miles Kendrick, to ukrywający się pod nazwiskiem Michaela Raymonda były detektyw i agent FBI, objęty federalnym Programem Ochrony Świadków. W związku z działalnością przeciwko mafii, obwinia się o śmierć najlepszego przyjaciela, cierpiąc przy tym na pourazowe zaburzenie psychiczne. Przechodzi kurację psychiatryczną u doktor Allison Vance. Tuż po tym, jak Allison proponuje mu nowy rodzaj terapii i prosi go o pomoc w niewyjaśnionej sprawie, kobieta ginie w zagadkowej eksplozji. Nie chcąc mieć na sumieniu śmierci kolejnej osoby, Miles decyduje się na wyjaśnienie tego zamachu i pomszczenie morderców lekarki. W ten sposób pakuje się w niewyobrażalnie wielkie kłopoty pod postacią serii morderstw i brutalnych poszukiwaczy w ukryciu wyprodukowanego leku "Frost", który najprawdopodobniej jest w stanie w dużym stopniu pomóc osobom borykającym się z zaburzeniami psychicznymi, i z którym Allison najwyraźniej miała do czynienia. Kendrick nic nie wie o tym lekarstwie, ale bezwzględni zabójcy mu nie wierzą. Aby dowiedzieć się czegoś więcej na temat "Frostu", prosi o pomoc dwóch innych pacjentów Allison - młodego Nathana Ruiza, który nadal cierpi katusze wywołane przeżyciami z wojny w Iraku, oraz popularną byłą uczestniczkę jednego z reality show, Celeste Brent, która po śmierci męża nie jest w stanie zapanować nad samookaleczaniem się. Przed tą "ekipą wariatów" zadanie nie do pozazdroszczenia. Gdzie podział się "Frost"? Czy komuś zależy na jego zniszczeniu, a może ogromnym zysku z jego sprzedaży? Jeśli tak, to komu? Kim są prześladowcy Milesa, Celeste i Nathana? Komu wierzyć? Komu ufać? Najważniejsza zasada to, że chyba... nikomu.

"Strach" to thriller składający się z kilkudziesięciu rozdziałów. Akcja przedstawiona jest w trzeciej osobie liczby pojedynczej w czasie przeszłym, co gwarantuje czytelnikowi jej przyjemny odbiór. Mimo że tematycznie książka nie podbiła mojego serca, pragnę zaznaczyć, iż wciągnęła mnie niesamowicie. Abbott wie, jak zainteresować odbiorcę, przytaczając tam, gdzie trzeba intrygujące zwroty akcji i różnego rodzaju skontrastowane, przyprószone szczyptą dobrego humoru sytuacje. Podoba mi się styl, jakim się posługuje; widać, że gdy tworzy, wykonuje mnóstwo dobrej i porządnej pracy. Jako całokształt jednak książka nie powaliła mnie na kolana, ale nie znaczy to, że jest słaba.

A teraz wyobraź sobie, że jesteś chory. Cierpisz na jakieś dziwne zaburzenie, coś, co ciągle siedzi w twojej głowie i nieustannie przypomina ci o koszmarach z przeszłości. Nie możesz zapomnieć tych okropnych, mrożących krew w żyłach wydarzeń, bo przed oczami przewijają ci się ich obrazy niczym film. Okrutny film. Czy gdybyś miał możliwość i szansę na to, by pozbyć się tych obrazów, zdecydowałbyś się ją wykorzystać? Wszystko wskazuje na to, że niedługo na rynek zostanie wprowadzony innowacyjny lek, który na pewno pomoże ci się uporać z problemami z przeszłości. Już niewiele brakuje... Jeszcze tylko trzeba znaleźć jego zaginioną dokumentację, a przy okazji kilka osób musi poświęcić swe życie... Nadal chciałbyś wykorzystać tę szansę? Jak daleko byś się posunął, by ulżyć sobie w cierpieniu? Bohaterowie "Strachu", choć każdy z innego powodu, muszą robić wszystko, by ten nowoczesny medykament legalnie znalazł się na rynku farmaceutycznym, a przy tym przede wszystkim... muszą przeżyć. Wielokrotnie ocierając się o śmierć, zastawiając pułapki i spiskując z wrogami, są świadkami ciężkiej walki o władzę i pieniądze. Dopiero finał tej powieści, poniekąd zaskakujący, pokazuje, dla kogo okazał się on korzystny, a dla kogo już mniej łaskawy.

Być może, gdyby fabuła "Strachu" była trochę mniej zagmatwana pod kątem ilości bohaterów i popełnianych przestępstw, o wiele bardziej pozytywnie oceniłabym ten utwór. Bo gdy do tego wszystkiego dołoży się całą tę tematykę związaną z prężnie rozwijającą się medycyną, można naprawdę się pogubić czy zniechęcić, czytając tę książkę. Całe szczęście, że ratuje ją to, o czym wspominałam już wcześniej, czyli dobry warsztat autorski. Dzięki niemy jestem pewna, że sięgnę po kolejną powieść Jeffa Abbotta. Jego twórczość polecam miłośnikom sensacji, w których prym wiodą spiski tajnych organizacji, mafijne porachunki, liczne pościgi i zabójstwa z zimną krwią.

Baza recenzji

poniedziałek, 21 maja 2012

"Droga przy plaży" - James Patterson, Peter de Jonge

Wydawnictwo: Albatros, 2007.
Liczba stron: 336.
Oprawa: miękka.
Rozpoczęcie lektury: 20.05.2012.
Zakończenie lektury: 21.05.2012.
Moja ocena: 7/10.

James Patterson to jeden z najpopularniejszych amerykańskich autorów powieści sensacyjnych i thrillerów. Zadebiutował w 1976 roku, ale dopiero thriller "W sieci pająka" z 1993 roku przyniósł mu wielki sukces. To też pierwsza powieść z Alexem Crossem, ulubionym bohaterem pisarza, w którego na wielkim ekranie dwukrotnie wcielił się Morgan Freeman. Peter de Jonge to współautor trzech książek napisanych z Pattersonem i autor dwóch własnych. Pisywał również do takich magazynów, jak "National Geographic" czy "New York Magazine".

"Droga przy plaży to thriller z 2006 roku. Jego pełna napięcia akcja toczy się, jak to zazwyczaj bywa w utworach Pattersona, w jednym z przyjemnych i ładnych amerykańskich miasteczek, w tym przypadku Hamptons. Opowiada historię o brutalnym morderstwie młodych ludzi i zaciekłej walce o wolność dla człowieka, który został oskarżony o popełnienie tej zbrodni, człowieka, który, jak wszystko na to wskazuje, jest niewinny. Powieść ta doskonale ukazuje przemianę porządnego i bezpiecznego miasta w miejsce pełne przestępstw, korupcji i narkotyków, w którym nic nie jest takie, na jakie wygląda. Zwłaszcza przeobrażenia ludzkiej psychiki nie mają granic.

Wszystko zaczyna się pewnego dnia od niewinnego towarzyskiego meczu koszykówki pomiędzy przedstawicielami rasy białej i czarnej. Wśród nich jest główny bohater, niecieszący się dużą sławą adwokat i były koszykarz, Tom Dunleavy. Podczas tej rozgrywki szybko dochodzi do nieprzyjemnej wymiany zdań i bójki z użyciem broni. Żaden strzał jednak nie pada i wkrótce wszyscy gracze opuszczają miejscówkę, rozchodząc się w swoje strony. Wydawać by się mogło, że ten incydent przechodzi bez echa, ale tak też się nie dzieje, bo jeszcze tego samego wieczoru ginie od strzału w głowę trzech mężczyzn, kolegów Dunleavy'ego, którzy grali z nim w tę feralną koszykówkę. Podejrzanymi o dokonanie zabójstwa zostają czarnoskóra przyszła gwiazda NBA, Dante Halleyville, raz jego przyjaciel, który podczas meczu nie zawahał się pogrozić przeciwnikom bronią. Ten drugi wkrótce również zostaje zamordowany, a Dante trafia do aresztu. Wierząc w jego niewinność, Tom Dunleavy wraz ze swoją byłą dziewczyną, także adwokatką, podejmuje się obrony siedemnastolatka. Czeka ich nie lada wyzwanie. Świat pełen okrucieństw i narkotyków staje przed nimi otworem, ale o dowody lub świadków nie jest łatwo, tym bardziej, że oboje stopniowo zaczynają tracić swoją reputację wśród mieszkańców Hamptons, z których zdecydowana większość należy do zwolenników wyroku w postaci kary śmierci dla Halleyville'a.

Na całość "Drogi przy plaży" składają się: prolog, cztery części oraz epilog. Każda z tych części zbudowana jest z charakterystycznych dla twórczości Pattersona bardzo krótkich rozdziałów, opatrzonych imieniem lub nazwiskiem bohatera, z perspektywy którego ukazana w danym czasie akcja. Najczęściej narratorem jest Tom Dunleavy. Fabuła toczy się w zastraszająco szybkim tempie czasu teraźniejszego. Krótkie, rzeczowe i niepozbawione dobrego humoru wyrażenia, opisy czy dialogi sprawiają, że w czasie lektury tej książki nie można się nudzić, a i trudno też się od niej oderwać. Patterson to mistrz niezwykle lekkostrawnych powieści sensacyjnych - stwierdzam to po przeczytaniu każdego kolejnego jego utworu.

"Droga przy plaży" to jedna wielka zagadka, której rozwiązanie polega na znalezieniu mordercy kilkorga młodych ludzi. Poszlak i dowodów jest zbyt mało, by stwierdzić, czy rzeczywiście Dante Halleyville popełnił ową zbrodnię. A to sprawia, że w czytelniku kiełkuje ostrzegawcza myśl, która nie pozwala przejść obojętnie obok żadnego z bohaterów tego thrillera. Wydaje się, że każdy z nich ma coś na sumieniu i może pasować do profilu zabójcy. Ostateczne rozwiązanie powyższej zagadki można odnaleźć dopiero pod koniec powieści, tuż po zakończeniu procesu dotyczącego Dantego. Warto więc wytrwać do jej końca, tym bardziej, że finał zaskakuje - i to jak! Muszę przyznać, że wiele czasu minęło od momentu, w którym jakaś książka zszokowała mnie tak bardzo jak "Droga przy plaży". Z racji tego, iż czytam wiele thrillerów i kryminałów, jestem przewrażliwiona na punkcie typowania różnego rodzaju podejrzanych. Z każdą kolejną tego typu powieścią mam wrażenie, że już nic nie jest w stanie mnie zaskoczyć, a tymczasem w doskonały sposób robią to Patterson i de Jonge. Jestem skłonna nawet rzec, że zakończenie ich utworu zrekompensowało wszelkie niedostatki w postaci mało interesujących fragmentów, jakie pojawiały się w tekście.

Uważam, że nie trzeba głębiej wnikać w analizę fabuły "Drogi przy plaży", aby nie popsuć innym czytelnikom przyjemności wynikającej z jej czytania. To thriller o klasycznej budowie, opierający się na poważnym przestępstwie i poszukiwaniu jego sprawców. Umiejętności adwokackie Toma Dunleavy'ego może i nie należą do wybitnych, za to dużym atutem powieści jest obraz samego procesu toczącego się w sądzie, a tego typu historie bardzo lubię. Lubię też po prostu twórczość Jamesa Pattersona. Przede wszystkim za tę lekkość i swobodę, z jaką pisze, dzięki czemu po czasem banalne, a czasem bardziej skomplikowane książki chętnie sięgają czytelnicy. "Drogę przy plaży" zaliczam do tych udanych jego utworów. Miłośnikom literatury sensacyjnej polecam zapoznanie się z jego twórczością. Każdy jego thriller to doskonała, a przy tym i niezbyt długotrwała, rozrywka.

Baz recenzji

niedziela, 20 maja 2012

"Anioł stróż" - Dean Koontz

Wydawnictwo: Albatros, 2010.
Liczba stron: 456.
Oprawa: miękka.
Rozpoczęcie lektury: 15.05.2012.
Zakończenie lektury: 19.05.2012.
Moja ocena: 7/10.

Dean Koontz to jeden z najpopularniejszych i najpłodniejszych autorów amerykańskich. Jego dorobek literacki to ponad sześćdziesiąt powieści oraz mnóstwo opowiadań. Specjalizuje się w gatunku thrillera i horroru. W jego książkach można też odnaleźć elementy psychologii, kryminału oraz fantastyki. Wiele jego utworów, np. "Opiekunowie", "Odwieczny wróg", zostało przeniesionych na ekran telewizyjny lub kinowy.

"Anioł stróż" to powieść z 1988 roku, poprzednio wydana pod tytułem "Grom", należąca do gatunku thrillera o zabarwieniu fantastycznym. Przedstawia historię pewnej kobiety, której los od urodzenia nie jest zależny tylko i wyłącznie od niej. Pieczę nad jej życiem bowiem sprawuje tytułowy anioł stróż, który wcale nie okazuje się postacią z zaświatów, o czym będzie miała okazję przekonać się główna bohaterka. Koontz oddaje w ręce czytelnika przyjemną w odbiorze opowieść o ludzkich żądzach i pragnieniach związanych z przejęciem władzy nad światem, walce z przeciwnościami losu i ucieczce przed okrutnym przeznaczeniem. A także o miłości i przyjaźni, bez których życie ludzkie po prostu by nie istniało.

Biorąc pod uwagę większość okoliczności opisanych w powieści, można by było stwierdzić, że Laura Shane urodziła się pod szczęśliwą gwiazdą, gdyż, co odkrywa, będąc małą dziewczynką, nad jej losem czuwa tajemniczy osobnik, zwany przez nią jej obrońcą. To dzięki niemu rodzi się cała i zdrowa, kilka lat później unika strzelaniny i gwałtu, a po zostania sierotą udaje jej się pokonać bezwzględnego pedofila, czyhającego na nią w sierocińcu. Poprzez te wszystkie przykre wydarzenia Laura wie, że zazwyczaj - nie zawsze - może liczyć na pomoc swego obrońcy, ale nie jest w stanie dowiedzieć się niczego na jego temat. Mężczyzna pojawia się i znika, nie chcąc ujawnić swej tożsamości. Sytuacja komplikuje się o wiele bardziej, gdy wiele lat później "anioł stróż" po raz kolejny ingeruje w życie głównej bohaterki, próbując uratować ją i jej rodzinę przed śmiertelnym wypadkiem, a także przed okrutnymi mordercami, którzy z jakiegoś powodu pragną zabić i jego samego. Od tej pory Laura i jej syn znajdują się w ogromnym niebezpieczeństwie i muszą zaufać tajemniczemu wybawicielowi. Rozpoczyna się walka na śmierć i życie, której nikt się nie spodziewał i w której nic nie jest zrozumiałe. Stopniowo też zaczynają wychodzić na jaw fakty dotyczące osoby obrońcy i jego działalności. Świat głównych bohaterów wywraca się do góry nogami.

Książka ta jest dość obszerna, składa się z dwóch części, które są podzielone na kilka rozdziałów, a te z kolei na podrozdziały. Powołując do życia "Anioła stróża", Koontz stworzył coś zupełnie odmiennego od znanych mi już horrorów i thrillerów jego autorstwa. Powieść ta bowiem nie jest nasączona grozą i postaciami przypominającymi straszne monstra, lecz elementami fantastycznymi krążącymi wokół technologii. Innymi słowy, pisarz porusza w swym utworze temat, który zapewne ma sporo zwolenników, a mianowicie podróży w czasie. To thriller, którego nie da się czytać szybko ze względu na liczne opisy zdarzeń i sytuacji związanych właśnie z powyższą tematyką i skutkami, jakie ona wywołuje.

Podróżowanie w czasie to bardzo interesujący motyw, który jest wykorzystywany w wielu książkach i filmach. To motyw wywołujący u odbiorcy wiele emocji i napięcia, a przy tym myśli typu "co by było, gdyby" i chęci na przeżycie czegoś takiego, gdyby tylko istniała taka możliwość. Należy jednak pamiętać, że zagłębiając się w tego rodzaju podróże dyktowane przez powieść czy film, trzeba jak najdokładniej się im przyjrzeć i analizować je, by gdzieś po drodze się nie pogubić i stwierdzić, że to wszystko było bez sensu. Tematyka związana z podróżowaniem w czasie nie należy do najprostszych. Twórcy tego typu historii muszą liczyć się z tym, że wnikliwy odbiorca może wyłapać każde ich najmniejsze potknięcie, najmniejszą pomyłkę - dla przykładu, gdyby dokładniej przyjrzeć się słynnej trylogii "Powrotu do przyszłości", można zauważyć, że historia w niej ukazana nie jest tak idealnie precyzyjna, jak być powinna. Czy "Anioł stróż" posiada tego rodzaju mankamenty? Przyznaję, że kilka razy w czasie lektury musiałam na chwilę się zatrzymać, by przeanalizować przeczytany fragment. Ale ja nie zaliczam się do bardzo wymagających czytelników; czasami zwyczajnie nie zauważę jakiegoś błędu, innym razem znowu wolę przymknąć oko na jakąś niedoskonałość, by nie zepsuć sobie ogólnego odbioru danego utworu. W przypadku tej powieści Koontza moja podejrzliwość i nieufność była raczej nikła. Dla mnie autor całkiem dobrze, rzeczowo, choć szczegółowo określił mechanizm podróży w czasie. Wybrnął z tego tematu na przyzwoitym poziomie, pogłębiając moje zainteresowanie z każdą kolejną stroną książki.

Na duży plus zasługują również kreacje bohaterów "Anioła stróża". Każdy z nich bowiem ma w sobie krztę wyjątkowości, dzięki której zapada w pamięć. Laura Shane to niesamowita kobieta o niewiarygodnie wielkiej sile i odwadze, a do tego obdarzona wspaniałym talentem pisarskim. Jej ośmioletni syn, Chris, z pozoru niewinny i nieśmiały, w obliczu zagrożenia potrafi przemienić się w doświadczonego poprzez filmy przygodowe i fantastyczne chętnego do pomocy mężczyznę, i choć jego czyny i wiedza mogą wydawać się nieadekwatne do jego wieku, uważam, że jego postać jest jedną z najlepszych i najbardziej oryginalnych. Drugą z nich natomiast jest Thelma Ackerson, najbliższa przyjaciółka Laury z dzieciństwa. Czytelnik może śledzić jej losy naznaczone nieszczęściem przeobrażającym się stopniowo w szczęście, dzięki któremu bohaterka ma okazję spełnić swoje marzenia, stając się aktorką komediową. Nie bez powodu - Thelma od samego początku szczyci się ciętym i niepozbawionym dobrego humoru językiem, co tylko umila lekturę "Anioła stróża". Pozostaje zatem jeszcze tajemniczy obrońca Laury. To postać najbardziej intrygująca, budząca zarazem grozę i zaciekawienie. To jednak dobry człowiek. Nie idealny, ale o wielkim sercu o ogromnej determinacji, dzięki którym można spojrzeć na niego łagodniejszym okiem.

Nietypowe perypetie tej czwórki bohaterów są niezależne od siebie jak nigdy dotąd. Balansując po świecie, na którym w każdej chwili może pojawić się cień niebezpieczeństwa poniekąd związanego z podróżowaniem w czasie, muszą chronić i pomagać sobie nawzajem, by nie dopuścić do drastycznych zmian w ich życiu. By uciec przed przeznaczeniem. A może nawet je... zmienić? "Przeznaczenie walczy o przywrócenie kształtu, jaki miało posiadać"*. Tylko obrońca Laury wie, jak wyglądało jej życie przed jego pierwszą ingerencją. Praktycznie w jego rękach leży niedopuszczenie do sytuacji, w której owo przeznaczenie powróciłoby do swej pierwotnej postaci. Nie jest to jednak takie proste. Zarówno świat Laury, jak i jego, pełen jest okrutnych niespodzianek i bezwzględnych zabójców. Kim są ci prześladowcy? Skąd tak naprawdę pochodzi "anioł stróż"? Rozwój wydarzeń kompletnie zaskakuje czytelnika. Mnie zaskoczył. Nie sądziłam, że działalność obrońcy Laury będzie miała tak szeroki i poważny wymiar.

Podsumowując, uważam, że "Anioł stróż" Deana Koontza jest dość oryginalną, ale dobrą książką. Wciąga i zaskakuje, choć czasami przytłacza zbędnymi i monotonnymi opisami poszczególnych zdarzeń i zjawisk. Pierwsza część powieści jest nieco łagodniejsza od drugiej, w której nadrabiane są "zaległości" w postaci licznych sensacyjnych akcji, pełnych strzelanin i pościgów. W czasie lektury można zatem złapać oddech, jak i z szybkim biciem serca śledzić losy głównych bohaterów, nie mogąc doczekać się ich finału. Myślę, że każdy czytelnik znajdzie tutaj coś dla siebie. To jedna z lepszych książek Koontza, jakie do tej pory miałam okazję przeczytać.

*s.363
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...