Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polska. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 28 września 2014

"Uśpienie" - Marta Zaborowska

Wydawnictwo: Czarna Owca, 2013.
Liczba stron: 480.
Rozpoczęcie lektury: 15.09.2014.
Zakończenie lektury: 18.09.2014.
Moja ocena: 4/10.

Na przeczytanie "Uśpienia" zdecydowałam się z trzech powodów, które w dużym skrócie brzmią: Czarna Seria, pochlebne opinie oraz niedawne wydanie "Rajskich ptaków", drugiego tytułu Marty Zaborowskiej. Teraz, będąc już po lekturze utworu, nie potrafię się zgodzić z wysokimi notami i superlatywami wypisywanymi na jego temat przez innych czytelników. Bo dla miłośników kryminałów - a za takiego uważam się i ja - ta książka nie może być dobra. W ciągu kilku ostatnich lat naczytałam się sporo powieści kryminalnych, by wiedzieć, jak wygląda taka, którą do tego gatunku literackiego można bez wahania zaliczyć, i jak nie powinna takowa wyglądać. Pomijam tutaj styl, bohaterów i kwestię napięcia, bo te można dopracować, przy okazji tworzenia kolejnych utworów poprawić, ale dla fabuły, która nie zawsze trzyma się kupy, a wydarzenia wchodzące w jej skład zahaczają o niewiarygodność bądź absurdalność, nie mam litości. A "Uśpienie", z przykrością muszę stwierdzić, kilka takich "perełek" w swej zawartości posiada.

W swym dość obszernym debiucie Zaborowska zabiera nas do pewnego podwarszawskiego miasteczka. Z tutejszego szpitala psychiatrycznego, zarządzanego przez doktora Artura Maciejewskiego, ucieka pacjent, Jan Lasota, który został przysłany na leczenie z powodu znęcania się ze szczególnym okrucieństwem nad zwłokami, przy których pracował z zakładzie pogrzebowym. Szybko wychodzi na jaw, że nie był to jego jedyny tego rodzaju występek, a w jego przeszłości aż strach się zagłębiać. Pracowała jednak nad nią doktor Anna Dudczak, ale tak się składa, że wkrótce po ucieczce Lasoty zostaje ona zamordowana. Śledztwo w obu sprawach przypada miejscowej policji na czele z komisarzem Stefaniakiem i podkomisarz Julią Krawiec. Nieoficjalnie pomaga jej doktor Maciejewski. Tymczasem w jego szpitalu zaczyna robić się coraz bardziej niebezpiecznie, a na jaw wychodzą uśpione przez wiele lat tajemnice pacjentów ośrodka i okolicznych mieszkańców.

Zapowiada się interesująco i przez jakiś czas ta powieść rzeczywiście taka jest. Schody zaczynają się, gdy pisarka powiększa liczbę bohaterów, a co za tym idzie, różnego rodzaju wątków z nimi powiązanych. Książka z intrygującej i zagadkowej staje się przerysowana, chaotyczna i skomplikowana. Niemal każdemu tutaj można przypiąć łatkę chorego psychicznie, a już na pewno podejrzanego o to czy tamto. Mimo że postaci jest sporo, zapadają one w pamięć, ale gorzej już z ich motywami postępowania, które albo są banalne, albo mało wiarygodne, a tym samym wręcz nie do odgadnięcia przez odbiorcę.

Zabójstwa, samobójstwa, gwałty, nekrofile, porwania - wszystko to przewija się przez "Uśpienie", ale moim zdaniem jest tego, jak na jedną książkę, za dużo. Widać, że autorka bardzo starała się, by jej debiutanckie dzieło zachwyciło czytelnika, ale wybrała ku temu niewłaściwą drogę, czyli przesadę. Brawa za pomysłowość, owszem, ale takie nagromadzenie szokujących czy pełnych napięcia wątków jest w stanie zaszkodzić powieści, czyniąc ją mało realistyczną, po prostu przekoloryzowaną. Zwiększa też prawdopodobieństwo wpadek "na planie". I Zaborowska parę takich potknięć zaliczyła, niestety. Oto najważniejsze, te najbardziej niedorzeczne z nich: fatalna praca policjantów (nie dość, że po śmierci doktor Dudczak nie przeszukali dokładnie jej gabinetu, a mieszkania wcale, to jeszcze spławili z komendy chłopca, który był w posiadaniu cennych dla śledztwa informacji) - wielokrotnie odniosłam wrażenie, że w skład ich zespołu wchodzi tylko Krawiec; swobodna współpraca policji z doktorem Maciejewskim, który jest przez nią o wszystkim informowany; pistolet w celi wariata; genialni świadkowie sugerujący osobom prowadzącym dochodzenie, co mogą one zrobić, żeby znaleźć jakiś nowy trop; przygarnięcie do domu przez Julię nastoletniej Róży z psychiatryka, by ta pobawiła się z jej niespełna sześcioletnią córką, Sylwią (co może siedzieć w głowie tej dziewczyny - skrzywdzonej, leczonej w zamknięciu - to najwyraźniej nieistotne); długaśne listy o przeszłości pisane przez Różę do Sylwii ledwie składającej litery do kupy, a co dopiero rozumiejącej, że zły dotyk boli, a porzucenie dziecka przez matkę może zachęcić je do targnięcia się na własne życie. Nie mogłam też nadziwić się podkomisarz Krawiec, która w czasie gdy jej córka znajdowała się w poważnym niebezpieczeństwie, wytrwale kontynuowała śledztwo. A do tego miała czelność obrazić się, gdy ktoś wygarnął jej prawdę na temat tego, jak fatalną jest matką. Podpadła mi tym zachowaniem bardzo. Nawet jej dawne problemy z alkoholem, rozwód i przeprowadzka nie sprawiły, że wykrzesałam z siebie w stosunku do jej osoby choć trochę sympatii. Ale Zaborowska, jak wyczytałam z jednego z wywiadów z nią, szykuje kolejne rewelacje dotyczące przeszłości policjantki, więc kto wie, może już przy okazji lektury "Rajskich ptaków" spojrzę na nią łaskawszym okiem...

A sięgnę po tę książkę na pewno. Choćby po to, by zobaczyć, czy styl autorki uległ poprawie. Bo dziś uważam, że jest on nijaki i niczym się nie wyróżnia. Zaborowska mało spontanicznie operuje zasobami słownictwa, nie pozwala sobie na niewymuszony luz czy przejawy dobrego humoru. Dialogi, choć liczne, są sztywne. W dodatku wszyscy bohaterowie, mimo że są różnorodni charakterologicznie i wiekowo, posługują się tym samym językiem. Dużo mówią sami z siebie, w sensie nie trzeba ich ponaglać dodatkowymi pytaniami - jest to szczególnie widoczne w trakcie przesłuchań świadków. Pisarka ma też tendencję do uzewnętrzniania myśli i spostrzeżeń wykreowanych przez nią postaci, czyli do takiego trochę dosadnego tłumaczenia czytelnikowi, co ktoś kiedyś zrobił i dlaczego albo w razie czego.

Kryminał to niełatwy i wymagający gatunek literacki. "Uśpienie" jest dowodem na to, że do pisania powieści, które można by zakwalifikować do tego typu literatury, nie wystarczą dobre chęci, pomysłowość i zebranie paru ważnych, pomocnych informacji na jakieś tematy. Przed Martą Zaborowską jeszcze sporo pracy, ale być może o jej zdumiewających efektach będę mogła napisać już po przeczytaniu jej najnowszego utworu, kto wie? Potencjał jest, odwaga do zagłębiania się w ciemne strony ludzkiego życia również, więc trzymam kciuki za literackie sukcesy w niedalekiej przyszłości pisarki.

środa, 10 września 2014

"Pewnego dnia, w grudniu" - Martyna Ochnik

Wydawnictwo: Zysk i S-ka, 2013.
Liczba stron: 316.
Oprawa: miękka ze skrzydełkami.
Rozpoczęcie lektury: 20.08.2014.
Zakończenie lektury: 29.08.2014.
Moja ocena: 4/10.

Martyna Ochnik jest z wykształcenia biologiem. Miłośniczka zwierząt, lubi malować, a także pisać. Zadebiutowała w 2008 roku powieścią "Pan Wichrów i Powiewów". Za opowiadanie "Malinowy sok" otrzymała główne wyróżnienie w konkursie twórców musicalu "Nie ma Solidarności bez miłości". W 2011 roku wydała kolejną książkę, "Oszołomy", a dwa lata później - "Pewnego dnia, w grudniu", utwór, o którym będzie mowa w niniejszej opinii.

Sięgnęłam po niego, bo zaintrygował mnie opis. Prawdę pisząc, połasiłam się na zawarte w nim jedno słowo, mianowicie "śledztwo". Z racji tego, iż wprowadziło mnie ono w błąd, gdyż książce daleko do kryminału, a ponadto mnie ona zawiodła, stwierdziłam, iż w przyszłości lektury dla siebie będę dobierać staranniej i rzadziej pod wpływem emocji. "Pewnego dnia, w grudniu" to powieść obyczajowa o przemijaniu, przypadkach i nie-przypadkach, jakie niejednokrotnie goszczą w życiu każdego człowieka, o niepewności i niewiedzy wynikającej z niemożności przewidzenia tego, co przyniesie nam dzień jutrzejszy. To powieść raczej smutna, może i skłaniająca do refleksji, ale też - w moim odczuciu - nieco depresyjna.

I zagadkowa, bowiem jej fabuła krąży głównie wokół postaci Apolonii, dziewczyny doświadczonej przez los, dziwnej i niepokojącej. Jej losy - od narodzin, po których matka popełnia samobójstwo, przez dorastanie i obcowanie ze śmiercią dotykającą kolejnych członków jej rodziny oraz zwariowaną przyjaciółką, aż po doświadczenie pewnego rodzaju wolności - opisuje niewydana jeszcze książka Barbary, której rękopis, jakby na równi z czytelnikiem, czyta redaktor Górzyński, przyjaciel kobiety. Historią dziewczyny Barbara zainteresowała się po przypadkowym - a jakże! - spotkaniu z jej ciotką. Z opowieści tej drugiej wynikło, że z Polą stało się coś niedobrego, a że Barbara byłą niegdyś dziennikarką śledczą, postanowiła przeprowadzić małe dochodzenie i dowiedzieć się prawdy o Apolonii.

Całość owiana jest wielką tajemnicą. Czytelnik przygląda się życiu dziewczynki, a później nastolatki ze zmarszczonym czołem, snując rozważania na temat tego, co też mogło się jej przytrafić w dorosłym życiu, że zaintrygowało to pewną kobietę, która zdecydowała się nawet napisać o tym książkę. Akcja toczy się dwutorowo, dość leniwie - Ochnik posiada dar opowiadania, w dodatku robi to ładnym językiem, ale bardzo często niepotrzebnie skupia się na obszernych, pełnych barwnych epitetów opisach miejsc, mieszkań czy budynków - i jednocześnie szybko, bo poszczególne lata z życia Poli mijają w mgnieniu oka, akcentowane najistotniejszymi epizodami, wydarzeniami, takimi jak śmierć babci bohaterki, zamiłowanie do pisania, drugi ślub ojca, przyjaźń z Dorotą, pierwszy seks czy pierwsza praca. Postać Apolonii, choć niezwykle oryginalna, osobliwa, króluje nad innymi bohaterami (w tym Barbarą, której rozliczenie z przeszłością sugerowane przez opis z okładki wydało mi się wymuszone i mało wyraziste), których sylwetki zostały przez autorkę nakreślone mgliście. Wątek obyczajowy z Polą w roli głównej zrobił więc na mnie pozytywne wrażenie. Wszelkie zmiany, z jakimi boryka się dziewczyna, towarzyszące jej na co dzień niepewność, tęsknota za wolnością i swobodą oraz rutyna, której zbyt duża ilość może doprowadzić do zaburzeń ludzkiego życia, nieładu, z którego nic dobrego nie wyniknie, sprawiły, że od czasu do czasu popadałam w coś w rodzaju zadumy. Ale jednak nie wszystko co dobre, dobrze się kończy. Po mniej więcej połowie powieści robi się mało przyjemnie, chaotycznie i nudno. Z powodu wprowadzenia przez Ochnik nowych, niespodziewanych wątków odniosłam wrażenie, że w zawoalowany sposób pisarka przeniosła mnie do wnętrza jakiegoś poradnika dotyczącego medytacji i kontroli umysłu. Z różnych zakamarków treści zaczęły się wyłaniać zjawiska paranormalne, losy Apolonii zawędrowały w naprawdę nieciekawym kierunku, w wyniku czego prawie natychmiast opadł ze mnie dotychczasowy entuzjazm, a jego miejsce zajęły znużenie i niemożność doczekania się zakończenia utworu, w którym pokładałam nadzieje na uratowanie całej tej historii i uczynienie jej sensownej, zaskakującej i kompletnej.

Niestety czekał mnie kolejny zawód - finał książki, który niczego nie wyjaśnił, wręcz przeciwnie - pozostawił mnie z jeszcze większą liczbą pytań, na które nie uzyskałam odpowiedzi, i niesmakiem. Zakończenie powieści "Pewnego dnia, w grudniu" jest po prostu otwarte. Absolutnie się takiego nie spodziewałam, więc wyobraź sobie moje rozczarowanie, zwłaszcza że nie znoszę tego typu zabiegów w literaturze. Było to moje pierwsze spotkanie z twórczością Martyny Ochnik i myślę, że ostatnie.

wtorek, 12 sierpnia 2014

"Niepamięć" - Jolanta Kosowska

Wydawnictwo: Bukowy Las, 2012.
Liczba stron: 488.
Rozpoczęcie lektury: 28.07.2014.
Zakończenie lektury: 04.08.2014.
Moja ocena: 7/10.

Jolanta Kosowska, z zawodu lekarka, ma na swoim koncie dwie powieści - "Niepamięć" i "Déjà vu". Po pierwszą z nich sięgnęłam niedawno, zachęcona jej wysokimi notami i rekomendacją znajomego. Muszę przyznać, że zrobiła ona na mnie pozytywne wrażenie. Nie jest pozbawiona wad, ale jest naprawdę dobrą przedstawicielką literatury obyczajowej, w której wewnętrzne rozterki, dramaty i romanse przeplatają się ze złowróżbną atmosferą, tak bardzo charakterystyczną dla kryminałów. To utwór o uczuciach, błędach popełnianych przez ludzi, ich słabościach, cierpieniu i uświadamianiu sobie istotnych rzeczy - nie zawsze w odpowiednim czasie. Miłość mija się tutaj z podejmowaniem racjonalnych decyzji, pomyłki idą w parze z nieporozumieniem, a strach jest następstwem niepewności niesionej zarówno przez przyszłość, jak i przeszłość. Kilkoro bohaterów, ich losy, w przebieg których aż trudno uwierzyć, i lawina emocji to główne cechy utworu Kosowskiej.

Na trzecim roku studiów medycznych Michał poznaje ambitną i piękną Katarzynę. Ich przyjaźń szybko przekształca się we wzajemne zauroczenie, ale wówczas na ich drodze stają przeszkody w postaci nieodpowiedzialnego zachowania chłopaka i nowego adoratora dziewczyny, Romana. Niemożność wyboru, liczne nieporozumienia oraz fatalne zbiegi okoliczności doprowadzają Michała do obsesji na punkcie Kasi i jego późniejszego wyjazdu do Niemiec, co pozwoli mu stanąć na nogi i zrobić karierę w branży genetycznej, a Romana - do zamieszkania w Chorwacji, gdzie mężczyzna będzie miał okazję wykazać się jako chirurg. Po kilku latach dochodzi do ich ponownego spotkania. Mimo tego, iż wcześniej rywalizowali o Katarzynę, byli zdolni przyjaźnić się ze sobą i ślady tej przyjaźni widoczne są nadal. Zatracając się w opowieściach na temat minionych lat, mężczyźni ze zdumieniem uświadamiają sobie, że po tym, jak ich drogi się rozeszły, w życiu ich ukochanej musiało zdarzyć się coś nieoczekiwanego, coś, co uniemożliwiło jej dotrzymanie im towarzystwa w obecnej sytuacji. Michał, myśląc już o najgorszym, postanawia odszukać Kasię. Czy mu się to uda? Co takiego spotkało tę młodą kobietę, odcinając ją od dawnych znajomych i chłopaka, którego kochała?

Początek utworu Kosowskiej może skłonić czytelnika do myślenia, iż będzie to romans z trójkątem - trójką bohaterów - w roli głównej. Ja odniosłam takie właśnie wrażenie, ale okazało się ono mylne. Dlatego pragnę podkreślić, że jeśli pierwsze kilkadziesiąt czy nawet sto stron będzie dla kogoś męczące, nużące czy pozbawione napięcia, warto przetrwać ich lekturę, dać książce szansę, gdyż jak najbardziej ona na nią zasługuje. Dopiero po jakimś czasie sprawy przybierają nieoczekiwany obrót - robi się mniej ckliwie, a za to niepokojąco, intrygująco i... malowniczo. Autorka sporą część akcji osadziła w Chorwacji, zatem opisy przepięknych miejsc i miast, które można w niej znaleźć, są tutaj na porządku dziennym. Czytając "Niepamięć", wielokrotnie powtarzałam sobie w myślach, że w przyszłości będę musiała choć skrawek chorwackiej ziemi zobaczyć na własne oczy. Koniecznie!

Skoro jestem już przy opisach, a więc bardziej technicznej stronie powieści, nie mogę nie wspomnieć o stylu pisarskim Kosowskiej, który jest dość nietypowy. Przede wszystkim w oczy rzuca się fakt, iż książka ma wielu narratorów - raz jest nim Michał, raz Kasia, raz dziennikarz Alen, a innym razem jeszcze ktoś inny. Nie zawsze zmiana osoby mówiącej jest zaakcentowana, co trochę utrudnia odbiór tekstu. Tekstu, na który składają się wspomnienia przechodzące w jeszcze bardziej odległe wspomnienia, ciągnące się nieraz całymi stronami monologi bohaterów oraz ich opowieści ubrane w dialogi, które często rozpoczynają się i kończą tak nagle, że łączą się, zlewają z akcją właściwą, przez co można się pogubić, kto w danej chwili mówi w czasie teraźniejszym, a kto odpowiada za retrospekcję. Dialogi w dialogach są zazwyczaj nakreślone w szczegółowy sposób, niby naturalnie, ale niejednokrotnie uzmysławiałam sobie, że przeciętni ludzie nie rozmawiają ze sobą, przytaczając wymyślne porównania, epitety czy metafory, od których nie stroni pisarka. Jej styl cechuje również swoboda przechodząca w pewnego rodzaju nieporządek - Kosowska nierzadko przytacza luźne myśli na różne tematy, tworzy krótkie zdania, wylicza po przecinku fragmenty śladów przeszłości bohaterów, jakieś przedmioty czy cechy, co z każdą kolejną stroną irytowało mnie coraz bardziej, a liczne powtórzenia w wyrażaniu uczuć i opisach poszczególnych zdarzeń czy postaci (kosmyki włosów ciągle opadają na twarz Kasi; Kasia ubiera się w bluzki i sukienki "jakby trochę za kuse") prowokuję odbiorcę do myślenia, iż autorka wymyślała je na bieżąco, przypominała sobie o nich znienacka, a później nie naniosła ewentualnych poprawek. Jej utworu z całą pewnością nie czyta się łatwo. Nieszablonowy, specyficzny styl, niemała objętość oraz wylewające się z zawartości emocje sprawiły, że na lekturę "Niepamięci" poświęciłam dobry tydzień.

O detalach fabuły tej książki pisać nie będę, gdyż trudno jest przytoczyć jakiekolwiek wydarzenie, jakikolwiek wątek spoza krótkiego streszczenia, które zawarłam na wstępie niniejszej opinii, tak, aby nie zdradzić czegoś, co może być kluczem do rozwiązania całej tej zagadki związanej ze zniknięciem Katarzyny. Nie chciałabym zepsuć niespodzianki pod postacią zaskoczeń wynikających z lektury, których sama doświadczyłam dzięki niezagłębianiu się w obszerne recenzje i skupieniu się na opisie powieści zaproponowanym przez wydawnictwo Bukowy Las. O tak skonstruowane - intrygujące i niezdradzające zbyt wiele - opisy powinny dbać wszystkie wydawnictwa, to tak na marginesie. "Niepamięć" Jolanty Kosowskiej to niebanalna historia o młodych ludziach, którzy w bardzo krótkim czasie stali się świadkami niespotykanych zrządzeń losu, doświadczyli bolesnych zmian, błędów, złych wyborów, przykrości i przeklętej miłości. Musieli sobie z nimi radzić w pojedynkę, mimo że dawniej łączyła ich sympatia. Mimo że żyli blisko siebie - ale z pewnych powodów nieświadomi tego. To historia o poświęceniu dla drugiego człowieka i tkwieniu przy nim w zdrowiu i chorobie. O potędze pamięci, której zakamarki potrafią wprowadzić jednostkę w stan euforii albo wręcz przeciwnie - doprowadzić do ruiny, oraz przykrych skutkach tytułowej niepamięci, ze szczęśliwym, a zarazem smutnym finałem, którego echo jeszcze na długo po zakończeniu czytania powieści rozbrzmiewa w umyśle czytelnika.

wtorek, 8 lipca 2014

"Oszust matrymonialny" - Leszek Szymowski

Wydawnictwo: Bollinari Publishing House, 2013.
Liczba stron: 240.
Oprawa: miękka.
Rozpoczęcie lektury: 29.06.2014.
Zakończenie lektury: 30.06.2014.
Moja ocena: 4/10.

Leszek Szymowski to urodzony w 1981 roku polski dziennikarz śledczy i fotograf. Absolwent Uniwersytetu Warszawskiego. Pisywał m.in. dla "Gazety Polskiej", "Wprost", "Angory" i "Warszawskiej Gazety", współpracował z TVP przy programach śledczych "Misja Specjalna" i "30 minut extra". Interesował się takimi osobami, jak ksiądz Jerzy Popiełuszko, detektyw Krzysztof Rutkowski, Krzysztof Olewnik, Marek Papała, a od 2010 roku przygląda się katastrofie smoleńskiej. Jest autorem takich książek, jak "Zamach w Smoleńsku", "Media wobec bezpieki", "Imperium marnotrawstwa", "Agenci SB kontra Jan Paweł II", "Zabić komendanta" i "Oszust matrymonialny".

Do napisania tej ostatniej przyczyniło się przypadkowe poznanie jej głównego bohatera, a także narratora. Tak, powieść ta jest oparta na faktach i przedstawia losy mężczyzny, który w latach 2002-2010 uwiódł mnóstwo kobiet, po czym oszukał je, okradając z dużych sum pieniędzy. Imiona i nazwiska postaci przewijających się przez książkę zostały zmienione. Tytułowy oszust to Kamil Ciepliński. Szymowski natknął się na niego w zakładzie karnym, do którego przychodził na rozmowy z pewnym bandytą z gangu mokotowskiego. Historia Cieplińskiego zainteresowała go do tego stopnia, że postanowił uczynić ją powieścią. Można w niej znaleźć elementy typowe dla biografii i kryminału, a więc czytelnik może potraktować ją jako niewymagającą - czasami irytującą, czasami zabawną - lekturę albo wręcz przeciwnie - jako utwór ostrzegający przed ludźmi, do jakich należał Kamil zanim dobrała się do niego policja. Kobiety, miejcie się na baczności! Ładna buźka faceta i jego dobre maniery nie zawsze są wystarczającym powodem do zaufania i stworzenia z nim idealnego związku. Pożyczanie drugiej osobie sporej ilości pieniędzy po zaledwie trzymiesięcznej znajomości - choćby nie wiem jak bardzo udanej - z całą pewnością nie jest rozsądnym posunięciem. A o takich i podobnych przypadkach traktuje "Oszust matrymonialny", utwór z leniwym, chciwym, wygadanym i na swój sposób inteligentnym Cieplińskim w roli głównej i niepozostającymi bez winy, pragnącymi miłości, a co za tym idzie, naiwnymi przedstawicielkami płci pięknej w rolach drugoplanowych.

Będąc dwudziestokilkulatkiem, Kamil miał tego pecha szczęśliwie - jak sądził - zakochać się w Agnieszce i poślubić ją. Jednak zaraz po zawarciu małżeństwa wyszła na jaw prawdziwa natura dziewczyny, która, co tu dużo pisać, za najważniejszy cel swego życia obrała sobie karierę i zupełnie nie interesowało jej to, że poświęcając się pracy, zaniedbywała męża, praktycznie szybko się nim znudziła. Rozstanie z Agnieszką nastąpiło w nieprzyjemnych okolicznościach, dla Kamila było fatalne w skutkach i zapoczątkowało jego awersję do trwałych związków. Wiążąc się jakiś czas później z kolejną kobietą, Kasią, Ciepliński wpadł już na pewien pomysł, który miał mu pomóc stanąć na nogi po rozwodzie, a więc, co chyba najistotniejsze, wzbogacić się. Posmakowanie zwycięstwa nad płcią przeciwną i łatwego zarobku przyczyniło się do kontynuowania miłosnych podbojów - poszukiwania na internetowych portalach randkowych odpowiednio urodziwych i zamożnych pań, a następnie długotrwałego flirtowania podszytego kłamstwami - zakończonych zdobyciem przez uwiedzione kobiety statusu ofiary.

Historia tytułowego oszusta jest ciekawa sama w sobie - iście sensacyjna, przerażająca, momentami aż niewiarygodna. Odbiorca ma okazję poznać osobiste pobudki narratora i kulisy jego "pracy", o których nie dowiedziałby się z telewizyjnych wiadomości czy artykułu internetowego. Książka Szymowskiego zapowiadała się naprawdę intrygująco, ale mniej więcej w połowie zaczęła tracić na wartości i przynudzać, w wyniku czego zastanawiałam się, czy owe "przygody" Cieplińskiego były dobrym materiałem na powieść, czy może lepszym rozwiązaniem byłoby wspomnienie o nich właśnie w telewizji albo jakiejś gazecie. Moje wątpliwości nie narodziły się bez powodu. Fabuła, mimo że przyciągająca uwagę, dzięki kulejącemu z każdą kolejną stroną stylowi pisarskiemu zaczęła irytować i zniechęcać mnie do dalszej lektury. Prosty język stał się jeszcze bardziej uproszczony, pełen powtórzeń i podobnie sformułowanych zdań ("Zostałem współwłaścicielem eleganckiego hotelu. Drugim współwłaścicielem został emerytowany Niemiec, który na mocy porozumienia między nami został dyrektorem hotelu. Obaj zaciągnęliśmy kredyt, który miał być spłacany z pieniędzy zarobionych przez nasz hotel"*). Wszelkie zabiegi i zamiary głównego bohatera względem kobiet wyglądały podobnie, ale nie przeszkodziło mu to w opisywaniu ich praktycznie tak samo za każdym razem. A autor niczego nie pominął, nie zadbał o to, żeby tę historię urozmaicić bogatszym słownictwem, ożywić czy uporządkować chaotyczne wypowiedzi Kamila, które często wyglądały mniej więcej tak: "Moją korespondencję przerywały co chwila SMS-y. Anita pisała, że nie może już się doczekać spotkania ze mną. Zaproponowałem jej randkę kolejnego dnia. Z Ewą nie mogłem się spotkać przed weekendem, więc z Anitą mogłem się spokojnie umówić. Umówiłem się też z Grażyną na rozmowę na chacie internetowym na następny dzień. Wszystko kręciło się coraz lepiej. Jedną zakochaną we mnie panienkę właśnie przekręciłem na kasę, a w kolejce ustawiały się trzy następne"**. Odniosłam wrażenie, że pisarz nagrał opowieść więźnia, a następnie przepisał ją bez kombinacji i poprawek, które by się przydały. Im bliżej końca, tym Ciepliński jakby nie mógł się doczekać dobrnięcia do finału, nie dbając o przyzwoity styl wypowiedzi, wyrażając się pospiesznie i byle jak, a Szymowski wszystko to w swej książce uwiecznił.

Sięgając po "Oszusta matrymonialnego", trzeba uzbroić się w potężną dawkę cierpliwości. Po pierwsze dlatego, że we znaki dają się niezliczone błędy w tekście, począwszy od składniowych, przez ortograficzne, po interpunkcyjne. Przykłady: "W pozwie zawartych było sporo argumentów o tym, jaki to ze mnie zły i paskudny człowiek ze mnie"***, "popołudniu", literówki oraz denerwujące i niekończące się braki znaków zapytania w dialogach, braki przecinków, a gdzieniegdzie nawet spacji. Ponadto narrator nie zwraca uwagi na to, w jaki sposób w danym momencie się wypowiada - bywa bowiem, że przybiera postać przyjemnego dla oka czy ucha gawędziarza, innym razem posługuje się językiem potocznym (nazywając panią sędzię sędziną, dziewczyny - laskami), a jeszcze innym wysławia się niczym poeta ("spojrzyj na siebie"). Po drugie - ze względu na samego Kamila Cieplińskiego, który osobą godną sympatii i podziwu nie jest, wiadomo. Ale jemu cierpliwości, sprytu i umiejętności opowiadania bajek odmówić nie można. Kobiety traktował jako źródło szybkiego zarobienia dużej kasy (jego jedno oszustwo było warte kilkadziesiąt lub kilkaset tysięcy złotych), a wypowiadał się na ich temat w następujący sposób: "Kiedy jeszcze spotykałem się z Ewą, zalogowałem się ponownie na kilku portalach i zacząłem znowu pisać do lasek. Tym razem miałem już ściśle określony profil kandydatki, której szukam. Chciałem, aby miała trochę więcej niż 30 lat, aby wyglądała na tyle ładnie, żebym nie wstydził się z nią pokazać, oczywiście żeby cierpiała na długotrwały brak faceta, no i żeby dawała możliwości zarobienia jakiejś kasy. Marzyłem o kobiecie z pozycją"****. Czytając o jego podbojach, nie mogłam nadziwić się sile jego perswazji oraz jego naiwnym (dojrzałym!) ofiarom, którym na widok otrzymanych kwiatów i po usłyszeniu komplementów w stylu "piękna księżniczko", "moja królowo", "boginko" miękły nogi, serca i przy okazji mózgi. Owszem, od czasu do czasu było mi żal tych omamionych i oszukanych kobiet - pragnęły przecież być kochane przez wyjątkowego mężczyznę i wydawało im się, że Ciepliński był w stanie im tę miłość ofiarować. Zaślepione nią, nie zawsze, niestety, postępowały rozważnie. Szymowski włączył do swej powieści kilka mailowych i listownych wiadomości od poszkodowanych kobiet, do których udało mu się dotrzeć, gdy badał wiarygodność działalności Kamila, ale nie wniosły one nic konkretnego poza potwierdzeniem, że ofiary nie chcą mieć już nigdy do czynienia z oszustem i zastrzeżeniem o nieujawnianiu w książce ich prawdziwych danych osobowych. Brakuje więc w niej innego - tego kobiecego spojrzenia na całą tę sprawę. Na pewno nadałoby ono powieści ciekawszego i dramatycznego charakteru.

"Oszusta matrymonialnego" czytało mi się dobrze, ale do czasu. Z wyżej wymienionych powodów mniej więcej od połowy książki nie mogłam się doczekać jej zakończenia, które okazało się wręcz spektakularne - nie dość, że mnie zaskoczyło, to na dodatek (oj, chyba jestem złośliwa) rozbawiło. Leszek Szymowski uraczył nas opowieścią o młodym mężczyźnie, który postanowił pójść na łatwiznę i żyć czyimś kosztem. Mężczyźnie, który w ciągu ośmiu lat doprowadził do rozpaczy kilka kobiet, ukradł mnóstwo pieniędzy, a następnie - poprzez chciwość i nieuwagę - stracił wszystko, co do grosza, nawet... Tego już nie zdradzę. Fabułę można streścić w paru zdaniach, więc jeśli ktoś nie zamierza brnąć w ten niezbyt apetycznie wyglądający (pod względem technicznym i stylistycznym) tekst, proszę o wiadomość, wówczas chętnie napiszę, jak życie tego warszawskiego uwodziciela wyglądało.

*s.170
**s.95
***s.26
****s.126

czwartek, 26 czerwca 2014

"Rok na Majorce" - Anna Klara Majewska

Wydawnictwo: Wielka Litera, 2013.
Liczba stron: 336.
Rozpoczęcie lektury: 01.06.2014.
Zakończenie lektury: 05.06.2014.
Moja ocena: 5/10.

Anna Klara Majewska to polska pisarka, dziennikarka i felietonistka, córka nieżyjącej już fotografki, Zofii Nasierowskiej, i reżysera, Janusza Majewskiego. Autorka poradnika "Jak dobrze wyjść za mąż po czterdziestce" i "Sekretów" napisanych wspólnie z Hanną Bakułą i Anną Ibisz. Dwukrotnie zamężna. Z wywiadu znalezionego w sieci wyczytałam, że Majewska nie znosi fikcji i to, co opisała w powieści "Rok na Majorce", wydarzyło się mniej więcej naprawdę - pisarka w wieku trzydziestu pięciu lat wyprowadziła się z synem na ponad dwa lata właśnie na Majorkę, stąd też jej dobra znajomość tamtejszych rejonów i obyczajów, o których można poczytać w książce.

Jej bohaterką jest trzydziestopięcioletnia Magda Blum, rozwódka, matka dziesięcioletniego Michała, z zawodu architekt wnętrz, ale chwilowo bezrobotna. Po kolejnym nieudanym związku, tym razem z Maxem, hrabią, z którym koniecznie chce ją wyswatać matka, Magda wyprowadza się z Wiednia do Palmy, która może i jest rajem na ziemi, ale niekoniecznie zawsze, o czym kobieta przekonuje się trochę później. Czy hiszpańska wyspa pomoże Magdzie w uporządkowaniu jej dotychczasowego życia? A może w znalezieniu unikalnych przyjaciół i równie unikalnego tego jedynego? Czy Majorka okaże się przyjazna również dla jej rozpieszczonego dziesięciolatka?

Okładka powieści Majewskiej od razu wprowadza czytelnika w wakacyjny, urlopowy nastrój. Aż chciałoby się w następnej chwili znaleźć w otulonym słońcem południowoeuropejskim kraju pełnym zabytkowych miasteczek albo na jakiejś gorącej wyspie otoczonej lazurowymi wodami. Licznych opisów majorkańskich widoków oraz panujących na tytułowej wyspie zwyczajów i obrzędów w utworze nie brakuje, więc przyjemnie było mi przenieść się - wprawdzie tylko w wyobraźni, ale to zawsze jakiś plus - w ciepły klimat, którego chciałabym kiedyś posmakować w rzeczywistości. Na tym praktycznie kończy się urok "Roku na Majorce" związany z porą letnią i wypoczynkiem. Bo, prawdę pisząc, do lekkich, takich typowo przygodowych, zabawnych, na hamak czy plażę bym tej książki nie zaliczyła. Opowiada ona o kobiecych perypetiach dotyczących przede wszystkim mężczyzn. Na pierwszy plan wysuwają się więc romanse, zdrady i ploteczki. Autorka posługuje się specyficznym stylem pisania - trochę dzikim, wariackim, żartobliwym i niepozbawionym ironii, co na dłuższą metę wydaje się męczące lub nawet niesmaczne. Majewska nie stroni od wymyślnych porównań, złośliwych stereotypów (skoro niemiecka para w średnim wieku, to musi być brzydka; jak mężczyzna jeździ ładnym autem i nosi obcisłą różową koszulkę, musi być gejem) oraz różnojęzycznych wstawek, zwłaszcza angielskich, które nie zawsze są tłumaczone na język polski.

Miało być lekko i zabawnie, tymczasem jest denerwująco, ślady dobrego humoru są widoczne tylko gdzieniegdzie (parę sytuacji czy dialogów), a najciekawsze momenty akcji - pod koniec książki. To, że klimat "Roku na Majorce" jest taki, a nie inny, jest zasługą (a może raczej winą) ciężkostrawnych bohaterów wykreowanych przez Majewską. Szczególnie bohaterki głównej, czyli Magdy. Nie potrafiłam jej polubić. Kobieta ta jest na przemian chłodna, niezdecydowana, zła bądź po prostu wredna. Na wiele rzeczy i wielu ludzi narzeka. Niby poszukuje szczęścia, ale robi to nieodpowiedzialnie i byle jak. I w ten sposób wdaje się w relacje z niewłaściwymi osobami, które potem ją ranią i czynią jeszcze bardziej niezadowoloną z życia. Jest lekkomyślna i czasami w gorącej wodzie kąpana. Jej nałogiem są buty, więc każdy okropny moment w życiu Magdy równa się zakupowi nowej pary obuwia, nieważne, że kosztuje ona majątek, i nieważne, że jej przyszła właścicielka żyje z oszczędności. Nie podoba mi się to, jak określa swoją sytuację życiową - uważa, że wychowując dziecko, pracując (tak, tak, z czasem znajduje pracę, a nawet rozkręca własny biznes) i wykonując domowe obowiązki, popada w rutynę. Nie zauważa jednak tego, że jakimś cudem nie brakuje jej rozrywki, bo niemal co wieczór ma czas z kimś się spotkać, wyjść, wyjechać na jakieś spotkanie bądź imprezę, na której zostaje do późnej nocy. A czy przeciętny człowiek, który obraca się w środowiskach rodzina-praca-dom, nie twierdząc, że robi to rutynowo, ma zawsze czas na przyjemności, jakim oddaje się bohaterka powieści? Nie sądzę. Mam wrażenie, że Magda nie potrafi usiedzieć zbyt długo w jednym miejscu. Wszystko, zwłaszcza praca, szybko zaczyna ją nudzić.

Przejdę teraz do kwestii pozostałych postaci przewijających się przez utwór Majewskiej. Co najmniej zastanawiający jest fakt, iż wszystkie (poza Markiem Hamptonem) są, no cóż, owijać w bawełnę nie będę, dziwne - albo posiadają taki charakter, albo osobliwe hobby czy poglądy. Autorka może i chciała urozmaicić nimi swą książkę, ale wydaje mi się, że trochę przesadziła. Mamy w niej mnóstwo przyjaciółek Magdy, które są rozwódkami szukającymi nowych przygód miłosnych albo cierpiącymi na depresję (chyba najgorsza jest Rosa, "wspaniała i idealna" matka, która tylko patrzy, żeby wyrwać jakiegoś faceta - najlepiej artystę - nie może żyć bez seksu, nieobce jej są też narkotyki), mamy także mężczyznę brzydzącego się ludźmi, wiecznie napaloną złotą rączkę, oszusta żyjącego w dwóch związkach partnerskich, faceta, który martwi się o byłą żonę do tego stopnia, że nie potrafi oddać się całkowicie innej kobiecie, upierdliwą matkę Magdy (wątek Bożego Narodzenia z nią w roli głównej to koszmar i masakra!), obłąkaną staruszkę i parę innych. Wspomniany Marek Hampton, fajny gość i niemalże ideał mężczyzny, na tle powyższych bohaterów wydaje się przybyszem z kosmosu. Ale dzięki niemu właśnie fabuła "Roku na Majorce" nabrała nieco normalności i tajemniczości.

Z całą pewnością jest więc to książka zwariowana i "hałaśliwa". Jej przeciętna treść skupia się na damsko-męskich potyczkach, perypetiach i sekretach rodzinnych, prowadzeniu własnej działalności gospodarczej i ogólnym życiu na obczyźnie - nie tylko w przypadku głównej bohaterki, lecz kilku innych osób pochodzących z różnych zakątków Europy. Na kolana nie powali, może srogo rozczarować albo wręcz przeciwnie, poprawić humor. Nie tak dawno wydawnictwo Wielka Litera wypuściło na rynek "Powrót na Majorkę", kontynuację przygód Magdy i jej majorkańskich przyjaciół. Z opisu wynika, że kobieta znowu trochę namiesza (dlaczego? dlaczego?). Czy przeczytam? Może i nie mam nic przeciwko, gdyż bardzo nie lubię porzucać serii czy cyklu książek, ale przy tym nawale utworów, które pragnę poznać, tak szybko pewnie to nie nastąpi. Może nawet nigdy. Cóż, tym razem chyba przeżyję.

czwartek, 1 maja 2014

"Mimo wszystko Wiktoria" - Renata Kosin

Wydawnictwo: Replika, 2012.
Liczba stron: 328.
Rozpoczęcie lektury: 18.04.2014.
Zakończenie lektury: 21.04.2014.
Moja ocena: 5/10.

Po książkę "Mimo wszystko Wiktoria", pochodzący sprzed dwóch lat powieściowy debiut Renaty Kosin, sięgnęłam z dużym zainteresowaniem i nadzieją na spędzenie miłych chwil z lekką literaturą kobiecą, na co wówczas miałam ogromną ochotę. Śliczna okładka, intrygujący opis, liczne pozytywne opinie na temat tego utworu - czego tu chcieć więcej? Dla mnie jednak okazał się on małym rozczarowaniem. W czasie jego lektury irytowałam się i nudziłam na przemian, od czasu do czasu tylko uśmiechając się i wzruszając. Dlaczego tak, a nie inaczej, nie zupełnie na odwrót? O tym już za chwilę.

Fabuła powieści Kosin opiera się na kilku rodzinach i kilkunastu osobach żyjących w czasach współczesnych, właściwie tych najnowszych. Na pierwszy plan wysuwa się tutaj przyjaźń trzech doświadczonych przez los, wydawać by się mogło szczęśliwych kobiet - Michaliny Brunik, matki siedmioletniego Jasia i siedemnastoletniego Michała i żony Wiktora, nieco zazdrosnej o własną teściową, Zuzanny Rożeńskiej, właścicielki Domu Otwartego dla Pań słynącego z robótek ręcznych, oraz Gabrieli Dombrowskiej, rozwiedzionej nauczycielki wychowującej nastoletnią Julię. Każda z tych bohaterek boryka się z codziennymi problemami związanymi z obcowaniem z partnerami, opieką nad dziećmi czy pracą zawodową, stając u progu przemian wywoływanych przez zawrotny pęd współczesnego życia i aktualną modę.

W utworze nie brakuje rozmyślań i rozważań przewijających się w nim postaci na tematy dziś nam nieobce. Trudne i łatwiejsze. Tak jak niejeden współczesny człowiek, Michalina i jej przyjaciółki zadają sobie pytanie, czym jest dla nich szczęście, czy do jego pełno potrzebują małżonka, dziecka, wymarzonej pracy, a może wolności, czy warto trzymać się stereotypów, a może lepiej je łamać i pochwalać teorię gender i tak dalej, i tak dalej... Wszystko byłoby w porządku, gdyby nie to, że powyższe rozważania i rozmowy autorka wciska do fabuły przy każdej nadarzającej się, nawet błahej okazji, zazwyczaj pod postacią rozbudowanych, czasem kilkustronicowych dyskusji poszczególnych bohaterów. Przez to właśnie momentami miałam wrażenie, że czytam nie powieść, lecz coś w rodzaju poradnika, któremu jednak do niego daleko, bo zamiast dawać jakieś konkretne porady i podsuwać ciekawe pomysły, nie wnosi niczego nowego, gdyż niemal każda osoba w książce Kosin ma na poruszany temat inne zdanie. Jedna jest całkowicie przeciwna zdradzie małżeńskiej, druga nie widzi w tym nic złego, a jeszcze inna jest w stanie przymknąć na nią oko, ale pod warunkiem, że ów występek jest właściwie uzasadniony. I tak prawie zawsze - czy w czasie wywodów odnośnie macierzyństwa i zwolnień z pracy czy dzieci, ich szkolnych perypetii i miłosnych zawirowań. Jak tylko jedna z matek kończy filozoficzną wymianę zdań z czternastoletnią (!) córką na temat nihilizmu i komercji, na następnej stronie utworu wdaje się w poważną dyskusję z mężem poruszającą kwestię istoty związku kobiet z mężczyznami, ich ról, celów i wartości. Absolutnie nie tego się spodziewałam, biorąc do ręki "Mimo wszystko Wiktorię" - chciałam powieści lekkiej i przyjemnej (i momentami ona rzeczywiście taka jest), a nie niekończących się dyskusji bohaterów, które mają na celu ukazanie ich mądrości, inteligencji i obeznania w dzisiejszym świecie. Jeśli autorka koniecznie pragnęła o nich napisać, mogła zrobić to w jakimś artykule o gender, w czasopiśmie dla kobiet albo na forum internetowym, gdzie wymiany zdań pomiędzy użytkownikami wyglądają podobnie pod względem zróżnicowania, chaosu i niedokładności, jak dialogi z Michaliną, Zuzanną i Gabrielą w rolach głównych.

Tak jak zwykle nie mam nic przeciwko rozbudowanym dialogom, tak te zaprezentowane przez Kosin trochę mi przeszkadzały. Nawet w przypadku wspomnień z przeszłości bohaterek pisarka często posługuje się ich rozmowami zamiast po prostu opisami. Wygląda to mniej więcej tak: "a pamiętasz, jak...?", "pamiętasz, kiedy byłyśmy...?" - i potem jedna przez drugą zaczyna mówić, jak to było wtedy fajnie i wesoło, ha ha ha. Język, jakim posługuje się Kosin, jest raczej grzeczny i miły, przez co brakuje mi w nim swobody. Ale składam to na karb tego, że "Mimo wszystko Wiktoria" jest literackim debiutem. A kulejąca interpunkcja to zapewne wynik nie do końca idealnej korekty.

Żeby nie było, że książka Kosin jest pozbawiona plusów, pozwolę sobie teraz napomknąć w kilku zdaniach o jej pozytywnych stronach. Jej fabuła ewidentnie wokół czegoś krąży - głównie wokół Michaliny i jej tajemniczego zachowania mającego związek z jej wcześniejszym pobytem w szpitalu, a ponadto pomiędzy miłosnymi wypadkami Gabrieli i rodzinnymi sekretami Zuzanny, po odkryciu których życie tej ostatniej wywraca się do góry nogami. Niektóre wydarzenia okazały się rozbrajająco wzruszające, wówczas myślałam sobie, że dla nich właśnie warto było tę powieść czytać. W dość dużej mierze zrekompensowały mi one wszystko to, o czym pisałam wcześniej. Także zakończenie utworu bardzo mnie zaskoczyło, oczywiście na plus.

"Mimo wszystko Wiktoria" Renaty Kosin to powieść wprawdzie daleka od ideału, o zabałaganionej i zróżnicowanej treści, z której jednak gdzieniegdzie wyłaniają się obrazy warte uwagi, przedstawiające godną pozazdroszczenia kobiecą przyjaźń, poruszające niewiadome z przeszłości członków rodziny, miłość, namiętność, zazdrość, odpowiedzialność, zdolność do popełniania błędów, pomyłek oraz umiejętność wybaczania. Historia o kobietach, ale nie tylko. Dla kobiet i zapewne nie tylko. Liczyłam jednak na coś więcej i mam nadzieję, że dostarczą mi to kolejne książki tej autorki, czyli "Bluszcz prowincjonalny" i "Tajemnice Luizy Bein", których - a szczególnie tej drugiej - jestem bardzo ciekawa.

piątek, 21 marca 2014

"I stała się ciemność" - Marcin Wolski

Wydawnictwo: M, 2013.
Liczba stron: 276.
Oprawa: miękka.
Rozpoczęcie lektury: 07.03.2014.
Zakończenie lektury: 15.03.2014.
Moja ocena: 5/10.

Marcin Wolski to polski pisarz, dziennikarz i satyryk. Ukończył historię na Uniwersytecie Warszawskim. W latach 1975-1981 należał do Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. Przez wiele lat był związany z Programem III Polskiego Radia; dużą popularność zyskała audycja satyryczna "60 minut na godzinę". W 2006 roku został odznaczony przez ówczesnego prezydenta Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski, a trzy lata później doczekał się Złotego Medalu "Zasłużony Kulturze Gloria Artis". Członek Stowarzyszenia Pisarzy Polskich i Stowarzyszenia Wolnego Słowa. Stały felietonista "Gazety Polskiej" i "Tygodnika Solidarność", a od 2013 roku również publicysta tygodnika "Do Rzeczy". Autor wielu powieści, nowel i opowiadań.

Dokładnie dwadzieścia pięć tych ostatnich mieści się w zbiorze "I stała się ciemność". Dwa pierwsze, najdłuższe, bo liczące po kilkadziesiąt stron, pod koniec lat siedemdziesiątych XX wieku można było usłyszeć w radiu, niestety nie w całości, gdyż zostały przerwane przez wewnątrzradiową cenzurę. Pozostałe opowiadania natomiast pochodzą z magazynu "60 minut na godzinę". To utwory satyryczne, które zahaczają o różne gatunki literackie, takie jak fantastyka czy horror, przez co cały zbiór wydaje się nieźle pokręcony, czasem absurdalny, czasem naprawdę zabawny, a czasem po prostu nudnawy.

W opowiadaniu "I stała się ciemność" otwierającym zbiór o tym samym tytule czytelnik ma do czynienia z niezwykle tajemniczą miejscowością o nazwie Czartowa, która ni stąd, ni zowąd zostaje odcięta od reszty świata i otoczona ponurą i niepokojącą aurą. Z zamiarem napisania reportażu o okolicznym folklorze, przybywa tutaj dziennikarz, Karol Słuszak, ale szybko zostaje on wciągnięty w wir wierzeń i zabobonów mieszkańców Czartowej upierających się, że w miasteczku grasuje diabeł. "Noc miałem ciężką. Nękały mnie senne koszmary, w których stwory jakieś dziwne, kosmate zaglądały do mnie przez okno. Co gorsza cały czas nie miałem pewności, czy to tylko sen"*. Muszę przyznać, że Wolski stworzył całkiem ciekawy świat, w którym siły ludzkie (Powierzchniactwa) ścierają się z siłami diabelskimi istot (Ziemniactwa), których rysopisy nie do końca odpowiadają szatanom z wierzeń pradawnych, dawnych czy obecnych zaprzątających głowy członków społeczeństwa. Nieco odrażający wprawdzie, ale na ogół można dać się mu omamić i przeżyć ze Słuszakiem, Wróblem, Radostem, Liszewskim i Rdzewską zaskakującą, a już na pewno jedyną w swoim rodzaju przygodę z fajnym zakończeniem.

Drugie opowiadanie, "Dziennik znaleziony w taczce", krąży już wokół zupełnie innej tematyki, a mianowicie polityki. Jego bohaterem jest pewien urzędnik państwowy należący do Komitetu Centralnego i chlubiący się omnipotencją (szczególnie na polu matactw, przekrętów i przekupywania wszystkich i wszystkiego), która - wraz z prześladującym go pechem - stopniowo doprowadza go do zguby. Nieoczekiwane zwroty akcji i naszpikowany zabawnymi komentarzami język są najmocniejszymi stronami tego utworu. Nie można w trakcie jego lektury nie parsknąć od czasu do czasu śmiechem.

Nad pozostałymi opowiadaniami rozdrabniać się nie będę, gdyż, jak już wspomniałam wcześniej, jest ich sporo, na dodatek są króciutkie, niektóre ledwie dwustronicowe. Akcja kilku z nich toczy się w pewnym królestwie Amirandy, inne znów opisują przygody zantropomorfizowanych zwierząt, a bohaterami jeszcze innych są ludzie-dziwolągi, a nawet kosmici. Nie wszystkie utwory przypadły mi do gustu. O paru mogę wręcz napisać - mało sensownie wprawdzie, ale liczę na to, iż nie tylko wnikliwy czytelnik mnie zrozumie - że jednym okiem mi weszły, a drugim momentalnie wyszły. Z kolei do tych ulubionych zaliczyłabym te o następujących tytułach: "Smutek spełnianych życzeń", "Pięciu" i "Seryjny" - w przypadku tego ostatniego cieszyłam się, że nawet namiastka kryminału znalazła się w zbiorze Marcina Wolskiego.

W zbiorze może nie pełnym humoru, jak mówi opis, czy grozy, jak sugeruje mroczna okładka, ale dość przyjemnym w odbiorze. Opowiadania czyta się bardzo szybko, gdzieniegdzie absurdalne dowcipy ukryte w ich treści może i są w stanie wywołać uśmiech na twarzy odbiorcy, ale już niekoniecznie zapaść w jego pamięci na długo.

*s.22

Za egzemplarz recenzencki uprzejmie dziękuję wydawnictwu M.
Recenzja napisana dla portalu IRKA.

sobota, 15 marca 2014

"Porwana" - Róża Lewanowicz

Wydawnictwo: Replika, 2014.
Liczba stron: 472.
Oprawa: miękka ze skrzydełkami.
Rozpoczęcie lektury: 04.03.2014.
Zakończenie lektury: 06.03.2014.
Moja ocena: 7/10.

Pod pseudonimem Róża Lewanowicz ukrywa się kobieta, której pisanie towarzyszy niemalże od zawsze, ale dopiero teraz zdecydowała się wydać pierwszą powieść. Dlaczego nie pod własnym nazwiskiem? Przede wszystkim ze względu na treść "Porwanej", a raczej pojawiających się w niej bohaterów, których pierwowzorów można szukać w prawdziwym życiu, w otoczeniu pisarki. Wywiad z nią można znaleźć w sieci. Oprócz powyższych informacji wynika też z niego, że Lewanowicz pracuje już nad kolejnymi książkami, w tym kryminałem. Niezmiernie mnie to cieszy, gdyż swoim debiutem literackim, o którym jest niniejsza opinia, udowodniła, że potrafi pisać, a przy tym wciągać czytelnika do krainy swej niebywałej pomysłowości zabarwionej potężnymi intrygami i tajemnicami.

Para głównych bohaterów "Porwanej" to młode stażem małżeństwo Meyerów z Warszawy. On, Łukasz, jest funkcjonariuszem Centralnego Biura Śledczego pracującym obecnie z kilkuosobową ekipą nad ważną sprawą. Ona, Justyna, jest z kolei zatrudniona w korporacji o charakterze analityczno-inwestycyjnym. Ma dość swej pracy. Jej niechęć potęguje się, gdy w biurowcu zaczyna nachodzić ją mężczyzna podający się za jej dawnego kolegę z liceum. Przeczulona na punkcie prześladowców i różnego rodzaju zagrożeń, odznaczająca się niesamowitą intuicją do ludzi, decyduje się odejść z firmy i zachować czujność u boku męża. Ale niedługo potem Justyna zostaje porwana - sprzed bloku, w którym mieszka, na oczach Łukasza i wielu sąsiadów. Nieznani napastnicy wywożą ją w równie nieznane miejsce. Łukasz jest zrozpaczony, ale dzięki pomocy kolegów z CBŚ zachowuje resztki zimnej krwi i rozpoczyna śledztwo. Dość szybko jednak dochodzi do wniosku, że kandydatów na porywacza małżonki może być co najmniej kilku. A czegoś takiego nie spodziewał się w ogóle...

Ja zresztą też nie. Owszem, z opisu powieści Lewanowicz jasno wynika, że jej istotą jest przeszłość głównej bohaterki, ale żeby taka przeszłość! Autorka zaszalała. W pozytywnym sensie, rzecz jasna. Zaimponowała mi swoją wyobraźnią, a przy tym umiejętnością okiełznania jej, dzięki czemu "Porwana" stała się utworem sensownym i w dużej mierze realistycznym. W dużej mierze, bo jednak tu i ówdzie niektóre opisy zdarzeń mogą po prostu wydawać się lekko przesadzone i niewiarygodne. Owo wrażenie jednak ani trochę nie zepsuło mi przyjemności czerpanej z lektury. W jakiś magiczny sposób przepadłam niedługo po jej rozpoczęciu. Nieustające napięcie nie pozwalało mi na oderwanie się od książki. Bardzo niepokojącej książki, muszę dodać. Dosłownie udzielił mi się nastrój czujnej i panikującej Justyny, kiedy ta obawiała się tajemniczego prześladowcy. Nieco później kibicowałam jej i życzyłam wytrwałości, gdy tuż po uprowadzeniu dręczyły ją okropne myśli. "Bała się tak bardzo, że wolała nie żyć, niż przeżywać to, co przeżywa"*. A jeszcze później zaczęłam ją podziwiać. Ogromnym zaskoczeniem było dla mnie przeobrażenie bohaterki będącej przecież skromną, szarą myszką w prawdziwą, pełną sprytu i inteligencji wojowniczkę żądną zemsty i świętego spokoju dla jej rodziny.

Przemiana przemianą, ale oprócz niej czytelnik jest w stanie dostrzec wewnętrzne rozdarcie, z jakim boryka się Justyna. Kobieta bowiem z jednej strony pragnie normalnego życia - wiecznie kochającego męża i zajścia w ciążę, a z drugiej - jej ożywiona przeszłość wzywa ją do tego, by stała się tą samą osobą, jaką była kilka, kilkanaście lat temu. A rzeczą niemożliwą jest połączenie obu ról i jednoczesne prowadzenie przyjemnego, szczęśliwego i satysfakcjonującego żywota. Jak zakończy się wewnętrzna walka Justyny i czy kontrast jej pragnień ulegnie zmniejszeniu, ujawnia zakończenie powieści, aczkolwiek - na moje oko - nie zalicza się ono do tych całkowicie zamkniętych, co można potraktować jako dodatkową atrakcję utworu.

Sekrety tytułowej porwanej - aż dziw, że udało jej się zataić je przed mężem będącym funkcjonariuszem CBŚ - zaliczyć można do nadzwyczajnych i potężnych, w końcu nawiązują one do tematyki wojskowej i różnego rodzaju przestępstw gospodarczych i kryminalnych. Lewanowicz bez skrupułów pisze o przekrętach, fałszerstwach, mistyfikacjach, zdradach, konszachtach z grubymi rybami, żądzy pieniądza oraz przemocy i molestowaniu w środowiskach, w których tego typu czyny powinny być surowo karane, a nie tolerowane.

Ogromną zaletą "Porwanej" są przewijające się w niej postaci. Różnorodne, trzeba zaznaczyć. Czy to pierwszoplanowe, czy drugoplanowe, skutecznie przyciągają uwagę czytelnika - jak nie swoim niebanalnym charakterem, to zachowaniem. Jak nie poczuciem humoru, to tajemniczością. Osoby takie jak Gogol, Bambi i Ziutek wprowadzają do książki nieco luzu i uciechy. Z kolei Krokodyl albo paru kolegów z pracy Meyera pozostają intrygujący do samego jej zakończenia. Mamy też tutaj takie indywidualności, jak Tomek Kotowicz borykający się z przemocą domową ze strony własnej żony, Mirek Lubicki, dobry i godny zaufania przyjaciel Justyny, a także Jacek, zagubiony młody ksiądz. Co rzucało mi się w oczy w czasie lektury powieści, to częste wylewanie łez przez bohaterów - nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że większość z nich jest przedstawicielami płci brzydkiej. Ale to przecież drobiazg, prawda?

Pisarka operuje swobodnym i wiarygodnym językiem. Nie szczędzi długich, szczegółowych, ale za to wyczerpujących i fascynujących wymian zdań między bohaterami. Tak, dialogi dominują tutaj nad opisami, zdecydowanie. Akcja toczy się głównie w Warszawie, a ponadto w Łomży, Poznaniu, Stargardzie Szczecińskim, zahacza nawet o bliskie mi Leszno i Kościan.

"Porwana" Róży Lewanowicz to niezwykle udany debiut literacki - w dalszym ciągu trudno jest mi uwierzyć, że to debiut - z gatunku sensacji, który udowadnia pewną oczywistą rzecz - że od przeszłości nie ma ucieczki. Poza tym przekonuje, iż warto czasem zastanowić się, czy nie lepiej podzielić się swoimi sekretami - zwłaszcza tymi wielkimi i brudnymi - z bliską osobą, by później nie brać na swoje - i tylko swoje - barki całego ciężaru i niebezpieczeństwa, jakie może wiązać się z niechcianym ujawnieniem owych tajemnic. Utwór ten w ciekawy, czasem pokręcony sposób pokazuje też, jak duże rozmiary może przybierać poświęcenie jednej osoby dla drugiej - czy to członka rodziny, czy przyjaciela. Jeśli dodać do tego trochę matactw, szaleńczych pogoni i strzelanin, bez dwóch zdań wyjdzie nam lektura, na której absolutnie nie można się nudzić. Warto się z nią zapoznać, polecam.

*s.100

Za egzemplarz recenzencki uprzejmie dziękuję wydawnictwu Replika.
Recenzja napisana dla portalu IRKA.

środa, 5 marca 2014

"Kota lubi szanuje" - Michalina Kłosińska-Moeda

Wydawnictwo: Replika, 2014.
Liczba stron: 212.
Oprawa: miękka ze skrzydełkami.
Rozpoczęcie lektury: 28.02.2014.
Zakończenie lektury: 04.03.2014.
Moja ocena: 6/10.

Gdyby nie to, że w pewnym momencie byłam zmuszona przerwać lekturę, książkę "Kota lubi szanuje" autorstwa Michaliny Kłosińskiej-Moedy przeczytałabym na jednym wdechu, w ciągu dwugodzinnego fragmentu bezsennej nocy. Bo, po pierwsze, powieść jest króciutka - zdecydowanie zbyt krótka, tak sądzę. A po drugie, wciągająca i przyjemna w odbiorze. I ze szczęśliwym zakończeniem, bo tylko takie autorka uznaje za właściwe.

To historia, a właściwie kilkumiesięczny wycinek z życia dwudziestoczteroletniej Hanki Lewickiej, świeżo upieczonej absolwentki filozofii i miłośniczki kotów. Sama opiekuje się dwoma futrzakami - Kiką i Zyziem. Po niedawnej przeprowadzce do Warszawy, gdzie dziewczyna zamieszkała w mieszkaniu otrzymanym w spadku, boryka się z uciążliwym sąsiedztwem w postaci agencji towarzyskiej o wdzięcznej nazwie Syrenka, no i, co chyba najistotniejsze, z brakiem pracy. Wkrótce jednak los-żartowniś uśmiecha się do Hanki, ofiarując jej posadę sprzątaczki w agencji reklamowej. Wygląda też na to, że przed bohaterką znów pojawi się szansa na miłość i ciekawy związek. Zauroczona szefem, Piotrem Abramczykiem, przyjmuje jego szaloną propozycję umożliwiającą zarobienie dużych pieniędzy, a kiedy poznaje jednego z jego podwładnych, Krzysztofa Ślaskiego, wszystko zaczyna się komplikować jeszcze bardziej i... zabawniej.

Bo utwór "Kota lubi szanuje" jest zabawny, powiedziałabym nawet, że zwariowany; taki romans komediowy, którego akcja ani przez moment nie stoi w miejscu, podobnie zresztą jak życie Lewickiej po tym, jak podejmuje ona pracę. Utożsamiając się z bohaterką - ukończyłam studia pedagogiczne i aktualnie jestem bezrobotną duszą artystyczną - zazdrościłam jej pomysłowości i licznych okazji, dzięki którym miała ona szansę wybić się zawodowo. Jej zróżnicowanych znajomych, urwania głowy i po prostu przygód, mimo że powstały one tylko i wyłącznie w wyobraźni Kłosińskiej-Moedy na potrzeby książki. Można wśród nich znaleźć wątki rodzinne, typowo kocie, co absolutnie mi nie przeszkadzało, gdyż lubię koty i mam nadzieję, że kiedyś zostanę właścicielką jednego z ich przedstawicieli; ponadto interesujące przyjaźnie (na przykład z osiłkiem Rychem czy starszą panią Rudzką, której rola sprowadza się głównie do udzielania życiowych porad i snucia przedwojennych wspomnień - dość często w literaturze obyczajowej czy kobiecej tego typu postaci się pojawiają, prawda?) oraz intrygi, za którymi stoi przeważnie zazdrosna, mściwa Oliwia, pracownica firmy, w której zatrudniono Hankę. A jak intrygi, to i nieporozumienia i popełnianie mnóstwo błędów. Scena z udziałem Oliwii śledzącej Lewicką jest po prostu mistrzowska i nieźle się w czasie jej lektury naśmiałam. Co jeszcze zostało okraszone dawką dobrego humoru, to imiona i nazwiska niektórych bohaterów oraz tytuły polskich seriali i programów telewizyjnych, które nawet laika naprowadzą na ich rzeczywiste "odpowiedniki". Łatwo jest bowiem skojarzyć, że książkowy Piotr Abramczyk to ktoś pokroju Piotra Adamczyka, a popularny "Przepis na tycie" to "Przepis na życie".

W powieści "Kota lubi szanuje" sporo się dzieje na różnych płaszczyznach ludzkiego życia. Przede wszystkim miłość. Mamy tutaj romantyczne randki, niespodzianki, wymiany listów i maili, nieoczekiwane, a więc bardzo zaskakujące związki partnerskie, zazdrość, tęsknotę, a nawet zwyczajne marzenia o założeniu rodziny. Ponadto sfera zawodowa. Pisarka z przymrużeniem oka traktuje o problemach dotyczących szukania zatrudnienia, zakładania działalności gospodarczej i prawie dżungli, które często znajduje swe zastosowanie w większych firmach i korporacjach.

Podziwiam Michalinę Kłosińską-Moedę za niezwykłą swobodę, jaką otula swoje pisarstwo. Już na pierwszej stronie książki widać, że autorka lubi pisać, bawić się słowem i robi to w sposób niewymuszony. Jedyne, co mi się w tej kwestii nie podobało, to wtrącanie rażących, nieładnie się prezentujących spolszczeń wyrazów obcojęzycznych, takich jak "pardą", "dojczebank" czy "suszi". Poza tym na minus okładka - może i z całkiem miłymi dla oka modelami, ale trochę zbyt cukierkowa. Kryje się pod nią jednak fajny, sympatyczny i rozluźniający utwór. Odstresowywacz, po którym należy się spodziewać nie ambitnych przesłań, lecz po prostu rozrywki, ewentualnie podniesienia na duchu.

Za egzemplarz recenzencki uprzejmie dziękuję wydawnictwu Replika.
Recenzja napisana dla portalu IRKA.

piątek, 28 lutego 2014

"Motylek" - Katarzyna Puzyńska

Wydawnictwo: Prószyński i S-ka, 2014.
Liczba stron: 608.
Oprawa: miękka ze skrzydełkami.
Rozpoczęcie lektury: 24.02.2014.
Zakończenie lektury: 26.02.2014.
Moja ocena: 7/10.

Do każdej powieści z mojego ulubionego gatunku literackiego zwanego kryminałem podchodzę z dużą dozą zarówno ciekawości, jak i wymagań. Podziwiam każdego pisarza, który ma w sobie tyle odwagi, by móc zmierzyć się właśnie z tym gatunkiem, gdyż nie należy on do łatwych. Jeszcze bardziej podziwiam pisarzy, którym udaje się napisać kryminał rzeczywiście go przypominający. Samo wymyślenie mordercy i motywu jego działań nie wystarczy. Autor swoją pomysłowość musi rozprzestrzenić na wszystkich elementach składowych książki, wśród których można wymienić wyraziste postaci pierwszo- i drugoplanowe, ciągłe napięcie, ciekawe wątki poboczne, no i oczywiście to, co najlepsze i najistotniejsze - zagadkowość związaną z osobą przestępcy, jego przeszłością i niebezpieczną działalnością. W "Motylku" Katarzyny Puzyńskiej czytelnik jest w stanie odnaleźć większość wyżej wymienionych elementów. Z czystym sumieniem mogę więc o nim napisać, że jest dobrym kryminałem. Jak na debiut dwudziestoośmiolatki, nawet bardzo dobrym.

Rok 2013. Zasypane śniegiem Lipowo, niewielka wieś niedaleko Brodnicy w kujawsko-pomorskim. Dzieciaki korzystają z wolnego czasu, jaki nastał wraz z feriami zimowymi, Weronika Nowakowska, rozwiedziona psycholog, doprowadza do ładu dworek, w którym zamieszkała po przeprowadzce z Warszawy, a reszta mieszkańców oddaje się codziennym zajęciom, takim jak praca, opieka nad członkami rodziny, oraz rozrywkom w postaci uprawiania joggingu, spacerowania czy po prostu spotykania się z sąsiadami i plotkowania. Do dnia, w którym miejscowa fryzjerka znajduje zwłoki zakonnicy, Lipowo niczym szczególnym - no, może poza pięknym krajobrazem - się nie wyróżnia. A potem nagle budzi się do życia. Wszyscy mają w głowach tylko jedno - tragiczne potrącenie siostry zakonnej z Warszawy, które dość szybko okazuje się nie wypadkiem, lecz morderstwem. Policyjne śledztwo w tej sprawie może i rozkwita, ale każdy kolejny nowo odkryty trop prowadzi do następnych - jeszcze bardziej tajemniczych, niepokojących i zdumiewających. Wygląda na to, że na jednej ofierze śmiertelnej się nie skończy...

Akcja "Motylka" toczy się przeważnie w Lipowie, miejscowości, w której wszyscy znają wszystkich i wiedzą o sobie wszystko, od czasu do czasu jednak policjanci z młodszym aspirantem Danielem Podgórskim na czele udają się do Brodnicy lub Warszawy. Fabuła właściwa, czyli ta krążąca nad wydarzeniami związanymi z zabójstwem zakonnicy, przeplatana jest z budzącą niemałą ciekawość historią kilku osób, sięgającą lat pięćdziesiątych XX wieku, a także przemyśleniami samego mordercy siejącego postrach wśród lipowskiej społeczności. Owe rozważania są sformułowane tak, by czytelnik nie mógł domyślić się, kto jest ich autorem - mężczyzna czy kobieta. Są nieco dziwne, ale i dają do myślenia. Podobny zabieg zastosowała Agnieszka Pruska w swym utworze "Literat", ale w porównaniu do tego Puzyńskiej, tamten wypada dość blado. A cóż mogę napisać o samym stylu pisarskim, jakim posługuje się Puzyńska? Na pewno to, że wymaga on doszlifowania, gdyż nie wyróżnia się niczym szczególnym, nie jest wyrazisty. Brakuje mi w nim odrobiny szaleństwa, swobody, luzu, kombinowania i zabawy słowem. Jest poprawny - i w przypadku debiutu literackiego to pożądana i pozytywna rzecz - ale liczę na to, że kolejne książki autorki będą bardziej "charakterystyczne".

Ogromny plus należy się Puzyńskiej za wykreowanie zróżnicowanych, ale zapadających w pamięć bohaterów. A jest ich sporo. Prawdę pisząc, na początku lektury trochę się przeraziłam, śledząc poczynania Weroniki Nowakowskiej, która na każdym kroku poznaje interesujących ludzi, na których pisarka - czasem mniej, a czasem bardziej dobitnie - zwraca uwagę. Postanowiłam, że będę robić notatki - a nuż później się pogubię i zapomnę, kto jest kim? Ale nie pogubiłam się. I notatki okazały się zbędne. Puzyńska udowodniła, że potrafi zapanować nad światem, który sama stworzyła, nie przesadzając z ilością wątków pobocznych i łącząc obecne wydarzenia z Lipowa z tymi sprzed lat w spójną całość. Z mieszkańcami podbrodnickiej wsi można się zżyć, choć niektórych nie da się lubić. Zaliczyć można do nich przede wszystkim niesamowicie oklętego Pawła Kamińskiego, któremu wiecznie nic się nie podoba i który bije własną żonę; Ziętara, nastolatka handlującego narkotykami i lekami, czy Ewę Rosół, niepełnoletnią córkę jednego z policjantów, która, gdyby było to możliwe, żyłaby tylko i wyłącznie dla seksu i sławy. Swoją buntowniczą postawą i nieprzykładnym zachowaniem przypominała mi Danielle Van De Camp z "Gotowych na wszystko". Niektóre postaci mnie irytowały - Radek (Junior) Kojarski czy komisarz Klementyna Kopp (brzydka i niezawodna, jak wszystko, czym lubi się otaczać) wraz ze swoim nieodłącznym zestawem odzywek w stylu "stop", "czekaj", "ale!" i "spoko"; inne z kolei, takie jak pani Barczewska - niczym słynna Hiacynta Bukiet - śmieszyły mnie, a jeszcze inne były całkiem, na szczęście, zwyczajne. Wśród tej ściśle określonej społeczności lipowskiej ukrywa się, rzecz jasna, groźny przestępca, który z powodu znanego tylko jemu poluje na przedstawicielki płci pięknej. Szukając go, próbując odkryć jego tożsamość, przemieszczałam się z jednego podejrzanego na drugiego niczym motyl z kwiatka na kwiatek. Niełatwym zadaniem jest wytypowanie tej właściwej osoby, oj, nie. Ale za to jaka świetna zabawa!

Spodobał mi się sposób, w jaki Puzyńska ukazała pracę policji z Lipowa, która, chcąc nie chcąc, musi współpracować z charakterną komisarz z Brodnicy. Dochodzenia Podgórskiego i jego ekipy prowadzone jest właściwie - mamy tutaj zarówno swobodne rozmowy i wymiany spostrzeżeń policjantów na komisariacie, jak i przesłuchania świadków w terenie. Nikt nie siedzi na tyłku w jednym miejscu i nie marudzi, choć chwile zwątpienia i załamania dopadają niejednego przedstawiciela władzy. Bo są ku temu powody.

Uważam, że na podstawie "Motylka" mógłby powstać bardzo fajny serial. Nie, nie film. Powieść bowiem obfituje w rozmaite wątki typu romans, zdrada, pogoń za pieniędzmi, szantaż, zemsta i problemy rodzinne, a wszystkich nie dałoby się upchnąć w dwugodzinnej adaptacji. Z kolei brak którejkolwiek z nich spowodowałby obniżenie wartości utworu. Kryminał Puzyńskiej ma w sobie po trochu z kryminału, przygody, komedii, a nawet telenoweli (rodzina Kojarskich i jej perypetie) i powieści dla młodzieży (wszechobecny i wszechwiedzący bloger prowadzący blog na temat tego, co dzieje się w Lipowie, kojarzący się z popularną "Plotkarą"). Tak, serial byłby dobrym pomysłem.

Jakby tego było mało, książka pobudza wyobraźnię odbiorcy. Tytułowy motylek, poza głównym znaczeniem, o którym czytelnik dowiaduje się dopiero pod koniec lektury, może mieć też inne - może być po prostu obiektem naukowego zainteresowania, może być pewnego rodzaju metaforą ukochanej osoby (na przykład matki czy dziewczyny), piękna lub zmiany człowieka na lepsze. Rozwinąć kolorowe skrzydła to jak dokonać czegoś dobrego i szlachetnego. Nieco szalona koncepcja zrodziła się w mojej głowie, gdy nurkowałam w opisie drugiego morderstwa popełnionego przez zabójcę z Lipowa - oprawca tak brutalnie okaleczył ofiarę, że ogromna ilość jej krwi dookoła porzuconego w bieli śniegu ciała utworzyła coś na kształt skrzydeł. Anioły śnieżne to już przeszłość. W podbrodnickiej wsi zastąpiły je krwistoczerwone motyle.

Jeśli chodzi o stronę techniczną powieści Katarzyny Puzyńskiej, poza jedną pomyłką w tekście (nazwanie zmarłej zakonnicy siostrą Marią zamiast Moniką) nie mam jej nic do zarzucenia. Objętością utworu nie należy się przejmować, gdyż pochłania się go w zastraszająco szybkim tempie. Tak, "Motylek" wciąga. Jest napięcie, sporo dziwnie zachowujących się i podejrzanych bohaterów, mnóstwo intrygujących zbiegów okoliczności, no i udane zakończenie. Zmyślanie, jak to określiła swoją rolę w pisarstwie autorka, nieźle jej wychodzi, dlatego też z wielką chęcią sięgnę po jej kolejne kryminały. Mam nadzieję, że jest ona zadowolona ze swego debiutu - ja byłabym na pewno.

Za książkę dziękuję wydawnictwu Prószyński i S-ka.

wtorek, 18 lutego 2014

"Mrówki w płonącym ognisku" - Teresa Oleś-Owczarkowa

Wydawnictwo: M, 2013.
Liczba stron: 252.
Oprawa: miękka.
Rozpoczęcie lektury: 03.02.2014.
Zakończenie lektury: 12.02.2014.
Moja ocena: 3/10.

"Mrówki w płonącym ognisku" to książka, która albo się czytelnikowi spodoba, albo nie. Jest nietypowa. Przede wszystkim dlatego, że nie uświadczy się w niej fabuły, lecz pozbawione chronologii strzępki wspomnień z dzieciństwa i młodości Teresy Oleś-Owczarkowej, która to miała dawniej okazję pomieszkiwać we wsi Blanowice, dziś będącej dzielnicą śląskiego Zawiercia. Oddając się wspomnieniom, autorka przywołuje na karty swego utworu mnóstwo mieszkańców owej wsi, w tym najważniejszą dla niej mieszkankę - jej Babcię, przytacza urywki codziennego życia blanowian zarówno przed, w trakcie, jak i po wojnie, a także porównuje je do tego z czasów obecnych.

Zapowiadało się naprawdę dobrze. Miło było zagłębić się w opisach prostej, acz urzekającej na swój sposób wsi otulonej cudami natury, cofnąć się do czasów - wcale nie tak odległych wprawdzie - własnego dzieciństwa, poddać się żalowi uświadamiającemu, iż nigdy nie było i nie będzie mi dane takiego środowiska zobaczyć. Kiedyś życie na wsi nie było bardzo skomplikowane - ludzie po prostu żyli z dnia na dzień, ciesząc się z błahostek, jakich mieli okazję doświadczyć, a ich problemy nie odznaczały się taką wagą, jak te dzisiejsze. Wszystko miało swój porządek, wszyscy pełnili określone role i zadania, choć rozrywkom i niecnym czynom także się oddawali. Pisarka budzi z uśpionej pamięci dziecięce zabawy (niewiarygodne, ale część z nich przetrwała po dziś dzień!), piosenki, potańcówki młodych mieszkańców, zaloty, wesela i inne ciekawe bądź nawet mrożące krew w żyłach opowiastki (kradzieże, gwałty, bijatyki, samobójstwa), perypetie zasłyszane od kogoś, przez nią samą lub widziane jej oczami.

Niektóre z tych wspomnień zostały rozpisane na dwie, trzy strony, inne z kolei zmieściły się w kilku zdaniach i wydają się niepotrzebne. Cała książka liczy sobie zaledwie ponad dwieście pięćdziesiąt stron, ale nie czyta się jej szybko, łatwo i przyjemnie. Przynajmniej nie przez cały czas. Oleś-Owczarkowa w sposób chaotyczny ukazuje wycinki z życia swojego i innych blanowian, operując na przemian czasem teraźniejszym i przeszłym, nie zachowując kolejności przytaczanych zdarzeń i przeplatając je własnymi przemyśleniami na temat przeszłości, historii, wojny czy religii. Całość okraszona została licznymi barwnymi epitetami, metaforami, a ponadto gwarą, która wymaga porządnego skupienia się na lekturze.

Każdy ma prawo do wyrażania własnego zdania i kierowania się takimi, a nie innymi poglądami, zatem nie będę tutaj kwestionować rozważań autorki odnośnie niektórych tematów, ale swoje spostrzeżenie wyrazić muszę. Mianowicie - wydaje mi się, że powołując do życia "Mrówki w płonącym ognisku", Oleś-Owczarkowa porwała się z motyką na słońce. Jej porównania dawnej wsi ze wsią czy ogólnie ludzkim bytem w teraźniejszości wypadają bardzo blado i są słabo uargumentowane. Pomijając fakt, iż pisarka odwołuje się do tego, co oczywiste, czyli wszechobecnego postępu i obrazów codzienności dnia dzisiejszego, w swych przemyśleniach cofa się nawet do cywilizacji sprzed tysiąca lat, zapomnianych kultur, ubolewając nad tym, że na zawsze pozostaną one zapomniane i nieodkryte. Mniej więcej w połowie utworu przeobraża się w filozofa i pozostaje nim przez dłuższy czas, zadając między innymi mnóstwo pytań retorycznych bądź takich, na które sama sobie odpowiada "nie wiem". Bywały chwile, w których odpływałam myślami bardzo daleko i treść książki w ogóle do mnie nie docierała, niestety. Wprawdzie znalazło się w niej miejsce na sentymenty, tęsknotę za tym, co było kiedyś, ale pisarka przeczy im własnym uwielbieniem współczesności i rozwoju techniki. "Ja, podobnie jak wszyscy, kocham wiedzę, ale jeszcze bardziej lubię wygodę, jaką daje cywilizacja. Niechętnie liczę koszty. Odwracam oczy od strat i nie pytam: gdzie jesteś, Maryjo?"*. Jest sporo niezdecydowania i niepewności w tym, co autorka napisała. Wielokrotnie nie mogłam opędzić się od rodzącego się w mojej głowie pytania "dlaczego w ogóle to zrobiła?".

"Nie jestem pewna, czy dziewczynka jest mną, a ja nią. Już nie pamiętam jej myśli i uczuć. Podczas przypadkowych rozmów zebrałam o niej opowieści od tych blanowian, którzy młodnieli, opowiadając o jej i moich przygodach. I o tym, co im podobno wówczas opowiadałam lub wyśpiewywałam. Słuchałam i jeszcze czasami słucham tych wspominków, ale nic nadzwyczajnego w tym nie widzę"**. I ja nic nadzwyczajnego nie widzę w "Mrówkach w płonącym ognisku". Gdyby nie okładkowy opis i wyjaśnienia tytułu utworu, raczej nie domyśliłabym się tego, co Teresa Oleś-Owczarkowa chciała ukazać. Zanadto skupiła się na wspomnieniach, zatraciła się w nich i swoim nieodżałowaniu związanym z przeszłością i nią samą, tym, kim była i kim się stała, uczestnicząc w takich, a nie innych wydarzeniach. To czasami pogodna, ale w zdecydowanej większości ponura lektura. Na mnie nie zrobiła pozytywnego wrażenia, szkoda.

*s.119
**s.164

Za egzemplarz recenzencki uprzejmie dziękuję wydawnictwu M.
Recenzja napisana dla portalu IRKA.

środa, 5 lutego 2014

"Torsje" - Łukasz A. Zaranek

Wydawnictwo: Warszawska Firma Wydawnicza, 2013.
Liczba stron: 228.
Oprawa: miękka.
Rozpoczęcie lektury: 20.01.2014.
Zakończenie lektury: 23.01.2014.
Moja ocena: 2/10.

Tytuł powieści Łukasza A. Zaranka, pisarza, dziennikarza, autora kontrowersyjnej "Nadyii", pozwala osobie sięgającej po "Torsje" myśleć, iż nie będzie to lektura obfitująca w przyjemne treści albo wręcz przeciwnie - od tego przecież są metafory i inne językowe atrakcje. Okazuje się jednak, że zdecydowanie to pierwsze. Książka na swój sposób nie jest łatwa w odbiorze, zahacza o ohydę i wstręt, a większość jej bohaterów pławi się we własnych wymiocinach będących efektem ich tkwienia w beznadziejności otaczającego świata. Utwór szokuje, zawstydza, dołuje, jest trudny do przełknięcia, jakkolwiek to nie brzmi. Niewiele brakowało, a przerwałabym jego lekturę po przeczytaniu kilkunastu, a potem kilkudziesięciu i setki stron. Szkoda, że tego nie zrobiłam.

Główny bohater "Torsji" to trzydziestoośmioletni Aleks Woźnicki, którego za Chiny nie da się polubić. To pisarz cierpiący na niemoc twórczą, autor jednej książki, "Niewolnic", która odniosła duży sukces zarówno w Polsce, jak i Niemczech. Ciągle narzeka na ludzi, z którymi musi pracować i ma gdzieś zainteresowanie jego twórczością czytelników czy studentów, dla których od czasu do czasu przeprowadza jakiś wykład. Jest wulgarny, nadużywa alkoholu i nie może żyć bez seksu, zmieniając partnerki seksualne w tempie ekspresowym. Podnieca go wszystko, co tylko kojarzy się z zaspokajaniem cielesnych potrzeb, nawet tematyka gwałtu, którą przybliża mu niegdyś poznana dwudziestopięcioletnia studentka, Gloria, dając w ten sposób Aleksowi materiał na kolejną książkę. Gloria (często określana przez Zaranka - z uwagi na jej wygląd - pół-Arabką, co strasznie mnie irytowało) to tajemnicza, a zarazem dziwna i kompletnie postrzelona - co uwidacznia finał powieści - dziewczyna. I to właśnie ze względu na nią i jej historię z dzieciństwa wytrwałam do końca lektury. Byłam ciekawa, co wyniknie z jej współpracy z Aleksem i czy Aleksowi uda się napisać drugą książkę.

Czytelnik niemalże od razu zostaje rzucony na głęboką wodę - autor bez ceregieli i zbędnych - najwyraźniej jego zdaniem - wątków pobocznych przechodzi do sedna i prezentuje mu zaskakującą opowieść Glorii, no i osobę brzydzącego się i rzygającego wszystkim Woźnickiego, który sam, jak już wcześniej wspomniałam, świętoszkiem nie jest. Aleks narzeka na wszelkie bzdury, nic nieznaczące, bezsensowne wartości współczesnego świata i brak szczęścia. Wspomina swoje trudne dzieciństwo, ślub i puszczalską żonę. Mówi o wyborach, które ludzie podejmują i które kształtują ich przyszłość. Przybierają one w późniejszych latach postać lepszych bądź gorszych wspomnień. Rozmyśla o miłości, wierności, czyli praktycznie o tym, o czym przeciętny człowiek czasami myśli i nie jest w stanie jednoznacznie udzielić odpowiedzi na padające dookoła pytania z nimi związane, ale raczej nie ubolewa nad tym tak bardzo i rozpaczliwie, jak Aleks. Tak, to bardzo negatywnie nastawiony do świata, odpychający mężczyzna.

Jakby tego było mało, styl pisarski Zaranka, jego sposoby prowadzenia akcji pozostawiają wiele do życzenia. Jego opowieść może i porusza tematykę negatywnych stron ludzkiego życia, ale ja dostrzegałam ją prawie jak przez mgłę - najpierw bowiem zwracałam uwagę na liczne wulgaryzmy, sceny seksu - opisane w stylu tandetnych opowiadań erotycznych, jakich pełno w Internecie - i nieustanne mdłości bohaterów, od których i mnie zaczynało robić się niedobrze. Cała fabuła, mimo że ukierunkowana na pewne wydarzenia, przypomina raczej zlepek ich strzępów; brak w niej płynności, gdzieniegdzie autor wtrąca bezużyteczne opisy miejsc (z wyjątkiem krótkiej charakterystyki słonecznej Krety, która prowokuje do snucia marzeń o wakacjach) i wątki związane z codziennym funkcjonowaniem Aleksa, jak na przykład jego posiedzenia w pubach. Wulgarny i oschły język przeplata się w "Torsjach" z wymyślnymi metaforami, co daje dość dziwny, wręcz komiczny efekt, ale muszę przyznać, że niektóre psychologiczno-filozoficzne wstawki i przemyślenia pisarza zdają się emanować "normalnością" i można z nich wychwycić ciekawe cytaty. "Picie ma w sobie tę moc, że robisz to, gdy jest ci źle, wówczas chcesz w kieliszku zatopić smutki, pijesz, gdy jest ci nad wyraz dobrze, wtedy wódka ma funkcję celebry, natomiast gdy jest nijak, pijesz, aby coś się w końcu dziać zaczęło"*.

Książka Łukasza A. Zaranka składa się z dwóch części. Ta druga, której motywem przewodnim jest wylot Aleksa i Glorii na grecką wyspę w celu odnalezienia jej dawnego gwałciciela, Davida, to istne wariactwo, a scena przedfinałowa z udziałem dziewczyny i Davida właśnie - groteskowa masakra, po której nie mogłam pozbierać myśli. Samo zakończenie powieści również dało mi się we znaki - okazało się, że autor wywiódł mnie w pole, zaskakując do tego stopnia, o jakim jest mowa w okładkowym opisie utworu. Ale sam finał nie jest w stanie obronić jego całokształtu. "Torsje" były dla mnie bardzo męczącą i zniechęcającą lekturą. Cud, że dobrnęłam do jej końca i udało mi się sklecić  - choć trochę bezładnie - parę zdań na jej temat. Książka wyłącznie dla czytelników lubujących się w kontrowersyjnych, szokujących i zdrowo pokręconych pozycjach literackich. Dla mnie - zdecydowanie nie, oj, nie...

*s.122

środa, 29 stycznia 2014

"Easylog" - Mariusz Zielke

Wydawnictwo: Akurat, 2014.
Liczba stron: 352.
Oprawa: miękka ze skrzydełkami.
Rozpoczęcie lektury: 18.01.2014.
Zakończenie lektury: 19.01.2014.
Moja ocena: 7/10.

Mariusz Zielke to polski dziennikarz śledczy i gospodarczy, absolwent Wydziału Dziennikarstwa i Nauk Politycznych Uniwersytetu Warszawskiego. Laureat Grand Press, założyciel Niezależnej Gazety Internetowej, autor kontrowersyjnych i skandalizujących thrillerów, w tym "Wyroku" i "Formacji trójkąta". Jego najnowsza książka to "Easylog" i to o niej właśnie będzie mowa poniżej.

Nie miałabym nic przeciwko postępowi technicznemu, gdyby nie to, że jego tempo z roku na rok jest coraz większe, a jego podstawowym celem staje się już nie ułatwienie człowiekowi życia, lecz uczynienie je wygodnym. Nie, nie jestem staroświecka; w miarę orientuję się we wszelkich nowościach chociażby w świecie elektroniki, wszechobecnych komputerów, sieci internetowych, telefonów komórkowych i ich pochodnych, niektóre z nich akceptując, inne nie, ale przeraża mnie fakt, do czego to wszystko - cały ten technologiczny miszmasz - zmierza. Nie uśmiecha mi się wizja człowieka funkcjonującego w pewnego rodzaju nienamacalności zdominowanej przez inteligentne urządzenia, maszyny i inne twory. W powieści "Easylog" została zaprezentowana namiastka ludzkiego życia na pograniczu rzeczywistości i wirtualności, które z jednej strony może fascynować, z drugiej zaś - budzić pewne obawy i wątpliwości. Ale oprócz tematyki typowo technologicznej czytelnik znajdzie tutaj elementy charakterystyczne dla kryminału czy sensacji, co razem daje niebanalny thriller z misternie utkaną fabułą, w którym do samego końca nie wiadomo, co jest grane, co jest prawdą, a co fikcją, komu ufać, a komu nie.

Główny bohater, trzydziestopięcioletni Ben Stiller, to dawny technolog prężnie działającej korporacji SkyCom. Dawny, bo dziesięć lat temu zginęła jego ukochana, Sally, i po jej śmierci nie był w stanie pracować tam dalej, zwłaszcza że w najbliższym otoczeniu natykał się na ludzi, których uważał za posiadaczy nieczystych sumień. Założył własną firmę Easylog będącą agencją specjalizującą się w obsłudze konferencji i eventów, znalazł sobie nową dziewczynę, Amandę, i wszystko układało się w miarę pomyślnie aż do pewnego dnia, kiedy to Ben zauważa niedaleko jednej z plaż Sally. Niby to niedorzeczne, ale mężczyzna nie może przestać o tym myśleć, tym bardziej że policja decyduje się powrócić do sprawy śmierci dziewczyny. Jakby tego było mało, Stillerem zaczyna się interesować mafia. Dlaczego? Co tak naprawdę wydarzyło się dziesięć lat temu? Czy Sally rzeczywiście została zamordowana, jak twierdzi i zawsze twierdził Ben?

Ów wątek z Sally - jej owiane tajemnicą zniknięcie i ponowne pojawienie się po bardzo długim czasie - momentalnie skojarzył mi się z kryminałem "Nie mów nikomu" Harlana Cobena. Inne wątki z kolei, przede wszystkim te związane z sensacyjnymi pościgami za Stillerem czy mafijnymi porachunkami, minimalnie upodobniły "Easylog" do powieści Simona Kernicka, ale to, co Zielke zrobił z całokształtem swego utworu, to, jak skonstruował fabułę sprytnie manipulującą czytelnikiem, i to, w jaki sposób ją zakończył, jest nieporównywalne. Przynajmniej na tę chwilę mój umysł nie potrafi znaleźć żadnej pozycji literackiej, która mogłaby w pewnym sensie odpowiadać pomysłowości polskiego pisarza. Natomiast jeśli chodzi o jego styl... cóż, nie da się ukryć - Zielke pisze nowocześnie, jak rasowy Amerykanin i pod tym względem jego książka w ogóle nie przypomina polskich thrillerów. I wcale nie chodzi tutaj o to, że akcję autor osadził między innymi w Los Angeles, od czasu do czasu tylko wprowadzając do niej polskie akcenty, po prostu to, w jaki sposób operuje językiem, nadaje tempo akcji i wzbogaca ją o poszczególne wydarzenia, przywodzi na myśl powieści pisarzy amerykańskich czy brytyjskich.

Narracja przeważającej części "Easylog" prowadzona jest w pierwszej osobie - odbiorca widzi świat oczami Bena, który potrafi go nieźle zaintrygować, omamić i oczarować swoją inteligencją i pewnością siebie. Wyjątkami są rozdziały poświęcone członkom mafii - mamy w nich do czynienia z narracją trzecioosobową. Postaci pojawiających się w książce nie ma przesadnie wiele, przez co spokojnie można się połapać, kto jest kim. Dużo gorzej jest już z ich zamiarami i usilnie skrywanymi sekretami, które są odkrywane stopniowo lub dopiero w finale powieści. Mamy więc parę paskudnych kreatur, parę geniuszy i piękne kobiety, czyli wystarczający zestaw charakterów, który można obarczyć udziałem w sensacyjnej rozróbie.

Jej tłem jest wspomniana już na samym początku niniejszej opinii tematyka dotycząca nowoczesnych technologii, niezwykle istotna dla rozgrywających się w thrillerze wydarzeń, jak i szalenie interesująca, absorbująca, a zarazem niepokojąca. Zielke wprowadza czytelnika w świat elektroniki, w którym rządzi nie komputer, lecz urządzenie zwane Wallym ("niesłychane w swojej prostocie połączenie tableta, komputera, telefonu z funkcjami społecznościowymi i siecią. Praca, rozrywka, znajomi - wszystko w jednym miejscu. Do tego niemal prawdziwe wirtualne życie (...) Simply Wally - jak go reklamowano - mówisz i masz, teraz z poleceniami głosowymi"*), i świat Internetu zdominowany nie przez Facebooka, lecz Wallnet, wirtualne środowisko awatarów będących wirtualnymi "ja" ludzi, którzy dali mu się uwieść, napędzane sztuczną inteligencją Wally'ego.
"- Co robi ten awatar? (...)
- Uczy się.
- Uczy?
- Tak. Uczy się twoich zachowań, przyzwyczajeń, zainteresowań, sympatii, a z drugiej strony stara się rozpoznać, co wzbudza twoją niechęć, odrazę, co cię odrzuca, dołuje i czego nie chcesz oglądać.
- Eeee... A po co?
- Żeby pomóc ci się odnaleźć w świecie informacji, a w razie potrzeby zastąpić cię albo asystować przy podejmowaniu decyzji. Może być twoim przyjacielem, pożądanym wrogiem, partnerem w grze lub przeciwnikiem, może cię chronić lub prowokować i szkolić. W zależności od preferencji i ustawień. Jeśli chcesz, może w sieci prowadzić własne życie. Taka elektroniczna maskotka. Twoje wirtualne alter ego. Zabawka, którą kontrolujesz w stu procentach albo tylko w jakimś stopniu. Albo której w ogóle nie kontrolujesz"**. Wszystko to prezentuje się niczym jakaś zaawansowana wersja gry "The Sims". Zaawansowana, ale i niepozbawiona czyhających na gracza niebezpieczeństw w postaci chociażby uzależnienia czy utraty kontroli nad jego prawdziwym życiem. To zabawa, przygoda, Ale tylko pozornie świetna.

Cieszę się, że w całym tym nawale nowości polskiego rynku wydawniczego udało mi się dostrzec "Easylog". Oczywiście, stało się to dzięki zachęcającemu opisowi, bo gdyby nie on i miałabym sugerować się na przykład okładką, z całą pewnością najnowsza powieść Mariusza Zielke byłaby mi przez długi czas - jeśli nie wcale - nieznana. Korekta tekstu również nie pozostaje bez drobnych wad, można bowiem znaleźć w nim literówki typu "Angelina Joli", "skukces", gdzieniegdzie jakiś brak przecinka czy kropki, ale na ogół nie przeszkadzały mi one w lekturze, która i tak, powodowana dreszczykiem emocji i niekończącymi się pytaniami rodzącymi się w mojej głowie, na które koniecznie musiałam poznać odpowiedzi, minęła mi w mgnieniu oka. Nawet, mimo rewelacyjnego zakończenia, żałowałam, że tak szybko. Miłość, tajemnica, zemsta i przebiegłość w doskonałym wydaniu. Książkę polecam osobom, którym nieobce są zagadkowe i nieźle zakręcone thrillery, oraz pasjonatom technologicznych nowinek.

*s.64
**s.228

Za egzemplarz recenzencki uprzejmie dziękuję portalowi Business & Culture.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...