Pokazywanie postów oznaczonych etykietą M. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą M. Pokaż wszystkie posty

środa, 27 sierpnia 2014

"Orlęta Lwowskie" - Jenő Szentiványi

Tytuł oryginału: "Lengyel Sasfiókok".
Tłumacz: Joanna Urbańska.
Wydawnictwo: M, 2013.
Liczba stron: 274.
Oprawa: miękka.
Rozpoczęcie lektury: 09.08.2014.
Zakończenie lektury: 16.08.2014.
Moja ocena: 6/10.

Niedawna rocznica wybuchu Powstania Warszawskiego sprawiła, że odczułam potrzebę zagłębienia się w lekturze o tematyce wojennej. Mój wybór padł jednak na książkę poświęconą nie II wojnie światowej, lecz walkom o Lwów w latach 1918-1919 toczonym między Polakami a Ukraińcami, czyli "Orlęta Lwowskie" autorstwa Jenő Szentiványi'ego. Tytuł tej powieści odnosi się do miana, jakim określono dzieci i młodzież wchodzące w skład oddziałów ochotniczych walczących o miasto. Uczniowie szkół powszechnych, studenci, chłopcy i dziewczęta, którym nieobca była myśl Horacego, "dulce et decorum est pro patria mori" ("słodko i chwalebnie jest umrzeć za ojczyznę"), z wielkim zapałem i poczuciem obowiązku graniczącym z zaszczytem stawali w szranki z wrogiem, ocierali się o śmierć i dorastali szybciej, aniżeli ich rówieśnicy, którzy mieli to szczęście nie napotkać na swej drodze wojny.

Utwór węgierskiego pisarza skupia się na kilku młodocianych bohaterach wojennych, głównie na gimnazjaliście, Stanisławie Potockim, oraz jego rodzeństwie, Kazimierzu i Marii. Bitwa o Lwów rozpoczyna się 1 listopada 1918 roku i już pierwszego dnia Potoccy stają oko w oko z niebezpieczeństwami, jakie może nieść ze sobą tylko konflikt zbrojny. Wykazując się niebywałą dzielnością, pomagają rannym, dostarczają walczącym pożywienie, trzymają wartę w najistotniejszych miejscach i biorą udział w ćwiczeniach szturmowych, by nieco później po raz pierwszy wypalić z broni, być może nawet kogoś zabić. "Orlęta Lwowskie" to powieść pełna kontrastów i niełatwych do ogarnięcia obrazów. Obcowanie dzieci z bronią jest tutaj na porządku dziennym, podobnie jak typowa dla nich radość wynikająca z możliwości uczestniczenia w wojnie. Wojnie, która przez gimnazjalistów jest traktowana jako rozrywka, zabawa, ale jak najbardziej poważna, w której trzeba wziąć udział, by nie wyjść na tchórza. Niejeden śmieszny, a zarazem zahaczający o absurd fragment książki Szentiványi'ego - być może ten, w którym Staś i jego kolega ciągną losy (zapałki), rywalizując o porzucony karabin, podczas gdy tuż obok nich w najlepsze śmigają kule i granaty, a może ten o chłopięcych przechwałkach mających rozstrzygnąć, którego młodzieńca rana jest "lepsza", albo ten o postrzale w głowę uważanym przez małych bohaterów za ważną pamiątkę po wojnie, którą każdy z nich chciałby mieć - zadziwi bądź rozczuli czytelnika. Niemalże każdy dzień Stasia i jego przyjaciół obfituje w różnego rodzaju lekcje i obowiązki, pomiędzy którymi bardzo często nie ma miejsca na beztroski odpoczynek, sen, a nawet porządną kąpiel. Dzieci pomagają dorosłym odeprzeć atak Ukraińców, a ponadto uczęszczają do szkoły i imają się godnych pochwały zajęć, takich jak praca przy tworzeniu Gazety Lwowskiej czy pomoc medyczna poszkodowanym. "Żadna młodzież nie śpieszyła jeszcze do szkoły z tak osobliwym ekwipunkiem. Z książkami w rękach, karabinem na ramieniu i czterdziestoma sztukami ostrej amunicji w przytwierdzonej do paska ładownicy. Na dodatek w tak szalonym pośpiechu, jakby nie szła do szkoły, tylko z niej właśnie wracała"*.

"- Dlaczego wszystko niszczą, bez powodu, bez sensu?
Matka domyśliła się, co czuje chłopiec. Pogładziła go czule po włosach:
- To także ofiara poniesiona dla ojczyzny. Nowy świat zawsze powstaje na gruzach starego. Oni, sami o tym nie wiedząc, burzą po to, żebyśmy my mogli budować"**.
Przez całą lekturę odbiorca ma świadomość, że najmłodsi bohaterowie książki są dziećmi i mimo że wojna nakazuje im szybko dorosnąć, niemożliwe jest równie szybkie wyzbycie się przez nich dziecinnych zachowań i niewinnych myśli. Wszechogarniające zło, strach o skórę własną i najbliższych oraz nieustający wysiłek fizyczny sprawiają, że Orlęta czują się wyczerpane, ogarniają je wątpliwości, a także tęsknota na domem i rodzinnym ciepłem.
"- Oberwało nam się! Niedojrzały szczeniak! Czy to świniobicie było tego warte?...
Dla Drogoczyna było tego już za wiele. Usiadł na ławce przed strażnicą i zachlipał, dając upust łzom:
- Łajdak ze mnie. Przyznaję.
A przecież wcale nim nie był, lecz jedynie wyrośniętym gimnazjalistą z trzeciej klasy, którego pośród wojennego zgiełku ogarnęła niespodzianie tęsknota za czymś, co przywodziło mu na myśl rodzinny dom, i który - choć nie wolno mu było tego zrobić - zapomniał na kwadrans o tym, że jest teraz członkiem ochotniczego plutonu rezerwy..."***.
Dopiero trochę później zmiany zachodzące w tych nastoletnich śmiałkach są bardziej widoczne. Nic dziwnego - kilkumiesięczne oblężenie Lwowa, ciągłe zamartwianie się o rodziny rozsiane po różnych zakątkach miasta oraz obserwowanie macek śmierci oplatających braci i przyjaciół potęgują odporność na ból psychiczny i fizyczny, wytrwałość, silną wolę bohaterów i ich wiarę w to, że Lwów ostatecznie będzie miastem polskim. "W portierni przystanął mimochodem przed wiszącym na ścianie wyszczerbionym, zaćmionym lustrem. Z naprzeciwka patrzyła na niego twarz o błyszczących oczach i skórze poszarzałej od dymu. Ta sama co przedtem, a jednak inna... Lecz jakkolwiek by się w nią wpatrywał, nie mógł odkryć, co się w niej zmieniło. Nie wiedział, że z jej rysów znikły ostatnie resztki dziecięcej miękkości, gdyż w przeciągu ostatnich godzin na swój sposób nabrała męskiej dojrzałości"****.

Mimo że historia Orląt została napisana dość prostym językiem, w którym gdzieniegdzie można dostrzec ślady czasu zaprzeszłego w postaci takich zwrotów, jak "zebrali się byli", "był usnął", "stracił go był z oczu", "sądził był" i dawniej używane słowa, jak "najsampierw", nie czytało mi się jej łatwo i lekko. Myślę, że po prostu tematyka na to nie pozwoliła. Tematyka, która mimo wszystko pobudza wyobraźnię czytelnika i wymusza na nim okazanie zarówno tych pozytywnych, jak i negatywnych emocji. Jenő Szentiványi stworzył powieść, o której może i trudno napisać, do jakiego stopnia odpowiada faktom, ale przypominającą o jednym z ważniejszych wydarzeń z dziejów Polski i poruszającą kwestię, której obecność w dzisiejszych czasach byłoby dużo trudniej zaobserwować, mianowicie kwestię walki za ojczyznę. Broniąc miasto Lwów w latach 1918-1919, wiele osób przelało krew za Polskę. Wśród nich byli ludzie młodzi, którzy mieli być przyszłością narodu polskiego. Część przetrwała i mogła cieszyć się zwycięstwem, części się nie poszczęściło, choć dla niektórych poległych śmierć za ojczyznę była ogromnym zaszczytem, najwyższym, jaki mógł ich spotkać. Ciekawa lektura o odwadze, poświęceniu, przyjaźni i pomocy bliźnim. Nie jest to kompendium wiedzy historycznej, lecz poruszający dramat wojenny, w którym pierwsze skrzypce grają dzieci i wyznawane przez nie wartości. Wartości, które zostały nieodwracalnie zapisane na kartach historii naszego kraju.

*s.75
**s.74
***s.82
****s.105

Za egzemplarz recenzencki uprzejmie dziękuję wydawnictwu M.
Recenzja napisana dla portalu IRKA.

piątek, 21 marca 2014

"I stała się ciemność" - Marcin Wolski

Wydawnictwo: M, 2013.
Liczba stron: 276.
Oprawa: miękka.
Rozpoczęcie lektury: 07.03.2014.
Zakończenie lektury: 15.03.2014.
Moja ocena: 5/10.

Marcin Wolski to polski pisarz, dziennikarz i satyryk. Ukończył historię na Uniwersytecie Warszawskim. W latach 1975-1981 należał do Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. Przez wiele lat był związany z Programem III Polskiego Radia; dużą popularność zyskała audycja satyryczna "60 minut na godzinę". W 2006 roku został odznaczony przez ówczesnego prezydenta Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski, a trzy lata później doczekał się Złotego Medalu "Zasłużony Kulturze Gloria Artis". Członek Stowarzyszenia Pisarzy Polskich i Stowarzyszenia Wolnego Słowa. Stały felietonista "Gazety Polskiej" i "Tygodnika Solidarność", a od 2013 roku również publicysta tygodnika "Do Rzeczy". Autor wielu powieści, nowel i opowiadań.

Dokładnie dwadzieścia pięć tych ostatnich mieści się w zbiorze "I stała się ciemność". Dwa pierwsze, najdłuższe, bo liczące po kilkadziesiąt stron, pod koniec lat siedemdziesiątych XX wieku można było usłyszeć w radiu, niestety nie w całości, gdyż zostały przerwane przez wewnątrzradiową cenzurę. Pozostałe opowiadania natomiast pochodzą z magazynu "60 minut na godzinę". To utwory satyryczne, które zahaczają o różne gatunki literackie, takie jak fantastyka czy horror, przez co cały zbiór wydaje się nieźle pokręcony, czasem absurdalny, czasem naprawdę zabawny, a czasem po prostu nudnawy.

W opowiadaniu "I stała się ciemność" otwierającym zbiór o tym samym tytule czytelnik ma do czynienia z niezwykle tajemniczą miejscowością o nazwie Czartowa, która ni stąd, ni zowąd zostaje odcięta od reszty świata i otoczona ponurą i niepokojącą aurą. Z zamiarem napisania reportażu o okolicznym folklorze, przybywa tutaj dziennikarz, Karol Słuszak, ale szybko zostaje on wciągnięty w wir wierzeń i zabobonów mieszkańców Czartowej upierających się, że w miasteczku grasuje diabeł. "Noc miałem ciężką. Nękały mnie senne koszmary, w których stwory jakieś dziwne, kosmate zaglądały do mnie przez okno. Co gorsza cały czas nie miałem pewności, czy to tylko sen"*. Muszę przyznać, że Wolski stworzył całkiem ciekawy świat, w którym siły ludzkie (Powierzchniactwa) ścierają się z siłami diabelskimi istot (Ziemniactwa), których rysopisy nie do końca odpowiadają szatanom z wierzeń pradawnych, dawnych czy obecnych zaprzątających głowy członków społeczeństwa. Nieco odrażający wprawdzie, ale na ogół można dać się mu omamić i przeżyć ze Słuszakiem, Wróblem, Radostem, Liszewskim i Rdzewską zaskakującą, a już na pewno jedyną w swoim rodzaju przygodę z fajnym zakończeniem.

Drugie opowiadanie, "Dziennik znaleziony w taczce", krąży już wokół zupełnie innej tematyki, a mianowicie polityki. Jego bohaterem jest pewien urzędnik państwowy należący do Komitetu Centralnego i chlubiący się omnipotencją (szczególnie na polu matactw, przekrętów i przekupywania wszystkich i wszystkiego), która - wraz z prześladującym go pechem - stopniowo doprowadza go do zguby. Nieoczekiwane zwroty akcji i naszpikowany zabawnymi komentarzami język są najmocniejszymi stronami tego utworu. Nie można w trakcie jego lektury nie parsknąć od czasu do czasu śmiechem.

Nad pozostałymi opowiadaniami rozdrabniać się nie będę, gdyż, jak już wspomniałam wcześniej, jest ich sporo, na dodatek są króciutkie, niektóre ledwie dwustronicowe. Akcja kilku z nich toczy się w pewnym królestwie Amirandy, inne znów opisują przygody zantropomorfizowanych zwierząt, a bohaterami jeszcze innych są ludzie-dziwolągi, a nawet kosmici. Nie wszystkie utwory przypadły mi do gustu. O paru mogę wręcz napisać - mało sensownie wprawdzie, ale liczę na to, iż nie tylko wnikliwy czytelnik mnie zrozumie - że jednym okiem mi weszły, a drugim momentalnie wyszły. Z kolei do tych ulubionych zaliczyłabym te o następujących tytułach: "Smutek spełnianych życzeń", "Pięciu" i "Seryjny" - w przypadku tego ostatniego cieszyłam się, że nawet namiastka kryminału znalazła się w zbiorze Marcina Wolskiego.

W zbiorze może nie pełnym humoru, jak mówi opis, czy grozy, jak sugeruje mroczna okładka, ale dość przyjemnym w odbiorze. Opowiadania czyta się bardzo szybko, gdzieniegdzie absurdalne dowcipy ukryte w ich treści może i są w stanie wywołać uśmiech na twarzy odbiorcy, ale już niekoniecznie zapaść w jego pamięci na długo.

*s.22

Za egzemplarz recenzencki uprzejmie dziękuję wydawnictwu M.
Recenzja napisana dla portalu IRKA.

wtorek, 18 lutego 2014

"Mrówki w płonącym ognisku" - Teresa Oleś-Owczarkowa

Wydawnictwo: M, 2013.
Liczba stron: 252.
Oprawa: miękka.
Rozpoczęcie lektury: 03.02.2014.
Zakończenie lektury: 12.02.2014.
Moja ocena: 3/10.

"Mrówki w płonącym ognisku" to książka, która albo się czytelnikowi spodoba, albo nie. Jest nietypowa. Przede wszystkim dlatego, że nie uświadczy się w niej fabuły, lecz pozbawione chronologii strzępki wspomnień z dzieciństwa i młodości Teresy Oleś-Owczarkowej, która to miała dawniej okazję pomieszkiwać we wsi Blanowice, dziś będącej dzielnicą śląskiego Zawiercia. Oddając się wspomnieniom, autorka przywołuje na karty swego utworu mnóstwo mieszkańców owej wsi, w tym najważniejszą dla niej mieszkankę - jej Babcię, przytacza urywki codziennego życia blanowian zarówno przed, w trakcie, jak i po wojnie, a także porównuje je do tego z czasów obecnych.

Zapowiadało się naprawdę dobrze. Miło było zagłębić się w opisach prostej, acz urzekającej na swój sposób wsi otulonej cudami natury, cofnąć się do czasów - wcale nie tak odległych wprawdzie - własnego dzieciństwa, poddać się żalowi uświadamiającemu, iż nigdy nie było i nie będzie mi dane takiego środowiska zobaczyć. Kiedyś życie na wsi nie było bardzo skomplikowane - ludzie po prostu żyli z dnia na dzień, ciesząc się z błahostek, jakich mieli okazję doświadczyć, a ich problemy nie odznaczały się taką wagą, jak te dzisiejsze. Wszystko miało swój porządek, wszyscy pełnili określone role i zadania, choć rozrywkom i niecnym czynom także się oddawali. Pisarka budzi z uśpionej pamięci dziecięce zabawy (niewiarygodne, ale część z nich przetrwała po dziś dzień!), piosenki, potańcówki młodych mieszkańców, zaloty, wesela i inne ciekawe bądź nawet mrożące krew w żyłach opowiastki (kradzieże, gwałty, bijatyki, samobójstwa), perypetie zasłyszane od kogoś, przez nią samą lub widziane jej oczami.

Niektóre z tych wspomnień zostały rozpisane na dwie, trzy strony, inne z kolei zmieściły się w kilku zdaniach i wydają się niepotrzebne. Cała książka liczy sobie zaledwie ponad dwieście pięćdziesiąt stron, ale nie czyta się jej szybko, łatwo i przyjemnie. Przynajmniej nie przez cały czas. Oleś-Owczarkowa w sposób chaotyczny ukazuje wycinki z życia swojego i innych blanowian, operując na przemian czasem teraźniejszym i przeszłym, nie zachowując kolejności przytaczanych zdarzeń i przeplatając je własnymi przemyśleniami na temat przeszłości, historii, wojny czy religii. Całość okraszona została licznymi barwnymi epitetami, metaforami, a ponadto gwarą, która wymaga porządnego skupienia się na lekturze.

Każdy ma prawo do wyrażania własnego zdania i kierowania się takimi, a nie innymi poglądami, zatem nie będę tutaj kwestionować rozważań autorki odnośnie niektórych tematów, ale swoje spostrzeżenie wyrazić muszę. Mianowicie - wydaje mi się, że powołując do życia "Mrówki w płonącym ognisku", Oleś-Owczarkowa porwała się z motyką na słońce. Jej porównania dawnej wsi ze wsią czy ogólnie ludzkim bytem w teraźniejszości wypadają bardzo blado i są słabo uargumentowane. Pomijając fakt, iż pisarka odwołuje się do tego, co oczywiste, czyli wszechobecnego postępu i obrazów codzienności dnia dzisiejszego, w swych przemyśleniach cofa się nawet do cywilizacji sprzed tysiąca lat, zapomnianych kultur, ubolewając nad tym, że na zawsze pozostaną one zapomniane i nieodkryte. Mniej więcej w połowie utworu przeobraża się w filozofa i pozostaje nim przez dłuższy czas, zadając między innymi mnóstwo pytań retorycznych bądź takich, na które sama sobie odpowiada "nie wiem". Bywały chwile, w których odpływałam myślami bardzo daleko i treść książki w ogóle do mnie nie docierała, niestety. Wprawdzie znalazło się w niej miejsce na sentymenty, tęsknotę za tym, co było kiedyś, ale pisarka przeczy im własnym uwielbieniem współczesności i rozwoju techniki. "Ja, podobnie jak wszyscy, kocham wiedzę, ale jeszcze bardziej lubię wygodę, jaką daje cywilizacja. Niechętnie liczę koszty. Odwracam oczy od strat i nie pytam: gdzie jesteś, Maryjo?"*. Jest sporo niezdecydowania i niepewności w tym, co autorka napisała. Wielokrotnie nie mogłam opędzić się od rodzącego się w mojej głowie pytania "dlaczego w ogóle to zrobiła?".

"Nie jestem pewna, czy dziewczynka jest mną, a ja nią. Już nie pamiętam jej myśli i uczuć. Podczas przypadkowych rozmów zebrałam o niej opowieści od tych blanowian, którzy młodnieli, opowiadając o jej i moich przygodach. I o tym, co im podobno wówczas opowiadałam lub wyśpiewywałam. Słuchałam i jeszcze czasami słucham tych wspominków, ale nic nadzwyczajnego w tym nie widzę"**. I ja nic nadzwyczajnego nie widzę w "Mrówkach w płonącym ognisku". Gdyby nie okładkowy opis i wyjaśnienia tytułu utworu, raczej nie domyśliłabym się tego, co Teresa Oleś-Owczarkowa chciała ukazać. Zanadto skupiła się na wspomnieniach, zatraciła się w nich i swoim nieodżałowaniu związanym z przeszłością i nią samą, tym, kim była i kim się stała, uczestnicząc w takich, a nie innych wydarzeniach. To czasami pogodna, ale w zdecydowanej większości ponura lektura. Na mnie nie zrobiła pozytywnego wrażenia, szkoda.

*s.119
**s.164

Za egzemplarz recenzencki uprzejmie dziękuję wydawnictwu M.
Recenzja napisana dla portalu IRKA.

wtorek, 23 kwietnia 2013

"Sztuka uprawiania róż z kolcami" - Margaret Dilloway

Tytuł oryginału: "The Care and Handling of Roses with Thorns".
Tłumacz: Anna Jędrzejczyk.
Wydawnictwo: M, 2013.
Liczba stron: 440.
Oprawa: miękka.
Rozpoczęcie lektury: 01.04.2013.
Zakończenie lektury: 05.04.2013.
Moja ocena: 8/10.

Raczej rzadko zdarza mi się natknąć na książkę, która pochłonie mnie bez reszty, zauroczy swoją oryginalnością, a na dodatek wzruszy i zapadnie głęboko w mej pamięci. Cieszę się zatem, że "Sztuka uprawiania róż z kolcami" Margaret Dilloway jest właśnie takim utworem. Cieszę się przeogromnie. Sięgając po niego, nie wiedziałam dokładnie, czego się po nim spodziewać. Oklepanej historii o odbudowywaniu więzi rodzinnych? Nie do zniesienia, zgorzkniałej głównej bohaterki? A może jakiegoś tandetnego romansu gdzieś pomiędzy? Żeby w miarę właściwie opisać fabułę, z pierwszego pytania usuwam słowo "oklepanej", z drugiego "nie do zniesienia", a z trzeciego "tandetnego". W ten sposób powstaje opowieść o odbudowywaniu więzi rodzinnych z nutką romansu w tle, z nieco zgorzkniałą bohaterką w roli głównej. Dodam jeszcze, że całość otoczona jest pięknymi różami (nie tylko w postaci okładki), ciepłem i swoistego rodzaju mądrością. Nie pozostaje więc nic innego, jak tylko zagłębić się w jej lekturze.

Galilee Garner, w skrócie Gal, to nauczycielka biologii w prywatnej szkole katolickiej w Kalifornii. Całe życie choruje na nerki, od ośmiu lat jest dializowana i obecnie wyczekuje dawcy tych jakże cennych organów. Co jeszcze wyróżnia tę ponadtrzydziestopięcioletnią kobietę, to jej hobby - uprawa i hodowla rozmaitych i wymyślnych gatunków róż, które w przyszłości mogą przyczynić się nawet do zwycięstwa Gal w zawodach różanych hodowców. Raczej samotne i mało urozmaicone życie bohaterki zostaje nagle zaburzone, gdy na progu jej domu ląduje jej nastoletnia siostrzenica, Riley, którą matka musiała na kilka miesięcy opuścić z powodu pracy za granicą. Dla Garner, która od zawsze nie potrafi dogadać się z własną siostrą i która nie ma pojęcia o rodzicielskim wychowywaniu dzieci, musi stawić czoła nowemu doświadczeniu i spróbować dogadać się z zamkniętą w sobie, sprawiającą problemy, ale i pragnącą ciepła i miłości Riley. Tylko czy ta kobieta - na ogół mało sympatyczna, nieco zarozumiała, dla której wszyscy wokół wydają się wrogami, nawet ona sama dla siebie - będzie potrafiła wykrzesać z siebie choć odrobinę pozytywnych uczuć? Szybko okazuje się, że osoba Riley, mimo licznych niedoskonałości charakteru, ma dobry wpływ na Gal, podobnie jak nowy nauczyciel chemii, który podejmuje pracę w szkole, w której naucza główna bohaterka...

Wątek związany z różami w książce Dilloway jest bardzo rozbudowany. Nic dziwnego - te kwiaty są przecież ogromną, życiową pasją Gal. W tekście, co kilka rozdziałów, pojawiają się nawet fragmenty "Wielkiego poradnika hodowli róż" Winslowa Blythe'a, odpowiednie na dany miesiąc, w którym toczy się akcja, ale mnie one zupełnie nie drażniły, wręcz przeciwnie, wzbudzały ciekawość. Autorka skupia się na okresie od marca do listopada jednego roku. Narratorka, sama Garner, wypowiada się w czasie teraźniejszym, który ani troszeczkę nie przeszkadza w odbiorze utworu. Język jest prosty, ale ładny, płynny i grzeczny. Powieść czyta się po prostu świetnie.

Istotą "Sztuki uprawiania róż z kolcami" jest postać Galilee. Ona sama przypomina jedną z tytułowych róż, która na każdym kroku zamiast ukazywać swe wewnętrzne piękno, wystawia na wszystko i wszystkich groźne kolce. Bohaterka nie potrafi się przełamać i dopuścić do siebie ludzi, którym na niej zależy i którzy ją kochają. Wszędzie wywącha jakiś spisek, jest przekonana, że jej bliscy i znajomi albo są nastawieni przeciwko niej, albo nie przejmują się w ogóle jej losem, albo, co jest jeszcze bardziej denerwujące, współczują jej całej tej sytuacji z chorobą. Jakby tego było mało, Gal to niezwykle pewna siebie kobieta. Z jednej strony byłam pod wrażeniem jej osobowości i zachowania, ale z drugiej strony dawała się we znaki jej zarozumiałość, której już nie pochwalałam. Całe szczęście, że w ciągu tych niespełna dziewięciu miesięcy w bohaterce dokonuje się wielka przemiana - z osoby chłodnej w ciepłą, przyjacielską i odpowiedzialną. Można zauważyć wówczas, że Garner ma w sobie gdzieś głęboko schowane pokłady sympatii, miłości, konsekwencji i siły, które pod wpływem zaskakujących, zarówno zabawnych, jak i wzruszających zdarzeń, stopniowo odkrywa. To w rzeczywistości bardzo mądra i twarda kobieta.

Dilloway w ciekawy i przemyślany sposób "naprawia" charakter Gal. Jej życie z dnia na dzień przeobraża się w jeden wielki chaos, ale niepozbawiony przyjemności i radości, do których można zaliczyć chociażby wspólne wypady z Riley na wystawy i zawody dla hodowców róż czy przyjaźń z nauczycielem chemii, Georgem Mortonem. Ogromnie spodobały mi się jej relacje z buntowniczą siostrzenicą. Ich powolna, naznaczona kłopotami, cierpieniem i tęsknotą zmiana na lepsze jest po prostu piękna. Od samego początku w głębi serca wierzyłam, że ona nastąpi i wywoła we mnie łzy szczęścia i radości. Ale chyba najbardziej wzruszyła mnie znajomość Galilee z Waltersem, pozornie irytującym mężczyzną, który, chcąc nie chcąc, zajmuje kobiecie jej miejsce w kolejce po nerkę. Żeby nie przytaczać tutaj szczegółów, wspomnę tak ogólnikowo o jednym z wątków, który rozłożył mnie na łopatki, mianowicie mam na myśli sytuację, w której jest mowa o pingwinie i Antarktydzie. Myślę, że gdy natkniesz się właśnie na ten element fabuły, drogi czytelniku, zrozumiesz, dlaczego wywarł on na mnie tak ogromne wrażenie. Pamiętam, że płakałam wtedy jak małe dziecko...

Jestem niezmiernie wdzięczna Margaret Dilloway za to, że nie uczyniła ze swej książki przesłodzonej historii, lecz niebanalną, taką prawdziwą i bliską sercu powieść obyczajową, która zmusza do refleksji - czy to nad życiem w zdrowiu, czy w chorobie. "Sztuka uprawiania róż z kolcami" to fantastyczna lektura traktująca o problemach rodzinnych i miłosnych, o codziennych perypetiach nauczycieli i dorastających uczniów, ale przede wszystkim o poszukiwaniu szczęścia, ciepła oraz o wierze w siebie i własne możliwości. Nie zaniedbujmy samych siebie, a przy tym nie zapominajmy o osobach, które są dla nas ważne. Czasem trzeba dać coś od siebie, a nie tylko brać od innych. To znakomita, pouczająca, niosąca nadzieję i przesłanie opowieść. Gorąco polecam.

Za egzemplarz recenzencki uprzejmie dziękuję wydawnictwu M.
Recenzja napisana dla portalu IRKA.

środa, 10 kwietnia 2013

"Rozmowy bez retuszu" - Artur Barciś, Marzanna Graff

Wydawnictwo: M, 2011.
Liczba stron: 220.
Oprawa: twarda.
Rozpoczęcie lektury: 28.03.2013.
Zakończenie lektury: 29.03.2013.
Moja ocena: 7/10.

Nie będę oryginalna, pisząc, że osoba Artura Barcisia kojarzy mi się przede wszystkim z rolą Tadeusza Norka ze słynnych "Miodowych lat". Praktycznie dzięki tej roli poznałam i polubiłam tego aktora. I kto wie, może już zawsze będzie mi się on z Norkiem kojarzył, mimo tego, że Barciś, jak wspomina w "Rozmowach bez retuszu", za wszelką cenę chciał uniknąć syndromu jednej roli. Byłoby pewnie zupełnie inaczej, gdybym zaznajomiła się z innymi filmami i serialami, w których wystąpił. Czytając książkę Marzanny Graff, z każdą kolejną stroną dziwiłam się, że było ich tak wiele, nie wspominając już o licznych sztukach teatralnych.

"Rozmowy bez retuszu" nie są jakąś sztywną, poważną i szczegółową biografią urodzonego w 1956 roku Barcisia, lecz luźnym wywiadem, w którym rolę osoby pytającej podjęła Marzanna Graff, pisarka, scenarzystka i aktorka współpracująca z takimi teatrami, jak Towarzystwo Teatrum oraz Capitol. Tytułowe rozmowy mają charakter lekkich, niewymuszonych i bezstresowych pogawędek, często sprawiają też wrażenie spontanicznych - niejednokrotnie Artur Barciś przypomina sobie nagle o czymś ważnym, istotnym, zbaczając z głównego tematu, na który z powrotem musi nakierować go Graff. Zabawne, ileż ten człowiek ma do powiedzenia! Artysta posługuje się prostym językiem, w którym nie brakuje poczucia humoru, zaangażowania i pokory. Kolejno ujawnia karty swojej przeszłości, począwszy od dzieciństwa, które kojarzy mu się ze strachem i chorowitością, ale też pierwszymi występami na szkolnych scenach, przez licealne konkursy recytatorskie i egzaminy do szkół aktorskich, aż po wstąpienie do świata teatru i filmu. Oprócz kwestii zawodowej Barciś opowiada pokrótce o życiu prywatnym. Czy wiedzieliście, że jest on wielkim miłośnikiem rosołu, a w marzeniach własnego ojca miał wyuczyć się za cukiernika?

"Aktorstwo to nie jest coś, czego można się ot, tak nauczyć. To jest dar, z którym się człowiek rodzi. Można to oczywiście spaskudzić, zmarnować, rozmienić na drobne albo szlifować. Jednak, żeby coś z tym zrobić, trzeba najpierw to mieć, czuć w sobie"*. Decyzję o zostaniu aktorem Barciś podjął już w podstawówce. Nic dziwnego - talentu aktorskiego nie musiał nabywać w odpowiednich szkołach czy teatrach - on tę iskrę miał w sobie już od samego początku. I korzystał z niej. Ale jego droga do sukcesu nie była łatwa. Niejeden raz przecież musiał wykazywać się w życiu cierpliwością i uporem, musiał podejmować bardzo trudne decyzje związane z wyborem najodpowiedniejszej na daną chwilę roli. Teatr czy film? Film czy serial? Odpowiedzi na tego typu pytania nie mogły nasuwać się w mgnieniu oka, prawda? Zanim Artur Barciś stanął przed kamerami jako Tadeusz Norek z kultowych wręcz "Miodowych lat", a później jako Arkadiusz Czerepach ze słynnego "Rancza", pracował na planach takich filmów, jak "Znachor", "Wierna rzeka", seria "Dekalogu", "Dzień wielkiej ryby", a seriali - "Odlot" czy "Tulipan", nie rezygnując oczywiście z spektakli teatralnych, których także było mnóstwo. Artysta miał styczność z takimi osobistościami, jak Andrzej Barański i Krzysztof Kieślowski, nie wspominając już o wielu popularnych aktorach i aktorkach. Co ważne, na temat każdej z tych osób Barciś wypowiada się pozytywnie, pochlebnie, wyrażając własne zadowolenie z faktu, iż uczestniczyły one w jego życiu, a on sam w ich.

Co chyba najbardziej zaskoczyło mnie po zapoznaniu się z książką Graff, to odkrycie, iż Barciś to człowiek wszechstronnie uzdolniony. Jest on bowiem nie tylko bardzo dobrym aktorem, ale i tancerzem, śpiewakiem, niegdyś próbował swych sił w reżyserowaniu, a nawet nauczaniu studentów, a w ostatnim czasie sprawdza się jako pisarz, głównie felietonów i bajek, choć niekoniecznie takich dla dzieci. Jedną z takich właśnie bajek Marzanna Graff prezentuje w ostatnim rozdziale "Rozmów bez retuszu". O dziwo, wzruszyłam się, czytając zakończenie! A dzięki temu nabrałam przekonania, że Barciś powinien dalej rozwijać się na płaszczyźnie literackiej.

To nietuzinkowy i sympatyczny człowiek. A jakże niepozorny, prawda? Jestem pełna podziwu dla niego jako osoby, jak i dla jego umiejętności. Odnoszę wrażenie, że czego by się on nie podjął, wyszłoby mu to na dobre. Postanowiłam sobie, że w najbliższej przyszłości zapoznam się z przynajmniej kilkoma tytułami filmowymi, w których grał Artur Barciś. A Was gorąco zachęcam do zajrzenia na stronę barcis.pl, no i oczywiście do lektury "Rozmów bez retuszu", które nie tylko wyposażają czytelników w ciekawą i niecodzienną wiedzę, ale i zapewniają świetną rozrywkę.

*s.14

Za egzemplarz recenzencki uprzejmie dziękuję wydawnictwu M.
Recenzja napisana dla portalu IRKA.

poniedziałek, 8 kwietnia 2013

"Single" - Meredith Goldstein

Tytuł oryginału: "The Singles".
Tłumacz: Agnieszka Kisiel.
Wydawnictwo: M, 2013.
Liczba stron: 240.
Oprawa: miękka.
Rozpoczęcie lektury: 25.03.2013.
Zakończenie lektury: 28.03.2013.
Moja ocena: 6/10.

Tak to się ładnie dzisiaj mówi na osoby niepozostające w związkach partnerskich - "single". Nie "stara panna", nie "stary kawaler", tylko "singiel". Czasy się zmieniły. Dzisiejsi single to nie tylko ci, którym nie poszczęściło się w miłości, lecz także ci, którzy chcą spędzić całe swoje życie - lub jego część - same, bez osoby towarzyszącej. "Same" nie oznacza jednak "samotne". Coraz częściej ludzie nie boją się korzystać z przywileju, jakim jest wybór. Wybór stylu własnego życia. A i grono akceptujących te "nowoczesne" style życia ciągle się poszerza. Sama, póki co, należę do tych jakże osławionych już singli. Nie narzekam na swoją obecną sytuację życiową. Na razie nie wprowadziłabym do niej żadnych większych, drastycznych zmian. A co będzie, jeśli te zmiany same mnie odszukają? Wprawdzie do osiągnięcia wieku bohaterów "Singli", debiutanckiej książki Meredith Goldstein, brakuje mi jeszcze dobrych kilku czy kilkunastu lat, to już teraz jestem świadoma tego, że wiele rzeczy w tym czasie może się wydarzyć, a i życie singla po trzydziestce wcale nie musi być łatwe i beztroskie.

Nadchodzi dzień ślubu Bee i Matta. Wśród zaproszonych gości jest kilku takich, którzy zdecydowali się przyjść na uroczystość bez partnerów. Hannah, którą można uznać za główną bohaterkę powieści, mimo szczerych chęci nie jest w stanie cieszyć się szczęściem wychodzącej za mąż przyjaciółki, bo przecież na tym samym weselu musi oglądać swojego byłego chłopaka, Toma, i jego nową dziewczynę. Jest jej ciężko tym bardziej, że jej osoba towarzysząca, przyjaciel Rob, wystawił ją do wiatru, pozostając sobie w domu. Vicky z kolei przybywa na zaślubiny, ale w dalszym ciągu cierpi na depresję. Niespodziewanie towarzystwo starszego faceta, samotnego wujka Bee, Joego, przypada jej do gustu. Czy coś ciekawego wyniknie ze znajomości tych dwojga? Zostaje jeszcze Phil. Mężczyzna czuje się zupełnie wyobcowany wśród weselnych gości, a wszystko dlatego, że zastępuje własną matkę, która z powodu choroby nie mogła pojawić się na uroczystości. Czas wesela jest dla wszystkich tych osób czasem obfitującym w ciekawe, także zaskakujące wydarzenia, a jednocześnie czasem pełnym rozmyślań, wspomnień i trudnych wyborów. Jak zatem potoczą się dalsze losy tytułowych singli? Zachęcam do lektury.

Książka nie jest obszerna, a składają się na nią niedługie rozdziały, w których autorka naprzemiennie poświęca uwagę Hannah, Robowi, Joemu, Vicky i Philowi. Język jest prosty i przystępny, a narracja prowadzona w trzeciej osobie. Chyba po raz pierwszy w trakcie czytania książki miałam możliwość niemalże dosłownego wyobrażenia sobie jej poszczególnych bohaterów. A wszystko to za sprawą postaci Hannah, którą pisarka przedstawia jako specjalistkę od castingów i która ma bzika na punkcie porównywania swoich znajomych ze znanymi aktorami i aktorkami. Niejednokrotnie więc zaglądałam do Internetu, by przekonać się, kogo Hannah miała na myśli - nie znam przecież wszystkich aktorów z imienia i nazwiska. Czyżby Goldstein, pisząc "Singli", marzyła o tym, by jej utwór został w przyszłości zekranizowany? Nawet jeśli nie, myślę, że byłoby ciekawie, gdyby taka ekranizacja powstała. Być może byłaby miłą odskocznią od zwariowanych amerykańskich komedii, jakich wiele. Bo "Single" to wbrew pozorom nie komedia, lecz powieść obyczajowa o lekkim zabarwieniu komediowym, w której wszystko może się zdarzyć.

"Cudze wesele może zmienić twoje życie" - głosi napis z okładki. No tak, myślę sobie, nic dziwnego, że moje się nie zmienia - jedyny i ostatni raz na czyimś weselu byłam (jako osoba pełnoletnia) prawie pięć lat temu, a i wtedy z osobą towarzyszącą. A już tak całkiem na poważnie - muszę przyznać, że historia opisana w "Singlach" zaskoczyła mnie i na swój sposób zauroczyła. Spodziewałam się bowiem po niej schematycznej opowiastki, w której jedna bohaterka zeszłaby się ze swoim byłym, druga poznałaby kogoś nowego i zakochała się w nim ze wzajemnością, trzecia zaś coś, gdzieś by namieszała, a i ślub nie doszedłby do skutku, bo któreś z państwa młodych uciekłoby nagle ze starą lub nową miłością w siną dal. Tymczasem otrzymałam coś zupełnie innego. Owszem, kwestie miłości i samotności wysuwają się w utworze na pierwszy plan, ale rozważania na ich temat są jak najbardziej poważne i dojrzałe. Czego nie można napisać o niektórych zachowaniach bohaterów. Ale czyż to nie właśnie samotność, a czasem nawet rozpacz popychają ludzi do różnych dziwnych i niegodnych pochwały czynów?

Jeśli chodzi o postaci wykreowane przez Goldstein, uważam, że są one wielkim plusem jej książki. Z charakterem, a na dodatek bardzo realistyczne. Czytelnik ma okazję poznać bliżej Hannah, Roba, Joego, Vicky i Phila dzięki ich bieżącym przemyśleniom na konkretne tematy, zwłaszcza wesela Bee i Matta, no i weselnych gości, a także dzięki licznym wspomnieniom i historiom z ich przeszłości, które bazują głównie na problemach rodzinnych, związkach miłosnych oraz przyjacielskich. Stopniowo można dowiedzieć się, kto kogo kochał lub kocha nadal, kto za kim tęskni, komu czego brakuje, kto o czym marzy i jakie są jego lub jej plany na przyszłość. Chyba najbardziej zainteresowała mnie i przypadła mi do gustu postać Roba. Podejrzewam, że duże znaczenie w mym wyborze miała jego wzruszająca przygoda z psiną o imieniu Liz. Natomiast już mniej podobali mi się Joe, który mimo swych chęci zaprzyjaźnienia się z Vicky, ciągle myślał o tym, jak zaciągnąć ją do łóżka, no i Vicky, nieco roztargniona, zwariowana, taka niepozorna, ale i spontaniczna dziewczyna, po której postępowaniu spodziewałam się czegoś lepszego. Niemniej jednak "związek" jej i Joego wydawał się całkiem sympatyczny.

Nie dla wszystkich ślubna noc kończy się happy endem, ale dla większości bohaterów jest nocą ważną, kształtującą na nowo ich życiowe wartości, plany, wybory i decyzje. "Single" Meredith Goldstein to lekka, pełna ciepła, ale i plątaniny uczuć opowieść o poszukiwaniu szczęścia. Fantastyczna pozycja na ponury wieczór, która nie będzie nudzić, choć dla bardziej wymagających odbiorców może się okazać trochę przewidywalna. Ja w każdym bądź razie spędziłam czas na jej lekturze bardzo przyjemnie, więc pozostaje mi życzyć takowej innym czytelnikom. Polecam.

Za egzemplarz recenzencki uprzejmie dziękuję wydawnictwu M.
Recenzja napisana dla portalu IRKA.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...