Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Muza. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Muza. Pokaż wszystkie posty

piątek, 19 września 2014

"Niechciani" - Yrsa Sigurðardóttir

Tytuł oryginału: "Kuldi".
Tłumacz: Elżbieta Ptaszyńska-Sadowska.
Wydawnictwo: Muza, 2014.
Liczba stron: 336.
Oprawa: miękka ze skrzydełkami.
Rozpoczęcie lektury: 10.09.2014.
Zakończenie lektury: 11.09.2014.
Moja ocena: 8/10.

Yrsa Sigurðardóttir to urodzona w 1963 roku islandzka autorka kryminałów i książek dla dzieci. Ukończyła studia z zakresu inżynierii budowlanej na Uniwersytecie Islandzkim. Jako pisarka zadebiutowała w 1998 roku. W Polsce do tej pory ukazało się osiem jej powieści, w tym kilka należących do serii, której główną bohaterką jest prawniczka, Þóra Guðmundsdóttir.

Biorąc do ręki "Niechcianych", cieszyłam się ogromnie, mając na uwadze przede wszystkim fakt, iż wreszcie przyjrzę się bliżej fragmentowi twórczości tej autorki, o której przecież naczytałam się wiele dobrego i którą planowałam poznać już od dłuższego czasu. Teraz, po zakończonej już lekturze powyższego utworu, śmiało mogę napisać, że moja radość wspięła się na jeszcze wyższy poziom - czas, jaki spędziłam na jego czytaniu, okazał się bowiem czasem w pełni wykorzystanym, przyjemnym i jednocześnie bardzo niepokojącym. A wszystko to za sprawą niesamowitego klimatu tego kryminału, chwilami przypominającego horror z prawdziwego zdarzenia. I wcale nie mam tu na myśli zjawisk paranormalnych czy fantastycznych potworów, które mogłyby siać przerażenie w umyśle czytelnika. W "Niechcianych" obawę budzi każdy szept wyłowiony z przenikliwej ciemności, każdy szelest w opustoszałym mieszkaniu i cień czający się za oknem, który wydaje się groźniejszy, gdy to okno jest otwarte, a my jesteśmy święcie przekonani, że wychodząc z domu, zostawiliśmy je zamknięte... Jest to książka, w której rozgrywają się dramaty rodzinne, ludzie żyją na granicy zwyczajnego strachu i obłędu, a także uciekają przed ponurą przeszłością, która zawsze zdaje się wyprzedzać ich o krok.

Reykjavík. Óðinn Hafsteinsson, po tym jak jego była żona, Lára, poniosła śmierć, wypadając z okna, dzieli swój czas pomiędzy pracę w państwowym urzędzie kontroli a opiekę nad jedenastoletnią córką, Rún, zmagającą się z traumą po samobójstwie matki. Ale czy rzeczywiście było to samobójstwo? Żeby ostatecznie rozliczyć się z przeszłością, mężczyzna postanawia dokładniej przestudiować akta dotyczące zgonu małżonki. Nie spodziewa się jednak, że zanurzanie się w tej sprawie zacznie się zazębiać z projektem, jaki ma do wykonania w pracy, związanym z raportem z działalności domu wychowawczego Krókur, w którym w latach siedemdziesiątych umieszczano trudną młodzież. Zginęło wówczas dwóch chłopców. Jak do tego doszło? Czy Lára mogła mieć z tym domem coś wspólnego?

Sigurðardóttir naprzemiennie przenosi czytelnika do roku 1974 i czasów obecnych, czyli, jeśli dobrze wyliczyłam, roku 2012. Pierwszy ze wspomnianych okresów robi piorunujące wrażenie. Położony gdzieś na odludziu, owiany śnieżnymi zamieciami Krókur, niemałej powierzchni zimny, obcy i budzący trwogę budynek, w którym oprócz właścicieli i zarazem opiekunów, Lilji i Veigara, oraz pracowników pomocniczych mieszkają nastoletni chłopcy, którzy weszli w konflikt z prawem - wszystko to napawa odbiorcę uczuciem podniecenia wynikającego z nadziei na otrzymanie rewelacyjnego, trzymającego w napięciu kryminału, połączonego z lękliwością będącą efektem ogólnej niespokojnej atmosfery panującej w powieści oraz wyobraźni czytelnika wykraczającej poza wszystko to, z czym miał on do czynienia do tej pory, czytując literaturę dla dorosłych. Zadaniem Óðinna jest sprawdzenie, czy w istniejącym niegdyś ośrodku wychowawczym nie dochodziło do zaniedbania albo łamania prawa przez jego zarządców. I słusznie, bo jak się można domyślić, dochodziło. O tym, jakimi ludźmi byli Lilja i Veigar, dowiadujemy się z relacji Aldís, młodej dziewczyny, która w latach siedemdziesiątych miała to nieszczęście pracować dla tego zgorzkniałego i pełnego agresji małżeństwa. To właśnie ona była świadkiem wielu mrożących krew w żyłach zjawisk i zdarzeń, które wryły się w jej pamięć już na zawsze. Zapewniam, że nie bez powodu ta osadzona w dawniejszych czasach fabuła "Niechcianych" skojarzyła mi się z "Sierocińcem", znakomitym filmem hiszpańskim z gatunku, jakim jest horror.

Wątki poświęcone Óðinnowi i jego córce niczym nie ustępują tym związanym z Aldís i chłopcami. Są tak samo intrygujące i wstrząsające. Tu też chodzi o dobro dziecka, ale niełatwo jest dowieść prawdy o psychicznym stanie Rún, niedopuszczającej do siebie prawie nikogo. Zmarła Lára krąży nad dziewczynką i jej ojcem niczym duch - nawiedza ich w snach, wzbudza w nich poczucie winy i sprawia, że Óðinn, ciągle słyszący jakieś szmery i widzący wywołujące na całym ciele dreszcze cienie w miejscach, w których nie powinny się one pojawiać, zaczyna się poważnie zastanawiać nad tym, czy aby nie popada w szaleństwo. A badanie sprawy śmierci Tobbiego i Einara sprzed prawie czterdziestu lat wcale nie pomaga mu w osiągnięciu stabilizacji umysłowej. Postaci stworzone przez Sigurðardóttir, mimo że przeważnie nacechowane negatywnie, a więc kojarzące się głównie z przerażeniem, wstrętem i smutkiem, stanowią świetne przykłady portretów psychologicznych ludzi doświadczonych przez los - rozczarowanych miłością, dotkniętych stratą kogoś bliskiego, dotkniętych traumą, zgubionych przez własne sekrety, skrywane zbyt długo i głęboko. Nic dziwnego, że później, "gdy dochodzi do przestępstwa, zawsze ktoś ponosi karę, tylko zwykle nie ten, kto zawinił"*.

"Niechciani" to kawał bardzo dobrej, nieprzewidywalnej prozy, w której królują tajemnice, lęk, gniew i choroby psychiczne. Trudno wychwycić w niej momenty, w których zacierają się granice między obłędem a zdrową rzeczywistością. Niełatwo wyłapać, kiedy mamy do czynienia z miłością altruistyczną, a kiedy z egoistyczną. Pozornie dzieje się tutaj niewiele, ale tak naprawdę mnóstwo. Czytelnik wpada w popłoch podczas lektury niemalże każdej strony utworu, wiedziony mylnymi tropami i przemyśleniami wpada w pułapki i jest zaskakiwany. Im bliżej końca, tym jego szok i niedowierzanie są coraz większe. Finał, mimo że tu i ówdzie niedopowiedziany, zapiera dech w piersiach. Yrsa Sigurðardóttir, powołując do życia w tak niebanalnych warunkach tak nietuzinkowych bohaterów, wykonała wspaniałą pracę, którą powinien docenić każdy miłośnik kryminałów i thrillerów, i skutecznie zachęciła mnie do sięgnięcia po inne książki jej autorstwa.

*s.318

Za egzemplarz recenzencki uprzejmie dziękuję wydawnictwu Muza.

środa, 2 lipca 2014

"Ofiara" - Pierre Lemaitre

Tytuł oryginału: "Sacrifices".
Tłumacz: Joanna Polachowska.
Wydawnictwo: Muza, 2014.
Liczba stron: 352.
Oprawa: miękka ze skrzydełkami.
Rozpoczęcie lektury: 16.06.2014.
Zakończenie lektury: 22.06.2014.
Moja ocena: 7/10.

Pierre Lemaitre to urodzony w 1956 roku francuski pisarz i scenarzysta, autor kilku powieści kryminalnych. Po zdobyciu wykształcenia w takich dziedzinach naukowych, jak psychologia i edukacja dorosłych - literatura, kultura, komunikacja - w 2006 roku rozpoczął karierę pisarską. Jego utwory zdobyły wiele nagród, m.in. Prix du polar européen za europejski kryminał 2010 roku, CWA International Dagger 2013 i Nagrodę Goncourtów 2013.

"Ofiara" to trzecia (czwarta, jeśli wziąć pod uwagę nowelę, "Les grands moyens") część cyklu o Camille'u Verhoevenie, paryskim komisarzu policji ściganym przez ogromnego i bardzo brzydkiego pecha. Nie potrafię niczego sensownego napisać na temat części pierwszej, "Travail soigné", która nie została jeszcze wydana w Polsce (dziwna kolejność, tak swoją drogą), ale w porównaniu do "Alex", "Ofiara" wypada troszeczkę słabiej, jeśli chodzi o dynamikę fabuły. Rzeczą niefajną jest tutaj fakt, że brakuje wspomnianej już pierwszej części serii, gdyż ta najnowsza jest z nią powiązana - może nie aż do tego stopnia, że czytelnik nie będzie miał zielonego pojęcia o tym, co czyta, ale będzie żałował, że o pewnych wątkach czy postaciach nie wiedział i został z nimi zaznajomiony w dużym skrócie, zdradzającym jednak dość dużo o treści książki, która zapoczątkowała cykl o Verhoevenie. Trochę szkoda, no ale co zrobić.

Tytułowi omawianej powieści można przypisać kilka znaczeń. Ofiarą wypadku jest Anne Forestier, partnerka Camille'a, która pewnego dnia przez przypadek natyka się na bandytów napadających na jubilera w pasażu handlowym i zostaje przez jednego z nich brutalnie pobita. Ofiarą losu jest Verhoeven, który po raz drugi musi zmierzyć się z faktem, że jego ukochana znalazła się w niebezpieczeństwie - kilka lat temu zamordowano mu żonę, teraz Anne cudem uniknęła śmierci, ale wszystko wskazuje na to, że ktoś nadal czyha na jej życie. Również ofiar manipulacji tu nie brakuje, a zaliczyć do nich można chociażby współpracowników Verhoevena, przed którymi mężczyzna ukrywa swój związek z poszkodowaną i postępuje wbrew wszelkim zasadom, by ów sekret nie wyszedł na jaw. Czy droga, którą obrał, jest słuszna?

Komisarz to interesująca postać. Mimo swych stu czterdziestu pięciu centymetrów wzrostu budzi respekt wśród podwładnych i nie tylko. Doskonale wie, po co wykonuje taki, a nie inny zawód, swój talent, na który składają się doskonała pamięć, inteligencja i umiejętność prowadzenia skutecznych konwersacji, zręcznie wykorzystuje podczas prowadzonych dochodzeń. Jest świetnym gliną, wprawdzie nie kryształowym, bo niejednokrotnie ucieka się do nieuczciwych zagrywek i konszachtów ze światkiem przestępczym, ale znającym się na rzeczy. Można mu zaufać i uwierzyć, kiedy mówi, że zrobi wszystko, co w jego mocy, by uratować, wyprowadzić na prostą daną sytuację. Verhoeven to także dobry człowiek. Milczący, nieco porywczy, mimo ciężkich przeżyć jest w stanie żywić głębsze uczucia wobec bliskich mu osób. Jest więc na swój sposób uroczy (szczególnie w opinii kobiet) i czasami rozczulający, zwłaszcza gdy wypowiada się na temat swego młodszego współpracownika, Louisa Marianiego, jakoby chciałby go zaadoptować, zostać jego ojcem.

Camille dzielnie walczy - z nieuchwytnym przeciwnikiem, który niemalże dorównuje mu sprytem, ale wywyższa się brutalnością, co cechą godną pochwały już nie jest. Bandyta - tak, ten od skoku na jubilera i pobicia Anne - to wielka zagadka utworu Lemaitre'a. Czytelnik do samego końca nie ma pojęcia, kim ta osoba jest i dlaczego tak mocno uwzięła się na Anne, która nie była przecież jakoś bardzo zagrażającym świadkiem jego napadu. Od czasu do czasu jednak, kiedy to pisarz wtrąca do tekstu narrację pierwszoosobową, czyli punkt widzenia bandyty, odbiorca ma okazję poznać jego myśli i dzięki nim dowiedzieć się, że przestępcę cechują czarne poczucie humoru, powiązania z wydarzeniami z przeszłości, do których z czasem dochodzi policja, a także jakiś uraz do samego Verhoevena. Sprawa robi się coraz bardziej poważna, a co za tym idzie, coraz bardziej niepokojąca i zadziwiająca. Szczególnie druga połowa kryminału jest niesamowicie wciągająca, zwieńczona, jak to zazwyczaj w prozie Lemaitre'a bywa, efektownym finałem.

Myślę, że nie przesadzę, jeśli napiszę, że sposób, w jaki ten francuski autor w ogóle posługuje się piórem, jest niezwykle fascynujący. Lemaitre z całą pewnością ma swój styl. Bardzo charakterystyczny, przykuwający wzrok i, dla mnie, osoby, która poznała trzy jego powieści, rozpoznawalny. Pisarz potrafi opowiadać. Szczegółowo opowiadać, trzeba dodać. Gdyby się tak uprzeć, można by mu zarzucić brak wylewności czy pewnego rodzaju beznamiętność, ale na pewno nie lapidarność i sztampowość. Tym, co robi chyba największe wrażenie na czytelniku, są drobiazgowe opisy sytuacji, najistotniejszych wydarzeń. Doskonałym przykładem jest w "Ofierze" scena okrutnego pobicia Anne, po przeczytaniu której czułam się tak, jakby ktoś przepuścił mnie przez wyżymaczkę. Na to, że autor jest dobry w swoim fachu, wskazuje również lekkość, z jaką operuje czasami i perspektywami - w jednej chwili snuje opowieść o tym, co właśnie miało miejsce, a w drugiej, z niewymuszoną swobodą, napomyka, co wydarzy się w następnej sekundzie lub za kilkanaście minut. Zabieg całkowicie naturalny, nieprzeszkadzający w lekturze.

"Ofiara" to kolejny - po "Ślubnej sukni" i "Alex" - przyzwoity thriller Pierre'a Lemaitre'a. Poziomem nie dorównuje tym wcześniejszym, ale warto zwrócić na niego uwagę chociażby ze względu na językową stronę utworu i pomysłowość pisarza. Nie brakuje w nim zagadek, kłamstw, gróźb i manipulacji, których tylko po części można się domyślić. A żeby książka dostarczyła jeszcze więcej zaskoczeń, radzę pominąć czytanie okładkowego opisu, który, jak to było i w przypadku "Alex", zdradza zbyt wiele, w tym pewien fakt, o którym czytelnik dowiaduje się dopiero pod koniec powieści. Ciekawa pozycja o niekonwencjonalnych, że tak to ujmę, metodach pracy policji i poświęceniu dla drugiego człowieka. Mimo że już wiem, czego dotyczy fabuła pierwszej części cyklu o Verhoevenie, z niecierpliwością będę oczekiwać jej polskiego wydania.

Za egzemplarz recenzencki uprzejmie dziękuję wydawnictwu Muza.

wtorek, 6 maja 2014

"Olvido znaczy zapomnienie" - María Dueñas

Tytuł oryginału: "Misión Olvido".
Tłumacz: Katarzyna Okrasko.
Wydawnictwo: Muza, 2014.
Liczba stron: 432.
Oprawa: miękka.
Rozpoczęcie lektury: 23.04.2014.
Zakończenie lektury: 25.04.2014.
Moja ocena: 7/10.

María Dueñas, pochodząca z Hiszpanii profesor filologii i literatury angielskiej, od kilku lat zdobywa coraz to większą popularność na płaszczyźnie literackiej. Jej pierwsza powieść, którą można uznać za historyczno-szpiegowską, "Krawcowa z Madrytu", sprzedała się w ponadmilionowym nakładzie, zdobyła wiele nagród i stała się podstawą do nakręcenia serialu. Również "Olvido znaczy zapomnienie" z 2012 roku zostało dobrze przyjęte przez krytyków i czytelników, między innymi, dodam skromnie, przeze mnie, a o plusach tejże książki zamierzam opowiedzieć w dalszej części niniejszej opinii.

Mam słabość do utworów o zabarwieniu przygodowym i historycznym pod kątem tajemnic z przeszłości nieżyjących bohaterów, pozostawionych przez nich dziedzictw w postaci spadków, ważnych dokumentów, domów, dworów czy obrazów. Niejednokrotnie tego typu powieści zdarzyło mi się czytać, podążając ciekawymi śladami utkanych w nich historii, i zazwyczaj mnie one nie rozczarowywały. Nie inaczej było z "Olvido znaczy zapomnienie", książką, w której tytułowe zapomnienie jest istotnym, mającym różne oblicza zjawiskiem towarzyszącym postaciom wykreowanym przez Dueñas. Jest wśród nich Blanca Perea, kobieta po czterdziestce, wykładowczyni na jednym z hiszpańskich uniwersytetów, matka młodych dorosłych synów, Pabla i Davida, oraz wkrótce była już żona Alberta, który zostawił ją dla młodszej kobiety i ich nienarodzonego jeszcze dziecka. Doświadczona przez los Blanca pragnie uciec od dotychczasowego życia i zapomnieć o przykrych incydentach, dlatego kiedy nadarza się okazja, by podjąć pracę w Kalifornii, natychmiast ją wykorzystuje. Po dotarciu do Stanów i na ogół niczym niewyróżniającego się miasteczka Santa Cecilia bohaterka zaznajamia się z czekającym ją zadaniem, a potem przystępuje do pracy. Czy porządkowanie spuścizny byłego pracownika tutejszego uniwersytetu, zmarłego kilkadziesiąt lat wcześniej Andrésa Fontany, będzie dla Blanki terapią i pomoże jej spojrzeć na otaczający świat z innej, bardziej pozytywnej perspektywy? Dość szybko okazuje się, że zarówno nowo poznani ludzie, jak i duch ambitnego niegdyś Fontany, rzeczywiście są w stanie wprowadzić do życia Blanki sporo zmian - i to bardzo wartościowych.

"Olvido znaczy zapomnienie" to historie trzech osób - Blanki, Andrésa Fontany, profesora zafascynowanego dawnymi misjami franciszkańskimi, i Daniela Cartera, kiedyś podopiecznego tego pierwszego, obecnie wykładowcy i pisarza - spisane i połączone w spójną całość przez Pereę, o czym świadczy zakończenie utworu. Historia przeplata się tutaj z teraźniejszością, a ściślej rzecz biorąc, Hiszpanią i Kalifornią stojącymi u progu nowego tysiąclecia. Czytelnik ma więc okazję cofnąć się do lat trzydziestych i czterdziestych XX wieku, poznać dzieciństwo i młodość Fontany, okoliczności jego poznania z Carterem i zakochać się w miłosnych kolejach losu tego drugiego - związek Daniela i Aurory uważam za jeden z lepszych wątków zawartych w książce Dueñas. Autorka w skromnej, ale dla mnie odpowiedniej ilości serwuje wiadomości historyczne i kulturalne odpowiednie dla opisywanych w danym momencie czasów - czy to Drugiej Republiki Hiszpańskiej, czy to hiszpańskiej wojny domowej, czy końca lat pięćdziesiątych, kiedy to Hiszpania była jednym z najbiedniejszych krajów w Europie - krajem moralnego konformizmu i kulejącej gospodarki. Natomiast jeśli chodzi o Kalifornię, niezwykle ważne są tutaj misje franciszkanów, które przed śmiercią Fontany były przedmiotem jego badań. Marzeniem profesora było odkrycie ostatniej ich misji zwanej Olvido, niestety nie zdążył tego uczynić. Tak naprawdę nie wiadomo, czy owa misja rzeczywiście istniała. Ale, jak można się domyślić, wzmianki na jej temat wypatrzone w dokumentach zmarłego i zasłyszane od Daniela Cartera, zaczynają intrygować Blankę do tego stopnia, że jej praca przyjmuje wymiar iście przygodowy, pod koniec powieści nawet pełen napięcia. Akcja, tocząca się zazwyczaj powoli, spokojnie i melancholijnie, nabiera wówczas większego tempa. W żadnym jednak wypadku nie określiłabym książki mianem nudnej. Czytało mi się ją dobrze i przyjemnie.

"Olvido znaczy zapomnienie" jest pewnego rodzaju zbiorem opowieści o różnych - pod względem charakterów, ambicji i zainteresowań - ludziach, ich przygodach, problemach, trudach, miłościach, a także o współczuciu i wybaczaniu. Wszystko kiedyś mija. Ból i cierpienie również. Można utracić miłość i kogoś bliskiego, ale nawet zwyczajne, najzwyklejsze sytuacje następujące później mogą wywołać lawinę nieoczekiwanych, optymistycznych zdarzeń, które rozświetlą życie, pomogą człowiekowi pozbierać się po złych incydentach i odgonić smutne wspomnienia. Ciągle jest nadzieja. Jeśli chodzi o kwestię miłości, przyjaźni czy rodziny, nie należy się poddawać, bo zawsze istnieje szansa na naprawę popełnionych wcześniej błędów lub coś jeszcze lepszego. Nie warto doprowadzać swych uczuć do stanu zgorzknienia (jak jedna z bohaterek utworu, Darla), lecz zachować siłę i być twardym, zwłaszcza gdy ma się dla kogo takim być.

Jeśli ktoś gustuje w książkach o miłości i namiętności, a przy tym pełnych tajemnic, wątków z historią i kulturą (głównie w zakresie literatury) w tle, "Olvido znaczy zapomnienie" Maríi Dueñas powinno mu się spodobać. Również dla czytelników zauroczonych Hiszpanią powieść ta może być nie lada gratką, aczkolwiek niewykluczone, iż niektórzy miłośnicy tego kraju mogą poczuć się rozczarowani zbyt małą ilością hiszpańskiego klimatu. Dla mnie lektura tego utworu była miłym przeżyciem, dlatego w przyszłości, jeśli nadarzy się taka okazja, zwrócę uwagę i na "Krawcową z Madrytu".

Za egzemplarz recenzencki uprzejmie dziękuję wydawnictwu Muza.

sobota, 22 marca 2014

"Wysłanniczka" - Stephen Miller

Tytuł oryginału" "The Messenger".
Tłumacz: Anna Esden-Tempska.
Wydawnictwo: Muza, 2014.
Liczba stron: 448.
Oprawa: miękka ze skrzydełkami.
Rozpoczęcie lektury: 15.03.2014.
Zakończenie lektury: 18.03.2014.
Moja ocena: 7/10.

"Wysłanniczka" jest szóstą i najnowszą powieścią urodzonego w 1947 roku w Karolinie Północnej pisarza, aktora filmowego i telewizyjnego, Stephena Millera. Opatrzona imponującą bibliografią, porusza tematykę terroryzmu z użyciem broni biologicznej, która charakteryzuje się nie tylko niskimi kosztami produkcji, ale i bardzo dużą skutecznością. Na przykładzie epidemii wywołanej zmodyfikowanym wirusem ospy Miller przedstawia - oczywiście fikcyjną - historię ludzi dotkniętych chorobą, walczących z nią, a także tych, którzy przyczyniają się do jej rozprzestrzenienia się w wielu państwach na całym świecie.

Wśród tych ostatnich jest główna bohaterka książki, Daria Vermiglio, młoda kobieta pochodząca z Bliskiego Wschodu. Pozbawiona dobrego, łatwego dzieciństwa i rodziny, przepełniona nienawiścią do krajów Zachodu, decyduje się na samobójczy akt, w którym ma zamiar pociągnąć za sobą w stronę śmierci jak najwięcej osób. Ku jej zdumieniu, jej "szefostwo" nie przygotowuje dla niej ładunków wybuchowych, za pomocą których mogłaby wysadzić się w powietrze na dworcu kolejowym, lecz niepozornego wirusa pewnej potężnej choroby zakaźnej. Zainfekowana, siejąca zarazę poprzez dotyk, a nawet samą swoją obecność, udaje się do Stanów Zjednoczonych, gdzie rozpoczyna misję "ulepszania" świata. Dość szybko jednak zdaje sobie sprawę z tego, że nie każdy człowiek na kuli ziemskiej zasługuje na śmierć. Owszem, jest ona nieunikniona, ale nie zawsze przecież przychodzi tak szybko i nie zawsze wiąże się z bólem i cierpieniem wywołanym przez chorobę, która już od wielu lat nie powinna istnieć, prawda?

Ospa prawdziwa, zwana również czarną ospą, jest jedną z dwóch chorób zakaźnych, które doczekały się eradykacji. Stało się to w roku 1980. Ale wcześniej wielokrotnie przyczyniała się do śmierci milionów ludzi, a także znalazła swe zastosowanie jako broń biologiczna, nic więc dziwnego, że to, o czym opowiada "Wysłanniczka", nabiera kształtu wiarygodności. I tak, jest przerażające, zwłaszcza gdy pomyśli się, że na wirusa - niewidzialnego zabójcę - można by było natknąć się wszędzie i zupełnie nieświadomie. Tak właśnie dzieje się w przypadku wszystkich osób, które mają to nieszczęście zetknąć się z Darią, miłą dziennikarką przypominającą Natalie Portman (właściwie to autor ubzdurał sobie, że Portman mogłaby się wcielić w rolę Darii, gdyby "Wysłanniczka" przybrała postać filmu; trochę irytowały mnie tego typu wstawki, nieco natrętne, jakby Miller pisał scenariusz do filmu - czyżby pragnął, by takowy kiedyś powstał?), co, tak na marginesie, przeczy okładce thrillera, na której modelka wygląda jak skrzyżowanie Megan Fox z Justyną Steczkowską, i, prawdę pisząc, ta druga pasuje mi do wizerunku bohaterki dużo bardziej.

"Tak jakby chciała się trochę pogimnastykować, ostentacyjnie maszeruje między rzędami. Przesuwa dłońmi po oparciach foteli, niby dla łapania równowagi. To za ciebie, Amir, za ciebie, Ra'id, za mamę, za moje stracone dzieciństwo, za ludzi, którzy mieszkali w tym samym domu co ja, na mojej ulicy... za tych, którzy koczują w namiotach, za głód, za wszystkich, którzy zostali lub będą zabici"*. Daria Vermiglio jest żołnierzem prowadzącym cichą wojnę. Zatrutą strzałą, która ma ugodzić jak największą liczbę ludzi, najlepiej w miejscach wysokiego ryzyka (na lotniskach, w bankach, szkołach, centrach handlowych, bazach wojskowych) najistotniejszych miast Stanów Zjednoczonych, ale też nie tylko tych. I początkowo kobiecie całkiem nieźle to wychodzi. Jest bezwzględna, absolutnie antypatyczna, ale temu raczej nie należy się dziwić, przejawia nawet zachowania typowe dla złośliwego dziecka - ten człowiek jest dla mnie nadzwyczaj chamski i wredny, więc muszę dobić go jeszcze bardziej, dotykając go trzykrotnie, podając mu zainfekowane pieniądze i pokaszlując w jego otoczeniu. W przeciągu paru dni jednak w bohaterce zachodzą pewne zmiany. Obserwując potężne, pożerające człowieka żywcem miasta, takie jak Nowy Jork, oraz te mniejsze, biedniejsze, dostrzega problemy na tle rasowym i kontrast wynikający z przynależności klasowej ludzi, gardzi pogonią za pieniędzmi i modą i mimo że większość jej spostrzeżeń ma wydźwięk negatywny, jest też przerażająco prawdziwa; ciekawi czytelnika, a jednocześnie skłania go do refleksji.

Terrorystka stopniowo zaczyna wpuszczać do swego umysłu lęk i współczucie. Uświadamia sobie, że wyrządzana przez nią krzywda może sięgnąć zdecydowanie zbyt daleko. A na ratunek może być już za późno. "Tuż przed nią starsza kobieta pomaga wejść po stopniach swojemu pewnie ponadczterdziestoletniemu dziecku (...) Daria idzie dalej. Wstrzymuje oddech i stara się nie musnąć nawet ich siedzenia. Przechodzi do następnego wagonu, w nadziei, że jej śmiercionośna aura nie sięgnie tych dwóch kobiet"**. Tak, zaczyna zauważać ludzi, którzy niczym nie zawinili, nie podpadli ani jej, ani jej historii. Gubi się w swych domysłach, popełnia mnóstwo błędów, których potem żałuje, nie znaczy to jednak, że i dla niej można wyskrobać trochę współczucia. Zasługują na nie tylko i wyłącznie osoby, które nieświadomie zostały przez nią skazane na śmierć.

A także Sam Watterman, bohater, z udziałem którego toczy się równolegle do wyżej opisanych zdarzeń akcja związana z działalnością FBI i pochodnych nakierowaną na zapobieganie rozpowszechnianiu się epidemii zabójczej ospy. Wprawdzie rozdziały poświęcone pracy doktora Wattermana, specjalisty od broni biologicznej i ataków bioterrorystycznych, nie zrobiły na mnie jakiegoś szczególnego wrażenia, bo wydały mi się mało emocjonujące, to jednak osoba samego doktora zdołała mnie zainteresować. Właściwie dał się tutaj we znaki pewnego rodzaju tragizm jego postaci - zmuszony do współpracy nad szalejącym na świecie terroryzmem, mężczyzna zostaje odcięty od normalnego życia u boku żony, a coś takiego nie zwiastuje nic dobrego, niestety.

"Wysłanniczka" to udany thriller (z niezbyt świetnym jednak, nieco chaotycznym zakończeniem), którego lekturze towarzyszą od czasu do czasu strach, napięcie i wzruszenie. Na ogół jest ona przygnębiająca, no ale czego się spodziewać po tematyce, jaką porusza utwór Stephena Millera? Myślę, że warto po niego sięgnąć. Ale - i tutaj ostrzegam - wymagających czytelników może zniechęcić fakt, iż narracja powieści prowadzona jest w czasie teraźniejszym, z kolei miłośników mocno sensacyjnej akcji - jej dynamika reprezentująca raczej średni poziom.

*s.37
**s.138-139

Za egzemplarz recenzencki uprzejmie dziękuję wydawnictwu Muza.

wtorek, 31 grudnia 2013

"Alex" - Pierre Lemaitre

Tytuł oryginału: "Alex".
Tłumacz: Joanna Polachowska.
Wydawnictwo: Muza, 2013.
Liczba stron: 352.
Oprawa: miękka ze skrzydełkami.
Rozpoczęcie lektury: 05.12.2013.
Zakończenie lektury: 06.12.2013.
Moja ocena: 8/10.

Pierre Lemaitre to urodzony w 1956 roku francuski pisarz i scenarzysta, autor kilku powieści z gatunku thrillera i kryminału. Po zdobyciu wykształcenia w takich dziedzinach naukowych, jak psychologia i edukacja dorosłych - literatura, kultura, komunikacja - w 2006 roku rozpoczął karierę pisarską. Jednym z jego większych dzieł literackich jest "Ślubna suknia", która doczekała się kilku nagród i wyróżnień.

"Alex" to moja druga - po "Ślubnej sukni" właśnie - przygoda z twórczością tego autora. Mimo tego, iż przed jej rozpoczęciem na jednym z portali czytelniczych zapoznałam się ze zbyt wiele zdradzającym opisem fabuły utworu, spotkanie z nim okazało się jak najbardziej udane. To szokujący i nieprzewidywalny thriller, w którym nic nie jest pewne do ostatniej strony, a zło wyrządzane ludziom przez ludzi wylewa się z niego niczym rwąca rzeka.

Już na samym początku czytelnik poznaje tytułową Alex Prévost, piękną trzydziestosześcioletnią kobietę lubiącą zmiany zarówno swojego wyglądu, jak i całego swego życia. Pewnego dnia bohaterka odkrywa, że jest śledzona przez jakiegoś mężczyznę. Trochę później zostaje przez niego brutalnie porwana, wywieziona do nieznanego, opuszczonego magazynu i uwięziona naga w klatce będącej odzwierciedleniem dawnego narzędzia tortur. "To ażurowa skrzynia. Przez dziesięciocentymetrowe szpary między deskami wyraźnie widać, co znajduje się w środku"*. Oprawca kobiety ma zamiar patrzeć na jej powolną śmierć. Dlaczego? Kim jest ów mężczyzna? Dlaczego porwał właśnie Alex? Jakie sekrety skrywa dwójka tych zupełnie różnych od siebie ludzi?

Książka Lemaitre'a składa się z trzech części, a pierwsza z nich skupia się właśnie na osobie Alex jako ofierze, nad którą czyha kat pod postacią wygłodzonych, żądnych jej krwi szczurów. "Powoli, jak osoba budząca się ze śpiączki, powraca do rzeczywistości, jest cała poturbowana jak po wypadku samochodowym. Próbuje zobaczyć, gdzie się znajduje, skrętem bioder przetacza się na plecy, potwornie bolą ją ramiona. Sklejona powieka w końcu się rozchyla, ale siatkówka nie odbiera obrazu. Straciłam oko, stwierdza Alex ze zgrozą. Ale po kilku sekundach dociera do niej zamazany obraz, zda się dobiegający z planety odległej o tysiące lat świetlnych (...) Usiłuje złapać powietrze, usiłuje zrozumieć, analizować. Mimo że jest w tak rozpaczliwym położeniu, stara się choć trochę uspokoić. Zimna krew nie zawsze wystarcza, ale bez niej nie ma się żadnych szans. Próbuje wziąć się w garść, spowolnić bicie serca. Zrozumieć, co ją spotkało, co tutaj robi, dlaczego się tu znalazła. Zastanowić się"**. Zanim sięgnęłam po "Alex", trochę obawiałam się tego, iż powieść będzie niezwykle brutalna, jeśli chodzi o sceny porwania i znęcania się nad główną bohaterką, i trudna do przełknięcia, na szczęście nie okazała się kolejną "Dziewczyną z sąsiedztwa", choć zła, bólu i łez w niej nie brakuje. "Stoją twarzą w twarz; to chwila prawdy. Alex jest tak przerażona na myśl o tym, co może jej zrobić, że nagle chciałaby umrzeć, o nic nie prosić, niech ją teraz od razu zabije. Najbardziej boi się tego czekania, domysłów, w których gubi się jej wyobraźnia, tej myśli, na co jeszcze go stać. Zamyka oczy i widzi własne ciało, jakby już do niej nie należało, ciało leżące dokładnie w tej samej pozycji jak przed chwilą, całe poranione, broczące krwią, cierpiące, tak jakby to nie była już ona, ale jednak wciąż ona. Już się widzi martwą"***.

"Porwanie jest przestępstwem szczególnego rodzaju: odwrotnie niż w przypadku morderstwa, ofiary się nie widzi, trzeba ją sobie wyobrazić"****. Śledztwo w sprawie tego przestępstwa spoczywa na barkach niesubordynowanego inspektora, rysownika porównującego się często do Syzyfa, mierzącego zaledwie sto czterdzieści pięć centymetrów Camille'a Verhoevena, bohatera serii książek Lemaitre'a, który boryka się z prześladującymi go wydarzeniami z przeszłości, mających miejsce najprawdopodobniej w utworze "Travail soigné" w Polsce jeszcze niewydanym. Ten niepozorny policjant jest w rzeczywistości człowiekiem inteligentnym i jedynym w swoim rodzaju, a jego relacje z kolegami po fachu - Louisem i Armandem - są jednym z lepszych elementów powieści.

Thriller Lemaitre'a wciąga od pierwszej strony. Został napisany precyzyjnym, wnikliwym i surowym językiem, pełnym prywatnych wynurzeń bohaterów i zabawnych, sarkastycznych uwag ich dotyczących, dzięki którym od czasu do czasu można odetchnąć od pierwszoplanowych wydarzeń o zabarwieniu czysto makabrycznym. Autor spokojnie - jakkolwiek dziwnie by to nie zabrzmiało - snuje mrożącą krew w żyłach opowieść o porwaniu kobiety i jej ucieczce na wolność, wtrącając gdzieniegdzie wyrażenia skierowane bezpośrednio do czytelnika, czyniąc go w ten sposób pewnego rodzaju wiarygodnym świadkiem tego, co dzieje się z Alex i wokół niej. Na dodatek bez trudu potrafi wyprowadzić czytelnika w pole i niemal dosłownie go zamurować. Ogromnym plusem "Alex" są finałowe sceny przesłuchań - mocne, niezwykle przerażające, okrutne, a zarazem inteligentne. Po ich lekturze odbiorca przez dłuższy czas pozostaje w stanie zawieszenia i uwielbienia dla pisarskich umiejętności Pierre'a Lemaitre'a.

W jego książce zemsta niejedno ma oblicze. Czasami bywa ona niedopracowana, innym znów razem - wręcz wyrafinowana, ale i tak zawsze sprawia, że włos jeży się na głowie. "Alex" to bardzo dobry, dopracowany w każdym calu thriller psychologiczny, w którym dominują ciekawie wykreowane, niebanalne postaci, do których - szczególnie do Alex - stosunek czytelnika ciągle się zmienia, począwszy od współczucia, żalu, przez niepokój, aż po podziw. Naprawdę warto przeczytać.

*s.45
**s.34
***s.36-37
****s.41

Za egzemplarz recenzencki uprzejmie dziękuję portalowi Business & Culture.

czwartek, 16 sierpnia 2012

"Ślubna suknia" - Pierre Lemaitre

Wydawnictwo: Muza, 2012.
Liczba stron: 280.
Rozpoczęcie lektury: 14.08.2012.
Zakończenie lektury: 15.08.2012.
Moja ocena: 9/10.

Pierre Lemaitre to urodzony w 1956 roku francuski pisarz i scenarzysta, autor kilku powieści z gatunku thrillera i kryminału. Po zdobyciu wykształcenia w takich dziedzinach naukowych, jak psychologia i edukacja dorosłych - literatura, kultura, komunikacja - w 2006 roku rozpoczął karierę pisarską. Jednym z jego większych dzieł literackich jest "Ślubna suknia", która doczekała się kilku nagród i wyróżnień.

"Ślubna suknia" to książka określana mianem doskonałego thrillera z suspensem i całkowicie się z tym zgadzam. Trzyma w napięciu do samego końca, szokuje i przeraża, zagłębiając czytelnika w najstraszniejsze zakamarki psychiki bohaterów. To opowieść o niecodziennej, wręcz chorej miłości, walce z przeciwnościami losu, popadaniu w obłęd, szaleństwie i manipulacji. Im bardziej zanurzałam się w lekturze tej powieści, tym częściej mnie ona zaskakiwała, przerażała i budziła we mnie niedowierzanie. Niedowierzanie wymieszane z odrazą i bezsilnością. Z taką historią jeszcze się nie spotkałam.

Utwór rozpoczyna się jedną z kilku części, na które jest podzielony, zatytułowaną "Sophie". Dowiadujemy się z niej o istnieniu młodej Paryżanki, Sophie Duguet, borykającej się z problemami o podłożu psychologicznym, wiążącymi się z zanikami pamięci, które przybierają coraz większy i częstszy wymiar. Kobieta jest przekonana, że staje się wariatką, ale nie ma zamiaru pozwolić na to, by wylądować w szpitalu psychiatrycznym. Wiążąc jakoś koniec z końcem, podejmuje pracę w charakterze opiekunki kilkuletniego Léo. Zarówno chłopiec, jak i jego rodzice, są zadowoleni z niani. Ale oczywiście do czasu. Pewnego ranka Sophie odkrywa, że dziecko... nie żyje - po tym, jak nocną porą zostało uduszone sznurówką z jej własnego buta. A najgorsze jest to, że kobieta nie pamięta, co robiła w nocy. Czy ktoś zakradł się do domu i zabił Léo? Sprzątaczka? Któryś z rodziców? A może jednak zrobiła to ona? Nie wiedząc, co z sobą począć, ostatecznie decyduje się na ucieczkę, przyjmując do swej wiadomości, że od tej chwili staje się główną podejrzaną o morderstwo.

Okładkowy opis "Ślubnej sukni" zdradza zdecydowanie zbyt wiele. Dlatego radzę nie czytać całego. Sama miałam to szczęście, że nie zagłębiałam się w niego zbyt szczegółowo, dzięki czemu utwór był dla mnie jedną wielką zagadką od początku do końca. Jest on podzielony na kilka głównych części, których treść jest przedstawiona z perspektywy dwóch postaci - Sophie i Frantza. Lemaitre pisze zrozumiałym i barwnym językiem, doskonale wiedząc, jak wzbudzić u odbiorcy napięcie i grozę. Poszczególne rozdziały są raczej krótkie, dlatego powieść czyta się szybko. Potęguje to także wielki znak zapytania, jaki rodzi się na początku fabuły. Odpowiedź na dręczące nas pytanie odnośnie stanu, w jakim przyszło funkcjonować głównej bohaterce, znajdujemy oczywiście dopiero pod koniec "Ślubnej sukni".

Część poświęcona Sophie Duguet obfituje w zagadkowe, ale zarazem smutne, przykre i wstrząsające wydarzenia. Kobieta przypomina wrak człowieka, jest nieszczęściem sama w sobie, żyje na skraju depresji i załamania nerwowego, które pogłębia się od czasu zabójstwa małego Léo. Bo wcześniejsze życie Sophie nie należało do sielankowych i łatwych. Był mąż, była ciąża, był wypadek i zmiana dotychczasowego stylu bycia. Dopiero w części ukazanej z perspektywy tajemniczego Frantza mamy okazję przyjrzeć się z bliska temu, co działo się wcześniej, w niedalekiej przeszłości. Dowiedzieć się, co tak naprawdę sprawiło, że kobieta zaczęła wątpić w swoją "normalność", swoją pamięć, swój umysł. W samą siebie. Z kolei jeszcze późniejsze wydarzenia, jakie zostały przytoczone w książce, zaskakują jeszcze bardziej, wywracając całą fabułę do góry nogami.

Fantastyczna lektura. Już od pierwszej strony wiedziałam, że "Ślubna suknia" stanie się jedną z moich ulubionych powieści. Powieści psychologicznych, powieści-thrillerów. To utwór, z którego groza wypływa brzegami kartek, choć nie jest to horror. Zdolność ludzi do przestępczych czynów jest czasami niewiarygodnie bulwersująca, przyprawiająca wręcz o mdłości. A jeśli mamy do czynienia z ludźmi chorymi? Dla których przetrwanie i osiągnięcie zamierzonego celu jest celem najwyższym w życiu i nic nie jest w stanie im przeszkodzić w dążeniu do niego? Wtedy żywot nawet najbliższych im osób może przybrać formę koszmaru, z którego nie da się uciec. W "Ślubnej sukni" aż roi się od tego typu koszmarów.

Nie chcę zdradzać zbyt wiele, jeśli chodzi o fabułę tej książki Pierre'a Lemaitre'a, a jednocześnie zachęcam bardzo gorąco do zapoznania się z nią. Nie jest to typowy kryminał z morderstwami i detektywem w roli głównej, lecz napisana w interesujący sposób historia o usilnym dążeniu do celu po trupach - i to dosłownie! Wybuchowa mieszanka w postaci nietypowych uczuć, dziwnych zabójstw, amnezji i ludzkich problemów na tle psychologicznym wywołuje burzę emocji i sprawia, że nie można oderwać się od lektury. Miłośnicy kryminałów i thrillerów psychologicznych - to pozycja w sam raz dla Was. Polecam w stu procentach.

czwartek, 21 czerwca 2012

"Wybacz, ale chcę się z tobą ożenić" - Federico Moccia

Wydawnictwo: Muza, 2011.
Liczba stron: 560.
Oprawa: miękka.
Rozpoczęcie lektury: 17.06.2012.
Zakończenie lektury: 19.06.2012.
Moja ocena: 8/10.

Federico Moccia to włoski pisarz, scenarzysta i reżyser filmowy. W świecie filmu zadebiutował w latach 80., natomiast w 1992 roku napisał pierwszą powieść, "Trzy metry nad niebem", która odniosła ogromny sukces. Jego późniejsze zarówno książki, jak i filmy na ich podstawie, również cieszyły się dużym uznaniem odbiorców. Od 2004 roku twórczość Mocci spotyka się z krytyką literacką i młodzieży z powodu zbyt młodzieżowego i banalnego stylu pisarskiego.

Książka "Wybacz, ale chcę się z tobą ożenić" zdecydowanie utrzymana jest na tym samym - dobrym - poziomie, co jej poprzedniczka. Lekki klimat Włoch, mnóstwo zabawnych dialogów, kłopotliwych sytuacja i niebanalnych problemów, z jakimi muszą borykać się bohaterowie powieści. Problemów związanych z miłością, rzecz jasna. Autor przedstawia kilka ciekawych, choć nie zawsze przyjemnych, zdarzeń, które na dobre lub nie zmieniają życie poszczególnych postaci. Są zdrady, odejścia, śluby, nowe miłosne podboje, problemy z dziećmi i obawy przed przyszłością. Moccia potrafi rozbawić, czasem zniecierpliwić, czasem nawet wzruszyć, co bardzo sobie cenię.

Minęły miesiące od ostatniego wydarzenia splatającego ze sobą miłosne losy Niki Cavalli i Alexa Belli. Ich związek rozkwita coraz bardziej, przypominając piękną bajkę, ale jak łatwo można się domyślić, jej przebieg wkrótce skomplikuje się tak bardzo, jak jeszcze nigdy dotąd. Alex, który nie wyobraża sobie życia bez Niki, decyduje się jej oświadczyć, co pociąga za sobą szalone, radosne, ale też pełne obaw konsekwencje. Zaledwie dwudziestoletnia Niki będzie musiała zmierzyć się z trudami dorosłego życia, a także samą sobą, kiedy na horyzoncie pojawi się intrygujący i bardzo przystojny młodzieniec, w dodatku szaleńczo w niej zakochany. Każda z przyjaciółek głównej bohaterki również na swój sposób się zmienia, z kolei życie przyjaciół Alexa wręcz wywraca się do góry nogami. Praktycznie wszystkie związki w tej powieści, zarówno małżeńskie i niemałżeńskie, zostają wystawione na ciężką próbę. Przetrwają czy nie? Zmienią się na lepsze czy gorsze? Odpowiedzi na te pytania czytelnik z całą pewnością uzyska, czytając "Wybacz, ale chcę się z tobą ożenić", szczególnie po dotarciu do finału fabuły tego utworu.

Miłość. Co to takiego jest miłość? Uczucie między dwojgiem ludzi oparte na przyjaźni, odpowiedzialności, zaufaniu, bliskości i szacunku? Nieumiejętność życia bez drugiej, wybranej osoby? Czy można zatracić się w miłości? Czy warto? Może lepiej nie spieszyć się z okazywaniem tego uczucia? Być wolnym, niezależnym... Niektórzy bohaterowie powieści Mocci wychodzą z założenia, że nie warto wstępować w poważne związki, zwłaszcza gdy jest się osobą młodą. Inni boją się zdrady, więc... sami zdradzają. Inni znowu boją się samotności, ale nie potrafią jej zapobiec, słabo angażują się w związku. Podobno najbardziej kryzysowy moment małżeństwo przeżywa po siedmiu latach swego istnienia. Czy rzeczywiście tak jest? Dobrze wiemy, że nie we wszystkich przypadkach. Od czego to zależy? Dlaczego małżeństwa przeżywają kryzysy związane z monotonią i utratą bliskości partnera? Stabilność w związku, stabilność w rodzinie to niełatwe zadanie, szczególnie dla osób, które do samego końca nie są przekonane, czego tak naprawdę chcą od życia, co chcą osiągnąć, jakie wartości są dla nich najważniejsze. Miłosne rozterki Niki, Alexa i ich przyjaciół uświadamiają czytelnikowi, że w życiu nic nie jest nieskomplikowane. Aby podjąć jakąś ważną decyzję, nie można od niej uciekać. Nie można uciekać od świata - od bliskich i innych ludzi, którzy w bardziej lub mniej delikatny sposób do podjęcia tej decyzji mogą się przyczynić. Ważne jest też, aby człowiek częściej zdawał sobie sprawę z tego, w jak dobrym położeniu się znajduje, co posiada, jakim jest szczęśliwcem z tego czy innego powodu, by nie dochodziło do sytuacji wręcz dramatycznych, w obliczu których dopiero zaczniemy doceniać życie swoje i osób, które brały w nim udział.

Podoba mi się sposób, w jaki Moccia snuje refleksje na powyższe tematy. Tematy, które do najprostszych nie należą, ale dzięki lekkości i zabawnej ironii stają się takie bardziej "na luzie", przystępne, skłaniające czytelnika do własnych przemyśleń i pogrążenia się w marzeniach. Przyjemność w odbiorze utworu tego włoskiego pisarza można też zawdzięczać licznym sentencjom i cytatom z przeróżnych piosenek, filmów, rozpraw filozoficznych, które przytaczane są niemal na każdej stronie powieści.

"Wybacz, ale chcę się z tobą ożenić" to świetna książka o miłości i obawach z nią związanych, a także o dorastaniu - żeby było śmieszniej - nie tylko nastoletnich bohaterów, ale też tych już całkiem dorosłych, w wieku średnim, którzy z jakichś powodów pogubili się we własnym życiu i nie wiedzą, jak z takich sytuacji wybrnąć, zachowując się przy tym bezradnie, jak dzieci. Mimo że Federico Moccia zgrabnie i klarownie zakończył drugi utwór traktujący o losach Niki, Alexa i ich przyjaciół, nie miałabym nic przeciwko, gdyby napisał kolejną część. Zwyczajnie szkoda jest mi się rozstawać z tymi sympatycznymi bohaterami. Mam nadzieję, że pozostałe książki Mocci mnie nie zawiodą, a sięgnę po nie z całą pewnością już wkrótce.

piątek, 15 czerwca 2012

"Wybacz, ale będę ci mówiła skarbie" - Federico Moccia

Wydawnictwo: Muza, 2009.
Liczba stron: 592.
Oprawa: miękka.
Rozpoczęcie lektury: 04.06.2012.
Zakończenie lektury: 07.06.2012.
Moja ocena: 8/10.

Federico Moccia to włoski pisarz, scenarzysta i reżyser filmowy. W świecie filmu zadebiutował w latach 80., natomiast w 1992 roku napisał pierwszą powieść, "Trzy metry nad niebem", która odniosła ogromny sukces, szczególnie wśród młodzieży. Jego późniejsze zarówno książki, jak i filmy na ich podstawie, również cieszyły się dużym uznaniem odbiorców. Od 2004 roku twórczość Mocci spotyka się z krytyką literacką i młodzieży z powodu zbyt młodzieżowego i banalnego stylu pisarskiego. Jego popularność jednak nadal utrzymuje się na wysokim poziomie.

"Wybacz, ale będę ci mówiła skarbie" to lekka, czasem zabawna, czasem irytująca opowieść o nietypowej miłości, jaka zakwitła pomiędzy nastolatką i starszym od niej o prawie dwadzieścia lat mężczyzną. Charakter tej historii, choć raczej nierealny, dość przyjemnie oddziałuje na samopoczucie i humor czytelnika. Jeśli ktoś oczekuje od tej powieści tego, by oderwała ona go od rzeczywistości, nie musi zwracać uwagi na banalną i naciąganą autentyczność jej fabuły. Któż nie ma czasem ochoty zatracić się w marzeniach i ogromnej dawce optymizmu?

Utwór Mocci to kraina marzeń, pragnień, a przede wszystkim miłości. Miłości idealnej, pełnej sprzeczności, delikatnej, szalonej, bez powodów, będącej ucieczką od codzienności. W uczuciach głównych bohaterów wszystko jest możliwe. Jest radość, szaleństwo, ale też ryzyko, lęk i obawa. Fabuła "Wybacz, ale będę ci mówiła skarbie" krąży między kilkoma wątkami miłosnymi wielu bohaterów. Każdy z nich jest inny i wnosi nieco świeżości do powieści, dzięki czemu jest ona jeszcze bardziej interesująca i intrygująca.

Na pierwszy plan wysuwa się historia siedemnastoletniej Niki Cavalli i trzydziestosześcioletniego Alessandra Belli. Ich znajomość zaczyna się z wielkim rozmachem, a mianowicie od niegroźnego wypadku z udziałem samochodu i skutera. Niki wmawia sobie, że Alex, choć starszy od niej o wiele lat, jest mężczyzną jej życia. Do jej stwierdzenia sceptycznie podchodzą jej najlepsze przyjaciółki, no i oczywiście sam Alex, który po niezrozumiałym rozstaniu z dziewczyną, nawet nie myśli o tym, czy jeszcze kiedyś zdoła się zakochać. Mimo nawału pracy w branży reklamowej znajduje jednak czas, by raz po raz spotkać się z Niki i dzięki niej odkryć uroki życia, których do tej pory nie dostrzegał. Zwariowane wypady na miasto, wpadki przed policją i wspólne poznawanie przyjaciół sprawiają, że mężczyzna nabiera nadziei na lepsze jutro i nie pozostaje obojętny na wdzięki niezwykle pomysłowej nastolatki. Ich znajomość stopniowo przekształca się w przyjaźń, a potem w głęboką miłość. Czy to uczucie będzie miało szansę rozwijać się dalej? Jak na ich związek zareagują ich najbliżsi przyjaciele i rodziny? Ale nie tylko Niki i Alex będą musieli zmierzyć się z miłością i przeciwnościami losu. Zarówno przyjaciółki dziewczyny, jak i małżeńskie pary spośród znajomych Alexa, będą przeżywać swoje lepsze i gorsze chwile. Moccia nie pozostawił żadnej niewyjaśnionej luki w treści utworu. Owiane delikatnymi tajemnicami, zgrabnie i sprytnie skonstruowane elementy fabuły dają przejrzystą i przyjemną w odbiorze całość, co zasługuje na ogromny plus.

Tak naprawdę trudno jest stwierdzić, czy "Wybacz, ale będę ci mówiła skarbie" jest powieścią dla młodzieży czy dorosłych. Część przedstawionych w niej zdarzeń przemawia za zakwalifikowaniem jej do tej pierwszej grupy odbiorców, a część - do drugiej. Mamy w niej bowiem cukierkową wręcz miłość idealną pomiędzy dwojgiem ludzi, ale tych dwoje dzieli wielka różnica wieku. Mamy bardziej lub mniej udane związki uczuciowe nastolatków, którzy sprawiają wrażenie bardzo dorosłych, zwłaszcza w dziedzinie seksu. W książce Mocci niemal na każdej stronie pojawia się jakieś nawiązanie do seksu. Jej niektórzy dorośli bohaterowie prawie o niczym innym nie myślą, tylko o zaspokajaniu swoich potrzeb seksualnych. Małżeństwa przeżywają rozterki związane z brakiem bliskości czy zdradą. Albo tęsknotą za młodością. Pisarz przywołuje tutaj mnóstwo przeciwności, ale opisuje je w tak przystępny sposób, że czytelnik potrafi bardzo szybko zapomnieć o ewentualnych banałach czy niemożliwości zaistnienia danych sytuacji w prawdziwym życiu.

Co do bohaterów natomiast, muszę przyznać, że niemalże wszystkich da się polubić. Da się nawet "wejść" do ich społeczności i razem z nimi przeżywać przytaczane w utworze przygody. Tylko na początku lektury  pojawiła się w moim przypadku sytuacja, w której miałam ochotę przerwać czytanie, odłożyć książkę na półkę i już nigdy do niej nie wrócić. Mało brakowało, a sprowokowałaby mnie do tego postać Niki Cavalli, która na pierwszych kilkudziesięciu stronach powieści irytowała mnie niemiłosiernie. Swoim wyrażaniem się, postępowaniem i zachowaniem. Jak rozwydrzona nastolatka, która nagle zrozumiała, że brakuje jej miłości i ubzdurała sobie, iż niemalże czterdziestoletni facet kiedyś zostanie jej mężem. Denerwowały mnie jej dziecinne zaloty, zaczepki i jej nachalność. Na miejscu Alexa sfiksowałabym po pierwszych dziesięciu minutach znajomości z nią, na szczęście mężczyzna okazał się nieziemsko cierpliwym i wyrozumiałym człowiekiem, dzięki czemu cała historia potoczyła się dalej o wiele bardziej pozytywnie. O Aleksie natomiast zbyt wiele złych słów nie trzeba tu pisać. Dla większości przedstawicielek płci pięknej na pewno byłby on mężczyzną idealnym - nie dość, że zabójczo przystojny, z dobrze płatną pracą, to jeszcze posiadacz wyśmienitego charakteru, uporządkowany i pełen dobroci. I choć czasem nie popisał się zbytnio swoją idealnością, o czym czytelnika ma okazję się przekonać, to jednak chyba bardziej zapada w pamięć aniżeli jego młoda towarzyszka Niki.

Wspaniały klimat Włoch, przyjemne spędzanie przez bohaterów wolnego czasu i wiele zabawnych sytuacji sprawiają, że aż chciałoby się choć na jeden dzień przenieść do tej bajkowej krainy. Pouśmiechać się, pobiegać po zalanych słońcem wybrukowanych włoskich uliczkach, powzdychać do swojej drugiej połówki, nie bacząc na negatywne aspekty życia i inne przeciwności. "Wybacz, ale będę ci mówiła skarbie" to powieść, która zaopatruje czytelnika w pewną lekkość, swobodę, dystans do samego siebie i reszty świata. Federico Moccia zwraca uwagę na to, że w życiu wszystko może się zdarzyć i często człowiek nie ma nad tym władzy. Zazwyczaj jednak w grę wchodzą inne osoby z jego otoczenia lub też nie, choć nie zawsze zdaje on sobie z tego sprawę. I nie chodzi tutaj tylko o miłość. Czasem od jednej rozmowy lub jej braku zależy to, w jakim kierunku podąży nasz los. Nasze szczęście. "Szczęście nie ma być punktem docelowym, ale stylem życia"*. Bardzo pozytywna lektura. Obszerna, ale ten fakt przerażać nie powinien, gdyż książka wciąga niesamowicie. Jestem pewna, że wkrótce obejrzę jej ekranizację, a także sięgnę po jej kontynuację, czyli "Wybacz, ale chcę się z tobą ożenić". Polecam.

*s.434

czwartek, 31 maja 2012

"Klucz Sary" - Tatiana de Rosnay

Wydawnictwo: Muza, 2007.
Liczba stron: 352.
Oprawa: miękka.
Rozpoczęcie lektury: 28.05.2012.
Zakończenie lektury: 28.05.2012.
Moja ocena: 9/10.

Tatiana de Rosnay to urodzona w 1961 roku pisarka o korzeniach francuskich, angielskich i rosyjskich. Studiowała literaturę angielską, pracowała w charakterze redaktora francuskiego magazynu "Vanity Fair", obecnie natomiast jest dziennikarką "Elle" i "Journal du Dimanche". Jest autorką kilkunastu powieści. Napisany w języku angielskim "Klucz Sary" zyskał dużą popularność w kilkudziesięciu krajach, a w 2010 roku powstał film na jego podstawie z Kristin Scott Thomas w roli głównej.

"Klucz Sary" to ujmująca opowieść o losach francuskich rodzin żydowskich, które najdotkliwsza tragedia spotkała w 1942 roku. Jest to historia częściowo oparta na faktach. Częściowo, gdyż pomijając fikcyjnych bohaterów, autorka przywołuje w niej wydarzenia z 16 lipca 1942 roku, kiedy to w okupowanej Francji miały miejsce masowe aresztowania na stadionie Vélodrome d'Hiver. Karty tej okrutnej historii odkrywa pewna dziennikarka mieszkająca w Paryżu. To, czego dowiaduje się na temat tych antysemickich działań, na zawsze zmienia jej życie. Prawda bardzo często wyzwala ból. Czy warto dążyć do jej odkrycia, niezależnie od okoliczności i konsekwencji?

II wojna światowa, 16 lipca 1942 roku. Dziesięcioletnia Sarah Starzyński, jej rodzice oraz tysiące innych Żydów i osób pochodzenia żydowskiego zostają zmuszeni przez francuską policję do opuszczenia swych domów i zgromadzenia się na stadionie Vél' d'Hiv'. Nikt nie wie, co dokładnie się dzieje. Wierząc, że niedługo powróci do domu, dziewczynka zamyka swego czteroletniego braciszka w sekretnej szafie, zabierając ze sobą tytułowy klucz. Kiedy jednak dociera do jej świadomości, że jej dalsze istnienie jest przypieczętowane pobytem w obozie koncentracyjnym, jest zrozpaczona, ale też nie porzuca nadziei na powrót do braciszka. Sześćdziesiąt lat później na trop życia Sary wpada Julia Jarmond, dziennikarka, której zadaniem jest przygotowanie artykułu na temat losów francuskich rodzin żydowskich z okazji obchodów sześćdziesiątej rocznicy Vél' d'Hiv'. Bohaterka dokonuje niezmiernie ważnych odkryć, które sprawiają, że zaczyna patrzeć na swoją rodzinę i całe swoje francuskie życie innym okiem. Jednak aby rozwiązać zagadkę z przeszłości do samego końca i położyć kres wszelkim niewyjaśnionym faktom, Julia musi poświęcić na to wiele czasu, a może nawet coś więcej.

Mimo że tematycznie książka de Rosnay jest smutna i wywołuje mnóstwo refleksji, jest też bardzo przystępna i przyjemna w odbiorze. Chodzi tutaj o przyjemność czerpaną nie ze zdarzeń poruszanych w "Kluczu Sary", lecz z języka, jakim posługuje się autorka. Jest on niezwykle prosty, skromny i ujmujący. Powieść ukazana jest z dwóch perspektyw na przemian - jedna z nich przedstawia świat wojny widziany oczami dziesięcioletniej dziewczynki, natomiast za drugą odpowiada postać Julii mieszkającej w Paryżu w 2002 roku. Obie jednak wspaniale współgrają ze sobą i wywołują niezliczone emocje, począwszy od niepewności, strachu, bólu, smutku i żalu, aż po ciekawość, napięcie związane z nieświadomością dotyczącą tego, jak cała ta historia się zakończy.

Być może fakt, iż obok literatury wojennej nie potrafię przejść obojętnie, sprawił, że "Klucz Sary" wciągnął mnie niesamowicie, przez co musiałam przeczytać tę książkę w kilka godzin. Ale duży wpływ na to miała też po prostu ta wzruszająca, zgrabnie opowiedziana historia zarówno Sary, jak i Julii, wyposażona z wielu ciekawych bohaterów, nie tylko tych głównych. Praktycznie każda z postaci pojawiających się w utworze ma w sobie jakąś szczególną cechę, dzięki której zwraca na siebie uwagę. Czy to dobroć, chęć niesienia pomocy, upór, wytrwałość, a nawet tchórzostwo - efekt jest ten sam.

Tatiana de Rosnay napisała książkę, o której nie trzeba pisać czy mówić zbyt wiele, by wyrazić swój zachwyt nad nią. Bo "Klucz Sary" jest w każdym calu zachwycający. Zachwycający w swej prostocie, niewiarygodnie prawdziwy i szczery aż do bólu. Ale o ludzkiej bezsilności wobec wojny i o Holokauście nie da się pisać czy mówić inaczej. Autorka w piękny sposób złożyła hołd dzieciom z Vél' d'Hiv', dając przy tym świadectwo niekończącej się pamięci dotyczącej Szoa. Bardzo polecam.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...