Pokazywanie postów oznaczonych etykietą IRKA. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą IRKA. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 22 września 2014

"Poza błękitem oceanu" - Belinda Jones

Tytuł oryginału: "Out of the Blue".
Tłumacz: Jolanta Dąbrowska.
Wydawnictwo: Olé, 2014.
Liczba stron: 448.
Oprawa: miękka.
Rozpoczęcie lektury: 12.09.2014.
Zakończenie lektury: 14.09.2014.
Moja ocena: 7/10.

Z racji tego, iż spora część życia Belindy Jones obejmowała i nadal obejmuje podróżowanie, w jej książkach również nie brakuje wątków z nim związanych. Przekonałam się o tym, czytając jeden z jej utworów, "Poza błękitem oceanu". Przyciągnął on moją uwagę przede wszystkim z powodu... tak, dokładnie, Grecji, którą od wielu lat jestem zauroczona, mimo że nie było mi jeszcze dane jej odwiedzić (pozaliteracko, rzecz jasna). Ponadto potrzebowałam na koniec lata zanurzyć się w odprężającej, typowo wakacyjnej lekturze, która przedłużyłaby tolerowane przeze mnie upały i bezchmurne niebo chociaż w moich myślach, mojej wyobraźni. I tak też się stało. Przez bite trzy dni miałam okazję cieszyć się nie tylko promieniami greckiego słońca i błękitem morza, ale też cudownymi widokami kreteńskich i ateńskich zakamarków. No i pewnego przystojnego Greka, trzeba dodać, w końcu jego rola jest tutaj niemała, a jego seksualność nad wyraz demonstrowana. Komu najbardziej zawrócił w głowie ów mężczyzna? Mała podpowiedź - wcale nie chodzi o moją skromną osobę...

Warto też najpierw zauważyć, że to jemu, Alekosowi Diamantakisowi, wpadła w oko pewna kobieta, mianowicie Selena Harper, Angielka pracująca na statkach wycieczkowych. Natarczywe próby poderwania jej podczas jednego z rejsów kończą się dla Alekosa fiaskiem i dorobieniem się etykietki pewnego siebie uwodziciela. Ale on nie daje za wygraną. I sprytnie udaje mu się wykombinować, by część nadchodzącego urlopu Selena spędziła na Krecie w jego towarzystwie, pomagając w prowadzeniu ośrodka sportowego należącego do brata Diamantakisa. Czy Harper, doświadczona podróżniczka niemogąca znaleźć swego miejsca w świecie, będzie potrafiła dostrzec piękno Eloundy, niewielkiej wioski rybackiej, przystopować i choć raz odetchnąć pełną piersią? Czy uświadomi sobie, że wszelkie zamiary Alekosa względem jej upartej osoby są całkowicie szczere i poważne?

Wbrew pozorom "Poza błękitem oceanu" nie kwalifikuje się do banalnych czy ckliwych do bólu romansów. Bardziej jest to powieść przygodowa z wątkiem miłosnym, z której można dowiedzieć się co nieco o pracy w branży turystycznej, o wspomnianej wyżej Eloundzie i jej wartych uwagi okolicach oraz Atenach, bo do tego miasta również akcja na jakiś czas się przenosi. Prawdę pisząc, nie spodziewałam się, że książka Jones rozkręci się na tyle, że uda jej się uciec od utartych schematów charakterystycznych dla romansideł. Na początku bowiem musiałam znosić nieustający sceptycyzm Seleny uważającej Alekosa za łamacza damskich serc, co było jakby głównym punktem fabuły. W porządku, dziewczyna przejechała się na wcześniejszych związkach i do kolejnych podchodzi z dużą dozą ostrożności, ale jej ciągłe złośliwe aluzje i przytyki w stosunku do tego greckiego boga nieodstępującego jej niemalże na krok, sugerujące, że jest on niegodnym zaufania facetem, stawały się z czasem nużące i wydawały zbyt liczne, niepotrzebne. Ale oczywiście znajomość Seleny i Alekosa przeobraża się stopniowo we wzajemne zauroczenie, a następnie miłość. Wówczas zaczynają następować po sobie zdarzenia i zbiegi okoliczności prowadzące do wielu nieporozumień i zwątpienia Harper w jej nową - żywszą, weselszą i szczęśliwszą - wersję siebie, jaką stała się dzięki Alekosowi, który uczulił ją na prostotę i piękno otaczającej natury. Będzie trochę radości, śmiechu, miłych, ale i niemiłych niespodzianek, uczucia bezradności, cierpienia i łez. Z miłością nie warto igrać! Nie dopuszczając jej do siebie, możemy się nieźle sparzyć, kiedy dopadnie nas ze zdwojoną siłą w najmniej spodziewanym momencie lub po prostu za późno...

Oprócz dwójki głównych bohaterów w utworze pojawia się kilka - mniej lub bardziej sympatycznych - postaci drugoplanowych, takich jak Cherry i Jules, przyjaciółki Seleny, oraz poznany przez nią na plaży Greg, rozbrajający swoją nieśmiałością i nieporadnością rozwodnik z Anglii. Niewielki epizod w powieści Jones "zagrała" nawet sama Nia Vardalos, aktorka znana przede wszystkim z ról komediowych w "Moim wielkim greckim weselu" i "Mojej wielkiej greckiej wycieczce", tytułach, które niegdyś zrobiły na mnie pozytywne wrażenie. Pisarka bowiem wplotła w treść swojej historii wątek kręcenia z Vardalos na Akropolu tego drugiego filmu właśnie, co pozwoliło mi utwierdzić się w przekonaniu jeszcze bardziej, że "Poza błękitem oceanu" w kwestii klimatu troszeczkę przypomina "Moją wielką grecką wycieczkę" oraz że na podstawie tej książki mogłaby powstać całkiem ciekawa i warta obejrzenia (jak dla mnie głównie ze względu na zdjęcia Grecji) ekranizacja.

Utwór Belindy Jones to przyjemna i niewymagająca lektura. Okraszona świetnymi przysłowiami i myślami greckich uczonych, z których kilka musiałam sobie zapisać w celu ewentualnego zapamiętania, oraz nie mniej atrakcyjnymi opowieściami i mitami o greckich bogach i innych stworzeniach. Pełna przygód typowych dla urlopowiczów, jak również zaskakujących zwrotów akcji charakterystycznych dla rozterek miłosnych, a więc opieranie się uczuciom, namiętność, pożądanie, zauroczenie, nauka ufania, zazdrość, rozczarowanie, zemsta i te sprawy. Myślę, że powieść "Poza błękitem oceanu" spodoba się wielu miłośnikom (a raczej miłośniczkom) kraju bogów, słońca i oliwek, lekkich, nieprzesłodzonych, z odrobiną humoru historii romantycznych i szczęśliwych zakończeń. Polecam na nudne popołudnia i wieczory.

Za egzemplarz recenzencki uprzejmie dziękuję grupie wydawniczej Foksal / wydawnictwu Olé.
Recenzja napisana dla portalu IRKA.

sobota, 20 września 2014

"Kobieta, która przez rok nie wstawała z łóżka" - Sue Townsend

Tytuł oryginału: "The Woman Who Went to Bed for a Year".
Tłumacz: Adam Pluszka.
Wydawnictwo: W.A.B., 2014.
Liczba stron: 480.
Oprawa: miękka ze skrzydełkami.
Rozpoczęcie lektury: 11.09.2014.
Zakończenie lektury: 12.09.2014.
Moja ocena: 2/10.

Życie Sue Townsend nie było usłane różami. W wieku piętnastu lat porzuciła szkołę, po czym imała się różnych zajęć, takich jak praca w sklepie, na stacji benzynowej i jako recepcjonistka, za mąż wyszła, mając lat osiemnaście, a nieco później została samotną matką. Te oraz kolejne doświadczenia, w tym drugie małżeństwo, stały się inspiracją do tworzenia powieści, sztuk i ich bohaterów. Literacki sukces osiągnęła głównie dzięki serii książek o Adrianie Mole'u, która doczekała się adaptacji w postaci miniserialu, sztuki teatralnej i gry komputerowej. Inne utwory tej angielskiej pisarki to m.in. "Królowa i ja", "Widmowe dzieci", "Numer 10" i najnowsza, a zarazem ostatnia, "Kobieta, która przez rok nie wstawała z łóżka", o której będzie mowa w niniejszej opinii. Townsend, pomijając fakt, iż chorowała na cukrzycę, która doprowadziła do utraty wzroku, w późniejszym etapie swojego życia borykała się z wieloma innymi dolegliwościami i chorobami. Zmarła w kwietniu 2014 roku na skutek powikłań po udarze mózgu. Miała 68 lat.

O powieściach o Mole'u usłyszałam już dość dawno, ale zanim zdołałam zabrać się za lekturę którejś z nich, w moje ręce wpadła tegoroczna nowość polskiego rynku wydawniczego, czyli wspomniana wyżej "Kobieta, która przez rok nie wstawała z łóżka". Okładka tej pozycji, o jaką postarało się wydawnictwo W.A.B., zrobiła na mnie megapozytywne wrażenie - minimalizm to coś, co lubię, a ta wszywka z logo wydawnictwa to po prostu wisienka na torcie, która rozśmieszyła mnie bardziej niż treść utworu ukryta pod tą okładkową puchową poduszką. Niestety! Rozczarowała mnie ona ogromnie. Prawdę pisząc, okazała się jedną z moich największych porażek czytelniczych tego roku. Chaos, szaleństwo i zero powodów do uśmiechu - tak w skrócie mogę określić powieść Townsend. I to nie tak, że nie bawi mnie angielski humor. Najwyraźniej jego forma - pełna absurdalnych i budzących w czytelniku niedowierzanie sytuacji - zaprezentowana przez tę pisarkę jest po prostu nie dla mnie. A naprawdę liczyłam na jakąś przyzwoitą obyczajówkę. Albo komediodramat. Przecież los kobiety, która pewnego dnia postanawia wejść do łóżka i opuścić je dopiero po kilku lub kilkunastu miesiącach, musi obfitować w interesujące i zabawne zwroty akcji, prawda? Nie sądziłam jednak, że będą one tak przerysowane!

Już sam pomysł na to, by główna bohaterka, zdrowa fizycznie pięćdziesięciolatka, Eva Beaver, nie wychodziła z łóżka przez wiele dni, wydaje się nieco dziwny, ale i intrygujący. Mimo że w głowie odbiorcy natychmiast rodzi się pytanie, czy aby na pewno ta pani jest zdrowa na umyśle, można przymknąć na niego oko, w końcu to na nim opiera się cała fabuła książki, i przekonać się, co będzie dalej. Dlaczego Eva postanowiła wyłączyć się z życia rodzinnego - ba, życia w ogóle! - po dwudziestu pięciu latach małżeństwa z astronomem, Brianem? Czyżby dopadł ją jakiś kryzys? Syndrom pustego gniazda z powodu wyjazdu dzieci, bliźniaków Brianne i Briana Juniora, na studia? A może zwykłe zmęczenie codziennością i domowymi obowiązkami, które do tej pory wykonywała tylko ona, bo nikt z bliskich nie garnął się do tego, by w czymkolwiek ją wyręczyć, pomóc jej? Te i wiele innych, ale podobnych pytań zadawałam sobie, brnąc przez całe czterysta osiemdziesiąt stron utworu, ponieważ nie zapowiadało się na to, bym wyczerpujące odpowiedzi na nie uzyskała. Największym problemem Evy jest bowiem fakt, iż ona nie ma zielonego pojęcia, dlaczego i na jak długo zdecydowała się zakopać w pościeli. Rodzina jej decyzję przyjmuje na różne sposoby - od wyzwisk, kłótni, przez sceptycyzm, obojętność, aż po sugerowanie pomocy psychologicznej, ale w tej powieści nawet lekarz psychiatra jest osobliwy, więc na to, by Beaver poddano leczeniu, nie ma najmniejszych szans. A szokujące zachowanie Evy - takie jak proszenie bliskich o zbieranie i wyrzucanie jej - uwaga! - odchodów, wymaganie od schorowanej matki i teściowej, by przynosiły jej pożywienie na piętro, pod sam nos, czy późniejsze głodzenie się w pokoju z zabitymi deskami oknem i drzwiami - zakrawa na egoizm i szaleństwo. Kobieta często ma pretensje do innych, że nie rozumieją, że ona nie jest chora, ale jak właściwie można wytłumaczyć jej postępowanie? Sama niejednokrotnie miałam okazję wysłać ją do psychiatryka.

Podobnie zresztą jak kilku innych bohaterów "Kobiety, która przez rok nie wstawała z łóżka", wśród których nie znalazłam ani jednego normalnego i sympatycznego. Nie polubiłam nikogo. Wszyscy tutaj są albo przesadnie głupkowaci, gadatliwi, albo znerwicowani, zdziwaczali, albo złośliwi. Wiecznie drą koty bądź zachowują się w sposób niegrzeczny, niemoralny, karygodny. Do szewskiej pasji doprowadzała mnie Poppy, znajoma Brianne i Briana Juniora ze studiów, dla której notoryczne kłamanie, kradzieże, rozbieranie się przed obcymi chłopakami i zaciąganie do łóżka starszych facetów dla kasy są czynnościami najnormalniejszymi pod słońcem. To najbardziej znienawidzona przeze mnie postać utworu Townsend. Z kolei wątek, który wywołał opadnięcie mojej szczęki do samej ziemi, to moment propozycji wspólnego zamieszkania wysuniętej przez Evę, skierowanej do kochanki jej męża. Dom Beaverów to istny dom wariatów, w którym rozgrywają się nie tylko niewiarygodne dramaty rodzinne, ale też - po tym, jak nietypowym wybrykiem Evy zaczynają interesować się media - dramaty zupełnie obcych, przypadkowych ludzi.

Incydenty, które były dla mnie jako tako przyswajalne i zaskoczyły mnie, ale nie w niesmaczny czy irytujący sposób, mogę policzyć dosłownie na palcach jednej ręki. To były tylko takie przyzwoite w obiorze chwilówki, bardzo szybko wygaszane przez resztę absurdów, których ilość wydawała mi się nie mieć końca. Raz na jakiś czas pojawiał się w moim umyśle przebłysk zrozumienia dla postawy głównej bohaterki, ale całokształt jej zachowania i jego nieuzasadnionych motywów utwierdzał mnie w przekonaniu, że tej kobiecie przydałby się lekarz z prawdziwego zdarzenia. Zakończenie powieści usatysfakcjonowało mnie w jednej tylko kwestii - cieszyłam się, że jej lektura wreszcie dobiegła końca.

Również styl pisarski Townsend nie zrobił na mnie wrażenia. Język - poza nowoczesnością w postaci terminologii związanej z technologią, a więc Facebook, Twitter, trolling, hejtowanie etc., oraz sarkastycznymi uwagami i ripostami, które mogą być zabawne dla czytelników mających odmienne od mojego zdanie na temat "Kobiety, która przez rok nie wstawała z łóżka", niczym się nie wyróżnia. Liczne dialogi i chaos w wyrażaniu opinii, myśli i uczuć bohaterów kompletnie do mnie nie przemówiły.

Przykro mi to pisać, ale oprócz okładki, kilku fragmentów i faktu, iż utwór Sue Townsend czytało mi się dość szybko (choć po części było to spowodowane tym, że nie mogłam się doczekać chwili, w której dotrę do finału), nie potrafię wskazać innych pozytywnych stron tej książki. Nie potrafię nawet stwierdzić, o czym - pomijając oczywistość, jaką są perypetie tytułowej kobiety i jej zwariowanej rodzinki - ona jest. Chciałabym móc zapewnić, że czytelnik znajdzie w niej jakieś głębsze rozważania na temat przemijalności ludzkiego życia, życiowych zmianach, poszukiwaniu szczęścia, spokoju, miłości, zrozumieniu drugiego człowieka i życzliwości, ale nie zrobię tego, by nie wprowadzić kogoś w błąd. Wszystkie te wartości bowiem może i zostały w tekście zaakcentowane, ale znikały tak szybko, jak się pojawiały, pozostawiając mnie z uczuciem zdezorientowania, zagubienia lub obojętności. Zawiodłam się. Bardzo.

Za egzemplarz recenzencki uprzejmie dziękuję grupie wydawniczej Foksal / wydawnictwu W.A.B.
Recenzja napisana dla portalu IRKA.

czwartek, 11 września 2014

"Czekając na Gonza" - Dave Cousins

Tytuł oryginału: "Waiting for Gonzo".
Tłumacz: Dominika Cieśla-Szymańska.
Wydawnictwo: YA!, 2014.
Liczba stron: 256.
Oprawa: miękka.
Rozpoczęcie lektury: 29.08.2014.
Zakończenie lektury: 30.08.2014.
Moja ocena: 7/10.

Dave Cousins jest brytyjskim autorem powieści dla młodzieży. Już w dzieciństwie można było zauważyć jego zamiłowanie do pisania. Studiował sztuki piękne w Bradford, a później dołączył do zespołu muzycznego, z którym koncertował i nagrywał płyty przez kolejne dziesięć lat. Jego debiutancka książka, "15 dni bez głowy", została nominowana do wielu nagród literackich i zdobyła prestiżową Crystal Kite Award. Po jej przeczytaniu nabrałam przekonania, że z wielką chęcią sięgnę po następne utwory tego pisarza, gdy ukażą się w Polsce. I oto jest jeden z nich - "Czekając na Gonza"! Przeurocza, przesympatyczna, przezabawna, a przy tym niezwykle naturalna powieść, o której tak szybko nie zapomnę. Szczegóły dotyczące moich wrażeń z lektury poniżej.

Nastoletni narrator, Marcus Osbourne zwany Ozem, pisze, mówi, jednym słowem zwraca się do tajemniczej (no, może nie aż tak bardzo tajemniczej, jeśli się przez chwilę nad jej tożsamością pomyśli) osoby, którą nazywa G., prowadząc w ten sposób coś w rodzaju pamiętnika. Już na samym początku narzeka, że wraz z rodzicami i siostrą musiał przeprowadzić się spod Londynu, gdzie zostawił najlepszych kolegów, na jakieś zakichane przedmieścia, do wymagającego generalnego remontu domu położonego na farmie rodem z horroru. Nowa szkoła i trudności w zawieraniu nowych znajomości porządnie dają mu się we znaki. To chłopak, którego czytelnik nie jest w stanie nie polubić, między innymi dlatego, że posiada on wrodzony talent do pakowania się w kłopoty. Ma olbrzymiego pecha, więc już pierwszego dnia w nowej szkole podpada lubiącemu wyżywać się na innych uczniach Garethowi oraz dziewczynie, która sieje postrach wśród okolicznych młodych mieszkańców, Isobel zwanej Psycholką. Problemy Oza wydają się jednak błahostką w porównaniu z tym, co niedawno zmajstrowała jego siedemnastoletnia siostra, Meg, zachodząc w ciążę. Ta niespodziewana wiadomość okazuje się dla chłopaka czymś wyjątkowym, ale czy Meg podejdzie do niej równie entuzjastycznie? Zwłaszcza że tą nowiną będzie musiała podzielić się z rodzicami?

"- Słuchaj, nikomu nie powiem, ale daj spokój, Meg, będziesz miała dziecko!
- No wiem. Sądzisz, że o tym nie myślę? Jezu. Prawie nie śpię, odkąd się dowiedziałam.
- Więc co masz zamiar zrobić?
- Nie wiem.
- Gadałaś z rodzicami?
Prychnęła.
- A jak myślisz? Przecież wciąż żyję, prawda?
- Ale w końcu i tak będziesz musiała im powiedzieć. To znaczy chyba zauważą, jak pojawi się tu jakieś dziecko, no nie?"*.
Słowne potyczki Marcusa i Meg to jedna z mocnych stron utworu Cousinsa. Jak to brat z siostrą, non stop się przedrzeźniają, złoszczą na siebie, ale gdy przychodzi co do czego, stają za sobą murem, pocieszają i pomagają sobie. Podobne zachowania jestem w stanie zaobserwować we własnym domu - z moim młodszym bratem mogę kłócić się codziennie, ale długo gniewać się na niego nie potrafię. Miłość braterska, jaką darzą się nawzajem nastoletni bohaterowie powieści "Czekając na Gonza", jest ukryta, ale doskonale widoczna dla biernego obserwatora. Podobnie jak miłość rodzicielska, którą roztaczają nad swoimi pociechami ich rodzice. Owszem, zdarza im się popełnić jakiś błąd, czegoś nie zauważyć, coś zlekceważyć, ale robią co w ich mocy, by Oz i Meg dorastali w świecie pozbawionym zła, przykrości i obojętności. Muszę przyznać, że pana Osbourne'a polubiłam szczególnie - za jego przyjacielską postawę wobec dzieci oraz poczucie humoru. Jego błyskotliwe wypowiedzi i żarty niejednokrotnie sprawiły, że płakałam ze śmiechu. A w połączeniu z niebanalnym wątkiem mafii Skinnerów, o której pisać nie będę, by nie zepsuć niespodzianki, po prostu rozłożyły mnie na łopatki.

Książka jest dość krótka, liczy sobie ponad dwieście pięćdziesiąt stron, a że zaintrygowała mnie od pierwszej strony, po trzech godzinach nocnego czytania ubolewałam nad faktem, że dobiegło ono końca! Lekturę wspominam bardzo, bardzo przyjemnie. Nie tylko dlatego, że śledząc perypetie nastolatka stającego w obliczu nowych wyzwań i życiowych przygód, porządnie się naśmiałam, ale też z powodu przystępnego, swobodnego języka, jakim posługuje się pisarz. Jest w nim trochę młodzieżowych zwrotów i rozbrajających dialogów, nie ma natomiast żadnego moralizatorstwa, mimo że utwór porusza tematy ważne i niełatwe, takie jak ciąża u młodej dziewczyny czy aborcja. Cousins podchodzi do nich bezceremonialnie, na luzie, ale nie obojętnie, od niechcenia czy byle jak. Potencjalny młody odbiorca jego książki ma przecież zainteresować się jej fabułą oraz uświadomić sobie - naturalnie i spokojnie - z jakimi problemami bądź incydentami może mieć do czynienia człowiek w jego wieku, nie lekceważąc ich przy tym i nie pozwalając na to, by przerażenie wynikające z obcowania z nimi wzięło górę nad rozsądkiem. Oprócz kwestii bardziej poważnych nie brakuje tutaj też tych, że tak to ujmę, pospolitych, choć istotnych dla młodzieży - przyjaźnie, dokuczanie, głupie dowcipy, zauroczenia, gry komputerowe, książki fantasy i muzyka, czyli wszystko to, z czym współcześni nastolatkowie mają do czynienia na co dzień, ukazane w łagodniejszej, grzeczniejszej wersji.

"Czekając na Gonza" to powieść, którą może przeczytać każdy będący w wieku od trzynastu lat wzwyż. Ciepła, optymistyczna, pozytywnie zakręcona, pełna przygód, wrażeń i emocji. W jednej chwili bawi, a w następnej wzrusza. Sprowadza na ziemię, a zarazem podnosi na duchu. No i zachwyca pięknym wydaniem - wydawnictwo YA! po raz kolejny postarało się, dopracowując okładkę i wszelkie ozdobniki tekstowe i graficzne we wnętrzu książki do ostatniej kreski czy kropki. Oby więcej takich utworów, jak te autorstwa Dave'a Cousinsa, na rynku wydawniczym - przydałaby się konkurencja dla mało wartościowych, oklepanych romansów młodzieżowych, w których królują wiecznie niezdecydowani bohaterowie, przemoc i seks.

*s.63

Za egzemplarz recenzencki uprzejmie dziękuję grupie wydawniczej Foksal / wydawnictwu YA!.
Recenzja napisana dla portalu IRKA.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...