Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Syndykat Zbrodni w Bibliotece. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Syndykat Zbrodni w Bibliotece. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 9 grudnia 2013

"Wody wielkie" - Arne Dahl

Tytuł oryginału: "De största vatten".
Tłumacz: Robert Kędzierski.
Wydawnictwo: Czarna Owca, 2013.
Liczba stron: 424.
Oprawa: miękka.
Rozpoczęcie lektury: 05.11.2013.
Zakończenie lektury: 18.11.2013.
Moja ocena: 5/10.

Arne Dahl, właściwie Jan Lennart Arnald, to szwedzki autor opowiadań i powieści, krytyk literacki, z zawodu literaturoznawca. Obecnie pracuje dla Akademii Szwedzkiej, jest redaktorem czasopisma "Aiolos" i recenzentem w "Dagens Nyheter". Jako pisarz zadebiutował w 1990 roku powieścią "Chiosmassakern", ale dopiero seria kryminałów o Drużynie A zapewniła mu dużą popularność zarówno w jego rodzimym kraju, jak i w wielu innych państwach na całym świecie.

Bardzo nie lubię nie zachowywać chronologicznej kolejności wydań książek danego autora, zwłaszcza jeśli chodzi o serie, cykle z udziałem powtarzających się w nich bohaterów. W przypadku twórczości Dahla, niestety, zrobiłam wyjątek. A wszystko to dlatego, że skusiła mnie Czarna Seria - na ogół przeze mnie tolerowana - w obrębie której po raz pierwszy ukazał się utwór tego szwedzkiego pisarza, utwór u Drużynie A, specjalnej jednostce policyjnej, przeznaczonej do walki z przestępstwami o zasięgu międzynarodowym, utwór będący nie pierwszą, lecz piątą częścią cyklu, o tytule "Wody wielkie". Poprzednie cztery części ukazały się w Polsce w latach 2010-2012 nakładem wydawnictwa Muza, były i nadal są mi obce. Ale, tak jak napisałam wcześniej, skusiłam się, no i zmierzyłam z "Wodami wielkimi", które okazały się zupełnie innym kryminałem niż wszystkie te przeczytane przeze mnie do tej pory. W jakim sensie innym? O tym za chwilę.

Dag Lundmark, policjant o niezbyt kryształowej przeszłości, były narzeczony komisarz Kerstin Holm należącej do Drużyny A, zostaje oskarżony o zabicie afrykańskiego uchodźcy. Podejrzany twierdzi, że działał w obronie własnej, ale śledztwo w tej sprawie wykazuje, iż było zupełnie inaczej. Niemalże w tym samym czasie, jak z oczu policji znika Lundmark, Drużyna A w składzie Kerstin Holm, Paul Hjelm, Arto Söderstedt, Viggo Norlander, Jorge Chavez i Sara Svenhagen wszczyna dochodzenie w sprawie tajemniczego samobójstwa pewnego mężczyzny, który w liście pożegnalnym przyznaje się do popełnienia kilku zbrodni. Pech? Nadmiar obowiązków czy może sprytnie zaplanowana intryga? I jaki związek z tym wszystkim mają afrykańscy emigranci?

Tuż przed rozpoczęciem lektury powieści Dahla byłam wręcz przekonana, że jej fabuła od początku do końca będzie krążyć wokół przestępstw o randze międzypaństwowej - moje myślenie obrało taki kierunek właśnie dzięki wątkowi poświęconemu uchodźcom z Afryki, o którym jest mowa w opisie utworu - może nawet związanych z polityką, tymczasem ci uciekinierzy to niewielki fragment tła najważniejszych wydarzeń mających związek nie tyle ze śledztwem Holm i jej przyjaciół, ile z osobą jej samej. Cała ta kryminalna otoczka "Wód wielkich" to tylko dodatek - pewnego rodzaju gra planszowa budząca wiele pytań i wątpliwości - do obrazu nieźle pokręconych relacji pomiędzy bohaterami, ich prywatnych wynurzeń i siejących niepokój nawiązań do ich przeszłości. Mieszanka iście wybuchowa, jak się patrzy; mnie jednak nie zafascynowała.

Faktem jest, iż styl Dahla jest jedyny w swoim rodzaju, niepowtarzalny. Intrygujący, ale trochę wariacki, czasami irytujący. Nieprzyzwyczajona do takowego, nie potrafiłam go zaakceptować. Przez pierwszą połowę książki nudziłam się i jednocześnie bałam, że jej lekturę będę przeciągać w nieskończoność. Drobiazgowa pisanina autora, pełna jakichś filozoficznych rozmyślań bohaterów, zbędnych powtórzeń, wymyślnych metafor i porównań, mimo że oryginalna, nie podchodziła mi za bardzo. Wszelkie wspomnienia i spostrzeżenia poszczególnych postaci dotyczące ich przeszłości rozpraszały nie tylko ich samych, ale też i mnie - podczas nurkowania w "Wodach wielkich". Dopiero gdzieś tak w połowie powieści akcja zaczyna się rozkręcać, pojawia się napięcie, jest więcej zamieszania, intryg, konfliktów interesów powiązanych z tym, co w kryminałach lubię najbardziej, czyli dochodzeniami policyjnymi w sprawie zagadkowych zbrodni. Wszelkie elementy fabuły, które bezpośrednio dotyczą przesłuchań świadków, "połknęłam" bez mrugnięcia okiem, Dahl bowiem bardzo szczegółowo prezentuje podejście Drużyny A do śledztwa, detale omawiania przesłuchań i wspólne analizy zgromadzonych przez nią materiałów. Akcja utworu jest płynna, wydarzenia przechodzą od jednego w drugie z zawrotną prędkością, przez co czasami ciężko mi było się skupić i we wszystkim połapać, na szczęście to, co najistotniejsze, czytelnik jest w stanie wychwycić bez problemu. Od czasu do czasu też może sobie pozwolić na małe rozluźnienie, a to za sprawą świetnych dialogów obfitujących w humorystyczne i cięte riposty. Dla przykładu - szpitalna rozmowa Viggo z poturbowanym włamywaczem, Björnem, powaliła mnie na łopatki.

Jeśli chodzi natomiast o same kreacje bohaterów powieści - nie da się ukryć, trochę odczułam brak znajomości poprzednich części serii o Drużynie A, bo każdy z jej członków ma za sobą pewne doświadczenia - czy to na tle prywatnym, czy zawodowym - o których Dahl raz po raz wspomina i które w mniejszym lub większym stopniu przylgnęły do nich niczym guma do żucia do spodu buta. W "Wodach wielkich" szczególnie jest to widoczne u Kerstin Holm. To ona gra tutaj pierwsze skrzypce, to jej uczucia i problemy są niezwykle dostrzegalne. Nic dziwnego - jej dawny związek z Dagiem Lundmarkiem, brutalem i pijaczyną, któremu obecnie porządnie odwala i który mimo to potrafi zręcznie wodzić za nos całą policję, dał jej się i daje nadal mocno we znaki z przyczyn, jak czytelnik stopniowo się dowiaduje, bardzo szokujących. Trudno wypowiedzieć się nieco obszerniej na ten temat, nie zdradzając istotnych faktów. Napiszę więc tylko, że wątek Holm jest rzeczywiście sprawnie skonstruowany i wart uwagi, ponieważ porusza tematykę zahaczających o wrażliwość ważnych wartości ludzkiego życia. Ale pomimo wszystkich plusów, jakie wyłapałam podczas czytania kryminału Dahla, nie udało mi się zżyć z jego bohaterami, nie tęsknię za nimi i nie wydaje mi się, abym w przyszłości sięgnęła po inne powieści z nimi w rolach głównych. Tym bardziej, że podobno "Wody wielkie" - za sprawą tłumacza, Roberta Kędzierskiego, ale nie tylko - są jedną z lepszych części cyklu traktującego o Drużynie A, a przecież nie do końca trafiły w mój gust.

Ich zakończenie jednak mogę zaliczyć do udanych - niebanalne, nieprzewidywalne niczym osoba Lundmarka - naprawdę nie spodziewałam się, że tak nieciekawie zapowiadająca się książka skończy się w sposób dużo lepszy, interesujący. Lekturę "Wód wielkich" zaproponowałabym miłośnikom thrillerów z dużą dawką psychologii, które odbiegają od utartych schematów i skupiają się nie tak bardzo na morderstwach i śledztwach, jak na psychikach występujących w nich postaci, miłośnikom oryginalności, dziwactw i pokręconych kreacji bohaterów. Styl Arnego Dahla jest inny, ale też nie dla wszystkich. Ja na przykład pozostanę tradycjonalistką, zwolenniczką przejrzystych (w miarę możliwości), niefilozoficznych stylów oraz skomplikowanych i niepozwalających na złapanie głębszego oddechu fabuł kryminalnych pełnych wymyślnych zbrodni.

Za egzemplarz recenzencki uprzejmie dziękuję wydawnictwu Czarna Owca.

środa, 13 listopada 2013

"Nikomu ani słowa" - Andrew Klavan

Tytuł oryginału: "Don't Say a Word".
Tłumacz: Jacek Mikołajczyk.
Wydawnictwo: Sonia Draga, 2009.
Liczba stron: 416.
Rozpoczęcie lektury: 22.10.2013.
Zakończenie lektury: 24.10.2013.
Moja ocena: 8/10.

Andrew Klavan to urodzony w 1954 roku amerykański pisarz, autor powieści sensacyjnych, thrillerów psychologicznych i kilku scenariuszy filmowych. Studiował na Uniwersytecie Kalifornijskim w Berkeley, potem pracował w jednej z nowojorskich gazet (jako reporter) oraz w radio WOR i ABC. Pod pseudonimem Keith Peterson napisał pięć książek. Na początku lat dziewięćdziesiątych publikował (i publikuje nadal) powieści już pod własnym nazwiskiem. Dwie z nich, "Nikomu ani słowa" oraz "Prawdziwa zbrodnia", doczekały się bardzo udanych ekranizacji.

Tak się złożyło, że film "Nikomu ani słowa" obejrzałam jakieś kilka, a może nawet kilkanaście lat temu i zrobił on wtedy na mnie duże wrażenie. Gdzieś tak w zeszłym roku odkryłam, że powstał on na podstawie powieści - zdecydowałam, iż muszę ją przeczytać, tym bardziej że fabuła ekranizacji zdążyła już wyparować z mojej głowy. Pamiętałam tylko wątek szpitala psychiatrycznego, no i pierwszoplanowych aktorów: Michaela Douglasa oraz Brittany Murphy. To zadziałało teraz na moją korzyść - mogłam wyobrazić sobie wygląd Nathana Conrada i Elizabeth Burrows, a także raz jeszcze zostać niejednokrotnie zaskoczoną, czytając książkę Klavana. Bo to dobra książka. Nawet bardzo.

Zaczyna się całkiem niewinnie. Chociaż, powinnam napisać, że wręcz przeciwnie - bardzo źle. Mężczyzna zwany Jajem i jego wspólnik, Maxwell, z jakiegoś powodu mordują Bogu ducha winną kobietę. Chwilę później akcja zaczyna krążyć nad spokojną rodziną Conradów z Upper West Side: psychoanalityka, doktora Nathana Conrada, jego uroczą żoną, Agathą, i ich pięcioletnią córeczką, Jessicą. Na prośbę "sił wyższych" Nathan decyduje się przyjrzeć nowej pacjentce szpitala psychiatrycznego, osiemnastoletniej Elizabeth Burrows, u której zdiagnozowano schizofrenię paranoidalną i która podobno zabiła człowieka, podcinając mu gardło i tnąc go na kawałki. Z dziewczyny trudno cokolwiek wyciągnąć. Ale zafascynowany jej osobą oraz przypadkiem Conrad nie daje za wygraną. Nieco później jednak jego życie wywraca się do góry nogami - Jessica zostaje porwana, a on sam odbiera anonimową groźbę telefoniczną, która zdaje się mieć związek nie tylko z jego córką, lecz również z... Elizabeth Burrows.

Nie ma to jak "stary", dobry amerykański thriller! W tym całym ferworze związanym z kryminałami skandynawskimi nawet nie zdawałam sobie sprawy z tego, jak bardzo tęskniłam za powrotem - choć chwilowym - do sensacyjnej literatury amerykańskiej. "Nikomu ani słowa" to nie do końca tradycyjny utwór z nieznanym sprawcą, którego czytelnik wraz z głównym bohaterem usilnie poszukuje, bo od samego początku wiadomo, kim jest, a właściwie kim są czarne charaktery powieści. Ale to żaden minus - książka bowiem obfituje w wiele innych zagadek. Nie wiadomo tak naprawdę, kim jest Elizabeth, czy rzeczywiście choruje, czy kogoś zabiła, czego chcą od niej porywacze małej Jessiki i w jaki sposób przecięły się ich drogi z drogą nastoletniej dziewczyny. Aby wyjaśnić to i owo, Klavan sięga po niepokojące wydarzenia z przeszłości poszczególnych postaci, które z biegiem czasu zazębiają się ze sobą i tworzą logiczną całość. Mimo zaskakujących od czasu do czasu momentów, akcja toczy się całkiem spokojnie, choć pod olbrzymim napięciem. Pisarz dozuje istotne informacje i szczegółowo przygląda się każdej podejrzanej sprawie. Każdy kolejny rozdział jego kryminału jest coraz bardziej intrygujący. Mimo że byłam trochę śpiąca w czasie jego lektury, nie mogłam się od niej oderwać - niczym zafascynowany robot pochłaniałam jedną stronę po drugiej.

Co bardzo ważne, czytelnik ma tutaj do czynienia ze świetnie wykreowanymi postaciami. Na szczególną uwagę zasługują: Nathan Conrad - zmęczony pracą, nieco schorowany ojciec pięcioletniej dziewczynki, którą kocha bezgranicznie i ponad wszystko, o czym można się przekonać zwłaszcza pod koniec thrillera "Nikomu ani słowa"; Elizabeth Burrows - jedna wielka tajemnicza do odkrycia, którą bardzo, ale to bardzo pragnęłam poznać, dlatego kiedy było już prawie "po wszystkim", rozczarował mnie fakt, iż końcowe sceny utworu skupiają się tylko i wyłącznie na Nathanie i jego córce, a tak interesująca bohaterka, jak Elizabeth, zostaje nagle zepchnięta na boczny tor; ponadto D'Annunzio - detektyw prowadzący śledztwo w sprawie uprowadzenia Jessiki. Ten człowiek jest tak wyrazisty, że aż "czułam" go, czytając książkę. Czytelnicy dobrze ją znający zapewne będą kojarzyć, co mam na myśli, pisząc w ten sposób o tym detektywie, natomiast, ci którzy jej nie znają, być może przekonają się o tym później, gdy zdecydują się po nią sięgnąć.

Żeby nie było tak całkiem pozytywnie w niniejszej opinii, muszę wspomnieć o paru wątpliwościach, jakie dopadły mnie, gdy czytałam utwór Klavana. Po pierwsze, odniosłam wrażenie, że jak na pięciolatkę, Jessica odznacza się zbyt wysoką inteligencją i sprytem - jest to szczególnie widocznie podczas jej próby ucieczki z rąk porywaczy. Po drugie, zakończenie kryminału - nie przekonało mnie pokierowanie losami bohaterów w taki, a nie inny sposób. Moim zdaniem autor trochę się zagalopował i sprawił, że ostatnie rozdziały powieści zyskały mało rzeczywisty wymiar.

Generalnie jednak książka "Nikomu ani słowa" jest bardzo dobra, dlatego też postawiłam jej dość wysoką notę. Ogromne napięcie, mnóstwo tajemnic, niebanalne postaci oraz wątki z psychicznie chorymi osobami to coś, co uwielbiam w thrillerach. Andrew Klavan potrafi zaniepokoić odbiorcę, namieszać mu w głowie, a jednocześnie zaintrygować go do tego stopnia, by wręcz niemożliwe było przerwanie przez niego lektury. Myślę, że to warta uwagi pozycja - dla miłośników sensacji jak znalazł.

Książka przeczytana w ramach Wyzwania z Półki.

środa, 6 listopada 2013

"Literat" - Agnieszka Pruska

Wydawnictwo: Oficynka, 2013.
Liczba stron: 332.
Oprawa: miękka.
Rozpoczęcie lektury: 12.10.2013.
Zakończenie lektury: 14.10.2013.
Moja ocena: 4/10.

Powieść kryminalną, która miałaby ręce i nogi, nie jest łatwo napisać. Samo wymyślenie mordercy, za którym będą ganiać detektywi, nie wystarczy. Kryminał to niezwykle wymagający gatunek literacki. Jego książkowy przedstawiciel musi być dopracowany w każdym calu, by zachwycać. Dlatego nie może w nim zabraknąć takich elementów składowych, jak wyraziste postaci, nieustające napięcie, konkretne tempo akcji czy genialna zagadka wiążąca się z tym, co najlepsze: z osobą przestępcy, motywami jego działania i przestępstwami. W "Literacie" Agnieszki Pruskiej zdecydowanie brakuje kilku takich właśnie elementów. Zatem nie mogę o nim napisać, że jest dobrym kryminałem.

Zaczyna się niebanalnie. Podczas porannego joggingu pewien mieszkaniec Gdańska znajduje... mumię. Ściślej rzecz biorąc - zmumifikowane zwłoki zaginionej niegdyś kobiety, Wiolety Ludy. Dochodzeniem w sprawie tego nietypowego morderstwa kieruje nadkomisarz Barnaba Uszkier. Mijają dni i tygodnie, a "sprawa mumii" nie zostaje rozwiązana. Po raz pierwszy w historii swej pracy Uszkier ma do czynienia z wyrafinowanym zabójcą, któremu ani się śni dać się złapać. Niedługo potem na głowy gdańskich śledczych spada kolejne morderstwo - tym razem ofiara została otruta i zakopana na nadmorskiej plaży. Czy Uszkierowi uda się namierzyć sprawcę i zachować w ten sposób twarz?

Akcja utworu Pruskiej toczy się niespiesznie przez kilka zimnych miesięcy - od października 2011 roku do końca marca 2012 roku. Jest on podzielony na sześć części, które są niemalże nieodczuwalne - brakuje w nich bowiem rozdziałów, a także większych odstępów między wierszami w tekście w miejscach, gdzie następuje zmiana czasu lub miejsca akcji. To niezbyt wygodny i estetyczny zabieg. A skoro już jestem przy estetyce, muszę wspomnieć, iż nie podobały mi się również rozległe akapity w powieści. Są one jednak uwarunkowane nieudolnym prowadzeniem przez autorkę fabuły, którą osadzono praktycznie w jednym miejscu - na komendzie policji w Gdańsku. Pracy Uszkiera i jego podwładnych w terenie nie uświadczysz w "Literacie", drogi czytelniku. No, może niezupełnie - kilka stron opisujących takową na pewno się znajdzie. Cała reszta natomiast to suche streszczenia i relacje z tego, czego dokonali policjanci "poza fabułą". Odbiorca bowiem nie towarzyszy im w trakcie przesłuchań świadków i rodzin ofiar czy badań zamordowanych osób. Wszystkiego dowiaduje się z wymiany zdań i opowieści pomiędzy aspirantami, podkomisarzami i sierżantami. Oni niemalże przesłuchują siebie nawzajem na komendzie, popijając kawkę i nieustannie wyrażając zniecierpliwienie wynikające z faktu, iż poszukiwany przez nich sprawca nadal jest na wolności. Z punktu widzenia czytelnika przeciętny dzień gdańskiego policjanta wygląda następująco: pobudka --> dojazd na komendę --> wymiana "poglądów" (koniecznie poprzedzona pytaniem "masz coś [nowego]?" skierowanym do współpracowników) --> powrót do domu --> sen. Nie widać (poza paroma wyjątkami) tego, w jaki sposób działa on praktycznie, czyli rozmawia ze świadkami, odwiedza miejsca zbrodni, zbiera dane i użyteczne informacje. Na domiar złego prawie przez całą książkę Pruskiej śledztwo w sprawie seryjnego mordercy, którym, jak można się domyślić już po przeczytaniu jej pierwszej strony, jest tytułowy literat, stoi w miejscu. Nieudolni śledczy, którzy potrafią prowadzić między sobą nawet kilkustronicowe dialogi, często kierują się intuicją, przypuszczeniami i bazują na przydatnych informacjach, które od czasu do czasu spadają im prosto z nieba. Z taką formą pracy policji jeszcze nigdzie się nie spotkałam - doprawdy niewiarygodna!

Przyjrzę się teraz bliżej postaciom wykreowanym przez Pruską. Zacznę może od spostrzeżenia, że autorka ma jakieś dziwne upodobanie w postaci nadawania bohaterom nietypowych nazwisk ujmujących powagi utworowi, który przecież nie jest komedią przygodową - nadkomisarz Barnaba Uszkier, sierżant Gołąb, aspirant Jadlina (nieustannie kojarzący mi się z padliną), podkomisarz Faja, ofiara Angelika Mięsko... Co gorsza, sama gubi się w tych nazwiskach i je przekręca (chyba że jest to wina osoby odpowiedzialnej za korektę) - Angelika Mięsko zmienia się od czasu do czasu w Agatę, z kolei inna ofiara Literata, Hieronim Burczak, występuje również pod nazwiskiem Burczyk. Ogólną charakterystykę postaci pojawiających się w "Literacie" zamknęłabym w jednym słowie - bezbarwni. Pisarka w paru zdaniach naświetla osobowość każdego z gdańskich policjantów - jak długo pracuje w zawodzie, co potrafi i co lubi. Nieco więcej uwagi poświęca Uszkierowi, ale i tak jego osoba wydaje się nijaka - lubi swoją pracę i kocha rodzinę: żonę (której obecność na stronicach powieści jest znikoma) i dwójkę synów, dziesięcioletniego Janka i dwunastoletniego Marka (którzy po szkole nie robią nic innego poza graniem w erpegi). Ach, bym zapomniała o ważnej rzeczy - Barnaba jest jasnowidzem. Tak, zgadza się, jasnowidzem - intuicyjnie przewidział bowiem wybrany przez seryjnego mordercę sposób popełnienia ostatniego morderstwa. Może nie byłoby to aż tak dziwne, gdyby nie fakt, iż Literat to psychol eksperymentujący z najrozmaitszymi metodami zadawania śmierci. I mógł wybrać jakąkolwiek z nich. No, ale najwyraźniej nie było mu dane uciec przed genialną intuicją Uszkiera.

Literat to beznadziejny przypadek psychicznego zabójcy zachowującego się jak walnięty dzieciak, którego bawi uśmiercanie ludzi na różne sposoby. O jego chaotycznych przemyśleniach na temat każdej zaplanowanej zbrodni można poczytać w książce - są one wyszczególnione kursywą. "Tyle jest wypadków. Ludzie giną w nich bez przerwy. Jakbym kogoś potrącił samochodem i udałoby mi się uciec z miejsca zbrodni, mogliby do mnie nie dojść. Nie i jeszcze raz nie! Żadnych przypadków! Świadkowie są wszędzie i mają oczy. To jak to zrobić? Najlepiej, jak bym uderzył go od przodu, pewnie by mu połamało kości miednicy, może kolana i piszczele.  A jak by wyleciał w powietrze, to byłby jeszcze bardziej porozwalany. Ciekawe, ile by żył po czymś takim? (...) Może mogę wybrać jakiś inny sposób? Mogę, czemu nie? Ale nie chcę! Chcę kogoś potrącić samochodem. Muszę spróbować, czy tak się uda kogoś zabić i nie zostać zauważonym. Nie będę miał bezpośredniego kontaktu z ofiarą. Ciekawe, jak to jest..."*. Dziwny gość, prawda? A dlaczego zabija? Niestety, nie było mi dane się tego dowiedzieć. Właściwie... wywnioskowałam, że robi to tak, o, po prostu - z ciekawości i dla frajdy. Jakiś czas temu wpadł na pewien chory pomysł i tak mu już zostało. Kompletnie to do mnie nie przemówiło. Zakończenie książki Pruskiej również bez szału.

Oj, pomarudziłam strasznie, no ale inaczej się nie dało. Obok tak poważnych wad powieści kryminalnej nie można przejść obojętnie. Nie twierdzę jednak, że jest ona beznadziejna. Udało mi się dobrnąć do jej końca i to całkiem sprawnie, to po pierwsze, po drugie - niektóre jej fragmenty (przykładowo nieliczne rozmowy policjantów ze świadkami czy praca w miarę kompetentnego patologa Widockiego) czytało mi się bardzo przyjemnie, a po trzecie - widać, że w Agnieszce Pruskiej drzemie jakiś potencjał. To samo można napisać o jej chęci pisania - z informacji zamieszczonej na tylnej okładce "Literata" jasno wynika, że w przyszłości być może powstanie kolejny utwór z Barnabą Uszkierem w roli głównej - ale dobrze by było, gdyby pisarka podreperowała swój warsztat, jeśli faktycznie zamierza pozostać przy kryminałach. Bo drugiej książki na poziomie "Literata" na pewno bym nie zniosła.

*s.152-153 (pisownia oryginalna zachowana; proszę jednak zwrócić uwagę na zły zapis słów "jakby" i "jakbym")

Za egzemplarz recenzencki uprzejmie dziękuję wydawnictwu Oficynka.
Recenzja napisana dla portalu IRKA.

niedziela, 3 listopada 2013

"Plac dla dziewczynek" - Lena Oskarsson

Tytuł oryginału: "Flickornas torg".
Tłumacz: Zygfryd Radzki.
Wydawnictwo: Czarna Owca, 2012.
Liczba stron: 388.
Rozpoczęcie lektury: 02.09.2013.
Zakończenie lektury: 03.09.2013.
Moja ocena: 5/10.

Kim jest Lena Oskarsson, nie będę wnikać - Szwedka czy Polka, ona czy on, istnieje czy też nie - ważne jest, że pod tym nazwiskiem (a raczej pseudonimem) zostały napisane dwie książki z gatunku thrillera, "Plac dla dziewczynek" oraz "Czarne tango", których akcja toczy się w Szwecji. Pierwszej z nich przyjrzę się bliżej w niniejszej opinii.

W uroczym miasteczku położonym nad jeziorem Skiresjon brutalnie zamordowano szanowaną i na ogół lubianą Karin Frostenson. Zbrodnia stawia na nogi policję i okolicznych mieszkańców, ale śledztwo w jej sprawie niemalże utyka w martwym punkcie. Na prośbę męża zabitej kobiety prywatne dochodzenie wszczyna imigrantka z Polski, Zuza Wolny. Pomimo silnej tęsknoty za chorym bratem i potężnego pragnienia miłości, udaje jej się przeniknąć do pełnego sekretów świata jej sąsiadów i znajomych, ale czy to wystarczy, by schwytać mordercę?

Już od pierwszych stron "Plac dla dziewczynek" mnie zafascynował. A stało się tak za sprawą niebanalnego autorskiego operowania językiem. Jest on niezwykle ciekawy, dokładny, tam, gdzie trzeba surowy, oschły, a gdzie indziej znowu budujący napięcie. Dlatego absolutnie nie zraziły mnie początkowe rozdziały, w których pewna lolitka wdzięczy się do dojrzałego mężczyzny robiącego jej "z ukrycia" fotografie, który być może jest jakimś zboczeńcem albo ojcem nastolatki, albo jednym i drugim, kto to wie? Odpowiedzi należy szukać w dalszej części fabuły książki - ja w każdym bądź razie tak zrobiłam. Zatapiając się w lekturze tego kryminału, poznawałam kolejnych bohaterów, którzy po tym, jak popełniono zbrodnię na jednej z mieszkanek miasteczka, automatycznie stali się podejrzanymi o zamordowanie tej kobiety. Postaci przewijających się przez powieść jest mnóstwo, czego nie można napisać o dialogach. Autor/ka na ogół skupia się na intrygujących, dziwnych i tajemniczych opisach bohaterów. Wszystko byłoby fajnie i pięknie, gdyby nie fakt, że chyba każdy z nich ma bzika na punkcie erotyki i seksu. Jednym słowem - jest zboczony. Zamiast starać się jak najszybciej rozwiązać zagadkę śmierci Karin, ludzie borykają się z własnymi problemami, często właśnie natury erotycznej - a to mają jakieś obleśne zwyczaje, a to chętnie przelecieliby tego czy tamtego, a to znowu nie mogą przestać patrzeć na kobiece uda i wyobrażać sobie świńskich rzeczy. Z każdą kolejną stroną takich "perełek" w tekście jest coraz więcej, a co za tym idzie, odbiorca wyzbywa się pozytywnych uczuć (jeśli takowe istniały wcześniej) żywionych względem poszczególnych postaci.

Pozytywnych elementów w "Placu dla dziewczynek" jest niewiele. Całość bowiem sprawia wrażenie ponurej, przygnębiającej, od czasu do czasu także niesmacznej, ale mimo to całkiem interesującej, w końcu podstawowym celem czytelnika jest poznanie tożsamości przestępcy i motywów jego zbrodniczych działań. Śledztwo w tej sprawie jako tako się toczy, są przesłuchania, wychodzą na jaw zasługujące na uwagę policji i polskiej detektyw-amatorki, a także to, czego nie mogłoby zabraknąć w kryminale, czyli nawiązania do istotnych dla czasów obecnych wydarzeń z przeszłości. Mimo wszelkich niedoskonałości więc książkę czyta się dobrze i raczej nie można się na niej nudzić.

Ale im bliżej końca, tym więcej minusów można wyłapać. W tekście pojawiają się powtórzenia - przede wszystkim w opisach wyglądu pewnych bohaterów. Co jeszcze rzuca się w oczy, to "zamiłowanie" autora/ki do słowa "nabrzmiały" - w utworze niemalże co druga osoba ma nabrzmiałą twarz albo nabrzmiałe oczy. No i najważniejsza rzecz wśród negatywnych elementów powieści - jej zakończenie. Jest ono słabe, nieprzekonywujące i wręcz rozczarowujące. Ostrzegam - tożsamość mordercy jest nie do odgadnięcia. Głowiłam się przez całą lekturę, wymyślałam potencjalne motywy zbrodni, wiążąc je z ewentualnymi podejrzanymi, i figa z makiem z moich wysiłków wyszła. Jakby tego było mało, po zakończeniu czytania "Placu dla dziewczynek" czułam niedosyt - nie wszystko zostało wyjaśnione, kilka pytań, które wcześniej ułożyły się w mojej głowie, pozostało bez odpowiedzi. Szkoda.

Wielka szkoda, bo zapowiadało się naprawdę dobrze. Nie da się ukryć, że Lena Oskarsson jakiś tam potencjał posiada. Jeśli książka faktycznie jest polskiego autorstwa, muszę przyznać, że wyróżnia się na tle naszych rodzimych kryminałów, głównie ze względu na styl pisarski autora/ki i jej/go umiejętność budowania akcji poza Polską. Kto wie, może aktualnie przebywa w Szwecji albo zna od deski do deski literaturę skandynawską? Podsumowując, "Plac dla dziewczynek" to nie najgorsza, ale jedna ze słabszych pozycji wchodzących w skład Czarnej Serii wydawnictwa Czarna Owca. Czy przeczytam kolejną powieść Oskarsson, jaką jest "Czarne tango"? Być może - z ciekawości, czy pisarz/ka choć trochę udoskonalił/a swój styl i umiejętność niezbaczania z głównego wątku fabuły.

poniedziałek, 28 października 2013

"Karuzela samobójczyń" - S.J. Bolton

Tytuł oryginału: "Dead Scared".
Tłumacz: Agnieszka Kabala.
Wydawnictwo: Amber, 2013.
Liczba stron: 416.
Oprawa: miękka ze skrzydełkami.
Rozpoczęcie lektury: 01.08.2013.
Zakończenie lektury: 01.08.2013.
Moja ocena: 9/10.

S.J. (Sharon) Bolton to pochodząca z małego miasteczka Chiltern Hills w hrabstwie Oxfordshire powieściopisarka specjalizująca się w thrillerach. Jest autorką siedmiu książek, z których jedna, "Awakening", zdobyła w 2010 roku nagrodę Mary Higgins Clark. Do tej pory w Polsce ukazały się trzy jej pozycje, z niespełna trzydziestoletnią policjantką w roli głównej.

Wydawnictwo Amber nie zawiodło mnie, wypuszczając na rynek kolejną powieść tej pisarki, czyli "Karuzelę samobójczyń". Po świetnych "Ulubionych rzeczach" z niecierpliwością jej wyczekiwałam. Czy okazała się tak dobra, jak jej poprzedniczka? Z jakiego rodzaju potworami ludzkimi musi zmierzyć się Lacey Flint tym razem? Napiszę krótko - zdecydowanie warto sięgnąć po ten kryminał.

Kilka miesięcy po przerażającym śledztwie związanym z naśladowcą Kuby Rozpruwacza inspektor Mark Joesbury prosi Lacey o przyłączenie się jej do pewnej sprawy w charakterze pilnej obserwatorki. Udając nową studentkę Uniwersytetu Cambridge, Laurę Farrow, policjantka ma za zadanie przyjrzeć się bliżej studenckiej społeczności, a w szczególności okolicznościom, jakie mogły i mogą nadal sprzyjać samobójczyniom, także tym potencjalnym. Wraz z psycholog, Evi Oliver, Flint odkrywa, że w ostatnich kilku latach liczba wieszających, topiących i trujących się studentów, a zwłaszcza studentek, drastycznie wzrosła. Dlaczego ci młodzi ludzie decydują się na takie kroki? Czy ich decyzje mają podłoże tylko i wyłącznie psychiczne? Lacey ma nadzieję dowiedzieć się czegoś więcej na ten temat od jednej z niedoszłych samobójczyń, Bryony, która całkiem niedawno usiłowała dokonać... samospalenia. Niezwykle odważna, nie ma jednak pojęcia, po jak bardzo cienkim lodzie zaczęła stąpać, włączając się do śledztwa. Zło bowiem czai się na każdym - nie tylko jej - kroku.

Brzmi intrygująco, prawda? Napiszę więcej - od "Karuzeli samobójczyń" nie sposób się oderwać! Akcja utworu toczy się w czasach współczesnych, w ciągu zaledwie kilku dni drugiej połowy mroźnego i śnieżnego stycznia. Już sama pogoda w nim panująca sprawia, że tę książkę aż pragnie się czytać w ciepłym łóżku lub fotelu, pod kocem, a jeśli dodać do tego ponury, wręcz straszny ogólny klimat powieści, wniosek nasuwa się jeden - najlepiej darować sobie jej lekturę w nocy. Tak, ów klimat jest niesamowity - niepewność, strach i okrucieństwo dosłownie wiszą w powietrzu w każdym zakątku Cambridge, a mimo to czytelnik - jak zahipnotyzowany - posłusznie podąża śladami głównej bohaterki, która z każdą kolejną godziną spędzoną w okolicach uczelni odkrywa coraz to bardziej fascynujące i, rzecz jasna, szokujące fakty dotyczące zgonów wśród studentów. Żeby było jeszcze ciekawiej, od czasu do czasu w kryminale pojawiają się rozdziały, których treść nawiązuje do wydarzeń sprzed kilkunastu lat, które jeszcze bardziej mącą w głowie odbiorcy i skłaniają go do zadawania kolejnych pytań, a które, jak łatwo się domyślić, w jakiś sposób łączą się z rzeczywistością, z jaką przyszło się zmierzyć nieustraszonej Lacey Flint.

Bolton odznacza się niebywałą wyobraźnią. Naczytałam się sporo thrillerów i czytam je nadal dość często, ale z pewnym przekonaniem, że rzadko który jest lub będzie w stanie mnie porządnie zaskoczyć, znokautować. "Karuzela samobójczyń" była właśnie tym rzadko spotykanym wyjątkiem, który wchłonął mnie w swe pełne grozy i nieobliczalności czeluści już na pierwszej swej stronie, a wypuścił z nich dopiero na ostatniej. Fantastyczne i oryginalne pomysły autorki na ubranie poszczególnych elementów fabuły sprawiają, że nie sposób nudzić się podczas ich zgłębiania, a głowa po prostu puchnie od nadmiaru zbieranych informacji, formułowanych pytań i spostrzeżeń. Wnikliwa lektura książki pozwala bowiem od czasu do czasu na wysnucie trafnych przypuszczeń, co jeszcze bardziej nakręca czytelnika i zachęca go do jak najszybszego dobrnięcia do finału tej obfitującej w tragicznie zdarzenia historii.

Ów kryminał to nie lada gratka dla miłośników psychologii, której wszędzie pełno - na uniwersyteckich wykładach, w pracy policji i psychologów, no i oczywiście w umysłach bohaterów. Mamy do czynienia z borykającą się z demonami z przeszłości i nieokreślonymi uczuciami żywionymi do Marka Joesbury'ego Lacey (to samo można napisać o Joesburym, który wręcz nie może żyć bez swej uroczej podwładnej), obawiającą się tajemniczego prześladowcy psycholog Evi Oliver, a także wszelkimi ofiarami własnych umysłów (czy aby na pewno?), które zakończyły swój żywot z tylko im znanych (jak na razie) powodów.

Jeśli chodzi o niewielkie minusy powieści, jakich się dopatrzyłam, to po pierwsze - błąd w tekście, który sugeruje, że Bryony miała amputowaną raz lewą, a raz prawą rękę. Po drugie, do pełni szczęścia zabrakło mi zakończenia, w którym pisarka wyjaśniłaby, jak potoczyły się dalsze losy kilku postaci, między innymi współlokatorki Lacey (Laury) z akademika i lekarza, Nicka Bella. Być może parę słów na ten temat znajdzie się w kolejnym kryminale S.J. Bolton, kto wie? Jedno jest pewne - po "Zagubionych" sięgnę z całą pewnością i nadzieją na równie fascynującą i pełną napięcia przygodę z posterunkową Flint, jaką przeżyłam w trakcie czytania "Karuzeli samobójczyń". Już nie mogę się jej doczekać!

Za egzemplarz recenzencki uprzejmie dziękuję portalowi IRKA.
Recenzja napisana dla portalu IRKA.

sobota, 19 października 2013

"Ukarać zbrodnię" - Erica Spindler

Tytuł oryginału: "All Fall Down".
Tłumacz: Klarysa Słowiczanka.
Wydawnictwo: Mira, 2013.
Liczba stron: 480.
Oprawa: miękka.
Rozpoczęcie lektury: 03.07.2013.
Zakończenie lektury: 04.07.2013.
Moja ocena: 7/10.

Erica Spindler to urodzona w 1957 roku amerykańska pisarka thrillerów i romansów. Miała zostać malarką, zdobyła nawet tytuł magistra sztuk pięknych na Uniwersytecie w Nowym Orleanie, ale jej kariera potoczyła się w zupełnie innym kierunku. Pisać zaczęła w 1982 roku, a skłoniła ją do tego przeczytana podczas walki z przeziębieniem książka. Dziś jest autorką i współautorką w sumie dwudziestu dwóch powieści (najnowsza z nich nosi tytuł "Justice for Sara") i laureatką takich nagród literackich, jak Kiss of Death Award, Listen Up Award oraz RITA Award.

Niewielkie miasteczko Charlotte w Karolinie Północnej. Z każdym kolejnym dniem miejscowa policja utwierdza się w przekonaniu, iż grasuje tutaj seryjny morderca. Po kilku, wydawać by się mogło, przypadkowych zgonach równie przypadkowych mężczyzn porucznik Melanie May odkrywa, że ich śmierć została dokładnie zaplanowana przez pewną osobę. Ale kim ta osoba jest? Kiedy na jaw wychodzą brudne fakty z życia każdej z ofiar, które, wygląda na to, że lubiły wcielać się w role damskich bokserów, zabójca zyskuje przydomek Mrocznego Anioła walczącego z przemocą i niesprawiedliwością. Niektórym owo "likwidowanie" niegodnych wręcz życia ludzi jest na rękę, ale coś takiego, jak samosąd, jest również przestępstwem i nie powinno mieć w ogóle miejsca. Melanie wraz z profilerem FBI, Connorem Parksem, robi wszystko, by rozszyfrować tożsamość Mrocznego Anioła, choć prócz obowiązków zawodowych ma jeszcze na głowie kilkuletniego synka, problemy z byłym mężem i dwiema siostrami, z którymi łączy ją nie tylko uczucie miłości, ale i niedająca o sobie zapomnieć okrutna przeszłość.

"Ukarać zbrodnię" to kryminał na przyzwoitym poziomie, ale uważam, że Spindler stać na jeszcze lepsze powieści - zetknęłam się już z takimi dużo wcześniej. Nadal jednak lubię jej twórczość. Autorka za każdym razem mnie zaskakuje, tematykę dla swych utworów dobiera tak, by uniknąć powtórzeń i podobieństw, potrafi budować napięcie i wykazuje się dużym sprytem przy tworzeniu zakończeń poszczególnych historii. Także koniec omawianego właśnie przeze mnie thrillera jest nieźle pokręcony, ale, co najważniejsze, sensowny. Jakiegoś wielkiego "bum!" jednak nie można oczekiwać, bowiem z fabuły wyłania się niewielka ilość podejrzanych, którzy mogliby kryć się za osobą Mrocznego Anioła. Dokładnie są to "aż" trzy postaci. W dalszej części książki pozostają zaledwie dwie. Ale żeby było nieco schematycznie, w powieści nie mogło zabraknąć wątku romansu - rozkwita on powoli między Melanie i Connorem, rzecz jasna, ale nie jest całkiem niepotrzebny i w ogóle nie przeszkadza w odbiorze całości.

Przyjrzę się teraz bliżej konkretnym tematom poruszanym w kryminale Spindler, a muszę przyznać, że zasługują one na uwagę i dają do myślenia. Pierwszym z nich jest rodzina i relacje panujące między jej członkami. Autorka skupia się tutaj na problemach godzenia pracy policjantki z życiem rodzinnym, w tym opieką nad małoletnim dzieckiem, oraz walką z kwestionowaniem przez byłego męża metod wychowawczych stosowanych przez Melanie wobec synka. Cały czas kibicowałam bohaterce pomyślnego zakończenia wszystkich tych spraw, łącznie z poprawą jej stosunków z siostrami, co stanowi jakby długi człon wyodrębnionej przeze mnie tematyki rodzinnej książki. Melanie ma dwie siostry - Mię, ofiarę brutalności własnego męża, przy którym trzyma ją jego bogactwo, oraz Ashley, niepotrafiącą zaufać żadnemu mężczyźnie z powodu tego, co spotkało ją w odległej przeszłości. Właściwie wszystkie siostry łączy ta przeszłość, bolesne wspomnienia, które w obecnych czasach rzucają inne światło na każdą z nich, sprawiają, że kobiety zwierzają się ze swych mrocznych sekretów i obaw, próbują zrozumieć siebie nawzajem i naprawić popełnione niegdyś błędy, niektóre nieświadome, ale tragiczne w skutkach. Spindler wykreowała naprawdę świetne bohaterki - każdy fragment z udziałem Mii lub Ashley czytałam z wypiekami na twarzy. Aby i dla Ciebie, drogi czytelniku, lektura była równie fascynująca, nie zdradzę nic więcej na temat sióstr i ich przeszłości.

O kwestii przemocy wobec kobiet nie będę się rozpisywać, zaznaczę tylko, że gdybym miała możliwość bezkarnego znęcania się nad mężczyznami - a raczej tchórzami, gnidami i różnego pokroju psycholami - molestującymi i poniewierającymi dziewczynki, nastolatki czy dorosłe kobiety, o których jest mowa w powieści "Ukarać zbrodnię", zrobiłabym to z dziką rozkoszą. Czy tacy ludzie powinni chodzić po tym świecie?

Przeczącą odpowiedź na to pytanie bierze sobie głęboko do serca Mroczny Anioł. Za cel obiera sobie wyeliminowanie (na stałe, ma się rozumieć) wszelkich znanych mu brutali i gwałcicieli, sprytnie ukrywających swe tożsamości przed resztą świata, przez co jakakolwiek kara nie ma szans ich dosięgnąć. Morderca dokonuje samosądów, sam wymierza sprawiedliwość, zabija, oczyszcza świat z nędznych kreatur, którymi gardzi. Oczywiście, niezależnie od jego intencji, postępuje źle. Bardzo źle. Zabicie człowieka to jednak zabicie człowieka i nic (przy pominięciu sytuacji zagrożenia życia czy samoobrony) nie jest w stanie usprawiedliwić tego czynu. Potrafię sobie wyobrazić - ale tylko wyobrazić - przeogromną złość człowieka, którego dotyka śmierć lub bolesna krzywda wyrządzona przez kogoś jego bliskiej osobie, przez kogoś, kogo nie spotyka żadna kara lub jest to kara niedostateczna i nieważne, że postanowiona przez sąd. Człowiek ma ochotę się zemścić. Nawet zabić. Ale, do licha, czy zabicie np. mordercy córki przywróci jej życie? Nie. Wręcz przeciwnie - narobi jeszcze więcej kłopotów z prawem i nie tylko, przykrości i bólu zarówno ojcu, jak i wszelkim jego krewnym i przyjaciołom wiążącym z nim jakieś nadzieje. Naczytałam się i naoglądałam - szczególnie w filmach i serialach kryminalnych - różnych przypadków związanych z samosądami właśnie i za każdym razem owo "zjawisko" niejako wytrącało mnie z równowagi. Nie da się przejść obojętnie obok tego zagadnienia.

Nie da się też przejść obojętnie obok thrillera Eriki Spindler, "Ukarać zbrodnię", który już od pierwszych stron zasiewa w umyśle czytelnika ziarno niepokoju, później nadal niepokoi, trzyma w niepewności, próbując od czasu do czasu nieco rozluźnić napiętą atmosferę, co do łatwych zadań nie należy, by na końcu pozwolić odbiorcy na niewielką dawkę zaskoczenia i dużo większą - ulgi. Doskonała lektura na jedną, dwie bezsenne noce. Polecam.

Za egzemplarz recenzencki uprzejmie dziękuję wydawnictwu Mira.
Recenzja napisana dla portalu IRKA.

sobota, 12 października 2013

"Powrót" - Håkan Nesser

Tytuł oryginału: "Återkomsten".
Tłumacz: Elżbieta Ptaszyńska-Sadowska.
Wydawnictwo: Czarna Owca, 2013.
Liczba stron: 336.
Oprawa: miękka.
Rozpoczęcie lektury: 06.06.2013.
Zakończenie lektury: 08.06.2013.
Moja ocena: 6/10.

Håkan Nesser jest jednym z najpopularniejszych szwedzkich pisarzy, twórcą kryminałów. Niegdyś pracował jako nauczyciel gimnazjalny. Zadebiutował w 1988 roku powieścią "Koreografen". Dwie najbardziej znane postaci przez niego wykreowane to Van Veeteren oraz Gunnar Barbarotti. Z tym pierwszym powstało aż dziesięć utworów. Część z nich została zekranizowana. Nesser trzykrotnie otrzymał nagrodę za najlepszy szwedzki kryminał, a jego książki przetłumaczono na ponad dwadzieścia języków.

"Powrót" jest trzecią - po "Nieszczelnej sieci" i "Punkcie Borkmanna" - powieścią z serii kryminalnej o mrukliwym, acz sprytnym komisarzu Van Veeterenie i jego policyjnych towarzyszy. Tym razem, oprócz tradycyjnego śledztwa w sprawie morderstwa, komisarz musi zmierzyć się również z innym demonem śmierci, a mianowicie nowotworem tkwiącym w jego ciele. Czy uda mu się połączyć obie niecierpiące zwłoki sprawy?

W 1962 roku zostaje zamordowana Beatrice Holden. W 1981 roku - kolejna kobieta, Marlene Nietsch. Sprawca, po dwóch dwunastoletnich odsiadkach, ponownie wychodzi na wolność. W 1994 roku kilkuletnia dziewczynka natyka się w lesie na owinięte w dywan bezgłowe zwłoki mężczyzny. Brakuje im również dłoni i stóp. Kim jest ofiara? Jak długo spoczywała w leśnym rowie? Dlaczego została pozbawiona takich, a nie innych części ciała? Czy to zabójstwo ma jakiś związek z tymi sprzed lat? Jeszcze przed operacją wycięcia kawałka jelita grubego, w którym zagnieździł się rak, Van Veeteren i jego młodsi koledzy po fachu próbują dowiedzieć się czegoś istotnego na temat zamordowanego, ale ich praca nie przynosi dobrych rezultatów. Dopiero w momencie, gdy komisarz idzie pod nóż, sprawy przybierają nieoczekiwany obrót - rodzą się przypuszczenia odnośnie tego, kim może być zabity mężczyzna, a na dodatek wychodzą na jaw nieprzyjemne zdarzenia z jego przeszłości. Co na to wszystko powie Van Veeteren, gdy ocknie się po operacji?

Owa operacja, całe to ciche zmaganie się starego policjanta z nowotworem, to ciekawy wątek obyczajowy, który wyróżnia "Powrót" na tle poprzednich tomów serii. Dzięki niemu wyłania się zupełnie inny obraz Van Veeterena. Zazwyczaj chłodny, zgorzkniały i gburowaty, w obliczu trudnej sytuacji zdrowotnej traci całą odwagę, jest przerażony, boi się śmierci, zdaje sobie sprawę z kruchości ludzkiego życia, życia nawet tak twardego człowieka, jakim jest on sam. I mimo że czytelnik doskonale wie, że operacja komisarza się powiedzie (w końcu "Powrót" nie jest ostatnią powieścią z jego udziałem), potrafi wykrzesać z siebie nieco współczucia dla jego osoby. To nawet miłe i ciekawe, acz krótkotrwałe doświadczenie, bowiem już wracając do zdrowia, Van Veeteren natychmiast staje się znów zrzędzącym gliną, oczywiście skutecznie, choć czasem niekonwencjonalnie, wykonując swoją pracę.

Oprócz tego pięćdziesięciosiedmioletniego policjanta w książce przewijają się też inni - aspiranci i inspektorzy, tacy jak Münster, Rooth, Reinhart, Jung czy Moreno. Każdy z nich ciągnie za sobą jakiś fragment życia prywatnego, na które żali się w miejscu pracy. Ci ludzie na ogół sprawiają wrażenie wiecznie niezadowolonych, nieszczęśliwych, ponurych, ale od czasu do czasu są w stanie wydusić z siebie nieco dobrego, podszytego ironią i ciekawymi powiedzonkami humoru, dzięki czemu także czytelnik może przywołać na swą twarz niewielki uśmiech.

Ów humor jest widoczny oczywiście głównie w dialogach poszczególnych postaci, a w tekście jest ich sporo. Sporo jest też nazw miejscowości belgijskich lub holenderskich, w których dzieje się akcja i które chyba w większości, jeśli nie wszystkie, są fikcyjne, mnóstwo jest nazwisk wyskakujących ni skąd, ni zowąd w trakcie przesłuchań policji w sprawie morderstwa - niemal w każdym rozdziale (a są one bardzo krótkie) autor serwuje odbiorcy jakiegoś nowego podejrzanego czy świadka, w wyniku czego można nieźle się pogubić, dopasowując daną ostać do nazwiska czy odwrotnie przy składaniu do kupy ostatecznej wersji tej kryminalnej historii "Powrotu". Od razu zaznaczę, że ów zabieg do prostych nie należy. Ogólny pomysł na fabułę utworu przypadł mi do gustu, ale główna zagadka do rozwiązania dla czytelnika pod tytułem "Kto zabił?" jest bardzo trudna. Nesser bowiem udziela zbyt mało wskazówek ułatwiających wytypowanie głównego sprawcy. Ale kto wie, może tak właśnie miało być? Ja jednak w przypadku kryminałów wolę trochę pogłówkować i cieszyć się z ewentualnego trafnego wskazania tego "złego charakteru". W przypadku tej powieści absolutnie nie było mi to dane.

Ale generalnie czytało mi się ją dobrze - szybko, płynnie i z dużym zainteresowaniem. Do zwięzłego stylu Nessera już przywykłam. Lubię to, że serwuje on czytelnikowi konkrety, pisze bez owijania w bawełnę, takim nieco surowym i wypranym z emocji językiem. We znaki dają się natomiast dłuższe opisy mające charakter przemyśleń głównych bohaterów, z których większość przybiera formę pytań. Owszem, mogą one być nieco męczące, szczególnie w dużej ilości, ale z drugiej strony, czytając książkę, wyobrażam sobie, że te pytania są skierowane również do mnie, co pozwala mi na stawianie trafnych lu nie hipotez dotyczących dalszego przebiegu akcji.

Głównie ze względu na tę niełatwą zagadkę, o której pisałam powyżej, "Powrót" oceniłam troszkę niżej aniżeli "Punkt Borkmanna". Lektura każdego tomu z serii o Van Veeterenie jednak jest dla mnie ciekawym doświadczeniem - w końcu ich akcja toczy się w latach dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku, a niektóre wydarzenia sięgają jeszcze dalej - i przyjemnie spędzonym czasem; w żadnym wypadku nie uznałabym go za stracony. Mam wielką nadzieję, że wkrótce uda mi się dostać w swoje ręce kolejny utwór Håkana Nessera, jakim jest "Kobieta ze znamieniem". Jego tytuł brzmi interesująco!

Za egzemplarz recenzencki uprzejmie dziękuję wydawnictwu Czarna Owca.

sobota, 21 września 2013

"Śmiertelnie poważna sprawa" - Ryszard Ćwirlej

Wydawnictwo: Zysk i S-ka, 2013.
Liczba stron: 472.
Oprawa: miękka ze skrzydełkami.
Rozpoczęcie lektury: 23.04.2013.
Zakończenie lektury: 24.04.2013.
Moja ocena: 8/10.

Ryszard Ćwirlej to urodzony w 1964 roku pisarz i dziennikarz telewizyjny. Absolwent socjologii na Uniwersytecie Śląskim w Katowicach, w latach dziewięćdziesiątych pracował w tamtejszym oddziale TVP, natomiast w okresie 1997-2010 - w TVP Poznań. Był reporterem, wydawcą, producentem, a później szefem redakcji "Teleskopu". Od 2011 roku pełni funkcję Zastępcy Redaktora Naczelnego w poznańskim Radiu Merkury. Z jego dzieł pisanych najbardziej znany jest cykl książek o milicjantach z Poznania, których akcja toczy się w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku.

Kryminał osadzony w czasach dla mnie nieco odległych - kilka lat przed moimi narodzinami - był dla mnie czymś zupełnie nowym, na swój sposób "świeżym" wśród współczesnych powieści sensacyjnych, jakie zazwyczaj czytuję. Ale nie miałam żadnych oporów przez sięgnięciem po "Śmiertelnie poważną sprawę", gdyż na pierwszy plan wysunęła się tutaj moja wielka ciekawość. Pomyślałam sobie, że czemu nie, chętnie poznam trochę szerzej uroki PRL-owskiej rzeczywistości, którą dotąd kojarzyłam głównie z opowieści rodziców, co ważniejsze - rzeczywistości ulokowanej w okolicach mojego obecnego miejsca zamieszkania. Akcję tej książki bowiem Ćwirlej osadził w Poznaniu i Grodzisku Wielkopolskim, a mniej więcej w połowie drogi pomiędzy tymi miastami leży Stęszew, w którym mieszka moja skromna osoba.

Grodzisk Wielkopolski, wiosna 1983 roku. Dość sponiewierane ciało martwej nastoletniej Andżeliki zostaje znalezione przy jednej z miejscowych dróg. Śledztwo w sprawie tego morderstwa spada na niedoświadczonego podporucznika Andrzeja Wieczerzaka. Kiedy władze dochodzą do wniosku, że dziewczyna nie tylko została potrącona przez malucha w kolorze yellow bahama, gdy jechała na rowerze, ale też była torturowana, a pierwszy podejrzany o dokonanie powyższych zbrodni osobnik zaczyna być z każdym kolejnym dniem coraz mniej podejrzany, do sprawy przyłącza się Komenda Wojewódzka Milicji Obywatelskiej z Poznania z chorążym Teofilem Olkiewiczem i podporucznikiem Mirosławem Brodziakiem na czele. Wykonywane przez nich obowiązki są jednak dalekie od ideału i nieźle mieszają w życiu mieszkańców spokojnego dotąd Grodziska Wielkopolskiego, zwłaszcza tych wysoko postawionych...

Pragnę od razu zaznaczyć, że czytelnik liczący na obecny na każdej stronie powieści rozlew krwi i ogrom brutalności może zawieść się na "Śmiertelnie poważnej sprawie". Kryminał ten znacznie odbiega od tych współczesnych, nasączonych psychologicznymi pobudkami morderców i wyszukanymi metodami zabijania, skupia się bowiem na nieudolności pracy milicjantów, różnego rodzaju machlojkach nie tylko wśród przestępców wszelkiej maści, ale i ważnych person, nieugiętej władzy Służby Bezpieczeństwa, a także, co chyba najbardziej cieszy oko, na urokach PRL-owskiego życia. Język, jakim została napisana książka, jest swobodny i naszpikowany sprawiającą uciechę poznańską gwarą, w której można znaleźć takie perełki słowne, jak szczony, szuszfole, szkieły i kufajki.

Czytając ten utwór, nie mogłam się nadziwić, że powstał on w czasach współczesnych, a nie trzydzieści lat temu - tak dobrze Ćwirlej odzwierciedlił ówczesne realia. Realia, w których po żywność "na kartki" stało się godzinami w kolejkach przed sklepami, realia, w których polonez był uważany za superfurę, a milicjanci nie wylewali za kołnierz, zwłaszcza będąc na służbie. Pisarz umieścił akcję "Śmiertelnie poważnej sprawy" w dokładnie określonym czasie - na przełomie maja i czerwca 1983 roku, przywołując dodające wiarygodności powieści wydarzenie, jakim była druga pielgrzymka do Polski Jana Pawła II w dniach 16-23 czerwca, w tym 20 czerwca wizyta papieża w Poznaniu. Każdy rozdział kryminału został poprzedzony datą, dniem tygodnia i podzielony na godziny, w których ma miejsce opisana akcja. Widać, że autor przywiązał dużą wagę do powiązania fikcji literackiej z wydarzeniami, jakie miały miejsce naprawdę, ale popełnił mały błąd przy opatrywaniu nazwami dni tygodnia kilku majowych dat, podczas gdy te czerwcowe zostały uporządkowane już właściwie - według roku 1983.

Podsumowując, uważam, że "Śmiertelnie poważna sprawa" jest pozycją wartą przeczytania. Mimo iż jest dość obszerna, a milicyjne śledztwo mozolnie rozciąga się w czasie, rekompensują to budzące zarówno śmiech, jak i politowanie kreacje bohaterów, oraz ich gapiowate, a zarazem niepozbawione pomysłowości i sprytu zachowania. Nie jest też istotnym fakt, iż dość szybko można domyślić się, kto dopuścił się potwornych czynów wobec Bogu ducha winnej Andżeliki - przynajmniej ja bez większych problemów wytypowałam właściwego człowieka - bo książkę czyta się rewelacyjnie, chce się jeszcze i jeszcze. Ryszard Ćwirlej wykonał naprawdę dobrą robotę, powołując do życia ów kryminał. Zaciekawiła mnie jego twórczość i mam nadzieję, że "Śmiertelnie poważna sprawa" nie była moim pierwszym i ostatnim spotkaniem z nią. Gorąco polecam.

Za egzemplarz recenzencki uprzejmie dziękuję wydawnictwu Zysk i S-ka.
Recenzja napisana dla portalu IRKA.

sobota, 27 kwietnia 2013

"Prędkość" - Dean Koontz

Tytuł oryginału: "Velocity".
Tłumacz: Andrzej Szulc.
Wydawnictwo: Albatros, 2007.
Liczba stron: 400.
Wydawnictwo: Albatros, 2013.
Czas trwania: 13h 36min 14s.
Lektor: Wiktor Zborowski.
Rozpoczęcie lektury: 05.04.2013.
Zakończenie lektury: 12.04.2013.
Moja ocena: 8/10.

Dean Koontz należy do najbardziej poczytnych amerykańskich mistrzów fikcji literackiej. Jego utwory to przeważnie pełne grozy i elementów science-fiction horrory i thrillery, dlatego często porównuje się je do powieści Stephena Kinga czy Harlana Cobena. Ich liczba sięgnęła już kilkudziesięciu i nadal rośnie. Wiele z nich doczekało się swego odpowiednika na wielkim ekranie.

"Prędkość" to jeden z nowszych utworów Koontza, bo pochodzący z 2005 roku, w dodatku jest to thriller, nie horror. Miałam okazję przeczytać go wcześniej - ponad dwa lata temu - i już wtedy wywarł on na mnie duże wrażenie. Pomyślałam sobie wówczas, że jeśli inne thrillery tego autora są równie dobre, będę mogła porzucić czytanie horrorów, za którymi nie przepadam, właśnie na korzyść tych pierwszych. Ale okazja do tego się nie nadarzyła. Do tej pory zdołałam zapoznać się z zaledwie jeszcze jednym thrillerem, o zabarwieniu fantastycznym, czyli "Aniołem stróżem", no a poza nim powieściami grozy, takimi jak "Oczy ciemności", "Złe miejsce" i "Smocze łzy". Po "Prędkość" tym razem sięgnęłam całkiem spontanicznie, gdy w moje ręce trafił audiobook czytany przez Wiktora Zborowskiego, którego głosu miałam już okazję posłuchać, chociażby w przypadku audioksiążki "Ciało" Tess Gerritsen. Praktycznie nie mam Zborowskiemu nic do zarzucenia poza tym, że mógłby on czytać tekst trochę szybciej, ale to, oczywiście, drobiazg. Czas na słuchaniu tego utworu Koontza spędziłam bardzo miło, a i dreszczyku emocji w tym wszystkim nie zabrakło, w końcu niewiele pamiętałam z fabuły "Prędkości", odkąd przeczytałam ją po raz pierwszy.

A tyczy się ona pewnego nieszczęśnika, Billy'ego Wilesa, niedoszłego pisarza pracującego jako barman. Dlaczego nieszczęśnika? Otóż o jego życiu nie da się powiedzieć, że jest idealne, szczęśliwe czy przyjemne. Już w dzieciństwie nie było ono łatwe, ale teraz, w okresie średniej dorosłości, dosłownie wszystko zaczyna się sypać. Po zakończeniu pracy pewnego dnia Billy znajduje za wycieraczką własnego samochodu liścik. Jego treść jest nieco niepokojąca, ale mężczyzna, za radą kolegi policjanta, bierze ją za głupi żart - bo kto przecież i dlaczego kazałby mu wybierać pomiędzy śmiercią ładnej jasnowłosej nauczycielki i staruszki zajmującej się działalnością charytatywną? Wkrótce jednak okazuje się, że popełnił błąd - nauczycielka zostaje znaleziona martwa. Czy tego chce, czy nie, Billy musi uwierzyć w to, co dzieje się naprawdę, i stawić czoła tajemniczemu szaleńcowi, który z jakiegoś - tylko jakiego? - powodu wciąga bohatera w misternie zaplanowaną, śmiertelną grę. Na jednym liście bowiem się nie kończy. Na domiar złego w niebezpieczeństwie znajduje się nie tylko sam Wiles, lecz również jego bliscy...

Uważam, że "Prędkość" ma w sobie wszystko to, co składa się na bardzo dobrą, wartą uwagi powieść sensacyjną - pomysłowo i porządnie skonstruowaną fabułę opierającą się na niebanalnym wątku głównym i rewelacyjnych wątkach pobocznych, nie do zastąpienia bohaterów - tego dobrego, Billy'ego, który próbuje walczyć z niesprawiedliwością losu, no i złego - totalnego psychopatę, którego tożsamość czytelnik poznaje dopiero pod koniec utworu, przeogromną dawkę budzącej grozę, niepewność i niedowierzanie akcji, no i zaskakujące zakończenie. Osoba czytająca tę książkę niemalże nie może sobie pozwolić na chwilę wytchnienia, podobnie jak główny bohater, który znajduje się w beznadziejnej sytuacji, a jego próby pokrzyżowania planów mordercy spełzają na niczym, ba, czasem ma się wrażenie, że przynoszą więcej szkody niż pożytku. Psychopata, zwany przez Wilesa Świrem, to przerażająco genialny człowiek. Czytelnik wraz z Billym pędzi na łeb i szyję, bezustannie zastanawiając się, o co tak naprawdę w tej szalonej grze chodzi, jaki jest jej sens i cel. W najistotniejszych momentach zadaje sobie pytania typu "co ja bym zrobił na miejscu Billy'ego?", ale niełatwo jest znaleźć na nie odpowiedzi.

A Ty? Co byś zrobił/a, gdybyś znalazł/a anonimowy list, w którym ktoś poprosiłby Cię o wskazanie jednej z dwóch osób, która ma zginąć, najprawdopodobniej z rąk nadawcy owego listu? Kontaktując się z policją, wskazujesz na pierwszą z tych osób, a nie reagując wcale - na drugą. Jak widać, masz wybór, ale żadna opcja nie będzie tą lepszą czy właściwszą. Nawet przez nicnierobienie dokonasz wyboru, choć może Ci się wydawać, że tak nie należałoby tego rozumieć. Wiadomo, życie każdego człowieka składa się z podejmowania decyzji, zarówno tych dobrych, jak i złych, ale Billy Wiles, będąc jeszcze dzieckiem, już musiał dokonywać takich wyborów, od których nawet dorośli, najbardziej doświadczone przez życie osoby wolałyby uciec, gdzie pieprz rośnie. Problemy z rodzicami, potem narzeczoną, no i nieugiętym i bezlitosnym prześladowcą sprawiły i sprawiają nadal, iż mężczyzna doskonale zdaje sobie sprawę ze znaczenia słowa "walka". Wie, co to znaczy walczyć o przetrwanie, walczyć o własne albo czyjeś życie. Wie też, że ma dla kogo żyć i walczyć i to chyba najbardziej czyni go tak wytrwałym człowiekiem. Portret psychologiczny Wilesa jest niezwykle interesujący. Odbiorca poznaje jego najskrytsze myśli i jest świadkiem wielkich przeobrażeń i zmian, jakie zachodzą w jego charakterze i filozofii życiowej. To pod pewnymi względami profesjonalista działający z zimną krwią. Billy'emu się kibicuje i życzy pomyślnego rozwiązania sprawy. Billy'ego się podziwia.

Czego już nie można napisać o bezwzględnym Świrze, autorze niepozornych liścików, zabójcy tak sprytnym i przebiegłym, że żadne słowa nie są w stanie tego opisać. Jest jeszcze kilka określeń, które nasuwają mi się na myśl, gdy chcę scharakteryzować tę postać i jej wymyślne poczynania, ale nie przytoczę ich tutaj, bo mogłyby one szybciej nakierować czytelnika w trakcie lektury na trop identyfikujący ją. Ale jedno jest pewne - przedwczesne odgadnięcie tożsamości mordercy nie należy do łatwych. Koontz zwodzi, manipuluje, przekonuje i nieźle miesza w głowie. W dodatku wprowadza do powieści intrygujące wątki poboczne, takie jak znajomość Billy'ego z koleżanką z pracy, która ma bzika na punkcie wróżb i przepowiedni, a także jego wielka miłość do prawie że nieosiągalnej kobiety, które urzekają swoją tajemniczością i lekko niepokojącą magią. I jak tu nie zachwycać się całokształtem utworu?

"Prędkość" to rewelacyjny thriller, który niejednokrotnie potrafi dosłownie zatkać czytelnika - czy to z wrażenia, czy też może przerażenia. Dla miłośników trzymających w napięciu książek akcji pozycja Deana Koontza jest jak znalazł. Zachęcam do jej lektury bardzo gorąco. Naprawdę warto.

Książka przeczytana w ramach Wyzwania z Półki.

czwartek, 25 kwietnia 2013

"Prawo krwi" - Tess Gerritsen

Tytuł oryginału: "Never Say Die".
Tłumacz: Maria Świderska.
Wydawnictwo: Mira, 2013.
Liczba stron: 304.
Oprawa: miękka.
Rozpoczęcie lektury: 06.04.2013.
Zakończenie lektury: 09.04.2013.
Moja ocena: 6/10.

Tess Gerritsen to amerykańska pisarka, z zawodu lekarz internista. Jej pierwsze powieści miały charakter romansu kryminalnego, dopiero od 1996 roku autorka zaczęła pisywać thrillery medyczne, dzięki którym zyskała ogromną popularność. Do tej pory napisała ponad dwadzieścia książek, które były i są nadal tłumaczone na wiele języków. Dla niektórych pisarzy Gerritsen stała się numerem jeden wśród autorów thrillerów medycznych.

"Prawo krwi", książka wydana przez wydawnictwo Mira, to kolejna powieść sensacyjna z romansem w tle. Od tego typu utworów właśnie Gerritsen zaczęła swoją karierę literacką w okolicach początków lat 90. Nie są to zatem jakieś wybitne pozycje, ale za to lekkie i jednocześnie niepozbawione dreszczyku emocji. Wprawdzie wcześniej czytałam tylko jeden romans kryminalny tej autorki, "Śladem zbrodni", to jestem skłonna wysnuć przypuszczenie, iż ten, jak i "Prawo krwi", a może także pozostałe książki z tego gatunku, reprezentuje pewien prosty schemat akcji - główna bohaterka chce rozwiązać jakąś podejrzaną sprawę, taką sprzed lat albo teraźniejszą, w którą nagle zostaje wplątana, nie podoba się to jednak pewnym osobom związanym w jakiś sposób z ową sprawą, a więc coś jest na rzeczy, bohaterka wkracza do świata pełnego niebezpieczeństw, a przed tymi właśnie niebezpieczeństwami chroni ją przypadkowo napotkany przystojny mężczyzna, z którym, jak można się domyślić, coś ją połączy. Kryminały "Śladem zbrodni" i "Prawo krwi" są do siebie bardzo podobne, w wyniku czego, czytając ten drugi, troszeczkę się rozczarowałam. Ale najważniejsze, że w czasie lektury się nie nudziłam i kilkakrotnie zostałam zaskoczona przebiegiem fabuły.

Willy Maitland obiecuje swej umierającej matce, że jeszcze przed jej śmiercią odkryje prawdę na temat rzekomej śmierci jej męża, Billa. Rzekomej, bo obie kobiety nie wierzą, że zginął on w katastrofie lotniczej podczas wojny w Wietnamie dwadzieścia lat temu. Samolot, którym Maitland przewoził rozmaite ładunki, owszem, rozbił się, ale ciała pilota nigdy nie znaleziono. Ktoś jednak zdołał ten wypadek przeżyć. Wyciekły informacje, że na pokładzie samolotu znajdował się ktoś jeszcze - cenny zakładnik? Co stało się z resztą przewożonego ładunku i co w ogóle się pod nim kryło? Willy wyrusza do Azji, by znaleźć odpowiedzi na dręczące ją przez lata pytania. Ale już na samym początku podróży zdaje sobie sprawę z tego, że jej poczynania nie przynoszą żadnego pozytywnego skutku, a co gorsza, zaczynają przeszkadzać pewnym wpływowym ludziom, którzy za wszelką cenę pragną chronić tajemnicę z przeszłości. Życie kobiety jest zagrożone, ale nie zamierza się ona poddawać. Nieoczekiwanie do jej poszukiwań przyłącza się Guy Barnard, antropolog pracujący na zlecenie armii. Ale czy tylko? Czy jego zamiary wobec Willy są szczere i pragnie on pomóc jej odnaleźć ojca? Czy jest on człowiekiem godnym zaufania? Kto w tym wszystkim jest przyjacielem, a kto wrogiem?

Lektura "Prawa krwi" mija w mgnieniu oka, bo książka nie jest obszerna, a ponadto tempo jej akcji jest niewiarygodnie szybkie. Bohaterowie przemieszczają się raz-dwa tu i tam, bo grozi im niebezpieczeństwo, od czasu do czasu trochę ze sobą pogadają, po czym znowu muszą uciekać przed złem, jednocześnie odkrywając coraz to nowsze i ciekawsze fakty dotyczące zdarzeń z wojny wietnamskiej. Liczba ofiar - zamierzonych i przypadkowych - z dnia na dzień wzrasta. Czytelnik ma wrażenie, że w tę tajemniczą sprawę, które spokój naruszyła Willy, jest zamieszanych zbyt wielu ludzi, a na dodatek cały czas nie wiadomo, kto tak naprawdę stoi za rozpowszechnianiem zagrożenia i dlaczego to robi. Może się wydawać, że wszelkie kwestie wojskowe pojawiające się w powieści będą przytłaczać, zamęczać lub będą niezrozumiałe, ale tak nie jest. Gerritsen pisze jasno, zwięźle i na temat, zahaczając tu i ówdzie o zagadkowe wydarzenia z przeszłości nie tylko poszukiwanego Billa Maitlanda, umiejętnie budując napięcie, tworząc sensowną całość z zaskakującym i dobrze wyjaśnionym zakończeniem.

Przez cały ten czas, gdy zgłębiałam tajniki "Prawa krwi", zżerała mnie ciekawość w sprawie śmierci - rzekomej lub nie - Maitlanda. Zagadka dotycząca tego, czy ów człowiek żyje, jest chyba najistotniejsza w tym kryminale, ważniejsza nawet od odkrycia tożsamości osoby, która stoi za wszystkimi atakami przemocy skierowanymi przeciwko bystrej i upartej Willy. Relacje między nią i Guyem również mnie zaintrygowały, bo tak naprawdę prawie do samego końca utworu nie miałam pewności co do intencji i uczciwości faceta. Czy moje obawy były słuszne? Sięgnij po "Prawo krwi", drogi czytelniku, a z całą pewnością się tego dowiesz.

Ciekawa to była lektura. Ciekawa przygoda z sensacją i romansem w rolach głównych, w sam raz na bezsenną noc i nudne popołudnia. Mimo że trochę przewidywalna, czytałam ją z przyjemnością i dużym zaangażowaniem. Myślę, że każdy fan prozy Tess Gerritsen po "Prawo krwi" prędzej czy później sięgnie, więc zachęcam do jego przeczytania miłośników lekkich kryminałów oraz miłośniczki literatury kobiecej, które nie boją się odnaleźć w książkach rozlewu krwi, a przy tym lubią zatracić się w miłosnych uniesieniach bohaterów.

Za egzemplarz recenzencki uprzejmie dziękuję wydawnictwu Mira.
Recenzja napisana dla portalu IRKA.

poniedziałek, 22 kwietnia 2013

"Śmierć mówi w moim imieniu" - Joe Alex

Wydawnictwo: Dolnośląskie, 2011.
Liczba stron: 152.
Wydawnictwo: Storybox.pl, 2011.
Czas trwania: 6h 4min 45s.
Lektor: Arkadiusz Bazak.
Rozpoczęcie lektury: 03.04.2013.
Zakończenie lektury: 04.04.2013.
Moja ocena: 7/10.

Joe Alex to pseudonim Macieja Słomczyńskiego, żyjącego w latach 1920-1998 pisarza i tłumacza. Debiutował wierszami wydrukowanymi w 1946 roku w łódzkim piśmie "Tydzień". W późniejszych latach pisywał powieści sensacyjne i kryminalne, był autorem scenariuszy filmowych, sztuk teatralnych oraz widowisk i audycji telewizyjnych. Jego kryminały zostały przetłumaczone na trzynaście języków. Jako jedyna osoba na świecie przełożył wszystkie dzieła Williama Szekspira. Był członkiem Stowarzyszenia Pisarzy Polskich, Rotary Club, Irish Institute i wiceprezesem stowarzyszenia "Fundacja Jamesa Joyce'a". W 1997 roku, postanowieniem prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego, został odznaczony w uznaniu wybitnych zasług dla kultury narodowej Krzyżem Komandorskim z Gwiazdą Orderu Odrodzenia Polski.

Joe Alex jest również postacią literacką, bohaterem pierwszoplanowym pojawiającym się w ośmiu powieściach kryminalnych napisanych przez Słomczyńskiego. "Śmierć mówi w moim imieniu" to druga książka z cyklu z jego udziałem, która po raz pierwszy została wydana w 1960 roku. Na jej podstawie powstał w 1972 roku spektakl Teatru Sensacji "Kobra" pod tytułem "Umarły zbiera oklaski", w reżyserii Andrzeja Zakrzewskiego. Ów kryminał Alexa, podobnie jak jego poprzedni, "Powiem wam, jak zginął", ukazuje zagadkową historię morderstwa dokonanego w ściśle określonym miejscu, a więc podejrzanych o dokonanie zbrodni nie ma przesadnie wielu.

Wbrew pozorom rozwiązanie zagadki nie jest proste. Ale może zacznę od początku. Joe Alex wraz z przyjaciółką, Karoliną Beacon, i przyjacielem, Benem Parkerem, policjantem ze Scotland Yardu, wybiera się do teatru na sztukę "Krzesła" Ionesco. Przyjemnie spędzony czas na oglądaniu rewelacyjnego i poruszającego przedstawienia szybko odchodzi w zapomnienie, gdy wkrótce po jego zakończeniu wychodzi na jaw brutalna prawda - aktor, Stefan Vincy, odgrywający główną rolę w spektaklu, rolę Starego, został zamordowany we własnej garderobie. Zabójca, dopuszczając się tego czynu, posłużył się niecodziennym sztyletem. Ben Parker wszczyna dochodzenie w tej sprawie, a do pomocy bierze Alexa, który jako pisarz powieści kryminalnych wie co nieco o przestępcach, zbrodniach i ich motywach. Krąg ewentualnych podejrzanych stanowi niewielka garstka osób pracujących w teatrze lub w jakiś sposób związanych z nim lub ofiarą, w tym między innymi reżyser, Henryk Darcy, aktorka, Ewa Faraday, oraz tajemnicza Angelica Dodd. Dość szybko jednak okazuje się, że każda z tych osób ma solidne alibi, w wyniku czego śledztwo utyka w martwym punkcie. Ale Joe i Ben nie mają zamiaru się poddać i dzięki własnym pokładom sprytu, inteligencji i niezawodnej intuicji pragną doprowadzić do tego, by morderca trafił za kratki.

Słomczyński, pisząc tę powieść, doskonale wiedział, jak zaintrygować czytelnika. Od momentu odkrycia przez głównych bohaterów morderstwa praktycznie nie można przestać o nim myśleć i główkować nad jego sprawcą. Za pomocą prostego i przystępnego języka autor zaznajamia odbiorcę z kolejnymi postaciami pojawiającymi się w utworze, które mogą wnieść coś konkretnego do śledztwa, poprzez szczegółowe opisy ich poczynań w najistotniejszym czasie, czyli tym poprzedzającym zabójstwo Vincy'ego, jak i tym, w którym ten niezbyt lubiany aktor wyzionął ducha. Gromadzenie wszelkich materiałów przez policję i Alexa przynosi od czasu do czasu ciekawe efekty warte zapamiętania, które a nuż mogą przydać się bliżej zakończenia dochodzenia. Bohaterowie są różnorodni, mniej lub bardziej zadziorni, zaskakujący, skrywający pewne grzeszki, małe sekrety oraz wielkie tajemnice i to jest fajne.

Spodobał mi się całokształt fabuły książki "Śmierć mówi w moim imieniu", na który składa się przede wszystkim świetny pomysł pisarza na osadzenie akcji w teatrze i jego przyzwoita realizacja. Joe Alex sprytnie sobie to wszystko ukartował. Sprytnie i sensownie, a nawiązanie do sztuki "Krzesła" tylko spotęgowało ponury i tragiczny klimat powieści. Z czego jestem zadowolona, to fakt, iż w czasie lektury obrałam w miarę właściwy kierunek, jeśli chodzi o domyślenie się kilku ważnych dla śledztwa wydarzeń, a ponadto podejrzewanie właściwego bohatera o popełnienie zbrodni na Vincym. Dlaczego jednak ten człowiek musiał zginąć? Z powodu pieniędzy? Jakiegoś szantażu? A może chodziło o miłość? Albo przeszłość, w której Vincy z jakiegoś powodu nadepnął komuś boleśnie na odcisk? Z całą pewnością dowiesz się tego, drogi czytelniku, gdy zagłębisz się w lekturze utworu Słomczyńskiego.

Tę króciutką książkę czytało mi się, a raczej słuchało, bardzo przyjemnie. Korzystając z audiobooka, w którym rolę lektora pełni Arkadiusz Bazak, z początku nie mogłam przyzwyczaić się do jego nieco mrukliwego głosu, ale z każdym kolejnym rozdziałem kryminału moja opinia na temat interpretacji Bazaka zmieniała się na coraz bardziej pozytywną.

Jeśli miałabym porównać powieść "Śmierć mówi w moim imieniu" z pozycją "Powiem wam, jak zginął", to stwierdziłabym, że obie reprezentują mniej więcej ten sam - dobry - poziom, choć delikatnie skłoniłabym się ku tej drugiej jako troszkę lepszej. Jednak co ważne, detektywistyczne umiejętności i możliwości Joe Alexa nie zawodzą, a co za tym idzie, śledzenie ich nie nudzi, wręcz przeciwnie - wciąga i sprawia, że chce się o nich czytać więcej i więcej. Jestem przekonana, że sięgnę po kolejne książki kryminalne Macieja Słomczyńskiego i że będą one równie udane, jak te dwie pierwsze, a może nawet jeszcze bardziej tajemnicze i zaskakujące. Liczę też na to, że wątek Karoliny Beacon będzie w nich szerzej rozbudowany. Tymczasem zachęcam do zapoznania się z omawianym wyżej utworem - zarówno miłośników prozy Joe Alexa czy Agathy Christie, jak i po prostu gatunku, jakim jest kryminał.

środa, 27 marca 2013

"Miesiąc miodowy" - James Patterson, Howard Roughan

Tytuł oryginału: "Honeymoon".
Tłumacz: Andrzej Szulc.
Wydawnictwo: Albatros, 2005.
Liczba stron: 352.
Wydawnictwo: Albatros, 2008.
Czas trwania: 6h 43min 3s.
Lektor: Grzegorz Mielczarek.
Rozpoczęcie lektury: 11.03.2013.
Zakończenie lektury: 12.03.2013.
Moja ocena: 6/10.

James Patterson to jeden z najpopularniejszych amerykańskich autorów powieści sensacyjnych. Zadebiutował w 1976 roku, ale dopiero thriller "W sieci pająka" z 1993 roku przyniósł mu wielki sukces. To też pierwszy utwór z Alexem Crossem, ulubionym bohaterem pisarza, w którego na wielkim ekranie dwukrotnie wcielił się Morgan Freeman, a ostatnio także Tyler Perry. Howard Roughan to współautor pięciu książek napisanych z Pattersonem i autor dwóch własnych: "The Up and Comer" i wydanej w Polsce "Obietnicy kłamstwa".

Z racji tego, iż Patterson ma na swoim koncie sporo książek, jest w czym wybierać. Czytam je od kilku lat, wprawdzie nie regularnie - kiedyś robiłam to naprawdę często, obecnie rzadziej - ale tak naprawdę nie to jest istotne. Ważne, że gdy sięgam po jakąkolwiek z nich, jestem przekonana, iż nie zostanę zaatakowana wypływającą z niej nudą, ale otrzymam co najmniej dość dobrą porcję rozrywki o zabarwieniu kryminalno-sensacyjnym, jakie oczywiście lubię. Z "Miesiącem miodowym" miałam do czynienia już dwa lata temu. Mimo że ogólny zarys jego fabuły gdzieś po głowie mi się plątał, postanowiłam ją sobie przypomnieć, tym razem korzystając przede wszystkim z audiobooka czytanego przez Grzegorza Mielczarka. Lektor okazał się całkiem w porządku, ale od czasu do czasu odnosiłam wrażenie, że zbyt mocno wczuwał się w daną rolę, przez co pobrzmiewał trochę sztucznie, nawet dziecinnie. Przeszkadzały mi też kwestie wypowiadanie szeptem albo ściszonym, takim jakby podekscytowanym głosem, który nie wzbudzał we mnie oczekiwanego napięcia. Ale dość o interpretacji czytającego - nakreślę teraz w paru zdaniach kawałek treści tej niedużej objętościowo powieści.

Jej główną bohaterką jest Nora Sinclair, zjawiskowo piękna i inteligentna kobieta, która pracuje jako dekoratorka wnętrz dla zamożnych klientów. Jej samej też nieźle się powodzi - właśnie zaręcza się z bogatym bankierem inwestycyjnym, Connorem Brownem, który nie ma zielonego pojęcia o tym, że Nora jest już... mężatką, partnerką kolejnego bogacza, pisarza Jeffrey'a Walkera. Wkrótce pierwsze z nich, Connor, umiera na atak serca we własnym domu, a kilka milionów jego majątku potajemnie trafia na konto niedoszłej małżonki. Jej osobą zaczyna interesować się FBI. Jeden z tajnych agentów, John O'Hara, decyduje się na podjęcie pewnej gry, która ma mu pomóc zdemaskować prawdziwe oblicze Nory. Pod przybranym nazwiskiem i fałszywym pretekstem zawiera z nią bliższą znajomość, nie zdając sobie sprawy z tego, że później nie uda mu się tak łatwo z niej wyplątać...

Lektura "Miesiąca miodowego" mija w mgnieniu oka. Wszystko to za sprawą miniaturowych wręcz rozdziałów, a także nieskomplikowanego i swobodnego języka, jakim posługuje się autor. Patterson bowiem ma to do siebie, że w prawie każdym swym utworze skupia się na najważniejszych rzeczach związanych z sednem fabuły. Nie męczy więc czytelnika zbędnymi opisami, nie wywleka na wierzch zagmatwanych przeszłości bohaterów i "nie zmienia tematu" bez powodu. I to mi wcale nie przeszkadza. Nie mogę napisać, że czegoś mi zdecydowanie brakuje, czegoś jest za mało, bo tak nie jest. Po prostu główna sprawa pochłania mnie bez reszty. Tak też było w przypadku intryg Nory Sinclair, a żeby było jeszcze ciekawiej, jej sprytne poczynania pisarz urozmaicił kilkoma rozdziałami ukazującymi pozornie odrębne śledztwo prowadzone przez tajemniczego Turystę. Jest zatem nad czym się zastanawiać i snuć ewentualne scenariusze.

Akcję książki zaliczam do pozytywnych. Ponadto myślę, że byłaby dobrym materiałem na scenariusz do filmu lub jakiegoś serialu kryminalnego, chociaż jej tematyka gdzieś tam na mniejszym czy większym ekranie już się przewijała - wykorzystywanie bliskich osób, morderstwa z premedytacją, dla pieniędzy, preparowanie dowodów na śmierć taką, a nie inną - tak, wszystko to już gdzieś było. Dlatego też "Miesiąc miodowy" jest dość przewidywalną lekturą, za to z ciekawymi kreacjami bohaterów, szczególnie mam tu na myśli pomysłową i nieobliczalną Norę oraz Johna O'Harę, który poprzez wcielanie się w nową rolę, zaczyna tracić grunt pod nogami i świadomość tego, że granica między jego prawdziwym a wymyślonym życiem z każdym kolejnym dniem staje się niewielka, podobnie jak jego wątpliwości odnośnie uczciwości pięknej Nory. Dodam jeszcze, że podobało mi się wprowadzenie do powieści wątku dotyczącego szpitala psychiatrycznego - lubię takie klimaty w literaturze - ale liczyłam na to, że zostanie on szerzej rozbudowany, a tak się nie stało. Również zakończenie nie do końca mnie przekonało. Chyba spodziewałam się jakiegoś większego "bum", no ale, jak to zazwyczaj bywa, każdy utwór ma jakieś zarówno plusy, jak i minusy.

Na ogół jednak było i jest dobrze. James Patterson plus Howard Roughan w dobrym wydaniu. "Miesiąc miodowy" pozwala na rozerwanie się, zrelaksowanie - choć nieco napięcia czytelnik jest w stanie z siebie wykrzesać - w trakcie nawet jednego nudnego wieczoru lub jednej bezsennej nocy. Można się zapoznać.

Książka przeczytana w ramach Wyzwania z Półki.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...