Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dolnośląskie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dolnośląskie. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 31 grudnia 2013

"Wołanie kukułki" - Robert Galbraith

Tytuł oryginału: "The Cuckoo's Calling".
Tłumacz: Anna Gralak.
Wydawnictwo: Dolnośląskie, 2013.
Liczba stron: 456.
Oprawa: miękka ze skrzydełkami.
Rozpoczęcie lektury: 06.12.2013.
Zakończenie lektury: 11.12.2013.
Moja ocena: 7/10.

Robert Galbraith to pseudonim słynnej J.K. Rowling, ale... o tym wszyscy już wiedzą. Jak to się stało? Ano znalazła się jakaś papla z kręgu autorki czy też sprytny dziennikarz, który musiał zniszczyć tę przykrywkę. A szkoda. Jak stwierdziła sama pisarka, pisanie pod innym nazwiskiem było dla niej wyjątkowym przeżyciem, z całą pewnością nacechowanym pozytywami, bo przecież "Wołanie kukułki" zostało dobrze przyjęte zarówno przez krytyków, jak i czytelników. Ale nie ma co się oszukiwać - gdyby prawda dotycząca autorstwa tego kryminału nie wyszła na jaw (przynajmniej nie tak szybko), nie zyskałby on większego rozgłosu. Jednak stało się i powieść w mgnieniu oka znalazła się na pierwszych miejscach list najlepiej sprzedających się pozycji literackich. Od miesiąca robi furorę także w Polsce. Zdecydowana większość jej czytelników zdążyła już stwierdzić, że Rowling jest utalentowaną pisarką, gdyż potrafi odnaleźć się nie tylko w fantastyce, którą reprezentuje jedną z najbardziej popularnych na całym świecie serii, serią o Harrym Potterze. Podobnego zdania jestem również i ja. Gdybym nie znała prawdziwej tożsamości Galbraitha, w życiu nie przyszłoby mi do głowy, że należy ona do twórczyni magicznego świata Hogwartu - "Wołanie kukułki" zostało bowiem napisane zupełnie innym stylem, językiem, nie wspominając już o zachowanym w książce surowym, acz spokojnym klimacie zimowego Londynu, który jest w stanie podbić serca wielu odbiorców, zwłaszcza tych zakochanych w Anglii czy też angielskiej literaturze.

Z prologu wynika jasno i wyraźnie - młoda supermodelka, Lula Landry, popełnia samobójstwo, skacząc z balkonu własnego apartamentu. Trzy miesiące później samobójstwo dziewczyny nie wydaje się już takie oczywiste, jak na początku. A wszystko to za sprawą brata zmarłej, Johna Bristowa, który upiera się, że Lula została zamordowana - zepchnięta z balkonu - i prosi prywatnego detektywa, by ten przeprowadził dochodzenie i odkrył rzekomą prawdę. Owo śledztwo przypada Cormoranowi Strike'owi, którego biuro detektywistyczne znajduje się niemalże na granicy upadku. Dzięki niezwykle hojnemu klientowi ma teraz okazję, by odbić się od dna i odzyskać reputację. W świat celebrytów, którzy nie cofną się przed niczym, aby zyskać trochę sławy, pomaga mu wkroczyć nowa, tymczasowo zatrudniona sekretarka, Robin Ellacott.

Para głównych bohaterów jest parą wyjątkową, wręcz niespotykaną i to na niej czytelnik skupia większość swojej uwagi. Już sam moment spotkania Cormorana i Robin utwierdza go w przekonaniu, że ich perypetie nie będą nudne. I da się ich oboje choć jako tako polubić. Strike ma trzydzieści pięć lat, cechuje go nieciekawy wygląd zewnętrzny, etykietka weterana wojennego i proteza nogi. Z początku wydaje się trochę gburowaty, nieodpowiedzialny, rozdrażniony (właśnie rozstał się z wieloletnią partnerką, Charlotte) i mało towarzyski. Niewiele o nim wiadomo. Dopiero później, w czasie prowadzenia przesłuchań i innych rozmów, które mogą być przydatne w rozwiązaniu sprawy Luli, wychodzą na jaw mniej lub bardziej ważne fakty z jego życia, także dzieciństwa i młodości, wówczas mężczyzna staje się w oczach odbiorcy bardziej ludzki i jakby łagodniejszy. Zbawienny wpływ ma na niego również Robin, świeżo zaręczona dwudziestopięciolatka, która najpierw sceptycznie podchodzi do pracy w biurze Cormorana, ale nieco później zaczyna jej się ona coraz bardziej podobać. Dziewczyna jest jednak mniej wyrazista od swego szefa, a już na pewno mniej skomplikowana. Ma zazdrosnego narzeczonego, Matthew, i... to by było na tyle, jeśli chodzi o główne informacje na temat jej prywatnego życia. Trochę szkoda. Niemniej jednak podobały mi się relacje pomiędzy dziewczyną a Strike'em, gdyż do samego końca powieści ewaluowały i zagadką było, do jakiego etapu znajomości dobrną.

Po przeczytaniu pierwszych kilkunastu stron "Wołania kukułki" dopadło mnie lekkie zaniepokojenie powiązane z pytaniem "A co, jeśli Rowling nie sprostała wyzwaniu i jej najnowszy kryminał będzie mało interesujący?". Bo przez pewien czas akcja prawie że stała w miejscu. I, jakby tego było mało, styl pisania autorki wydał mi się nudnawy i beznamiętny. Nie mogłam do niego przywyknąć. Brakowało mi napięcia, szczypty dobrego humoru... Na szczęście z każdą kolejną stroną cała historia nabierała kolorów i coraz trudniej było mi się od niej oderwać. Język pisarki jest ładny, może rzeczywiście mało żywy czy żwawy, jeśli można go tak określić, ale przystępny. W utworze nie brakuje licznych opisów londyńskich zakamarków, obłudnego światka aktorów, modeli, modelek i paparazzich oraz relacji z poczynań poszczególnych postaci - pokusiłabym się nawet o stwierdzenie, iż te ostatnie liczebnie przeważają nad dialogami.

Nie brakuje w nim też bohaterów drugoplanowych (jest ich dość dużo), z którymi Strike nieustannie się konfrontuje, prowadząc rozmowy dotyczące Luli Landry i jej śmierci, ale nie tylko, i z których praktycznie każda pasuje do profilu mordercy - o ile modelka rzeczywiście nie popełniła samobójstwa i takowy istnieje. Tempo akcji jest w dużej mierze stabilne i niespieszne, śledztwo Cormorana - pomijając kilka jego wybryków - owiane aurą spokoju i skupia się wokół wprawdzie niemałego, ale określonego kręgu społeczności, głównie rodzinnej i celebryckiej, przez co utwór Rowling przypomina brytyjskie kryminały sprzed lat, w których zazwyczaj samo sendo kryminalnej zagadki jest ważniejsze od rozlewu krwi, który we współczesnych kryminałach - czy to amerykańskich, czy skandynawskich - jest nieodłącznym elementem fabuły. Owa inność "Wołania kukułki" jak najbardziej przypadła mi do gustu. Lektura tej powieści była dla mnie miłą odskocznią od wspomnianych wyżej "krwawych" thrillerów, a ponadto lekką rozrywką, pod koniec której napięcie uchodziło ze mnie bardzo wolno, a gdy już się go wyzbyłam, cieszyłam się zarówno z przyjemnego zakończenia, jak i własnego odkrycia, iż Rowling zamierza napisać więcej książek o Cormoranie i Robin i wydać je pod znanym już pseudonimem.

Do samego wydania "Wołania kukułki" nie mam zastrzeżeń poza jedną rzeczą - bardzo raziły mnie pojawiające się w tekście spolszczenia niektórych słów, na przykład mejle, pendrajw, skłot, autsajderka - chyba po raz pierwszy spotkałam się z tego typu "perełkami" tłumaczenia. Utwór jest dość obszerny, w dodatku czcionka gęsta, więc naprawdę jest co czytać, ale jeśli czytelnik zgra się z bohaterami i londyńskim klimatem, nie odczuje tej objętości, bo popłynie z prądem, pełen ciekawości i zaintrygowania powyższymi. Na koniec muszę jeszcze dodać, że spodobała mi się okładka - przepiękna kolorystycznie, a zarazem mroczna - rewelacja! Z niecierpliwością będę wyczekiwać kolejnej części traktującej o przygodach Strike'a i jego asystentki. Kto wie, może przy najbliższej okazji J.K. Rowling weźmie pod lupę osobę Robin i stworzy z jej udziałem wartą poznania historię? Zobaczymy. A tymczasem zachęcam do lektury "Wołania kukułki".

Za egzemplarz recenzencki uprzejmie dziękuję grupie wydawniczej Publicat / wydawnictwu Dolnośląskiemu.
Recenzja napisana dla portalu IRKA.

poniedziałek, 22 kwietnia 2013

"Śmierć mówi w moim imieniu" - Joe Alex

Wydawnictwo: Dolnośląskie, 2011.
Liczba stron: 152.
Wydawnictwo: Storybox.pl, 2011.
Czas trwania: 6h 4min 45s.
Lektor: Arkadiusz Bazak.
Rozpoczęcie lektury: 03.04.2013.
Zakończenie lektury: 04.04.2013.
Moja ocena: 7/10.

Joe Alex to pseudonim Macieja Słomczyńskiego, żyjącego w latach 1920-1998 pisarza i tłumacza. Debiutował wierszami wydrukowanymi w 1946 roku w łódzkim piśmie "Tydzień". W późniejszych latach pisywał powieści sensacyjne i kryminalne, był autorem scenariuszy filmowych, sztuk teatralnych oraz widowisk i audycji telewizyjnych. Jego kryminały zostały przetłumaczone na trzynaście języków. Jako jedyna osoba na świecie przełożył wszystkie dzieła Williama Szekspira. Był członkiem Stowarzyszenia Pisarzy Polskich, Rotary Club, Irish Institute i wiceprezesem stowarzyszenia "Fundacja Jamesa Joyce'a". W 1997 roku, postanowieniem prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego, został odznaczony w uznaniu wybitnych zasług dla kultury narodowej Krzyżem Komandorskim z Gwiazdą Orderu Odrodzenia Polski.

Joe Alex jest również postacią literacką, bohaterem pierwszoplanowym pojawiającym się w ośmiu powieściach kryminalnych napisanych przez Słomczyńskiego. "Śmierć mówi w moim imieniu" to druga książka z cyklu z jego udziałem, która po raz pierwszy została wydana w 1960 roku. Na jej podstawie powstał w 1972 roku spektakl Teatru Sensacji "Kobra" pod tytułem "Umarły zbiera oklaski", w reżyserii Andrzeja Zakrzewskiego. Ów kryminał Alexa, podobnie jak jego poprzedni, "Powiem wam, jak zginął", ukazuje zagadkową historię morderstwa dokonanego w ściśle określonym miejscu, a więc podejrzanych o dokonanie zbrodni nie ma przesadnie wielu.

Wbrew pozorom rozwiązanie zagadki nie jest proste. Ale może zacznę od początku. Joe Alex wraz z przyjaciółką, Karoliną Beacon, i przyjacielem, Benem Parkerem, policjantem ze Scotland Yardu, wybiera się do teatru na sztukę "Krzesła" Ionesco. Przyjemnie spędzony czas na oglądaniu rewelacyjnego i poruszającego przedstawienia szybko odchodzi w zapomnienie, gdy wkrótce po jego zakończeniu wychodzi na jaw brutalna prawda - aktor, Stefan Vincy, odgrywający główną rolę w spektaklu, rolę Starego, został zamordowany we własnej garderobie. Zabójca, dopuszczając się tego czynu, posłużył się niecodziennym sztyletem. Ben Parker wszczyna dochodzenie w tej sprawie, a do pomocy bierze Alexa, który jako pisarz powieści kryminalnych wie co nieco o przestępcach, zbrodniach i ich motywach. Krąg ewentualnych podejrzanych stanowi niewielka garstka osób pracujących w teatrze lub w jakiś sposób związanych z nim lub ofiarą, w tym między innymi reżyser, Henryk Darcy, aktorka, Ewa Faraday, oraz tajemnicza Angelica Dodd. Dość szybko jednak okazuje się, że każda z tych osób ma solidne alibi, w wyniku czego śledztwo utyka w martwym punkcie. Ale Joe i Ben nie mają zamiaru się poddać i dzięki własnym pokładom sprytu, inteligencji i niezawodnej intuicji pragną doprowadzić do tego, by morderca trafił za kratki.

Słomczyński, pisząc tę powieść, doskonale wiedział, jak zaintrygować czytelnika. Od momentu odkrycia przez głównych bohaterów morderstwa praktycznie nie można przestać o nim myśleć i główkować nad jego sprawcą. Za pomocą prostego i przystępnego języka autor zaznajamia odbiorcę z kolejnymi postaciami pojawiającymi się w utworze, które mogą wnieść coś konkretnego do śledztwa, poprzez szczegółowe opisy ich poczynań w najistotniejszym czasie, czyli tym poprzedzającym zabójstwo Vincy'ego, jak i tym, w którym ten niezbyt lubiany aktor wyzionął ducha. Gromadzenie wszelkich materiałów przez policję i Alexa przynosi od czasu do czasu ciekawe efekty warte zapamiętania, które a nuż mogą przydać się bliżej zakończenia dochodzenia. Bohaterowie są różnorodni, mniej lub bardziej zadziorni, zaskakujący, skrywający pewne grzeszki, małe sekrety oraz wielkie tajemnice i to jest fajne.

Spodobał mi się całokształt fabuły książki "Śmierć mówi w moim imieniu", na który składa się przede wszystkim świetny pomysł pisarza na osadzenie akcji w teatrze i jego przyzwoita realizacja. Joe Alex sprytnie sobie to wszystko ukartował. Sprytnie i sensownie, a nawiązanie do sztuki "Krzesła" tylko spotęgowało ponury i tragiczny klimat powieści. Z czego jestem zadowolona, to fakt, iż w czasie lektury obrałam w miarę właściwy kierunek, jeśli chodzi o domyślenie się kilku ważnych dla śledztwa wydarzeń, a ponadto podejrzewanie właściwego bohatera o popełnienie zbrodni na Vincym. Dlaczego jednak ten człowiek musiał zginąć? Z powodu pieniędzy? Jakiegoś szantażu? A może chodziło o miłość? Albo przeszłość, w której Vincy z jakiegoś powodu nadepnął komuś boleśnie na odcisk? Z całą pewnością dowiesz się tego, drogi czytelniku, gdy zagłębisz się w lekturze utworu Słomczyńskiego.

Tę króciutką książkę czytało mi się, a raczej słuchało, bardzo przyjemnie. Korzystając z audiobooka, w którym rolę lektora pełni Arkadiusz Bazak, z początku nie mogłam przyzwyczaić się do jego nieco mrukliwego głosu, ale z każdym kolejnym rozdziałem kryminału moja opinia na temat interpretacji Bazaka zmieniała się na coraz bardziej pozytywną.

Jeśli miałabym porównać powieść "Śmierć mówi w moim imieniu" z pozycją "Powiem wam, jak zginął", to stwierdziłabym, że obie reprezentują mniej więcej ten sam - dobry - poziom, choć delikatnie skłoniłabym się ku tej drugiej jako troszkę lepszej. Jednak co ważne, detektywistyczne umiejętności i możliwości Joe Alexa nie zawodzą, a co za tym idzie, śledzenie ich nie nudzi, wręcz przeciwnie - wciąga i sprawia, że chce się o nich czytać więcej i więcej. Jestem przekonana, że sięgnę po kolejne książki kryminalne Macieja Słomczyńskiego i że będą one równie udane, jak te dwie pierwsze, a może nawet jeszcze bardziej tajemnicze i zaskakujące. Liczę też na to, że wątek Karoliny Beacon będzie w nich szerzej rozbudowany. Tymczasem zachęcam do zapoznania się z omawianym wyżej utworem - zarówno miłośników prozy Joe Alexa czy Agathy Christie, jak i po prostu gatunku, jakim jest kryminał.

wtorek, 19 marca 2013

"Morderstwo na plebanii" - Agatha Christie

Tytuł oryginału: "Murder at the Vicarage".
Tłumacz: Wacława Komarnicka.
Wydawnictwo: Dolnośląskie, 2005.
Liczba stron: 224.
Wydawnictwo: Omega, 2011.
Czas trwania: 7h 45min 28s.
Lektor: Artur Dziurman.
Rozpoczęcie lektury: 07.03.2013.
Zakończenie lektury: 08.03.2013.
Moja ocena: 8/10.

Agatha Christie to angielska autorka powieści i opowiadań żyjąca w latach 1890-1976. Jest najbardziej znaną na świecie pisarką kryminałów i najlepiej sprzedającą się autorką wszech czasów. Wydano ponad miliard egzemplarzy jej książek w języku angielskim oraz jeszcze raz tyle przetłumaczonych na kilkadziesiąt języków obcych. To ona stworzyła słynne postaci literackie detektywów - Herkulesa Poirota oraz panny Marple. Opublikowała też kilka powieści obyczajowych pod pseudonimem Mary Westmacott. Większość jej utworów została sfilmowana, niektóre wiele razy.

Po pierwszym, bardzo udanym, rzecz jasna, spotkaniu z twórczością Christie i Herkulesem Poirotem, przyszła kolej na drugą dawkę kryminału tej znakomitej pisarki i pierwsze spotkanie z następnym bohaterem jej powieści, a mianowicie panną Marple. Jane Marple po raz pierwszy pojawia się w utworze "Morderstwo na plebanii" z 1930 roku i to właśnie o nim będzie mowa w niniejszym tekście.

W małej wiosce St. Mary Mead dochodzi do niecodziennego zdarzenia. Miejscowy ksiądz proboszcz, Len, znajduje pewnego wieczora na plebanii zwłoki pułkownika Protheroe, który, najogólniej rzecz biorąc, nie był lubiany wśród społeczności, a niektóre osoby wręcz życzyły mu śmierci. W dochodzeniu w tej sprawie, które prowadzą pułkownik Melchett oraz inspektor Slack, uczestniczą również proboszcz, a także, choć nie do końca jawnie, trochę wścibska, ale niezwykle bystra stara panna, Jane Marple. Ni skąd, ni zowąd do popełnienia zbrodni przyznaje się młody artysta malarz, Lawrence Redding. Wkrótce potem to samo czyni żona pułkownika Protheroe, Anna. Czy któreś z nich rzeczywiście jest winne? Całe miasteczko zaczyna huczeć od rozmaitych plotek, ale najbardziej i tak zaskakuje panna Marple, zwierzając się proboszczowi, że ma aż siedmiu podejrzanych. Czy uda się jej wytypować tego właściwego?

Ze względu na prosty i przejrzysty styl pisarski Christie "Morderstwo na plebanii" czytało mi się i słuchało bardzo przyjemnie. Miałam okazję zapoznać się z utworem czytanym przez Artura Dziurmana; spodobał mi się jego wyraźny głos, jedyne zastrzeżenia natomiast miałam co do interpretacji postaci Letycji Protheroe - z manierą powolnego wypowiadania się od niechcenia i obojętności - oraz pułkownika Melchetta, którego jąkanie się działało mi na nerwy, i ilekroć ten człowiek pojawiał się na kartach książki, marzyłam tylko o tym, by jak najszybciej zszedł ze sceny. Powieść ta nie należy do obszernych, zbudowana jest z trzydziestu dwóch rozdziałów i czas na jej lekturze mija naprawdę szybko.

Narratorem jest tutaj proboszcz Lan, dlatego odniosłam wrażenie, że to on jest jakby ważniejszym bohaterem aniżeli panna Marple. Bo tak naprawdę to dzięki niemu czytelnik poznaje realia życia mieszkańców St. Mary Mead i okoliczności popełnienia tytułowego morderstwa. Panna Marple z kolei to taki detektyw-amator, który, aby rozwiązać sprawę, nie potrzebuje biegać tu i tam, by przyjrzeć się jej bliżej. Żyje plotkami, zwierzeniami innych ludzi, w tym proboszcza, ale odznacza się dużą wyobraźnią, inteligentnym myśleniem, rozumowaniem dedukcyjnym i zna się też na ludzkiej psychice. Jej motto to "Młodzi myślą, że starsi są głupi, ale starzy wiedzą, że to młodzi są głupi". Całkiem fajna, pozytywnie zakręcona z niej kobitka, ale trochę mało wyrazista w tym sensie, że przytłoczona innymi bohaterami. Mam nadzieję, że w kolejnych kryminałach traktujących o jej przygodach jej postać stanowi dużo głębszy i szerszy obraz.

Fabuła "Morderstwa na plebanii", choć oparta na tradycyjnym schemacie typu zbrodnia-śledztwo-wskazanie sprawcy i umieszczona w jednym konkretnym miejscu, które pozornie zawęża liczbę ewentualnych podejrzanych, nie nudzi, za to z każdą kolejną stroną utworu czymś zaskakuje. Jak to w przypadku lektury kryminałów bywa, i tym razem starałam się wytypować zabójcę pułkownika Protheroe. Niestety, uparłam się na niewłaściwego podejrzanego - tego głównego, rzecz jasna, bo, tak jak twierdziła panna Marple, postaci rzucających się w oczy z powodu dziwnych zachowań czy dialogów było sporo, a co za tym idzie, na niemal każdą z nich musiałam zwrócić baczną uwagę. Zakończenie bardzo mi się spodobało, autorka sprytnie sobie to wszystko zaplanowała, określiła i podała czytelnikowi na tacy, by ten mógł się ową całością po prostu delektować.

Nie muszę chyba pisać, że "Morderstwo na plebanii" to pozycja obowiązkowa dla fanów prozy Agathy Christie, bo to jest jasne jak słońce. Ale jest to też doskonała powieść dla tych, którzy dopiero rozpoczynają przygodę z jej twórczością albo chociaż dla tych, którzy nie mieli jeszcze okazji poznać Jane Marple. To naprawdę bardzo przyzwoity, mimo przykrej fabuły także całkiem sympatyczny, no i trzymający się kupy kryminał, gwarantujący świetną rozrywkę na jeden, dwa wieczory. Polecam.

poniedziałek, 26 listopada 2012

"Powiem wam, jak zginął" - Joe Alex

Wydawnictwo: Dolnośląskie, 2011.
Liczba stron: 208.
Wydawnictwo: Storybox.pl, 2010.
Czas trwania: 8h 43min.
Lektor: Leszek Filipowicz.
Rozpoczęcie lektury: 19.11.2012.
Zakończenie lektury: 19.11.2012.
Moja ocena: 7/10.

Joe Alex to pseudonim Macieja Słomczyńskiego, żyjącego w latach 1920-1998 pisarza i tłumacza. Debiutował wierszami wydrukowanymi w 1946 roku w łódzkim piśmie "Tydzień". W późniejszych latach pisywał powieści sensacyjne i kryminalne, był autorem scenariuszy filmowych, sztuk teatralnych oraz widowisk i audycji telewizyjnych. Jego kryminały zostały przetłumaczone na trzynaście języków. Jako jedyna osoba na świecie przełożył wszystkie dzieła Williama Szekspira. Był członkiem Stowarzyszenia Pisarzy Polskich, Rotary Club, Irish Institute i wiceprezesem stowarzyszenia "Fundacja Jamesa Joyce'a". W 1997 roku, postanowieniem prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego, został odznaczony w uznaniu wybitnych zasług dla kultury narodowej Krzyżem Komandorskim z Gwiazdą Orderu Odrodzenia Polski.

Joe Alex to również postać literacka, główny bohater ośmiu powieści kryminalnych wydanych pod tym właśnie pseudonimem. To detektyw, a zarazem autor kryminałów, który w swych książkach opisuje własne przygody. "Powiem wam, jak zginął" to utwór otwierający cykl z jego udziałem, który po raz pierwszy na rynku wydawniczym ukazał się w 1959 roku, a także moje pierwsze spotkanie z prozą Słomczyńskiego. Zaraz po Arthurze Conanie Doyle'u i Agacie Christie był on kolejnym twórcą kryminałów, którego pragnęłam poznać już od dłuższego czasu. I wreszcie nadarzyła się ku temu okazja. "Powiem wam, jak zginął" to typowa powieść detektywistyczna, której fabuła krąży wokół tajemniczego zabójstwa dokonanego praktycznie w zamkniętym pomieszczeniu, a więc mordercy należy szukać wśród niewielkiej grupy osób. Tego typu schemat kryminału może i jest charakterystyczny dla Christie, ale myślę, że Alex poradził sobie z nim równie dobrze.

Na prośbę przyjaciela, policjanta ze Scotland Yardu, Bena Parkera, Joe Alex wyjeżdża z Londynu na wieś, do Sunshine Manor, domu kolejnego przyjaciela, słynnego chemika, Iana Drummonda. Powód zainteresowania tym mężczyzną jest prosty - nie tak dawno policja otrzymała anonim informujący o zagrożeniu wiszącym nad Drummondem i jego wspólnikiem w interesach. Ktoś wyraźnie chce się pozbyć pana domu, choć nie wiadomo dokładnie, z jakiego powodu. Po dotarciu do Sunshine Manor Alex próbuje pisać kolejną książkę, odwołując się do wydarzeń, w których obecnie uczestniczy i nad którymi musi czuwać. Ale wkrótce jego przyjaciel zostaje zasztyletowany we własnym gabinecie. Z podejrzanych o popełnienie tej zbrodni zaledwie ośmiu osób Alex i Parker muszą wyłonić mordercę. Obaj nie spodziewają się nawet, jak bliski prawdy był Alex, powołując do życia swą książkę. Czyżby jego intuicja i logiczne myślenie detektywa okazało się rzeczywiście genialne i niezawodne?

"Powiem wam, jak zginął" to niezbyt obszerna książka, którą dość łatwo i szybko się czyta, a i rewelacyjnie słucha, jeśli ma się okazję skorzystać z audiobooka czytanego przez Leszka Filipowicza operującego przyjemnym głosem i dobrą, wyraźną dykcją. Język Alexa nie jest jakiś skomplikowany, choć autor zwraca dużą uwagę na szczegóły zarówno te dotyczące śledztwa, jak i mające mało istotne znaczenie, jak na przykład przydługi opis meczu tenisa pomiędzy Sarą Drummond a Lucy Sparrow, który odrobinę wytrącił mnie z równowagi, niepotrzebnie odrywając od sedna fabuły.

Trochę inna rzecz miała się z samym przebiegiem dochodzenia Alexa i Parkera. Owszem, pomysł na osadzenie akcji w Sunshine Manor, różnorodność bohaterów, a zarazem podejrzanych, i ich motywów, jak najbardziej zaliczam do udanych. Jednak przesłuchiwanie tych wszystkich postaci podobało mi się już mniej, ale tylko i wyłącznie ze względu na drobiazgowość dotyczącą podawania godzin, w których to dany bohater robił to i owo w noc zabójstwa Iana Drummonda. Pisarz każdego podejrzanego ubrał w doskonale dopracowaną, mniej lub bardziej zagmatwaną osobowość i historię, żeby całość trzymała się, że tak to ujmę, kupy, ale jeśli czytelnik nie chciałby się pogubić w zeznaniach świadków, musiałby w czasie lektury sporządzać notatki, zapisując czas z dokładnością co do minuty, by uzyskać jasny obraz wydarzeń, jakie nastąpiły po sobie we właściwej kolejności.

Co jeszcze mogę napisać na temat powieści "Powiem wam, jak zginął", to to, że obfituje ona w fantastyczne kreacje bohaterów. Nie ma w niej postaci, która nie zwróciłaby sobą uwagi odbiorcy. Każda z nich jest inna, wyjątkowa. I niemal każda z nich ma motyw i możliwości, by zabić gospodarza Sunshine Manor. Nieważne, że wśród tych osób są jego współpracownicy, pomoc domowa, pewien profesor ze Stanów Zjednoczonych, no i żona. Z każdą kolejną stroną utworu wychodzą na jaw podejrzane fakty, dziwne zachowania potencjalnych zbrodniarzy, a atmosfera staje się coraz bardziej napięta. Dlaczego musiało dojść do tak okrutnego przestępstwa? Co tak naprawdę miało to na celu? O co chodziło? O pieniądze, sławę, a może miłość, romanse, skandale? I choć prawidłowo wytypowałam osobę odpowiedzialną za śmierć Drummonda na długo przed zakończeniem książki, uważam, że Słomczyński świetnie sobie z nią poradził, jeśli wziąć pod uwagę jej całokształt i, tak czy inaczej, zaskakującą treść.

Doceniam niebanalną pomysłowość pisarza i po przeczytaniu tej jednej jego powieści jestem przekonana, że sięgnę po następne, przynajmniej te z udziałem Joe Alexa, który, może nie od samego początku, ale zdołał mnie zaintrygować. Ciekawią mnie jego dalsze losu, a także rozwój wątków związanych między innymi z Benem Parkerem i tajemniczą przyjaciółką głównego bohatera, Karoliną Beacon. A utwór "Powiem wam, jak zginął" oczywiście polecam - nie tylko miłośnikom kryminałów, ale i czytelnikom, którzy dopiero rozpoczynają swoją przygodę z tym gatunkiem. Porządnie skonstruowana akcja, wyraziste, niezwykle inteligentne i zapadające w pamięć postaci i ich liczne sekrety są w stanie wprowadzić odbiorcę w doskonały, niezwykle klimatyczny nastrój i zapewnić mu dobrą rozrywkę.

niedziela, 4 listopada 2012

"Tajemnicza historia w Styles" - Agatha Christie

Wydawnictwo: Dolnośląskie, 2012.
Liczba stron: 208.
Wydawnictwo: Omega, 2010.
Czas trwania: 6h 11min 49s.
Lektor: Maciej Słota.
Rozpoczęcie lektury: 03.11.2012.
Zakończenie lektury: 03.11.2012.
Moja ocena: 8/10.

Agatha Christie to angielska autorka powieści i opowiadań żyjąca w latach 1890-1976. Jest najbardziej znaną na świecie pisarką kryminałów i najlepiej sprzedającą się autorką wszech czasów. Wydano ponad miliard egzemplarzy jej książek w języku angielskim oraz jeszcze raz tyle przetłumaczonych na kilkadziesiąt języków obcych. To ona stworzyła słynne postaci literackie detektywów - Herkulesa Poirota oraz panny Marple. Opublikowała też kilka powieści obyczajowych pod pseudonimem Mary Westmacott. Większość jej utworów została sfilmowana, niektóre wiele razy.

Po tym, jak wreszcie udało mi się poznać Sherlocka Holmesa wykreowanego przez Conan Doyle'a, przyszła kolej na spotkanie z równie słynnym Herkulesem Poirotem, którego do życia w świecie literackim powołała Christie. "Tajemnicza historia w Styles" pochodzi z 1920 roku, jest pierwszą książką detektywistyczną tej autorki, no i pierwszym utworem, w którym pojawia się postać Poirota, genialnego detektywa. Czytelnik poznaje też kapitana Arthura Hastingsa, przyjaciele i pomocnika detektywa, który występuje także w innych powieściach pisarki. To pełna intryg i niespodziewanych zwrotów akcji historia morderstwa pewnej starszej pani, które, jeśli wziąć pod uwagę korzyści majątkowe wynikające z jej śmierci, mogło zostać popełnione przez każdego mieszkańca jej domu.

Wiedziony okazją spędzenia urlopu zdrowotnego w rezydencji Styles Court kapitan Hastings, weteran I wojny światowej, przybywa do posiadłości wraz z Johnem Cavendishem, pasierbem jej właścicielki, ponadsiedemdziesięcioletniej Emilii, która nie tak dawno wyszła za mąż za młodszego od niej Alfreda Inglethorpa. Rodzinie się to nie podoba. Twierdzi, iż Inglethorp wykorzysta żonę, mając nadzieję na jej rychłą śmierć i duży spadek. Nawet wierna służąca Emilii odchodzi z jej domu, nie mogąc znieść nieprzyjemnej atmosfery w nim panującej i przestrzegając swą panią, że to małżeństwo źle się dla niej skończy. Niestety, ma rację. Pewnej nocy staruszka umiera. Wszystko wskazuje na to, że została otruta. Podejrzenia natychmiast padają na jej małżonka, ale czy rzeczywiście to on dopuścił się tej zbrodni? Nie zwlekając ani chwili, Hastings prosi o pomoc w rozwikłaniu zagadki swego dawnego przyjaciela mieszkającego w pobliżu, detektywa Herkulesa Poirota.

"Tajemniczą historię w Styles" czytało mi się bardzo przyjemnie. Mimo iż jej akcja toczy się podczas I wojny światowej, klimat tych jakże odległych czasów w ogóle nie przytłacza, wręcz przeciwnie. Styl pisarski Christie jest niezwykle lekki, przystępny i klarowny, autorka dysponuje dużą wiedzą, dzięki której jej kryminał jest pełen szczegółów, nieoczekiwanych zdarzeń, a przede wszystkim sensowny i brak w nim jakichkolwiek niewyjaśnionych czy nic niewnoszących faktów. Fabuła książki jest nasączona sprytem, mnóstwem intryg i zagadek, mimo iż krąży wokół tylko jednego miejsca - Styles Court.

Ale, sięgając po raz pierwszy po utwór Christie, niezmiernie ciekawa byłam jednego, a mianowicie tego, jak odbiorę - pozytywnie, a może raczej negatywnie, jak to było w przypadku Sherlocka Holmesa - postać Herkulesa Poirota. Na szczęście obaj bohaterowie w dużej mierze różnią się od siebie, a dzięki temu Poirota, często nazywanego przez narratora powieści małym Belgiem, zwyczajnie polubiłam. To niezwykle charakterystyczna postać o niskim wzroście, jajowatej głowie i starannie utrzymywanych wąsach, bardzo porządna i pedantyczna. Ów mężczyzna to światowej sławy specjalista urodzony właśnie w Belgii, gdzie pracował jako oficer policji. Po I wojnie światowej rozpoczął drugą karierę, tym razem prywatnego detektywa, który badając zbrodnie, zwraca uwagę na jej aspekt psychologiczny. Jest inteligentny, lubi być tajemniczy, ale nie potrafi ukryć radości, gdy dokonuje bardzo ważnego odkrycia, przez co sprawia wrażenie roztargnionego, a przy tym sympatycznego szaleńca. To naprawdę fajny gość.

To samo mogę napisać o Arthurze Hastingsie, przyjacielu Poirota, który jest jego wielkim fanem i wprawdzie próbuje pomóc mu w rozwiązaniu zagadki śmierci pani Inglethorp, to jednak nie bardzo mu to wychodzi. Przeocza bowiem mnóstwo ważnych detali, faktów, rozumując banalnie i nadając sprawie zbyt oczywisty charakter. Swoją nieporadnością i szczęśliwymi zrządzeniami losu, jakie kilkakrotnie go dotykały, podbił moje serce. Nie należy też zapomnieć, że jest on prawdziwym dżentelmenem i ma słabość do pięknych kobiet. Mam tylko nadzieję, że nie doprowadzi do to nigdy do zguby.

"Tajemnicza historia w Styles" to przyzwoity kryminał detektywistyczny, którego mimo tego, iż liczy sobie już ponad dziewięćdziesiąt lat, czyta się po prostu rewelacyjnie. Ma to do siebie, że trzyma w napięciu i do samego końca nie wiadomo, kto zamordował Bogu ducha winną Emilię, a podejrzewać o dokonanie tego czynu można niemalże każdego bohatera powieści. Nie udało mi się prawidłowo wytypować przestępcy - pomysłowość i spryt Agathy Christie nie zna granic i bardzo łatwo jest skierować swoje domysły na niewłaściwe tory. Bardzo miło spędziłam czas na lekturze jej utworu, pomagając sobie raz po raz audiobookiem i słuchając świetnego głosu Macieja Słoty, który tylko spotęgował owiany grozą klimat Anglii początków XX wieku. Z całą pewnością nie jest to moja ostatnia przygoda z twórczością królowej kryminałów - już nie mogę się doczekać, kiedy to sięgnę po jej kolejną książkę.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...