piątek, 14 lutego 2014

"100 czystych stron" - Cyril Massarotto

Tytuł oryginału: "Cent pages blanches".
Tłumacz: Joanna Prądzyńska.
Wydawnictwo: Albatros, 2012.
Liczba stron: 264.
Wydawnictwo: Albatros, 2012.
Czas trwania: 4h 33min 42s.
Lektor: Marcin Kwaśny.
Rozpoczęcie lektury: 07.02.2014.
Zakończenie lektury: 08.02.2014.
Moja ocena: 7/10.

Pochodzący z Francji Cyril Massarotto ma na swoim koncie dopiero sześć książek, ale jako powieściopisarz zadebiutował wcale nie tak dawno, bo w 2008 roku, utworem "Bóg jest moim kumplem", który został przetłumaczony na kilkanaście języków na całym świecie. Wcześniej pisywał teksty piosenek i śpiewał w zespole Saint-Louis. Był też nauczycielem, a potem dyrektorem żłobka.

"100 czystych stron" to druga, powstała w 2009 roku powieść Massarotto. Na jej podstawie Laurent Jaoui nakręcił film o tym samym tytule. Jest to historia o życiu, jego przemijaniu, o przyjaźni i miłości, zabarwiona magią i niewyszukanym, ale dobitnie trafiającym do czytelnika przesłaniem. Niedługa i przyjemna w odbiorze.

Głównego bohatera (a zarazem narratora) poznajemy w momencie odczytywania przez notariusza treści testamentu Sylvia, dziadka bohatera i jego dwóch sióstr. Okazuje się, że to właśnie siostrom przypadł cały majątek zmarłego - pieniądze, mieszkanie, willa... Rozczarowany mężczyzna natomiast otrzymuje przypominający pamiętnik zeszyt, z tym że... całkowicie pusty. Niezapisany. Dopiero dzięki dziadkowym instrukcjom zawartym w liście wychodzi na jaw, że ów zeszyt to bardzo cenna rzecz, która może zabrać jego właściciela w przeszłość - do jego wspomnień. A może ich być tylko - lub aż - sto, po jednym na każdą stronę notatnika.

Zarys fabuły tej książki zaciekawił mnie jeszcze tego samego dnia, w którym w sieci pojawiła się jej pierwsza zapowiedź. Magiczny zeszyt, dzięki któremu można podróżować w czasie? Już sam pomysł autora na wprowadzenie tego elementu do powieści obyczajowej skłania czytelnika do przemyśleń na temat tego, jak on sam zareagowałby na zetknięcie się z tym czarodziejskim wręcz przedmiotem i jego możliwości. W trakcie i po lekturze doszłam do wniosku, że wielu z nas podeszłoby do tej sprawy sceptycznie, ale z ogromnym zainteresowaniem - praktycznie tak samo, jak uczynił to główny bohater "100 czystych stron". Kiedy jednak przekonalibyśmy się, że podstawowa zaleta zeszytu to nie żaden pic na wodę, zaczęłyby się schody. Zaczęłoby się dostrzeganie pierwszych wad notatnika. Tak jak trzydziestolatek z utworu Massarotto, mnóstwo czasu spędzalibyśmy na planowaniu - ustalaniu tego, które nasze wspomnienia są warte powtórnego przeżycia, a które nie, i kiedy najlepiej wybrać się w taką podróż do dawnych lat. Jeszcze dzisiaj? Oj, tak, strasznie kusi! Jutro? Nie, nie wytrzymam do jutra... Za miesiąc? Rok? Dwa? Na przykładzie narratora książki wyraźnie widać, jak zgubny wpływ miałby na człowieka taki magiczny zeszyt. Mężczyzna raz jeszcze przygląda się urywkom własnego dzieciństwa, wspomina ukochanego psa, swoją byłą dziewczynę, swych dziadków i część tych wspomnień rzeczywiście daje mnóstwo radości, emocji, ulgi, ukazuje coś, czego wcześniej nie dostrzegł, i głęboko porusza (moje ulubione strony to czwarta i dwudziesta trzecia). Bohater jednak się uzależnia. Po jakichś kilku tygodniach snucia rozważań i planów odnośnie racjonalnego użytkowania spadku po dziadku nie potrafi bez niego żyć. Rodzina - początkowo na żarty - zaczyna uważać go za wariata. Mężczyzna gubi się w swym życiu - prawdziwym życiu, w którym nie brakuje zaskakujących i przyjemnych zdarzeń. Niektóre z nich zaniedbuje. Lub dostrzega zbyt późno. Czy uda mu się ocknąć, obudzić, zanim stanie się coś naprawdę niedobrego? Czy zdoła ocalić swoją rodzinę i uczucie najprawdziwszej miłości? Czy zeszyt dziadka rzeczywiście można określić mianem najcenniejszej rzeczy na świecie? Odpowiedzi na te i inne pytanie można znaleźć w "100 czystych stronach", rzecz jasna. Dodam tylko, że nie spodziewałam się takiego obrotu spraw, jaki zaserwował w zakończeniu swej powieści Massarotto. Pozytywnie mnie zaskoczył.

Utwór czyta się - bądź słucha, jak to było w moim przypadku - bardzo dobrze. Niczym taką dłuższą opowiastkę na dobranoc. Dominuje w nim niezwykle prosty język i gdyby nie fakt, że zostały w nim ulokowane treści (niewiele, ale zawsze) przeznaczone dla dorosłych odbiorców, mógłby być czytany również przez dzieci - i z całą pewnością jego sens zostałby przez nie zrozumiany. Narrator rozbrajał mnie czasami swoją dziecięcą naiwnością. Jego najlepszy przyjaciel z kolei - zabawnymi przejęzyczeniami i przekształceniami znanych powiedzonek. Do gustu kompletnie nie przypadła mi Julia, była dziewczyna głównego bohatera. Ale jej postać została wykreowana na złą i zepsutą - raczej nie do polubienia w ogóle. Ach, jeszcze ta okładka z piękną modelką na czele - zupełnie nieadekwatna do treści lektury. Chyba że owa modelka ma odzwierciedlać którąś z bohaterek książki; nie wiem, nie potrafię tego stwierdzić w stu procentach - pisarz bowiem zbyt mało miejsca poświęcił opisom wyglądu zewnętrznego każdego z bohaterów.

Historia przedstawiona przez Cyrila Massarotto w "100 czystych stronach" może i zalatuje od czasu do czasu banalnością, przewidywalnością i słodyczą, ale na ogół jest w porządku, absorbuje i wzrusza. Uświadamia nam, że nie należy żyć przeszłością, zaniedbując tym samym teraźniejszość, a co gorsze, przyszłość. Wspomnienia doskonale wpasowują się w późniejsze lata naszego życia, w naszą starość, a nie czasy obecne, kiedy życie przeżywamy pełnią sił i mamy w nim mnóstwo zadań i celów do zrealizowania. Niechże teraz szczęściem będzie dla nas trwanie w obfitującej w rozmaite wydarzenia rzeczywistości. A w odległej przyszłości - właśnie wspomnienia.

1 komentarz:

  1. Pamiętnik z magicznymi właściwościami, rzecz cenna, ale bardzo zgubna, dlatego wolałabym nigdy takiego nie posiadać. Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...