wtorek, 1 maja 2012

Podsumowanie kwietnia

Nareszcie się trochę poprawiłam! Ostatnie dwa miesiące nie były dla mnie łaskawe pod względem czytelniczych możliwości i wolnego czasu, za to kwiecień okazał się zdecydowanie lepszy. Wynika to pewnie z faktu, iż studia w tym czasie nie obfitowały w egzaminy i kolokwia, co z całą pewnością czeka mnie w maju i czerwcu - nie będzie zatem lekko...
Poniżej przedstawiam w skrócie efekty minionego miesiąca:
1) Liczba przeczytanych książek - 11, czyli 3560 stron:
- najlepsza książka - "Na ratunek" - Nicholas Sparks (9/10)
- najsłabsza książka - "Nocny Ogrodnik" - George Pelecanos (4/10)
2) Liczba przeczytanych książek w ramach Wyzwania z Półki - 7 (wyzwanie ukończone ;)):
- "Kochanek Lady Felsham" - Louise Allen;
- "Zaklęci" - Graham Masterton;
- "Na ratunek" - Nicholas Sparks;
- "Niewidzialni" - Michael Marshall;
- "Ponieważ cię kocham" - Guillaume Musso;
- "Noce w Rodanthe" - Nicholas Sparks;
- "Pretty Little Liars. Kłamczuchy" - Sara Shepard.
3) Liczba zrecenzowanych książek - 11.
4) Liczba książek, które zawitały w mojej domowej biblioteczce - 3:
 - wygrane - 3.
5) Rozpoczęcie współpracy z wydawnictwem Harlequin/Mira.
6) Liczba wyświetleń bloga - 2253.
Dziękuję za liczne odwiedziny i wypowiedzi - dzięki Wam w dalszym ciągu mogę się rozwijać w tym blogowym świecie książek! Raz jeszcze życzę wszystkim udanej majówki i pozdrawiam gorąco :).

poniedziałek, 30 kwietnia 2012

Stosik kwietniowy

Skromne zdobycze z kończącego się właśnie miesiąca:


Od dołu:
- "Drapieżca" - Terri Blackstock - wygrana w konkursie recenzenckim organizowanym przez Syndykat Zbrodni w Bibliotece. Recenzja TUTAJ;
- "Kontrakt Paganiniego" - Lars Kepler - jak wyżej;
- "Nieugięty" - Sam Millar - jak wyżej; recenzja TUTAJ.

Jak widać, jeszcze tylko "Kontrakt Paganiniego" z tego stosiku czeka na przeczytanie, ale zastanawiam się, czy nie zdobyć najpierw pierwszej części autorstwa Keplera, czyli "Hipnotyzera". Ze względu na stan finansowy, w jakim aktualnie się znajduję, udaje mi się powstrzymywać od książkowych zakupów, ale mam nadzieję, że w najbliższych miesiącach się to zmieni ;).
A tak przy okazji, życzę wszystkim wspaniałej majówki, zarówno pod względem pogodowym, jak i rozrywkowym :). Pozdrawiam z gorących okolic Poznania!

czwartek, 26 kwietnia 2012

"Zabójcze umysły" ("Criminal Minds")

"Zabójcze umysły" to jeden z amerykańskich seriali kryminalnych, które cieszą się dużą popularnością na całym świecie. Jeśli o mnie chodzi, uważam, że oglądam mnóstwo seriali zagranicznych, ale praktycznie żadnego kryminalnego, choć jestem wielką fanką tego gatunku, zarówno jeśli chodzi o film, jak i książkę. Zachęcona przez portal Zbrodnia w Bibliotece, który od jakiegoś czasu promuje i patronuje książce Maxa Allana Collinsa, "Zabójcze umysły: Ostre cięcie", postanowiłam zapoznać się z serialem, na którym została ona oparta. Parę dni temu zaplanowałam sobie, że na razie obejrzę pierwszy odcinek pierwszego sezonu. Dzisiaj jestem po emisji odcinka szesnastego. I ciągle czuję niedosyt. "Zabójcze umysły" to serial, który wciąga ogromnie. Jestem wręcz zrozpaczona - to przecież kolejny tytuł, który w najbliższych tygodniach zabierze mi mnóstwo czasu...

Każdy jego odcinek przedstawia inną historię. Historię morderstwa, gwałtu, porwania, podpalenia, zamachu i innych podobnych sytuacji, rozwiązanie których leży w rękach grupy agentów FBI. Nie jest to jednak zwykła grupa dochodzeniowa, kryminalna. Jej członkowie bowiem należą do Jednostki Analizy Behawioralnej, czyli zajmują się profilowaniem nawet najgroźniejszych przestępców. Sięgając w głąb behawiorystyki i wiktymologii, wczuwają się w ich role, by zrozumieć ich postępowanie i przewidzieć ich następny krok. Profilerzy FBI odznaczają się fantastyczną współpracą, rozległą wiedzą i dużą sprawnością fizyczną. Aż chciałoby się dołączyć do ich grupy i być tak dobrym jak oni.


Każdy z tych agentów FBI jest inny, ale nie ma wśród nich takiego, którego nie dałoby się nie lubić. Dla przykładu, Jason Gideon zaskakuje swoimi doświadczeniami i logicznym myśleniem, Aaron Hotchner imponuje umiejętnością zachowania zimnej krwi i niewzruszoną postawą, a Spencer Reid zachwyca swoją niemającą końca wiedzą, co niejednokrotnie prowadzi do zabawnych dialogów i sytuacji.

W "Zabójczych umysłach" jest wszystko, czego potrzeba dobremu kryminałowi. Jest napięcie, szybka akcja, tajemnica i mnóstwo istotnych i ciekawych informacji z zakresu kryminologii i nie tylko. Jest strach, przerażenie, niedowierzanie, ale tę wzruszenie i szczypta dobrego humoru. Czy cykl powieści opartych na serialu okaże się równie dobry i zaskakujący? Mam wielką nadzieję, że tak. 18 kwietnia 2012 roku miała miejsce premiera pierwszej części tej serii. Więcej na ten temat można przeczytać TUTAJ.

Jestem ogromnie ciekawa książkowej wersji "Zabójczych umysłów", a Wy? Mieliście może okazję przeczytać powyższą powieść? A może oglądacie serial, którego emisja trwa po dziś dzień? Jeśli tak, jakie są Wasze wrażenia i przemyślenia na ten temat?


środa, 25 kwietnia 2012

"Pretty Little Liars. Kłamczuchy" - Sara Shepard

Wydawnictwo: Otwarte, 2011.
Liczba stron: 288.
Oprawa: miękka.
Rozpoczęcie lektury: 22.04.2012.
Zakończenie lektury: 24.04.2012.
Moja ocena: 8/10.

Sara Shepard to amerykańska pisarka, która zyskała popularność dzięki książkom z serii "Pretty Little Liars", inspirowanej własnymi przeżyciami szkolnymi. Zanim poświęciła się pisarstwu, chciała zostać gwiazdą opery mydlanej, filmowcem, genetykiem i redaktorem magazynu o modzie. Jej powieści należą do obyczajowych i przygodowych z domieszką thrillera. Chętnie sięgają po nie nie tylko czytelnicy, ale i twórcy filmowi.

Na podstawie serii "Pretty Little Liars" powstał serial, który cieszy się ogromną popularnością w wielu krajach, przede wszystkim wśród tej młodszej części odbiorców. Od razu zaznaczam więc, że i ja należę do fanów tego serialu, w Polsce od niedawna znanego pod tytułem "Słodkie kłamstewka". Jestem z nim praktycznie na bieżąco, więc treść książek nie będzie dla mnie obca, a i nie zaskoczy tak bardzo, jak bym tego chciała. Dlatego nie lubię w pierwszej kolejności oglądać filmu czy serialu, a dopiero potem czytać książkę. Ale gdy zaznajomiłam się ze "Słodkimi kłamstewkami", nie miałam pojęcia, że w naszym kraju zostanie wydana seria powieści, na podstawie której zostały nakręcone...

"Pretty Little Liars. Kłamczuchy" to pierwsza część przygód Arii Montgomery, Spencer Hastings, Emily Fields i Hanny Marin, które mają miejsce w Rosewood, niewielkim miasteczku amerykańskim. Kiedyś było idealnie. No, może prawie idealnie. Aria, Spencer, Emily i Hanna przyjaźniły się z Alison DiLaurentis, osobą, którą znali wszyscy. Którą chciała być każda dziewczyna. Z którą chciał być każdy chłopak. Wydawać by się mogło, że Ali była pod każdym względem perfekcyjna, ale nie była to prawda. Między przyjaciółkami zdarzały się sprzeczki, wzajemne złośliwości, ale mimo to ufały sobie i powierzały największe sekrety. W ten sposób przyjaźń trwała wiele lat. Do dnia, w którym po niezbyt udanym wieczorku Alison zniknęła bez śladu. Nikt nie miał pojęcia, co się z nią stało. Trzy lata później większość mieszkańców Rosewood uważa dziewczynę za zmarłą, choć nigdy nie znaleziono jej ciała. Już nic nie jest takie samo. A chyba najbardziej zmieniły się Aria, Spencer, Emily i Hanna, których przyjaźń nie zdołała przetrwać. Każda z nich poszła w inną stronę, nie spodziewając się, że po tych trzech latach wydarzy się coś, co znów zbliży je do siebie, może nawet bardziej niż kiedyś.

Sara Shepard pisze bardzo lekkim i prostym jeżykiem. W książce jest dużo dialogów i opisów, które mają za zadanie jak najdokładniejsze przedstawienie czytelnikowi postaci i fabuły. Poszczególne niedługie rozdziały ukazują naprzemiennie historie każdej z czterech bohaterek. Czytelnik dowiaduje się, jak te postaci wyglądają, jakie mają charaktery, jak spędzają wolny czas, w jakie kłopoty się pakują, o jakich wydarzeniach z przeszłości nie potrafią zapomnieć, kim są ich rodziny i znajomi. Dziewczyny diametralnie różnią się od siebie, więc z utworu można wyciągnąć naprawdę wiele ciekawych wniosków i informacji na ich temat.

Po trzech latach od tajemniczego zaginięcia Alison nastaje czas wielkich zmian w życiu Arii, Spencer, Emily i Hanny. Czas, w którym pojawiają się nowe twarze zarówno przyjaciół, jak i wrogów. Czas niedalekiej dorosłości. Czas, w którym sekrety z przeszłości zaczynają coraz bardziej się uwidaczniać. I to w sposób mrożący krew w żyłach. Bohaterki bowiem otrzymują różne sms-y i maile o treściach, które znać mogła tylko Ali. Albo nawet nikt. Jak na ironię, każda z tych wiadomości zawiera podpis "A.", co kojarzy się jednoznacznie.

Nie chcę zdradzać zbyt wiele szczegółów, tym bardziej, że pierwsza część serii "Pretty Little Liars" skupia się na codzienności bohaterów, a więc raczej zwyczajnych rzeczach i czynnościach. Przedstawia dokładnie to, co zaledwie jeden - pierwszy - odcinek "Słodkich kłamstewek". Jest napięcie, są intrygujące zwroty akcji, czytelnik z każdą stroną książki dowiaduje się czegoś nowego. Co bardzo ważne - nie ma szans na to, aby podczas lektury choć przez chwilę się nudzić. Wszystko dzieje się szybko i sprawnie, więc niecałe trzysta stron utworu mija w mgnieniu oka.

Dla mnie wielkim minusem była moja własna strata przyjemności czytania książki Shepard, wynikająca, jak już wcześniej wspomniałam, ze znajomości serialu. Moim zdaniem serial jest świetny. Jestem pewna, że gdyby nie on, to samo powiedziałabym o wersji książkowej, którą i tak odebrałam jako dobrą. Starałam się skupić tylko na niej, ale nie było to łatwe, gdy różnice pomiędzy nią a serialem były czasami dość duże, a przed oczami ciągle miałam aktorów wcielających się w postaci stworzone przez pisarkę. Mam jednak nadzieję, że kolejne części "Pretty Little Liars" zaskoczą mnie bardziej. Jestem świadoma tego, że nie pamiętam wszystkiego, o czym traktowały pierwsze odcinki serialu. Może w pozostałych książkach pojawią się znacznie bardziej odbiegające od nich fragmenty?

Ogólnie rzecz biorąc, uważam, że Sara Shepard stworzyła coś bardzo oryginalnego. I bardzo fajnego. "Pretty Little Liars" to pomieszane z poplątanym. Jest przygoda, jest komedia, jest dramat i sensacja. A przy tym mnóstwo zagadek i ciekawych sytuacji związanych z perypetiami nastolatek, którym niewiele brakuje do tego, by wkroczyć w dorosłość. "Pretty Little Liars. Kłamczuchy" to lekka, niewymagająca, ale z dreszczykiem emocji powieść. Doskonała na nudę i ucieczkę od rzeczywistości. Dla młodzieży, tej "młodszej" i "starszej". Polecam.

poniedziałek, 23 kwietnia 2012

"Noce w Rodanthe" - Nicholas Sparks

Wydawnictwo: Albatros, 2008.
Liczba stron: 208.
Oprawa: miękka ze skrzydełkami.
Rozpoczęcie lektury: 21.04.2012.
Zakończenie lektury: 22.04.2012.
Moja ocena: 7/10.

Nicholas Sparks to jeden z najbardziej znanych współczesnych pisarzy. Swą popularność zawdzięcza powieściom obyczajowym, które cieszą się dużym uznaniem wśród żeńskiego grona czytelników. Zadebiutował w 1997 roku "Pamiętnikiem", który kilka lat później został przeniesiony na wielki ekran. Od tamtej pory filmowcy chętnie współpracują z pisarzem, ekranizując kolejne jego książki - "List w butelce", "Jesienną miłość", "Szczęściarza" i inne.

Również "Noce w Rodanthe" doczekały się swego odpowiednika filmowego. Tak jak nie miałam okazji go obejrzeć, tak utwór o tym tytule przeczytałam już dwukrotnie. Za pierwszym razem było to moje pierwsze podejście do twórczości Sparksa. Za drugim - potraktowałam go jako "odświeżacz" pamięci, a także krótką rozrywkę pomiędzy innymi lekturami. Ta książka bowiem nie należy do obszernych, licząc sobie trochę ponad dwieście stron. Opowiada zwięźle i konkretnie o miłości dwojga ludzi w średnim wieku, których bagaże doświadczeń do lekkich nie należą. Dzięki wzajemnej bliskości i wsparciu oboje uświadamiają sobie, że życie jednak potrafi być piękne. Ratują siebie nawzajem, zmieniając się już na zawsze.

Adrienne Willis ma prawie sześćdziesiąt lat. Przeżyła już wiele - prawdziwą miłość, ślub, rozwód, doczekała się dzieci i wnuków. Widząc, jak jej córka Amanda rozpacza i zaniedbuje własnych synów, nie mogąc pozbierać się po zbyt wczesnej śmierci męża, Adrienne postanawia opowiedzieć jej najważniejszą historię swojego życia, historię, której nie znał nikt prócz niej samej i jej zmarłego ojca. Kilkanaście lat wcześniej, kiedy główna bohaterka nie najlepiej radziła sobie z trudami codzienności po tym, jak odszedł od niej mąż, zostawiając ją z trójką nastoletnich dzieci, poznała Paula Flannera, który wywrócił jej życie o sto osiemdziesiąt stopni. Do ich spotkania doszło w niewielkiej wiosce rybackiej Rodanthe, kiedy to Paul zawitał w Gospodzie, ośrodku wypoczynkowym nad oceanem, nad którym pieczę sprawowała akurat Adrienne, zastępując przyjaciółkę. W ciągu zaledwie kilku dni tych dwoje ludzi zdołało się przed sobą otworzyć, zaprzyjaźnić i zakochać. Wzbogaceni o nowe doświadczenie i prawdziwą miłość, obiecują sobie spotkanie za rok i pozostanie ze sobą do końca życia. Los jednak nie był dla nich łaskawy. Dlaczego? Jak Amanda zareaguje na opowieść matki? Czy zdoła w końcu pozbierać się po śmierci męża?

Jak to zazwyczaj bywa z książkami Sparksa, "Noce w Rodanthe" czyta się szybko, lekko i przyjemnie. Aczkolwiek odnoszę wrażenie, że ta pozycja zahacza o bardziej melancholijny klimat. Być może przez chłodną porę roku, podczas której toczy się zdecydowana większość akcji, być może też przez postać Paula Flannera, do której nie mogę się przekonać, mimo że przeczytałam tę powieść po raz drugi. Owszem, nie wszyscy bohaterowie literackiego świata muszą cechować się kolorowym charakterem i stylem bycia. Paul należy do tych, których życie nie jest łatwe, ale też jego cechy przyczyniają się do tego, że toczy się ono w taki, a nie inny sposób. Bohater ten sprawia wrażenie człowieka, do którego ciężko dotrzeć, milczącego, trochę sztywnego i zbyt grzecznego. Za mało w Paulu... samego Paula, jego osobowości, energii, emocji. W przeciwieństwie do Adrienne, której postać da się lubić o wiele bardziej, która wnosi do powieści odrobinę słońca i świeżości.

"Noce w Rodanthe" to utwór, który nie należy do skomplikowanych, bo w dużej mierze składa się ze wzajemnych opowieści głównych bohaterów, ale zaskakuje, a pod koniec także wzrusza. Sparks koncentruje się tutaj na przedstawieniu pewnego etapu ludzkiego istnienia, który zapewne dotyka niejednego z nas w prawdziwym życiu. Chodzi o zmianę. Gotowość do zmiany na bycie kimś lepszym po tym, jak dochodzi się do wnioski, że dotychczasowy byt nie był bytem szczęśliwym, zarówno dla samego siebie, jak i bliskich. Taka zmiana to pewnego rodzaju przełom w życiu, na który duży wpływ ma coś ważnego, istotnego, coś, z czego człowiek wcześniej nie zdawał sobie sprawy. Może to być przeprowadzka, zmiana pracy albo, jak w przypadku Adrienne i Paula, po prostu nowa znajomość. Rozmowa. Dzielenie się własnymi problemami z osobą, która nas przypomina, która nas rozumie. Być może brzmi to dość banalnie, ale ubrane przez Sparksa we właściwe słowa, nie jest już banalne, lecz potrafi zaintrygować i dać do myślenia.

"Noce w Rodanthe" to dobra, że tak to ujmę, "spokojna" książka. Króciutka, ale konkretna. Tematycznie - no cóż, typowy Nicholas Sparks. Miłość dwojga ludzi, trudna przeszłość, mnóstwo przemyśleń, poszukiwanie własnego ja. Dla fanów autora pozycja jak najbardziej obowiązkowa, literatury kobiecej - myślę, że odpowiednia. Mnie nie pozostaje teraz nic innego, jak tylko zapoznać się z filmem, który powstał na podstawie tej powieści. Zrobię to na pewno, przede wszystkim ze względu na postać Paula Flannera - być może Richard Gere przekona mnie do niej dużo lepiej.

Blogowa zabawa dla zaczytanych

Podpatrzona na innych blogach ;).

1) O jakiej porze dnia czytasz najchętniej?
Zdecydowanie wieczorami i nocami (sny mam potem takieeeeeee... ;)).

2) Gdzie czytasz?
W domu. Na łóżku. W innych miejscach jakoś nie potrafię skupić się na czytaniu - zbyt dużo się wtedy dzieje, za dużo rozmyślam, np. na wakacjach. A w autobusie, którym i tak za wiele nie podróżuję, dają się we znaki zawroty głowy, gdy próbuję czytać.

3) W jakiej pozycji czytasz najchętniej?
Na łóżku, na leżąco, cierpnąc co chwilę i zmieniając pozycje - lewy bok, prawy, na plecach, na brzuchu, na stosach poduszek...

4) Jaki rodzaj książek czytasz najchętniej?
Thrillery i kryminały.

5) Jaką książkę ostatnio kupiłeś/aś albo dostałeś/aś?
Nie była to jedna, lecz równocześnie trzy: "Nieugięty" Sama Millara, "Kontrakt Paganiniego" Larsa Keplera oraz "Drapieżca" Terri Blackstock - nagrody konkursowe od portalu Zbrodnia w Bibliotece :).

6) Co czytałeś/aś ostatnio?
"Noce w Rodanthe" Nicholasa Sparksa. A, sięgnęłam sobie po raz drugi po ponad roku czasu ;).

7) Co czytasz obecnie?
"Pretty Little Liars. Kłamczuchy" Sary Shepard. Pierwsza i jedyna część tej serii, jaką posiadam. Przyzwyczajona do serialu, już zaczynają drażnić mnie różnice pomiędzy nim a książką ;).

8) Używasz zakładek czy zaginasz ośle rogi? Jeśli używasz zakładek, jakie one są?
Żadnych rogów, Boże broń! Używam zakładek, ale nie jakichś wyszukanych. Są to tekturowe zakładki reklamujące powieści, które są czasami dodawane do nowych książek.

9) Ebook czy audiobook?
Nie miałam styczności z żadną z nich. Uwielbiając książki papierowe, nie zamierzam przerzucać się na inne wersje - nie przekonują mnie.

10) Jaka jest Twoja ulubiona książka z dzieciństwa?
"Martusia i Gufi" tom 3 (Brigitte Yerna, Myriam Mommaerts). Nie mam pojęcia, ile razy ją przeczytałam. A te piękne ilustracje...ach! :)

11) Którą z postaci literackich cenisz najbardziej?
Przychodzi mi na myśl Janeczka Chabrowicz (z książek Joanny Chmielewskiej), moja idolka późnego dzieciństwa, dzięki której, czytając "Nawiedzony dom" czy "Skarby", przeżyłam niesamowite przygody. Swoim sprytem, swoją odwagą i ciekawością zaimponowała mi na tyle, że wręcz chciałam być taka jak ona. Pod koniec podstawówki pisałam nawet opowiadania kryminalno-przygodowe, w których główne role grałam ja i mój młodszy brat - tak jak Janeczka i jej brat Pawełek ;). Teraz, jak sobie o tym pomyślę, chce mi się śmiać, ale z drugiej strony bardzo, bardzo miło wspominam tamte czasy :).

Zachęcam wszystkich do zabawy - nie wiem jak Wy, ale ja uwielbiam czytać Wasze wypowiedzi; sporo można się dowiedzieć, czasami się uśmiechnąć, co nieco porównać... Być może niedługo sama stworzę krótką listę pytań, żeby co nieco od Was wyciągnąć ;). Pozdrawiam ciepło!

sobota, 21 kwietnia 2012

"Ponieważ cię kocham" - Guillaume Musso

Wydawnictwo: Albatros, 2009.
Liczba stron: 304.
Oprawa: miękka ze skrzydełkami.
Rozpoczęcie lektury: 20.04.2012.
Zakończenie lektury: 21.04.2012.
Moja ocena: 9/10.

Guillaume Musso to współczesny pisarz francuski. Z wykształcenia ekonomista, z zawodu nauczyciel. Jest autorem dziewięciu powieści obyczajowych z nutką romantyzmu i niespotykanej magii. Zadebiutował w 2001 roku utworem "Skidamarink", ale to druga książka, "Potem...", przyniosła mu popularność w wielu krajach. Doczekała się nawet ekranizacji w Johnem Malkovichem w jednej z ról głównych.

"Ponieważ cię kocham" to żadne - jak może sugerować opis fabuły ze skrzydełka okładki - ckliwe romansidło, lecz wspaniała powieść psychologiczna z domieszką, rzekłabym nawet, kryminalnych intryg i odrobiną magii. Utwór koncentruje się przede wszystkim na przeżyciach i psychikach głównych bohaterów, silnie związanych z panowaniem nad własnymi losami, z walką z przeszłością, z przezwyciężaniem bólu, z chęcią zemsty, z możliwością przebaczania, z pragnieniem kochania i bycia kochanym. Najogólniej rzecz biorąc, lepiej, jeśli czytelnik nie będzie zaglądał do streszczenia książki, wówczas zostanie zaskoczony jeszcze bardziej.

Losy Marka Hathawaya, Evie Harper i Alyson Harrison krzyżują się pewnego dnia, ale żadne z nich nie wie, że ich spotkanie na zawsze zmieni ich życie. Z biegiem czasu ta trójka bohaterów zaczyna zdawać sobie sprawę z tego, że więcej ich łączy aniżeli dzieli. Każdy z nich bowiem boryka się z problemami osobistymi i rodzinnymi. Mark nie może się otrząsnąć po zaginięciu pięcioletniej córeczki, zrywając kontakty z żoną i przyjacielem, rzucając dobrą pracę i stając się bezdomnym włóczęgą. Evie, w biedzie wychowana nastolatka, dźwiga ze sobą ciężar śmierci matki, z którą nie może się pogodzić. Z kolei Alyson, rozpuszczona gwiazda telewizyjna, nie stroni os alkoholu i narkotyków, żałując, że jeszcze żyje na tym świecie i skrywając potężny sekret. Praktycznie wszyscy bohaterowie książki pełni są tajemnic, które stopniowo wychodzą na jaw, układając się w logiczną, acz szokującą całość.

Musso posługuje się bardzo prostym językiem. Można by nawet pomyśleć, że banalnym i niezbyt rozwiniętym warsztatowo, ale mnie to kompletnie nie przeszkadza. No, może pod jednym względem - poszczególne wątki powieści "Ponieważ cię kocham" mogłyby być szerzej rozbudowane, dzięki czemu powieść zyskałaby na objętości. Bo trzeba przyznać, że trzy godziny spędzone na jej lekturze to zdecydowanie za mało, a tempa czytania zmniejszyć się nie da, gdyż wciąga niesamowicie.

Historia Marka, Evie i Alyson podzielona jest na ponad trzydzieści krótkich rozdziałów, opatrzonych tytułami, z których niemal każdy rozpoczyna się mniej lub bardziej znanym cytatem z ważnym przesłaniem odnoszącym się do treści utworu, a także określeniem miejsca i czasu akcji. Wśród tych rozdziałów jest kilka zwanych flashbackami, przywołujących czytelnikowi na myśl scenariusz i kadry filmowe, a będących po prostu retrospekcjami ukazującymi wydarzenia z przeszłości bohaterów. Fantastyczny zabieg, który uwielbiam, gdyż dzięki niemu można uzyskać odpowiedzi na pytania, jakie zadaje sobie czytelnik w czasie lektury książki, lub po prostu zapoznać się z interesującymi faktami, które miały jakiś wpływ na dalsze losy postaci. Najogólniej rzecz biorąc, utwór "Ponieważ cię kocham" jest napisany w tak przystępny sposób, że bardzo łatwo jest sobie wyobrazić różne fragmenty akcji, wytwarzając w głowie pewnego rodzaju całkiem wyraźny film, który przyjemnie się ogląda.

"Czy można uciec przed przeznaczeniem?" - głosi tylna okładka książki Musso. Czy można pogodzić się ze swoim losem, gdy ten nieźle daje człowiekowi w kość? Czy można przezwyciężyć ból? A chęć zemsty? Czy człowiek jest w stanie wybaczyć drugiej osobie dosłownie wszystko? "Wybaczyć nie znaczy zapomnieć ani usprawiedliwić, ani też odpuścić winę (...) W przeciwieństwie do zemsty, która jest pożywką dla nienawiści, przebaczenie uwalnia nas od niej (...) Przebaczenie to najtrudniejsza rzecz na świecie (...) A w każdym razie wymagająca wielkiej siły"*. Przed powyższymi wyzwaniami stają Mark, Evie i Alyson. Ich bagaże doświadczeń nie są ani trochę godne pozazdroszczenia. Ta trójka ludzi wierzy w to, że ich życie już nigdy nie ulegnie zmianie, nie polepszy się. Górę nad rozsądkiem bierze strach i desperacja.

"Nie rób głupstw. Jeśli stracisz grunt pod nogami, trudno ci będzie powrócić do brzegu"**. Tak naprawdę każda z tych osób odpłynęła już od brzegu, choć niezbyt daleko. W dalszym ciągu istnieje cień szansy, nadziei na powrót, który rozrasta się od momentu spotkanie tych troje. Jakimś cudem zaginiona córeczka Marka zostaje odnaleziona. Mężczyzna, jako były psycholog, próbuje odwieść nastoletnią Evie od okrutnego planu, jaki dziewczyna próbuje zrealizować od czasu śmierci matki. Najtrudniej natomiast jest porozumieć się z Alyson, której przeszłość nie pozwala na powstanie i rozpoczęcie nowego życia. Bohaterowie robią wszystko, by się nie poddać. Walczą z samymi sobą, ale w tej walce zyskuję wsparcie osób, z którymi przeznaczenie związało na zawsze.

Pisarz w ciekawy sposób tworzy psychologiczne portrety poszczególnych postaci. Także tych drugoplanowych, które pojawiają się w "Ponieważ cię kocham". Ubiera je w tak nieoczekiwane tło wydarzeń, że czytelnikowi aż zapiera dech w piersiach. Wszystko ze sobą się zgadza, zaskakując, przerażając i wzruszając. Przyprószone odrobiną magii, staje się po prostu piękne.

Książkę "Ponieważ cię kocham" przeczytałam po raz drugi, a spodobała mi się jeszcze bardziej. Sięgając po nią ponownie, chciałam odświeżyć sobie pamięć, gdyż większość fabuły po ponad roku zwyczajnie opuściła jej zakamarki. A tymczasem nie tylko co nieco sobie przypomniałam, ale też po raz kolejny utwór mną wstrząsnął, mile mnie zaskoczył i bardzo wzruszył. Rewelacja po prostu. Mam nadzieję, że Guillaume Musso jeszcze niejeden raz mnie zachwyci.

*s.228
**s.225

"Niewidzialni" - Michael Marshall

Wydawnictwo: Albatros, 2004.
Liczba stron: 400.
Oprawa: miękka.
Rozpoczęcie lektury: 19.04.2012.
Zakończenie lektury: 20.04.2012.
Moja ocena: 7/10.

Michael Marshall jest popularnym pisarzem i scenarzystą angielskim. Studiował nauki polityczne i społeczne na Cambridge. Jego opowiadania i powieści krążą wokół gatunku science-fiction, sensacji i thrillera spiskowego. Jest czterokrotnym zdobywcą British Fantasy Award. Jego utwory często przyciągają uwagę filmowców.

Po lekturze "Niewidzialnych" śmiem twierdzić, że zbyt długo ta książka spoczywała na półce mej domowej biblioteczki, czekając na swoją kolej, na przeczytanie. Odpychała mnie chyba świadomość, iż thriller ten został określony mianem spiskowego. A jak spiski, to od razu na myśl nasuwają mi się tematy polityczne, do których nie ciągnie mnie zbyt mocno, choć powieści sensacyjne o takim zabarwieniu zdarzało już mi się czytać. W dodatku ta amerykańska flaga na okładce... Jedna wielka zmyłka, ale za to miłe zaskoczenie, które towarzyszyło mi w czasie lektury tego utworu.

"Niewidzialni" to opowieść o bardzo dziwnej, acz groźnej zakonspirowanej organizacji zwanej właśnie... Niewidzialnymi. Nikt nie ma pojęcia, kto wchodzi w skład tej grupy, jakie są jej cele, dlaczego zabija. A zabija brutalnie. Często. I sprytnie - jak jej nazwa wskazuje - w taki sposób, by nikt nie domyślił się ani zauważył, kto, jak i dlaczego dopuszcza się zbrodni. Powieść Marshalla rozpoczyna się opisem jednej z takich zbrodni - masakry w McDonald'sie, w której ginie mnóstwo niewinnych, przypadkowych ludzi. Dziesięć lat później mają miejsce inne zdarzenia - porwania małych chłopców, nastoletnich dziewcząt oraz śmiertelny wypadek samochodowy starszego małżeństwa. Ich syn, były pracownik CIA, Ward Hopkins, próbuje rozwikłać zagadkę śmierci rodziców po tym, jak w ich domu znajduje dziwną wiadomość od ojca i kasetę video z kawałkami nagrań z przeszłości. W tym samym czasie, ale w innym mieście były policjant, John Zandt, pragnie odnaleźć porywacza nastolatek, który konsekwentnie działa już od kilku lat. John i Ward nie znają się, ale pozornie niezwiązane ze sobą sprawy, jakie oboje chcą wyjaśnić, sprawiają, że ich drogi wkrótce się skrzyżują.

O sposobie pisania Marshalla z całą pewnością da się stwierdzić, że jest wyczerpujący. Bardzo. Czasami nawet za bardzo. Absolutnie nie można przyczepić się do profesjonalizmu autora, jego operowania słownictwem i zgranego, przyjemnego w odbiorze konstruowania zdań i wypowiedzi. Na duży plus zasługuje tutaj przede wszystkim jego poczucie humory, ocierające się o zabawną ironię, które towarzyszy czytelnikowi niemal na każdej stronie "Niewidzialnych". Przeszkadzają natomiast liczne długie i drobiazgowe opisy związane zazwyczaj z wyglądem i historią jakichś miejsc albo bohaterów. Nie są one tragicznie nudne, nie, ponadto część z nich bezpośrednio wiąże się z fabułą utworu, ale niektóre mogłyby spokojnie zostać pominięte.

Najważniejsze jednak jest to, że pisarz zachowuje w powieści doskonały klimat charakterystyczny dla dobrego thrillera, na który składają się niekończące się napięcie oraz pełna wyszukanych zwrotów akcja. Przeszłość bohaterów, stare fotografie, filmy i sekrety - to jest to! Nic bowiem nie może się równać podekscytowaniu czytelnika, kiedy zostaje odkryty kolejny pasujący albo niepasujący kawałek układanki dotyczącej życia lub tajemniczych działań jakiejś postaci.

Książka Marshalla jest dobra nie tylko ze względu na swój charakter, ale i kreacje bohaterów, jakie się w niej pojawiają. Opowiada o walce z przeszłością i walce i prawdę, choć ta nie zawsze i nie dla wszystkich okazuje się darem z niebios. Świat pełen jest okrucieństwa, które tkwi w ludziach. "Seryjni mordercy nie są przerażający jako seryjni mordercy. Przerażające jest uświadomienie sobie, że można być człowiekiem, nie czując tego, co czują inni ludzie"*. Pozornie niewinna i zabawna wyobraźnia ludzka może znaleźć swe odzwierciedlenie w rzeczywistości. "(...) stworzyli postać pana Odpuka Niemalowanego, złego ducha, pochodzącego prawdopodobnie ze Skandynawii, którego jedynym celem było słuchanie ludzi rzucających wyzwanie losowi przez wygłaszanie pochopnych stwierdzeń. Usłyszawszy nieostrożne słowa, pan Niemalowany wlatywał do domu tego, kto je wypowiedział i obrzydzał mu życie. Lepiej nie przyznawać się do szczęścia, gdy pan Niemalowany jest w pobliżu, bo dowie się i surowo nas ukarze"**. Można by pomyśleć, że na podobnej zasadzie działają Niewidzialni. "Odpuk Niemalowany znikał. Został na schodach. Oszukiwał ich (...) Chciał, żeby pomyśleli, że się wydostaną, a potem po nich przyjdzie. Nie musiał chodzić na nogach. Potrafił wyskoczyć przez dach i szybować po niebie. Potrafił latać nad domami, nurkować i zabijać z góry. Nie był zwyczajny. Nie był taki jak wszyscy inni ludzie"***.

"Niewidzialni" to pierwszy tom trylogii o tej przerażającej grupie spiskowców. Pod żadnym pozorem nie należy zaglądać do opisu z okładki drugiego tomu, czyli "Pierwotnego instynktu", jeśli nie czytało się pierwszego - najbardziej zaskakująca niespodzianka bowiem straci swój urok. W moim przypadku na szczęście to nie groziło, dlatego książkę odebrałam bardzo pozytywnie. Zaintrygowała i przeraziła mnie niejednokrotnie. Michael Marshall wie, jak zyskać przychylność czytelnika. Już nie mogę się doczekać, kiedy dostanę w swoje ręce "Pierwotny instynkt", a w dalszej kolejności "Krew aniołów". Tę trylogię muszę poznać od początku do końca, nie ma innej opcji. Polecam, jak na razie, część pierwszą miłośnikom thrillerów z dużą dawką emocji, intryg i zbrodni.

*s.119
**s.174
***s.385

Baza recenzji

czwartek, 19 kwietnia 2012

"Na ratunek" - Nicholas Sparks

Wydawnictwo: Albatros, 2011.
Liczba stron: 400.
Oprawa: miękka ze skrzydełkami.
Rozpoczęcie lektury: 18.04.2012.
Zakończenie lektury: 18.04.2012.
Moja ocena: 9/10.

Nicholas Sparks to amerykański pisarz specjalizujący się w literaturze społeczno-obyczajowej, po którą zazwyczaj sięga żeńskie grono czytelników. Zadebiutował w 1997 roku "Pamiętnikiem" i od tamtego czasu jego książki zyskują miano bestsellerów, sprzedając się w milionowych nakładach na całym świecie. Większość z nich została zekranizowana. Ich odpowiedniki filmowe również cieszą się dużą popularnością wśród fanów Sparksa.

"Na ratunek" jest czwartym utworem tego pisarza, powstałym w 2000 roku. Tematyką nie różni się od pozostałych jego powieści, opowiadając o ludziach borykających się z trudami życia codziennego, rodzinnego, trudami uczucia, jakim jest miłość. To wspaniała historia o walce z przeszłością, poprzez którą teraźniejszość może być skazana na klęskę. O przyjaźni, poświęceniu i chęci niesienia pomocy innym. Mimo że Sparks pisze raczej w sposób schematyczny, koncentrując się na doli czy niedoli poszczególnych bohaterów, ich uczuciach i radzeniu sobie z problemami, co zazwyczaj kończy się szczęśliwie, a przynajmniej pozytywnie, w książce "Na ratunek" tak czy inaczej można odnaleźć jej wyjątkowość, dzięki której powyższa schematyczność odchodzi w zapomnienie.

Denise Holton jest samotną matką. Wychowuje czteroletniego syna Kyle'a, który cierpi na zaburzenia mowy z niewyjaśnionych powodów. Oboje prowadzą raczej skromny tryb życia w małym miasteczku Edenton w Karolinie Północnej. Pewnego dnia w czasie groźnej nawałnicy Denise i jej syn ulegają wypadkowi samochodowemu, po którym kobieta traci przytomność, a chłopiec opuszcza auto i znika bez śladu. Mocno poturbowaną główną bohaterkę znajduje Taylor McAden, członek ochotniczej straży pożarnej. To także dzięki niemu udaje się odszukać Kyle'a, który schronił się przed burzą w lesie. Niebezpieczeństwo, strach i przerażenie, jakie dotyka matkę i jej dziecko, na zawsze zmienia ich losy. A wszystko to za sprawą Taylora, który zaczyna pojawiać się w ich życiu coraz częściej. Jak łatwo się domyślić, on i Denise staną się dla siebie kimś więcej aniżeli przyjaciółmi. Najważniejszy jednak fakt stanowi przyjaźń między Taylorem a Kyle'em. Wygląda na to, że wszystko układa się po myśli bohaterów, ale czy na pewno? Już wkrótce okaże się, że życie jest pełne okrutnych niespodzianek. Czy Denise i Taylor będą potrafili zmierzyć się z przeciwnościami losu? A mający problemy z mówieniem mały Kyle?

W powieści "Na ratunek" została poruszona kwestia związana z dziecięcymi zaburzeniami mowy. Jeśli ktoś czytał utwór "Trzy tygodnie z moim bratem", który jest pewnego rodzaju autobiografią pisarza, doskonale wie, że Sparks podczas pisania książek czerpie inspiracje z własnych doświadczeń życiowych. Jedna z nich znalazła swoje odzwierciedlenie właśnie w postaci kilkuletniego Kyle'a. Tworząc tę postać bowiem, autor miał na myśli jednego ze swoich synów, cierpiącego na niezdiagnozowane zaburzenia mowy. Trud, z jakim borykała się Denise Holton, wychowując i ucząc swego synka, został opisany w książce bardzo dokładnie, dosadnie, w sposób wzruszający. Nic dziwnego - wszystko to na pewno płynęło z głębi serca Sparksa, on sam przecież doświadczył tego na własnej skórze, robiąc wszystko, by pomóc własnemu dziecku. Postać Kyle'a to postać wspaniała, wywołująca na twarzy zarówno uśmiech, jak i smutek. Tak naprawdę wokół niej i dzięki niej toczy się historia matki chłopca i Taylora McAdena.

Życie Denise nigdy nie było usłane różami. Po wczesnej utracie dziadków i rodziców kobieta zachodzi w ciążę z przypadkowym mężczyzną, a na domiar złego dziecko okazuje się mieć poważną wadę rozwojową. Sprawy przybierają jednak łagodniejszy obrót i bohaterka staje się supermatką z krwi i kości, której miłość do syna nie pozwala jej się załamać w żadnej sytuacji. Przeprowadzka do Edenton jeszcze bardziej to potwierdza.

"Ludzie przychodzą i odchodzą... pojawiają się i znikają z twojego życia prawie tak jak bohaterowie ulubionej książki. Kiedy ją w końcu zamykasz, postaci opowiedziały swoją historię i zaczynasz czytać nową książkę z całkiem nowymi bohaterami, ich perypetiami. I po jakimś czasie koncentrujesz się na nich, a nie na tych z przeszłości"*. Denis na pewno nie spodziewa się tego, że bohaterem jej kolejnej książki będzie mężczyzna, w którym się zakocha. Mężczyzna, który zawróci jej w głowie swoim stylem bycia i dobrocią. "W życiu trafisz nieraz na ludzi, którzy mówią zawsze odpowiednie słowa w odpowiedniej chwili. Ale w ostatecznym rozrachunku musisz ich sądzić po czynach. Liczą się czyny, nie słowa"**. Przez jakiś czas wszystko układa się jak w pięknej bajce. Związek Denise i Taylora rozkwita, a mały Kyle wydaje się dużo bardziej szczęśliwym chłopcem. Demony z przeszłości, które ścigają McAdena nie pozwalają jednak na dalsze trwanie tej sielanki. Żadna bliska mu osoba nie jest w stanie go rozgryźć, aby dowiedzieć się, co tak naprawdę go dręczy i leży mu na sercu. Czy mężczyzna będzie potrafił dalej być człowiekiem, dla którego czyny, a nie słowa są najważniejsze?

W powieści "Na ratunek" zdarzały się takie momenty, których kompletnie się nie spodziewałam. Były też takie, które przepłukały moje oczy łzami. Do samego końca byłam ciekawa rozwoju akcji i jej finału, bo tak naprawdę wszystko mogło się zdarzyć, przez co moja wyobraźnia działała na wysokich obrotach. Utwór zachwycił mnie swoją prostotą, romantyzmem i zgrabnie skonstruowaną fabułą, choć niektórym może się ona wydać banalna i ckliwa. Wszystko tutaj się zgadza i współgra ze sobą. Nicholas Sparks po raz kolejny wzruszył mnie do głębi i sprawił, że nie mogłam oderwać się od jego książki ani na chwilę. "Na ratunek" stał się bez wątpienia jednym z moich ulubionych utworów jego twórczości - zaraz po "Ostatniej piosence", na równi ze "Szczęściarzem".

*s.135
**s.131
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...