Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Otwarte. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Otwarte. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 23 lutego 2014

"Zimowa opowieść" - Mark Helprin

Tytuł oryginalny: "Winter's Tale".
Tłumacz: Maciej Płaza, Joanna Dziubińska.
Wydawnictwo: Otwarte, 2014.
Liczba stron: 696.
Oprawa: twarda.
Rozpoczęcie lektury: 14.02.2014.
Zakończenie lektury: 21.02.2014.
Moja ocena: 5/10.

Przebrnięcie przez książkę, która liczy sobie prawie siedemset stron - dość dużych, gęsto zadrukowanych stron - to nie lada wyczyn. Szczególnie gdy czytelnik nie do końca odnajduje się w gatunku literackim, który ów utwór reprezentuje. Dlatego jestem z siebie dumna. Cieszę się, że udało mi się przeczytać "Zimową opowieść" Marka Helprina od początku do końca, mimo iż raz po raz dopadało mnie zdezorientowanie i wyczerpanie. Nie spodziewałam się, że ta powieść będzie tak dużym ładunkiem fantastyki, z którą stykam się raczej rzadko. Okładkowy opis sugerujący, że odbiorca będzie miał do czynienia z przygodowym romansem, nieco mnie zmylił. Właściwie, nie jest rzeczą łatwą zakwalifikowanie "Zimowej opowieści" do jednego gatunku - można określić ją mianem przedstawicielki urban fantasy, realizmu magicznego, baśnią albo po prostu miszmaszem składającym się z tych oraz wielu innych gatunków, podgatunków i elementów literatury. Ale jedno jest pewne - osoba planująca lekturę książki Helprina musi lubić fantastykę. Chyba że chce zaryzykować (podobnie jak ja), wówczas albo z impetem wkroczy w niebanalny świat wykreowany przez pisarza, albo wykaże umiarkowane zainteresowanie jego obrazem, albo po kilkudziesięciu stronach odłoży powieść na półkę i już nigdy do niej nie wróci. To z całą pewnością niezwykły, specyficzny, ale i wysublimowany utwór.

Na dodatek wielowątkowy. Jego akcja została osadzona na przestrzeni około stu lat (głównie na początku i końcu XX wieku), w Nowym Jorku i jego okolicach. To właśnie miasto Nowy Jork jest głównym bohaterem "Zimowej opowieści". Miasto, jego piękno, przywary, imponująca potęga i zachodzące w nim zmiany. "Każdego dnia wyglądało inaczej. Czy to w ciemne, duszne, dymne popołudnia, czy to w powodziach deszczu, czy w jesienne dni, przejrzystsze niż kryształowy przycisk do papieru, czy w blasku słońca, czy w cieniu - miasto nigdy nie było takie samo"*. Sposób, w jaki autor wypowiada się na temat Nowego Jorku, przywodzi na myśl egzaltację. Z drugiej jednak strony gołym okiem widać, że kocha to miasto pomimo jego niedoskonałości. "W mieście były miejsca, w które wpadało się bez możności powrotu, pełne mrocznych snów i powolnego umierania, konających dzieci, cierpienia bez nadziei na łaskę i odkupienie, ostatecznego i wiecznego zatracenia (...) Nawet ci, co nie mieli szans na odkupienie, mogli zostać odkupieni, albowiem w mieście wszystko się równoważyło. Musiało się równoważyć"**. Kocha to miasto, bo jest ono czymś wyjątkowym, "jest żywą istotą, znacznie wspanialszą niż dym, światło i kamień (...) ono żyje i jeśli jest się cierpliwym, można dostrzec, że mimo bezprawia, brzydoty i gorączki jest ostatecznie sprawiedliwe i ostatecznie łaskawe"***.

Helprin potrafi pisać. Opowiadać niczym artysta malarz wyrażający jednym pociągnięciem pędzla więcej niż kilka słów. Jego styl jednak nie jest lekki, wręcz przeciwnie - skrupulatny, pełen barwnych epitetów, wymyślnych porównań ("dom nad jeziorem Coheeries jaśniał niczym świeca w papierowym kubeczku"****, "znieruchomieli jak jeleń w płonącym lesie, który unosi głowę ku najwyższym i najjaśniejszym płomieniom i jak zaczarowany spogląda w tunel białego światła"*****, "Mknęli tak szybko, że nie sposób już było dostrzec czegokolwiek na brzegu, wszystko zmieniło się w gładką białą smugę podobną do paska emalii na porcelanowej misce"******) i animizacji ("Lód był tak idealny, że niemal śmiał się z własnej doskonałości"*******). Na dłuższą metę jednak stosowanie tych wszystkich zabiegów staje się trochę nudne, momentami nawet dziwaczne i przesadzone. Zwłaszcza jeśli skupiają się one głównie na dwóch rzeczach - mieście i zimie. O, tak, książka niemalże ginie pod stertą śniegu i lodu wytworzonej dzięki silnym mrozom i wiatrom. Dominują w niej rozległe opisy i opowiastki zahaczające o magię, niewytłumaczalne zjawiska i filozofię. Dialogów, jak na tak dużą ilość stron, jest naprawdę niewiele.

Tempo akcji "Zimowej opowieści" jest raczej niespieszne i jednostajne. Wraz z pojawieniem się jakiejś postaci nadarza się okazja na przeżycie jedynej w swoim rodzaju przygody. A każda z tych przygód - mniej lub bardziej interesująca, szokująca, niepokojąca i zabawna - wiąże się z jakimś niecodziennym celem, na przykład przywracaniem zmarłych do życia czy dążeniem do sprawiedliwości. Utwór ten to praktycznie odzwierciedlenie odwiecznej walki dobra ze złem i niekończącej się nadziei na doświadczenie czegoś lepszego, na lepsze jutro. Bohaterowie (ci z krwi i kości) pojawiający się w powieści Helprina są bardzo zróżnicowani i odznaczają się rażącą indywidualnością - przemieszczający się w czasie włamywacz, Peter Lake, zafascynowany magnetyzmem barw szef gangu, Pearly Soames, chora na gruźlicę Beverly Penn, mistrzowska potęga wśród pracodawców, Harry Penn, nierozstająca się ze swym kogutem (imitującym kota) Sarah Gamely, posiadająca dar proroczych snów i wizji Virginia Gamely i inni. Śledząc losy tych postaci, ma się wrażenie, że nie są one zwyczajnymi ludźmi. Nie tylko dlatego, że dysponują intrygującymi darami czy mocami, ale też są elokwentni (niezależnie od tego, jak i gdzie zostali wychowani), a wydarzenia z ich udziałem sięgają czasami dobrego humoru (wędrówka Hardesty'ego Maratty z pechowym Jessem Honey'em) i absurdu (ekspresowe zakochanie się Petera i Beverly, Hardesty'ego i Virginii oraz Asbury'ego Gunwillowa i Christiany Friebourg, przy czym miłość tej ostatniej pary rozkwita podczas prowadzenia przez nią kilkumiesięcznych rozmów przez ścianę dzielącą jej mieszkania). Oprócz bohaterów typowo ludzkich i miasta Nowy Jork we znaki dają się jeszcze inni, bardzo istotni dla całego tego fantastycznego zawirowania opisywanego w "Zimowej opowieści" - Athansor, piękny biały koń, żwawy i żądny przygód niczym Maximus z "Zaplątanych"; jego umiejętności jednak wykraczają poza wszelkie wyobrażenia czytelnika, zapewniam; a także tajemnicza ściana chmur ciągle krążąca niebezpiecznie nisko nad miastem, chwytająca i porzucająca od czasu do czasu jakąś zagubioną duszę.

"Nic nie jest przypadkowe i nigdy nie będzie (...) Nic nie jest dane z góry, a jednak ustala się, było ustalone lub będzie. Czas nie ma tu znaczenia, bo i tak wszystko wydarzyło się równocześnie, krócej niż w okamgnieniu (...) Wszechświat jest nieruchomy i kompletny. Wszystko, co kiedykolwiek istniało, istnieje teraz; wszystko, co kiedykolwiek będzie istnieć, istnieje teraz - i tak dalej, we wszystkich możliwych kombinacjach"********. Stąd też ta zabawa czasem i igranie z nim w powieści Marka Helprina będącej gąszczem dających do myślenia lub przekombinowanych rozważań autora na temat ważnych wartości życia człowieka, oraz niejednoznaczności. Myślę, że każdy czytelnik nurkujący we wnętrzu tej książki zauważy bądź skupi się na innym, dla niego istotnym aspekcie - może być nim miłość (silniejsza niż śmierć), równowaga i sprawiedliwość na świecie, walka dobra ze złem, ludzki autorytet, mogą to być cuda, przemiany w mieście i na świecie czy zwyczajne piękno tkwiące w życiu każdego z nas.

"Zimowa opowieść" niewątpliwie ma swoje plusy i minusy, dobre (kiedy dawałam ponieść się historii i całkowicie wyłączałam z rzeczywistości) i złe (kiedy odpływałam myślami daleko poza jej treść) momenty, zaskakiwała mnie, nużyła, poruszała (im bliżej ostatniej strony, tym częściej, aczkolwiek samo zakończenie mnie rozczarowało) i bulwersowała na przemian, ale nie zafascynowała do tego stopnia, abym kilka dni po jej przeczytaniu nadal wspominała ją z wielką ekscytacją i wypiekami na twarzy. Czego nie mogę napisać o jej przepięknym wydaniu - zarówno w okładkę, jak i wyklejki, mogłabym wpatrywać się godzinami. Brawa dla wydawnictwa!

*s.70
**s.72
***s.542
****s.146
*****s.164
******s.168
*******s.225
********s.381

Za egzemplarz recenzencki uprzejmie dziękuję wydawnictwu Otwartemu.
Recenzja napisana dla portalu IRKA.

środa, 25 kwietnia 2012

"Pretty Little Liars. Kłamczuchy" - Sara Shepard

Wydawnictwo: Otwarte, 2011.
Liczba stron: 288.
Oprawa: miękka.
Rozpoczęcie lektury: 22.04.2012.
Zakończenie lektury: 24.04.2012.
Moja ocena: 8/10.

Sara Shepard to amerykańska pisarka, która zyskała popularność dzięki książkom z serii "Pretty Little Liars", inspirowanej własnymi przeżyciami szkolnymi. Zanim poświęciła się pisarstwu, chciała zostać gwiazdą opery mydlanej, filmowcem, genetykiem i redaktorem magazynu o modzie. Jej powieści należą do obyczajowych i przygodowych z domieszką thrillera. Chętnie sięgają po nie nie tylko czytelnicy, ale i twórcy filmowi.

Na podstawie serii "Pretty Little Liars" powstał serial, który cieszy się ogromną popularnością w wielu krajach, przede wszystkim wśród tej młodszej części odbiorców. Od razu zaznaczam więc, że i ja należę do fanów tego serialu, w Polsce od niedawna znanego pod tytułem "Słodkie kłamstewka". Jestem z nim praktycznie na bieżąco, więc treść książek nie będzie dla mnie obca, a i nie zaskoczy tak bardzo, jak bym tego chciała. Dlatego nie lubię w pierwszej kolejności oglądać filmu czy serialu, a dopiero potem czytać książkę. Ale gdy zaznajomiłam się ze "Słodkimi kłamstewkami", nie miałam pojęcia, że w naszym kraju zostanie wydana seria powieści, na podstawie której zostały nakręcone...

"Pretty Little Liars. Kłamczuchy" to pierwsza część przygód Arii Montgomery, Spencer Hastings, Emily Fields i Hanny Marin, które mają miejsce w Rosewood, niewielkim miasteczku amerykańskim. Kiedyś było idealnie. No, może prawie idealnie. Aria, Spencer, Emily i Hanna przyjaźniły się z Alison DiLaurentis, osobą, którą znali wszyscy. Którą chciała być każda dziewczyna. Z którą chciał być każdy chłopak. Wydawać by się mogło, że Ali była pod każdym względem perfekcyjna, ale nie była to prawda. Między przyjaciółkami zdarzały się sprzeczki, wzajemne złośliwości, ale mimo to ufały sobie i powierzały największe sekrety. W ten sposób przyjaźń trwała wiele lat. Do dnia, w którym po niezbyt udanym wieczorku Alison zniknęła bez śladu. Nikt nie miał pojęcia, co się z nią stało. Trzy lata później większość mieszkańców Rosewood uważa dziewczynę za zmarłą, choć nigdy nie znaleziono jej ciała. Już nic nie jest takie samo. A chyba najbardziej zmieniły się Aria, Spencer, Emily i Hanna, których przyjaźń nie zdołała przetrwać. Każda z nich poszła w inną stronę, nie spodziewając się, że po tych trzech latach wydarzy się coś, co znów zbliży je do siebie, może nawet bardziej niż kiedyś.

Sara Shepard pisze bardzo lekkim i prostym jeżykiem. W książce jest dużo dialogów i opisów, które mają za zadanie jak najdokładniejsze przedstawienie czytelnikowi postaci i fabuły. Poszczególne niedługie rozdziały ukazują naprzemiennie historie każdej z czterech bohaterek. Czytelnik dowiaduje się, jak te postaci wyglądają, jakie mają charaktery, jak spędzają wolny czas, w jakie kłopoty się pakują, o jakich wydarzeniach z przeszłości nie potrafią zapomnieć, kim są ich rodziny i znajomi. Dziewczyny diametralnie różnią się od siebie, więc z utworu można wyciągnąć naprawdę wiele ciekawych wniosków i informacji na ich temat.

Po trzech latach od tajemniczego zaginięcia Alison nastaje czas wielkich zmian w życiu Arii, Spencer, Emily i Hanny. Czas, w którym pojawiają się nowe twarze zarówno przyjaciół, jak i wrogów. Czas niedalekiej dorosłości. Czas, w którym sekrety z przeszłości zaczynają coraz bardziej się uwidaczniać. I to w sposób mrożący krew w żyłach. Bohaterki bowiem otrzymują różne sms-y i maile o treściach, które znać mogła tylko Ali. Albo nawet nikt. Jak na ironię, każda z tych wiadomości zawiera podpis "A.", co kojarzy się jednoznacznie.

Nie chcę zdradzać zbyt wiele szczegółów, tym bardziej, że pierwsza część serii "Pretty Little Liars" skupia się na codzienności bohaterów, a więc raczej zwyczajnych rzeczach i czynnościach. Przedstawia dokładnie to, co zaledwie jeden - pierwszy - odcinek "Słodkich kłamstewek". Jest napięcie, są intrygujące zwroty akcji, czytelnik z każdą stroną książki dowiaduje się czegoś nowego. Co bardzo ważne - nie ma szans na to, aby podczas lektury choć przez chwilę się nudzić. Wszystko dzieje się szybko i sprawnie, więc niecałe trzysta stron utworu mija w mgnieniu oka.

Dla mnie wielkim minusem była moja własna strata przyjemności czytania książki Shepard, wynikająca, jak już wcześniej wspomniałam, ze znajomości serialu. Moim zdaniem serial jest świetny. Jestem pewna, że gdyby nie on, to samo powiedziałabym o wersji książkowej, którą i tak odebrałam jako dobrą. Starałam się skupić tylko na niej, ale nie było to łatwe, gdy różnice pomiędzy nią a serialem były czasami dość duże, a przed oczami ciągle miałam aktorów wcielających się w postaci stworzone przez pisarkę. Mam jednak nadzieję, że kolejne części "Pretty Little Liars" zaskoczą mnie bardziej. Jestem świadoma tego, że nie pamiętam wszystkiego, o czym traktowały pierwsze odcinki serialu. Może w pozostałych książkach pojawią się znacznie bardziej odbiegające od nich fragmenty?

Ogólnie rzecz biorąc, uważam, że Sara Shepard stworzyła coś bardzo oryginalnego. I bardzo fajnego. "Pretty Little Liars" to pomieszane z poplątanym. Jest przygoda, jest komedia, jest dramat i sensacja. A przy tym mnóstwo zagadek i ciekawych sytuacji związanych z perypetiami nastolatek, którym niewiele brakuje do tego, by wkroczyć w dorosłość. "Pretty Little Liars. Kłamczuchy" to lekka, niewymagająca, ale z dreszczykiem emocji powieść. Doskonała na nudę i ucieczkę od rzeczywistości. Dla młodzieży, tej "młodszej" i "starszej". Polecam.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...