Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Polski Kameleon. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Polski Kameleon. Pokaż wszystkie posty

środa, 10 września 2014

"Pewnego dnia, w grudniu" - Martyna Ochnik

Wydawnictwo: Zysk i S-ka, 2013.
Liczba stron: 316.
Oprawa: miękka ze skrzydełkami.
Rozpoczęcie lektury: 20.08.2014.
Zakończenie lektury: 29.08.2014.
Moja ocena: 4/10.

Martyna Ochnik jest z wykształcenia biologiem. Miłośniczka zwierząt, lubi malować, a także pisać. Zadebiutowała w 2008 roku powieścią "Pan Wichrów i Powiewów". Za opowiadanie "Malinowy sok" otrzymała główne wyróżnienie w konkursie twórców musicalu "Nie ma Solidarności bez miłości". W 2011 roku wydała kolejną książkę, "Oszołomy", a dwa lata później - "Pewnego dnia, w grudniu", utwór, o którym będzie mowa w niniejszej opinii.

Sięgnęłam po niego, bo zaintrygował mnie opis. Prawdę pisząc, połasiłam się na zawarte w nim jedno słowo, mianowicie "śledztwo". Z racji tego, iż wprowadziło mnie ono w błąd, gdyż książce daleko do kryminału, a ponadto mnie ona zawiodła, stwierdziłam, iż w przyszłości lektury dla siebie będę dobierać staranniej i rzadziej pod wpływem emocji. "Pewnego dnia, w grudniu" to powieść obyczajowa o przemijaniu, przypadkach i nie-przypadkach, jakie niejednokrotnie goszczą w życiu każdego człowieka, o niepewności i niewiedzy wynikającej z niemożności przewidzenia tego, co przyniesie nam dzień jutrzejszy. To powieść raczej smutna, może i skłaniająca do refleksji, ale też - w moim odczuciu - nieco depresyjna.

I zagadkowa, bowiem jej fabuła krąży głównie wokół postaci Apolonii, dziewczyny doświadczonej przez los, dziwnej i niepokojącej. Jej losy - od narodzin, po których matka popełnia samobójstwo, przez dorastanie i obcowanie ze śmiercią dotykającą kolejnych członków jej rodziny oraz zwariowaną przyjaciółką, aż po doświadczenie pewnego rodzaju wolności - opisuje niewydana jeszcze książka Barbary, której rękopis, jakby na równi z czytelnikiem, czyta redaktor Górzyński, przyjaciel kobiety. Historią dziewczyny Barbara zainteresowała się po przypadkowym - a jakże! - spotkaniu z jej ciotką. Z opowieści tej drugiej wynikło, że z Polą stało się coś niedobrego, a że Barbara byłą niegdyś dziennikarką śledczą, postanowiła przeprowadzić małe dochodzenie i dowiedzieć się prawdy o Apolonii.

Całość owiana jest wielką tajemnicą. Czytelnik przygląda się życiu dziewczynki, a później nastolatki ze zmarszczonym czołem, snując rozważania na temat tego, co też mogło się jej przytrafić w dorosłym życiu, że zaintrygowało to pewną kobietę, która zdecydowała się nawet napisać o tym książkę. Akcja toczy się dwutorowo, dość leniwie - Ochnik posiada dar opowiadania, w dodatku robi to ładnym językiem, ale bardzo często niepotrzebnie skupia się na obszernych, pełnych barwnych epitetów opisach miejsc, mieszkań czy budynków - i jednocześnie szybko, bo poszczególne lata z życia Poli mijają w mgnieniu oka, akcentowane najistotniejszymi epizodami, wydarzeniami, takimi jak śmierć babci bohaterki, zamiłowanie do pisania, drugi ślub ojca, przyjaźń z Dorotą, pierwszy seks czy pierwsza praca. Postać Apolonii, choć niezwykle oryginalna, osobliwa, króluje nad innymi bohaterami (w tym Barbarą, której rozliczenie z przeszłością sugerowane przez opis z okładki wydało mi się wymuszone i mało wyraziste), których sylwetki zostały przez autorkę nakreślone mgliście. Wątek obyczajowy z Polą w roli głównej zrobił więc na mnie pozytywne wrażenie. Wszelkie zmiany, z jakimi boryka się dziewczyna, towarzyszące jej na co dzień niepewność, tęsknota za wolnością i swobodą oraz rutyna, której zbyt duża ilość może doprowadzić do zaburzeń ludzkiego życia, nieładu, z którego nic dobrego nie wyniknie, sprawiły, że od czasu do czasu popadałam w coś w rodzaju zadumy. Ale jednak nie wszystko co dobre, dobrze się kończy. Po mniej więcej połowie powieści robi się mało przyjemnie, chaotycznie i nudno. Z powodu wprowadzenia przez Ochnik nowych, niespodziewanych wątków odniosłam wrażenie, że w zawoalowany sposób pisarka przeniosła mnie do wnętrza jakiegoś poradnika dotyczącego medytacji i kontroli umysłu. Z różnych zakamarków treści zaczęły się wyłaniać zjawiska paranormalne, losy Apolonii zawędrowały w naprawdę nieciekawym kierunku, w wyniku czego prawie natychmiast opadł ze mnie dotychczasowy entuzjazm, a jego miejsce zajęły znużenie i niemożność doczekania się zakończenia utworu, w którym pokładałam nadzieje na uratowanie całej tej historii i uczynienie jej sensownej, zaskakującej i kompletnej.

Niestety czekał mnie kolejny zawód - finał książki, który niczego nie wyjaśnił, wręcz przeciwnie - pozostawił mnie z jeszcze większą liczbą pytań, na które nie uzyskałam odpowiedzi, i niesmakiem. Zakończenie powieści "Pewnego dnia, w grudniu" jest po prostu otwarte. Absolutnie się takiego nie spodziewałam, więc wyobraź sobie moje rozczarowanie, zwłaszcza że nie znoszę tego typu zabiegów w literaturze. Było to moje pierwsze spotkanie z twórczością Martyny Ochnik i myślę, że ostatnie.

środa, 15 stycznia 2014

"Książęta highwayu" - Marcin Baraniecki

Wydawnictwo: Zysk i S-ka, 2013.
Liczba stron: 464.
Oprawa: miękka ze skrzydełkami.
Rozpoczęcie lektury: 02.01.2014.
Zakończenie lektury: 04.01.2014.
Moja ocena: 7/10.

"Historia, którą tu opowiem, jest dziwna i nietypowa. Jest to truckerska historia o ludziach i ich sprawach, o ładunkach i truckach, o zimnie, śniegu i ciężkiej pracy. Jest to opowieść o kanadyjskich truckerach i ich codziennym trudzie. Dziś, gdy piszę te słowa, widzę ich wyraźnie - tak jakby tych minionych lat wcale nie było. Antek, Brian, Władziu, Sylwek i inni. Stoją koło swoich trucków. Kowbojskie buty, błyszczący chrom zderzaków. Wolni i uśmiechnięci. Można powiedzieć: prawdziwa arystokracja zawodu!"*. Tak właśnie opisuje książkę Marcin Baraniecki, będący zarówno jej autorem, narratorem, jak i jednym z głównych bohaterów. A w rzeczywistości - truckerem, dziennikarzem, pisarzem i redaktorem naczelnym polsko-kanadyjskiego magazynu "Truck'N'Roll".

"Książęta highwayu" to zgrabny zlepek historii, opowieści i wydarzeń opartych na faktach, mających miejsce w latach 80. i 90. XX wieku, a także dużo wcześniej. Intuicja podpowiedziała mi, aby sięgnąć po tę pozycję, zadziwiając mnie przy tym maksymalnie. Przecież praca fizyczna jako kanadyjski kierowca potężnej ciężarówki (i nie tylko) to tematyka typowo męska. I o niej właśnie przeważnie jest mowa w utworze Baranieckiego. Ale gdzieś tam pomiędzy wypływają na wierzch także inne zagadnienia, ciekawostki, historie uświadamiające odbiorcy, iż książka ta opowiada tak naprawdę o życiu - miłości, tęsknocie, marzeniach, planach, rodzinnych problemach, długach - a fakt ten sprawia, że może po nią sięgnąć każdy, niezależnie od płci i wieku. Czas poświęcony jej lekturze nie będzie stracony, wręcz przeciwnie - ekscytujący, w końcu autor zabiera nas do surowej, zimnej, a zarazem pięknej Kanady, a takie podróże nie zdarzają się nam zbyt często, prawda? Nawet w świetle literatury.

Zyskowe wydanie "Książąt highwayu" robi wrażenie - ciesząca oko kolorowa okładka, a wewnątrz ładnie zaznaczone (czarno-białymi fotografiami) kolejne rozdziały, wyszczególnione inną czcionką fragmenty tekstu poświęcone starszym wydarzeniom z życia Baranieckiego i jego znajomych oraz przypisy objaśniające niektóre anglojęzyczne zwroty i terminy ściśle powiązane z truckingiem, co ułatwia czytelnikowi szybkie zorientowanie się w temacie bez zaglądania do słownika. Język autora jest prosty i przystępny. Nawet bardzo - pisarz bowiem potrafi opowiadać i zyskiwać przy tym zainteresowanie i aprobatę odbiorcy.

Przez większą część książki Baraniecki snuje obfitującą w niecodzienne sytuacje historię Antka Sobótki, mężczyzny pochodzącego z Warszawy, którego on sam poznał w 1963 roku. W latach 80., które stanowią przeważające tło akcji utworu, Marcin i Antek są już w Kanadzie, pracując jako kierowcy wielkich ciężarówek, swego czasu nawet w tej samej firmie transportowej. Ale Antka zaczyna nosić. Aby zarobić więcej pieniędzy, decyduje się na zmianę pracy - na podobną, ale dużo cięższą. Niewyobrażalnie ciężką - nie tylko w kwestii wkładanego w nią wysiłku fizycznego, ale i psychicznego - trudne warunki mieszkaniowe czy niekończąca się rozłąka z rodziną na każdym kroku sprawiają ból. A jeśli dodać do tego wypadki losowe i niebezpieczeństwa, jakie czyhają na nawet najbardziej ostrożnego i profesjonalnego truckera, wyjdzie nam, że kanadyjski epizod z życia Antka to mieszanka dramatu, komedii i thrillera. Najprawdziwsza.

Praca kierowcy ciężarówki na pierwszy rzut oka może wydawać się łatwa i nawet całkiem przyjemna. I czasami rzeczywiście w taki sposób można ją określić - kiedy ma się do czynienia z prostą i krótką trasą, piękną słoneczną pogodą czy codziennymi powrotami do rodzinnego domu. Ale najczęściej jest zupełnie odwrotnie i każda podróż truckiem może zmienić się w istny horror. A jakie są ku temu powody? "(...) trucking (...) może dać dużo radości, ale może też wykończyć. Sami wiecie, że to są długie, samotne godziny. Głowę i to, co się w niej kołacze, trzeba trzymać na krótkiej smyczy. Najlepiej za dużo nie myśleć i nie fantazjować. Przede wszystkim nie myśleć o kobietach, bo jak raz zaczniesz o seksie, to nie przestaniesz się skórować, aż wlecisz z truckiem do rowu!"**. Ponadto warunki pogodowe i te panujące na drogach - chwila nieuwagi, nawet najmniejsze oznaki paniki i nieumiejętność zapanowania nad wozem mogą przynieść katastrofalne skutki. "Ranek był świeży i mroźny. Śniegu ani na lekarstwo, ale drżałem na myśl, że możemy wpaść na jakieś oblodzenie czy nawet niewielki spłachetek lodu. Nie wiem, czy to sobie wykrakałem, czy tak już musiało być, ale gdzieś koło dziesiątej zaległa nagle przerażająca cisza. Dobrze wiedziałem, co to znaczy. Jedziesz, jedziesz, highway ci śpiewa i ten śpiew to jest najpiękniejsza truckerska melodia. Gdy ten highwayowy śpiew milknie, wiesz, że jedziesz po lodzie! Cisza to lód!"***. Baraniecki w "Książętach highwayu" przytacza mnóstwo szalenie interesujących ciekawostek związanych z charakterem pracy w truckingu - czasami zabawnych i niewiarygodnych, jednak zdecydowana ich większość należy do tych przerażających i mrożących krew w żyłach. Coś niesamowitego, zapewniam!

Przez książkę przewija się wiele postaci i o niemal każdej z nich pisarz ma coś godnego uwagi do powiedzenia. Nic dziwnego - kiedy praca tego wymagała, pracownicy danej firmy musieli egzystować w naprawdę niełatwych warunkach, a przy tym więc mogli liczyć tylko i wyłącznie na siebie, także podczas zapewniania sobie rozrywki, którą w tych najtrudniejszych momentach mogły być tylko wspólne opowieści zaczerpnięte z życia (doskonale jest to widoczne w rozdziałach poświęconych upiornej zimie 1985 roku, które stały się moim absolutnym numerem jeden powieści). Baranieckiemu należą się podziw i szacunek - zarówno dla jego pamięci, jak i uporu w zdobywaniu i spisywaniu wszelkich historii, jakie pojawiły się w "Książętach highwayu".

Jest co  w tym utworze podziwiać. Jest czym się zachwycać i jest nad czym rozpaczać, gdyż jego bohaterowie niejednokrotnie ocierają się o śmierć, doświadczają uczucia bezsilności i rezygnacji dosłownie ze wszystkiego. Po licznych wykrzyknieniach widać, że także Marcin Baraniecki nie może powstrzymać się od wyrażania swych emocji, że nadal bardzo przeżywa to, co działo się z nim i jego kolegami w latach 80. i 90., że były to dla niego czasy niezwykłe - pogodne, szalone i depresyjne na przemian. Były wielką przygodą. Tak jak dla mnie przygodą (wprawdzie nie tak wielką, ale zawsze) była lektura "Książąt highwayu", dzięki której zgłębiłam nieco tajników pracy kanadyjskich truckerów (łącznie z budową robiących piorunujące wrażenie ciężarówek - na mnie robią one takie właśnie wrażenie od czasów mojego dzieciństwa, kiedy to wymyśliłam sobie życzenie, aby chociaż raz w życiu zasiąść w kabinie takiego trucka), jak również poznałam interesujące wątki typowo obyczajowe, tak bliskie każdemu z nas.

*s.26
**s.19
***s.22

Za egzemplarz recenzencki uprzejmie dziękuję wydawnictwu Zysk i S-ka.
Recenzja napisana dla portalu IRKA.

sobota, 27 kwietnia 2013

"Marzenia nie bolą" - Małgorzata A. Jędrzejewska

Wydawnictwo: Zysk i S-ka, 2013.
Liczba stron: 388.
Oprawa: miękka.
Rozpoczęcie lektury: 10.04.2013.
Zakończenie lektury: 15.04.2013.
Moja ocena: 5/10.

Kiedy przeczytałam opis z okładki książki "Marzenia nie bolą" autorstwa Małgorzaty A. Jędrzejewskiej, pomyślałam, że na pewno mi się ona spodoba. Że na pewno będzie to albo sympatyczna, komediowa powieść obyczajowa z wątkiem tajemnicy, może nawet balansującej na krawędzi kryminału, albo poruszający dramat obyczajowy. Okazało się, że bliżej jest jej temu pierwszemu określeniu, aczkolwiek wycięłabym z niego słowa "sympatyczna" i "komediowa", bo te mi jakoś tutaj nie bardzo pasują. Owszem, było zamiarem autorki uczynienie z utworu zabawnej i intrygującej lektury, ale moim zdaniem nie do końca jej się to udało. Zamiast historii o ludzkich marzeniach i walce z przeciwnościami losu otrzymałam jeden wielki chaos, plątaninę zdarzeń i ogrom bohaterów, przez co tak naprawdę nie wiedziałam, na czym albo na kim skupić się przede wszystkim. Odniosłam wrażenie, że ta książka nie posiada wątku głównego.

Ludmiła Karska, nauczycielka języka polskiego, w dniu swoich czterdziestych siódmych urodzin nakłania kilka najlepszych przyjaciółek do stworzenia "marzennników". Każda z nich sporządza krótką listę marzeń, które mogłyby się spełnić w przeciągu najbliższych sześciu miesięcy. Czego zatem życzy sobie Ludka, samotna matka dwóch synów, która z dnia na dzień odkrywa, że jej zmarł przed laty mąż nie był tak idealny, jak jej się wydawało? O czym marzy Patrycja wychowująca córeczkę z zespołem Downa i borykająca się z uciążliwą matką? A Eliza, która zapomniała już, jak to jest być docenianą żoną i matką? Beata z kolei, zapracowana pani doktor, nie ma czasu na znalezienie towarzysza swojego życia, ale nie ukrywa, że chciałaby w końcu kogoś takiego spotkać. Czy jej się to uda? Pozostaje jeszcze Benia zmagająca się z mężem alkoholikiem, którego kocha i kochać będzie nadal, mimo jego licznych wad. Czy Witek zdoła zmienić się dla niej na lepsze? Odpowiedzi na te pytania należy szukać w powieści obfitującej w zarówno wesołe, jak i smutne wydarzenia, które raz na zawsze zmienią życie powyższych bohaterek oraz pozostałych mieszkańców małego miasteczka, w którym toczy się akcja, Nowego Stawu.

Nie było mi łatwo brnąć przez książkę Jędrzejewskiej z kilku powodów. O pierwszym - nawale występujących w niej postaci i ich różnorodnych perypetii - wspomniałam już na początku tej opinii. Kolejnym jest styl pisarski autorki. Nie mogłam przywyknąć do jej prostego, banalnego, często przesłodzonego wręcz języka. Utwór składa się głównie z bardzo rozbudowanych dialogów, co może byłoby przyjemnym zabiegiem, gdyby w większości nie były one zbędne i dotyczyły głupot. Pisarka przytacza bowiem całkiem niepotrzebne rozmówki rodzinne i pełne sentymentów typu "ale pyszny obiad, stęskniłem się za domowymi obiadami" i rozpisuje się na takie tematy na połowę strony. Przemyślenia bohaterów - to fajne, a to nie, to kiedyś było takie i takie, wszystkie podobne drobiazgi również nie wnoszą nic do fabuły, a potrafią za to wytrącić czytelnika z równowagi albo, co gorsze, zanudzić. Opisów natomiast jest tutaj jak na lekarstwo - Jędrzejewska stosuje je przede wszystkim wtedy, gdy chce przybliżyć sylwetkę któregoś z bohaterów. Co jeszcze rzuciło mi się w oczy, to fakt, iż autorka ma chyba słabość do wielokropków. Nie przesadzę, jeśli napiszę, że na każdej stronie utworu ten znak interpunkcyjny pojawia się przynajmniej dwa, ale najczęściej dużo więcej razy. "Marzenia nie bolą" to książka, którą dawkowałam sobie przez dobre sześć dni. Kilkakrotnie miałam ochotę odłożyć ją na półkę na dłużej, może nawet już do niej nie wrócić, ale takiego postępowania raczej unikam, więc jakoś brnęłam przez wyżyny i niziny jej treści dalej i dalej.

Akcja w tej powieści to istne szaleństwo. Ciężko jest się skupić na którymkolwiek wątku, bo jest ich zdecydowanie zbyt wiele. Tajemnice rodzinne rodem z amatorskiego kryminału, problemy miłosne, wychowawcze, patologie typu pijaństwo i kradzieże przeplatają się ze sobą cały czas. Niby stale coś się dzieje, ale bywają takie momenty, w których ta odrobina napięcia czy zainteresowania wykrzesana z odbiorcy maleje do zera. Postaci jest mnóstwo, można się pogubić w ich imionach i perypetiach, nie da się ukryć, ale jakby tego było mało, zachowanie większości z nich pozostawia wiele do życzenia, kojarzy się z wariactwem, a co za tym idzie, może denerwować i irytować czytelnika. Cała ta historia ze zmarłym mężem Ludmiły wydała mi się jakby absurdalna, łącznie z jej zakończeniem, choć zapowiadała się naprawdę ciekawie. Chyba najbardziej przypadły mi do gustu Patrycja i Beata - o ich przygodach czytałam z wielką przyjemnością i uśmiechem na twarzy. Z kolei wątku Elizy mogłoby w ogóle nie być, bo nic konkretnego on do utworu nie wnosi.

"Marzenia nie bolą" to książka, która, no cóż, rozczarowała mnie. I pod względem językowym, i fabularnym, choć niektóre jej elementy zdołały ją uratować przed postawieniem jej przeze mnie niższej oceny. Ale szkoda. Bo potencjał autorki jakiś tam jest. Byłoby dużo lepiej, gdyby Małgorzata A. Jędrzejewska zrezygnowała z części opisywanych w powieści przygód bohaterów albo zachowała je wszystkie, ale wówczas utwór musiałby zostać dużo bardziej rozbudowany i to przy pomocy zachęcającego i surowszego języka. Bo obecny obraz utworu nie jest doskonały. Czytając go, zupełnie zapomniałam o "marzennikach", o których jest mowa na jego początku. Dopiero na samym końcu się ocknęłam, bo wtedy nagle pisarka o nich przypomina. Wydaje mi się, że poświęca im zbyt mało uwagi. Owszem, wszelkie wydarzenia, w jakich uczestniczy Ludmiła i jej przyjaciółki, zmieniają ich losy, sprawiają, że ich pragnienia faktycznie mogą zostać zaspokojone, ale to wszystko jest przyprószone zbyt małą ilością powagi i serducha, jakie należy włożyć w dążenie do osiągnięcia wyznaczonych celów.

Za egzemplarz recenzencki uprzejmie dziękuję wydawnictwu Zysk i S-ka.
Recenzja napisana dla portalu IRKA.

wtorek, 26 marca 2013

"Zawracanie głowy" - Monika B. Janowska

Wydawnictwo: Zysk i S-ka, 2013.
Liczba stron: 424.
Oprawa: miękka.
Rozpoczęcie lektury: 06.03.2013.
Zakończenie lektury: 11.03.2013.
Moja ocena: 6/10.

Gdzieś, kiedyś rzuciło mi się w oczy nazwisko Moniki B. Janowskiej, a było to chyba w związku z wydaniem jej debiutanckiej powieści, "Gry o pałac". Nie czytałam jej jednak. Ale teraz, po udanej przygodzie z "Zawracaniem głowy" tej pisarki, chciałabym nadrobić zaległości. Tak, lektura była udana. Jeśli oczywiście spojrzeć na nią pod kątem czysto rozrywkowym. To bowiem utwór przygodowy o zakręconych, nieco zabawnych perypetiach młodej kobiety, która, chcąc nie chcąc, wplątuje się nie tylko w przedziwne miłosne zbiegi okoliczności, ale też intrygi na tle rodzinnym.

Rzecz dzieje się we współczesnej Legnicy. Adrianna Grabczyńska to, wydawać by się mogło, całkiem zwyczajna dziewczyna. Mieszka w bloku wraz z rodzicami i dziadkami, a pracuje na poczcie jako asystentka już od dobrych kilku lat. Rudzielec z burzą niesfornych loków, miłośniczka wina i serów pleśniowych, pilna uczennica szkoły tańca towarzyskiego. Ma chłopaka, Andrzeja, ale z każdym kolejnym dniem zastanawia się nad sensem dalszego istnienia ich związku. Andrzej kompletnie ją ignoruje, tłumacząc się nawałem pracy w branży informatycznej. Nic więc dziwnego, że ciekawość bierze górę i kiedy pewnego dnia przy pocztowym okienku biznesmen Waldemar Brańczyk wręcz traci dla Ady głowę, ta nie pozostaje mu dłużna i stopniowo zaczyna odwzajemniać jego zainteresowanie. Sprawy jednak komplikują się dużo bardziej, gdy obok bohaterki zaczyna kręcić się ktoś jeszcze, a na głowy członków jej rodziny nagle spadają skrywane przez wiele lat babcine sekrety, a także niepokojące i trudne do zdefiniowania obecne zdarzenia...

Zauważyłam, że Janowska ma skłonność do nadużywania wykrzyknień. Nie żeby jakoś mi one przeszkadzały w lekturze, ale na pewno rzucała się w oczy ich trochę przesadzona ilość. "Zawracanie głowy" to książka, którą czytało mi się dobrze nie tylko ze względu na przystępny i niepozbawiony humoru język autorki, ale też dlatego, że była dla mnie swoistego rodzaju nawiązaniem do okresu mojego dzieciństwa, kiedy to zaczytywałam się w "Tamaryszku i tajemnicy babuni Elwiry" Krystyny Nepomuckiej. Tytułowa nastoletnia bohaterka tego utworu przeżywa miłosne rozterki, a ponadto odkrywa karty historii własnej babci, której początków należy szukać na Kresach. Również Adrianna Grabczyńska musi stanąć oko w oko z przeszłością swoich dziadków, którym nieobca była i jest II wojna światowa, bo z jakiegoś powodu wydarzenia sprzed lat dają o sobie znać i to w niekoniecznie łagodny sposób. Ale to jest właśnie fajne. Fajne, bo ciekawe i bardzo intrygujące. To ważny element powieści Janowskiej, który może się spodobać wielu czytelnikom - miłośnikom nie tylko historii, ale też sensacji, zagadek i tajemnic.

Natomiast miłośnikom, a zwłaszcza miłośniczkom, romansów przypadnie do gustu drugie, obszerniejsze oblicze "Zawracania głowy", czyli to związane z uczuciami damsko-męskimi, a także przyjaźnią czysto kobiecą. Bo Ada nie jest przecież sama ze swoimi problemami - może liczyć na równie zwariowane jak ona przyjaciółki, z których jedna zdążyła się już ustatkować, a druga zmienia facetów tak często, jak pracę - czyli robi to prawie że bezustannie.

Bohaterowie - niezwykle różnorodni, wielobarwni - są w miarę realistyczni, może nieco przerysowani pod pewnymi względami, ale chciałoby się z niektórymi z nich obcować na co dzień. Rewelacyjna babcia Ady i jej nalewka - no któż by nie chciał pogawędzić z nią choć przez chwilę, upijając się przy tym troszeczkę? A Waldek? Toż to mężczyzna jak marzenie! Nic dziwnego, że miesza w głowie biednej Adriannie. Tylko co z tym nieszczęsnym Andrzejem? Oj, kolorowo nie będzie. Jak można się domyślić, postaci wykreowane przez pisarkę nie reprezentują tylko i wyłącznie grupy, o której można mówić w samych superlatywach. Są też przecież wśród nich osoby zaskakujące negatywnie, jak właśnie Andrzej, a poza nim również Krzysztof, kolega Waldka. Z tym Krzysztofem to już w ogóle jest niezła jazda, możecie mi wierzyć, no ale ja tu teraz cicho sza - zachęcam natomiast do zapoznania się z treścią przygód panny Grabczyńskiej, bo warto.

Przygód niespotykanie, ale i szaleńczo, niebezpiecznie interesujących. Wszystko to, z czym ma do czynienia główna bohaterka, stanowi istną mieszankę wybuchową. Z dnia na dzień życie tej kobiety wywraca się do góry nogami, ale, jak na ironię, wreszcie coś zaczyna się w nim dziać! "Zawracanie głowy" to opowieść lekka, przyjemna, gdzieniegdzie wzbudzająca napięcie, traktująca - może nie całkiem poważnie, ale zawsze - o miłości, przyjaźni, zdradzie, samotności, poszukiwaniu szczęścia i odpowiedzialności za innych. Opowieść z domieszką realiów wojennych i tajemnicą. W niektórych aspektach raczej przewidywalna, ale na ogół sympatyczna, w sam raz na kilka nudnych i przygnębiających wieczorów. Po jej przeczytaniu wszystkie niepewne siebie rudzielce i panie pracujące na poczcie będą wręcz marzyły o przeżyciu choć fragmentu historii Ady. Jak już wspomniałam na samym początku tej opinii, za "Grą o pałac" Moniki B. Janowskiej na pewno będę się rozglądać, ponadto liczę na to, że autorka nie poprzestanie dwóch dotychczas wydanych książkach i będzie dalej, z powodzeniem rozwijać się w sferze literackiej.

Za egzemplarz recenzencki uprzejmie dziękuję wydawnictwu Zysk i S-ka.
Recenzja napisana dla portalu IRKA.

czwartek, 7 marca 2013

"Weronika zmienia zdanie" - Małgorzata Maj

Wydawnictwo: Zysk i S-ka, 2013.
Liczba stron: 528.
Oprawa: miękka ze skrzydełkami.
Rozpoczęcie lektury: 26.02.2013.
Zakończenie lektury: 03.03.2013.
Moja ocena: 7/10.

"Myśli kołatały się w jej biednej głowie. Na zmianę zrywała znajomość z Jerzym, rodziła mu bliźnięta, urządzała wspólny dom, podkładała śmierdzącą bombę pod zasraną corsą, raz na zawsze topiła się w prawdziwej rzece, dawała się znaleźć w mieszkaniu podtruta gazem, oddawała Jerzemu nerkę, dusiła go gołymi rękami, kochała się z nim na polu rzepaku, całowała w rękę profesora Wilczura, smażyła z Zofią konfitury dla niego, wdeptywała w ziemię wszystkie szarlotki świata i była szczęśliwa. Odpoczęła trochę i znowu na mokro zaczęła rozpaczać nad sobą, płakała, że Jerzy nie dzwoni i że wszyscy o niej zapomnieli"*.

To właśnie cała Weronika Sasińska. Wiecznie niezdecydowana i panikująca z byle powodu trzydziestoletnia mieszkanka Kołobrzegu. Dziennikarka lokalnej gazety, miłośniczka jedzenia, puchowych kapci, a w ostatnim czasie zakochana po uszy w... tak, zgadza się, niejakim Jerzym Królu, znakomitym ortopedzie, który, zdaje się, co nieco przed nią ukrywa. Coś, co nie daje kobiecie spokoju, doprowadzając ją do szewskiej pasji i bezgranicznej zazdrości. Ale co? A może kogo? Żonę, nieślubne dziecko? W najbardziej krytycznych momentach Weronika szuka wsparcia w gronie najbliższych, wśród których na pierwszy plan wysuwają się przyjaciółka Marta, matka Ewa oraz wuj Feliks i jego partner, Żorż. Jak potoczą się dalsze perypetie Weroniki i Jerzego? Czy ich znajomość, która stopniowo będzie przybierać formę uczuciowego związku, zdoła przetrwać mimo wszelkich sekretów rodzinnych i przeciwności losu, które przyciągną nad życie bohaterów czarne chmury?

"- Nalepa, B.B. King? - zagaił sprzedawca.
- Nie, dziękuję.
- Nie czuje pani bluesa - stwierdził chyba pogardliwie, ale na pewno z wyższością.
- Czuję - zapewniła Weronika i zawachlowała skrzydełkami nosa.
- To może Dżem? - podsuwał spokojnie jak niedorozwiniętej.
- Nie, nie, dziękuję.
- Czyli nie czuje pani bluesa - zawyrokował z triumfem, zdziwieniem i politowaniem.
- Wie pan, z bluesem jest jak ze smrodem, można go czuć, ale niekoniecznie lubić"**.

Nie będę porównywać wykreowanej przez Małgorzatę Maj postaci Weroniki do Bridget Jones, bo ta słynna angielska bohaterka w dalszym ciągu jest mi po prostu nieznana, ale jeśli utwory Helen Fielding są równie pozytywnie zwariowane, jak powieść "Weronika zmienia zdanie", bez wątpienia się z nimi zapoznam, gdy tylko nadarzy się taka okazja. Przygody Sasińskiej śledziłam z wielką przyjemnością. Autorka zdobyła moje serce niebywałą swobodą i przeogromną dawką dobrego humoru, jaką ulokowała w swej książce. Ostatni raz tak często śmiałam się podczas lektury komedii Kerstin Gier, "Z deszczu pod rynnę". Mimo iż utwór Maj liczy sobie ponad pięćset stron, jest to praktycznie nieodczuwalne. Romantyczna historia Weroniki i Jerzego wciąga niesamowicie i, co ważne, w ogóle nie nudzi.

"- Nie, tylko mnie troszkę kolano boli.
- W tym to akurat ja nie pomogę - zachichotała.
- A żebyś wiedziała. I wiesz co?
- No?
- On mnie badał i pocałował w kolana.
- Spryciarz, ciekawe co by było, gdyby był ginekologiem.
- Rozpustnica!
- Romantyczka, moja droga.
- A ja jestem Miś Puchatek"***.

Najjaśniejszym punktem powieści są jej bohaterowie. Każdy z nich przyciąga uwagę odbiorcy i odznacza się wyjątkową osobowością. Postaci są niezwykle barwne, wyraziste, sympatyczne i na ogół nieźle zakręcone. Czytelnik z wielką chęcią utożsamia się z niektórymi z nich lub chociaż marzy o tym, by z takimi ludźmi mieć do czynienia w rzeczywistości. No, może wścibskich mam Weroniki i Jerzego nie chciałabym spotkać na swojej drodze - do cierpliwych osób bowiem zdecydowanie nie należę. Ale o takim ideale mężczyzny, jakim jest Jerzy, można pomarzyć. Być może większość samotnych kobiet dałaby się nawet pokroić - albo chociaż wyrwać kilka włosów z własnych głów - za przeżycie miłosnej przygody przypominającej tę, jaka przydarzyła się tytułowej bohaterce, i odnalezienie bratniej duszy w osobie ukochanego mężczyzny.

"- Jezusie Maryjo! Ja pierdolę. To już koniec. Jestem głupią, zapijaczoną idiotką.
- Że niby bez łaski, draniu, głąbie? - spytała niewinnie Marta.
- Skąd wiesz? - wydusiła z siebie niepewnie Weronika.
- A stąd, sieroto obrzygana, że pod jego imieniem wpisałam swój numer, a ty byłaś tak zbombardowana, że nic nie zauważyłaś. A teraz mi dziękuj, bij pokłony, rób kawę i śniadanie.
- Zginęłabym bez ciebie jak gówno w trawie - rzekła z czułością Weronika i jak na skrzydłach pognała do kuchni"****.

Lekkie, sympatyczne powieści komediowo-obyczajowe, które reprezentuje pozycja Małgorzaty Maj, chyba nigdy mi się nie znudzą. Romansów w literaturze jest od groma, ale tak naprawdę każdy z nich jest inny, zawiera coś, co wyróżnia go na tle pozostałych. Takim atutem utworu "Weronika zmienia zdanie" są, jak już wcześniej wspomniałam, dość oryginalne kreacje postaci, a ponadto umiejętność pisarki polegająca na sięganiu po ciekawe pomysły, które stronią od nadawania fabule cukierkowatego klimatu. Doskonałym tego przykładem jest wątek przeszłości rodziców Weroniki, a także ostatnia jedna trzecia książki o nieco dramatycznym zabarwieniu. Na ogół jednak przeważa tutaj niebanalny humor i mogę śmiało stwierdzić, że sięgnięcie po tę opowieść gwarantuje dobrą rozrywkę. Bardzo polecam, warto.

*s.207
**s.77
***s.210-211
****s.146

Za egzemplarz recenzencki uprzejmie dziękuję wydawnictwu Zysk i S-ka.
Recenzja napisana dla portalu IRKA.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...