Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kanadyjska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kanadyjska. Pokaż wszystkie posty

środa, 16 lipca 2014

"Dziesięć płytkich oddechów" - K.A. Tucker

Tytuł oryginału: "Ten Tiny Breaths".
Tłumacz: Katarzyna Agnieszka Dyrek.
Wydawnictwo: Filia, 2014.
Liczba stron: 424.
Oprawa: miękka.
Rozpoczęcie lektury: 08.07.2014.
Zakończenie lektury: 09.07.2014.
Moja ocena: 7/10.

"Dziesięć płytkich oddechów" autorstwa kanadyjskiej pisarki, Kathleen A. Tucker, jest powieścią otwierającą serię o tym samym tytule, w skład której wchodzą obecnie cztery utwory. Historia Kacey Cleary na pierwszy rzut oka wydaje się typową, idealnie wpasowującą się w schemat charakterystyczny dla książek z niebywale popularnego nurtu new adult - jest piękna dziewczyna z bolesną przeszłością, jest przystojny chłopak skrywający pewną tajemnicę, której wyjście na jaw może nieźle namieszać w życiu bohaterów, jest więc romans i jest cierpienie. Ale Tucker zadbała przede wszystkim o emocjonalną i psychologiczną stronę opowieści, skreślając ją w ten sposób z listy bezwartościowych i słodkich do bólu romansów młodzieżowych, w których na pierwszy plan wysuwają się zachwyty nad płcią przeciwną i seks. W "Dziesięciu płytkich oddechach", mimo że wątek romantyczny się w nich pojawia, uwagę czytelnika przyciągają głównie myśli i zachowanie Kacey borykającej się z zespołem stresu pourazowego, które zostały przedstawione w sposób realistyczny i dotkliwie raniący serce i duszę odbiorcy.

Kacey ma dwadzieścia lat, piętnastoletnią siostrę, Livie, i przytłaczający bagaż nieprzyjemnych, smutnych doświadczeń. Cztery lata temu uczestniczyła w wypadku samochodowym spowodowanym przez pijanego kierowcę, w którym zginęli jej rodzice, chłopak i najbliższa przyjaciółka. Od tamtej pory jest nieufna, unika bliskości drugiego człowieka, a żeby choć na chwilę zapomnieć o bólu związanym ze stratą i nienawiści żywionej do pijanego kierowcy, oddaje się wysiłkowi fizycznemu na siłowni. Kolejne niemiłe doświadczenie sprawia, że wraz z siostrą decyduje się na ucieczkę z domu wujostwa - z Michigan na Florydę, do Miami. To tutaj właśnie na drodze Kacey staje pewnego dnia dwudziestopięcioletni Trent Emerson, dla którego dziewczyna już po pierwszym spotkaniu traci głowę. Ale czy znajdzie w sobie tyle siły, odwagi i samozaparcia, by oddać mu również swoje serce?

Trent. Przyznam szczerze, że troszeczkę ubolewałam nad faktem, iż autorka uczyniła z niego mega przystojnego, seksownego, pięknego wręcz młodego mężczyznę, na widok którego Kacey za każdym razem zapomina języka w gębie, zapiera jej dech w piersiach i - co po parokrotnym zasygnalizowaniu stało się jej cechą charakterystyczną - miękną jej kolana. Tak wykreowana postać aż prosi się o banalnie brzmiący romans, którego wizja w trakcie lektury przeszła i przez moją myśl, na szczęście Tucker wyprowadziła mnie z błędu, serwując historię bardziej dramatyczną niż przypominającą harlequin dla młodzieży. Żeby Trent nie był chodzącym ideałem, zaopatrzyła go w owianą tajemnicą przeszłość. To, że skrywa on jakiś sekret - i to zapewne poważny, istotny - widać na pierwszy rzut oka, dlatego zdziwiło mnie niedowierzanie Kacey, kiedy się o tym dowiedziała. Oboje przeżywają ciężkie chwile, bo muszą nauczyć się nowego życia u boku ukochanej osoby, co nie jest rzeczą łatwą do wykonania, gdy nad ich myślami i uczuciami krążą demony przeszłości. Po nieszczęśliwym wypadku, po którym przez dobre dwa lata dochodziła do zdrowia fizycznego, Kacey stała się dziewczyną trudną i sprawiającą kłopoty. Bryłą lodu. Chmurą burzową. Unikała ludzi, uważając, że przywiązanie się do nich ponownie zaprowadzi ją do cierpienia. I jej przypadek pozwala na zgodzenie się z jej tokiem rozumowania. Ale po przeprowadzce do Miami pewnie rzeczy zaczynają się zmieniać. Bohaterka poznaje chłopaka, w którym mogłaby się zakochać, barmankę-striptizerkę, Storm, dzięki której podejmuje dobrze płatną pracę, jej pięcioletnią córeczkę, Mię, która szybko zdobywa serce Livie, oraz paru innych ludzi, przed którymi stara się chronić i którzy powoli, ale skutecznie wkradają się pod jej budowany przez lata pancerz chłodu i dystansu. Kacey każdego dnia na nowo uczy się miłości i przyjaźni, dopuszczając do siebie - zarówno fizycznie, jak i psychicznie - osoby godne zaufania, strach i troskę o ich bezpieczeństwo, a także uświadamiając sobie siłę własnego zaburzenia lękowego, nad zwalczeniem którego można popracować inaczej niż poprzez zamykanie się na otaczający świat oraz duszenie w sobie żalu i wrogości.

Pierwszoosobowa narracja "Dziesięciu płytkich oddechów" uwypukla wewnętrzną walkę emocjonalną głównej bohaterki, sprawia, że czytelnik doskonale ją rozumie, współczuje jej i kibicuje z całego serducha. I nie tylko jej, muszę dodać. Zasługuje na to przecież Trent, zasługuje także Storm, samotna matka, do której niespodziewanie uśmiecha się szczęście. Mimo że bohaterowie książki Tucker zmagają się z różnego rodzaju problemami i nie mogą pochwalić się beztroskimi i bezbolesnymi historiami dotyczącymi ich życia, przyciągają uwagę odbiorcy. Szkoda więc, że pisarka czasami jakby zapominała o tych drugoplanowych postaciach na rzecz rozterek Kacey i Trenta - bywało, że w kilku następujących po sobie rozdziałach powieści istnieli tylko oni dwoje - i nie rozbudowała bardziej wątków z niektórymi z nich, na przykład Storm, której przeszłość streściła w kilkunastu zdaniach. Nie pogniewałabym się, gdyby z tego właśnie powodu utwór stał się nieco dłuższy, gdyż i tak czyta się go szybko i z dużym zainteresowaniem. Nie brakuje w nim zabawnych sytuacji i rozmówek rozluźniających na ogół przepełnioną smutkiem atmosferę, nie brakuje też spięć i konfliktów oraz zaskoczeń wynikających z przebiegu fabuły. Ach, i nie mogę nie wspomnieć o cudownej okładce książki - cieszę się, że wydawnictwo Filia zdecydowało się zachować jej oryginalny wzór. Tych, którzy uważają podobnie - a wierzę, że jest wiele takich osób - zachęcam do zapoznania się z urzekającym portfolio autorki okładkowej fotografii, Eleny Kalis, które z łatwością można namierzyć w sieci.

K.A. Tucker stworzyła powieść wcale nie płytką jak tytułowe oddechy, lecz ciekawą, skłaniającą do refleksji i poruszającą. Dobitnie uświadamiającą, jak tragiczne mogą być skutki prowadzenia pojazdu pod wpływem alkoholu, jak bolesna może być strata najbliższych i trauma po niej następująca. "Dziesięć płytkich oddechów" traktuje o miłości, uczuciu silniejszym od wszystkiego, przebaczeniu, zrozumieniu i poświęceniu dla drugiego człowieka. O rozwijaniu skrzydeł, kiedy są one na tyle ciężkie od wody, że wydaje się, iż nie ma szans na powtórne wzbicie się w powietrze i odetchnięcie pełną piersią. Z racji tego, iż pierwsza część serii kanadyjskiej pisarki przypadła mi do gustu, chętnie przeczytam kolejną - "Jedno małe kłamstwo" - tym razem z Livie Cleary w roli głównej. Czekam więc na jej polskie wydanie, które ukaże się już za niecały miesiąc.

Za egzemplarz recenzencki uprzejmie dziękuję wydawnictwu Filia.
Recenzja napisana dla portalu IRKA.

środa, 4 września 2013

"Dopiero się rozkręcam" - Justin Bieber

Tytuł oryginału: "Just Getting Started".
Tłumacz: Agnieszka Brodzik.
Wydawnictwo: IUVI, 2013.
Liczba stron: 240.
Oprawa: twarda.
Rozpoczęcie lektury: 19.04.2013.
Zakończenie lektury: 19.04.2013.
Moja ocena: 5/10.

Ach, ten Justin Bieber! Któż dziś nie słyszał o tym chłopaku? Urodzony w 1994 roku w kanadyjskim mieście London, wychowany przez matkę i dziadków, nie zdołał nacieszyć się dzieciństwem, bo już w wieku trzynastu lat został zauważony przez ludzi z muzycznego świata, którzy pomogli mu do niego wkroczyć z pozytywnym skutkiem. Do momentu sięgnięcia po książkę "Dopiero się rozkręcam" niewiele wiedziałam o tym młodym gwiazdorze - prawdę pisząc, o moje oczy i uszy obijały się przede wszystkim rozmaite przykre docinki na jego temat, których w Internecie jest od groma. Skąd ta ludzka zazdrość i nienawiść? Zapewne "bo tak". W końcu zwyczajny nastolatek o dziecinnym głosie w mgnieniu oka zrobił światową karierę, a przecież nie miał prawa tego robić! Pokochały go miliony osób, mimo że jego piosenki do jakichś ambitnych nie należą (ale z drugiej strony, czego oczekiwać po nastolatku?), a to też jest zabronione! Może i przyszło mu to wszystko łatwo i szybko, ale takie są teraz czasy - wielka siła mediów, łatwość pokazania się w Internecie, różnych programach rozrywkowych, a kiedyś? Kiedyś tego nie było, więc nie powinno się porównywać chłopaka do artystów, którzy rozpoczynali swoje kariery przed wielu laty. A czy o Bieberze można mówić jako o artyście?

Z autobiografii wokalisty wynika, że on sam wcale się za takiego nie uważa, ale dąży do tego, by stać się prawdziwym specem od muzycznej sceny, legendą, o której będą bardzo długo mówić ludzie, najlepiej taką, jaką stał się Michael Jackson, idol Justina. Ten fakt jest bardzo ostro krytykowany i wyśmiewany chociażby przez internautów. Dlaczego? Przecież Michael Jackson może być idolem chyba każdego, prawda? Jakby tego było mało, rodzina zmarłego króla popu docenia pasję młodego piosenkarza, przynajmniej taki wniosek można wyciągnąć po lekturze utworu "Dopiero się rozkręcam".

Książka ta, a raczej jej autor, na ogół tryska optymizmem. Bieber dziękuje swoim fanom za ich obecność i wsparcie, wspomina swoje muzyczne początki, trasy koncertowe, tęskni za normalnym dzieciństwem, wolnością, ale z drugiej strony już nie wyobraża sobie życia bez fanów, choć "napastowanie" przez nich i paparazzi bywa czasami bardzo uciążliwe, zwłaszcza na wyjazdach. Niby zwiedził chłopak pół świata, ale dużo nie zobaczył, bo gdzie tylko się pojawił, wywoływał szok i musiał bawić się w chowanego z miejscowymi ludźmi. Biografia ma charakter luźnego monologu, luźnych wspomnień, a zarazem ciekawostek z życia autora. Można się z niej dowiedzieć, że Bieber wystąpił niegdyś dla Baracka Obamy, wypromował Carly Rae Jepsen (pamiętacie jej muzyczny hit z ubiegłego roku, "Call Me Maybe"?), stworzył własną linię perfum, działa charytatywnie, a jego ulubionym aktorem filmów akcji jest Jackie Chan (zabawne, bo moim też!).

"Dopiero się rozkręcam" to bardziej album aniżeli powieść. Został on ładnie wydany - twarda oprawa, mnóstwo kolorowych fotografii w środku (przerost zdjęć nad treścią), wstęp i trzynaście krótkich rozdziałów. Do tekstu wkradło się parę literówek, nad czym trochę ubolewałam, bo zbyt dużo go w tej książce nie ma. Czyta się ją więc ekspresowo. Że tak delikatnie spytam - czy rynek wydawniczy byłby w stanie się bez niej obejść? Oczywiście, że tak. Autobiografią z prawdziwego zdarzenia to ona nie jest, w końcu Bieber, mając dziewiętnaście lat, nie ma nam zbyt wiele do powiedzenia, prawda? No ale dobra, teraz taka moda i wszystkie młode gwiazdki bawią się w wydawanie tego typu książek. Dla frajdy własnej i fanów, no i kasy, jak mniemam.

Wracając do samego Justina Biebera - niby to gwiazdor, ale w dalszym ciągu jeszcze dzieciak. Doszłam do wniosku, że raczej do zniesienia, że jego osoba wcale nie musi być tak bardzo irytująca, jak twierdzą jego zagorzali przeciwnicy i różnego rodzaju zazdrośnicy. Powiedziałabym, że już prędzej to jego rozhisteryzowane fanki wnerwiają i tworzą wokół jego osoby nieciekawą otoczkę. Coś musi w tym młodym gościu być, w końcu jest lubiany przez znane gwiazdy, m.in. Mariah Carey, Ushera, Willa Smitha, Stevie Wondera czy Carlosa Santanę, którzy chętnie z nim współpracowali lub współpracują. Czas jednak pokaże, w jakim kierunku rozwinie się jego dalsza kariera - chłopak jest na razie młody, w miarę porządny, ale wiadomo, co sława potrafi zrobić z ludźmi, więc pokonanie wszelkich kryzysów, problemów i oparcie się różnym pokusom jeszcze przed nim.

Książkę Biebera polecam (choć właściwie chyba nie muszę tego robić) jego fanom, w szczególności fankom, natomiast przeciętny czytelnik o zainteresowaniach niemających zbyt wiele wspólnego z jego osobą i muzyką, nie znajdzie w niej nic wybitnego. Ale być może utwór ten zachęci go - tak jak mnie - do zapoznania się z muzyczną twórczością młodego wokalisty. Nie martwcie się, nie odpadły mi po wysłuchaniu jego piosenek uszy ani nic z tych rzeczy...

Za egzemplarz recenzencki uprzejmie dziękuję wydawnictwu SQNIUVI.
Recenzja napisana dla portalu IRKA.

niedziela, 1 stycznia 2012

"Zaczęło się w Portofino" - Catherine Spencer, "Willa w Prowansji" - Christina Hollis

Wydawnictwo: Harlequin, 2011.
Liczba stron: 320.
Oprawa: miękka.
Rozpoczęcie lektury: 01.01.2012.
Zakończenie lektury: 01.01.2012.
Moja ocena: 5/10.

"Zaczęło się w Portofino" oraz "Willa w Prowansji" to niedługie opowieści obyczajowe zakrawające na romans, zamieszczone w jednej z książek serii Światowe Życie Duo wydawnictwa Harlequin. Historie w nich opisane dotyczą problemów miłosnych w kręgach ludzi bogatych i wpływowych, którzy nagle muszę otworzyć się na związki z ludźmi ze sfer niższych. Akcja książki toczy się zazwyczaj w pięknych miastach i ich zakątkach europejskich krajów, takich jak Włochy czy Francja.

"Zaczęło się w Portofino".
Maeve Montgomery, prostolinijna Kanadyjka pracująca niegdyś w branży mody i doradztwa, budzi się ze śpiączki w jednym z włoskich szpitali. Nie pamięta nic prócz wydarzeń z dalekiej przeszłości. Wraca do domu, w którym czeka na nią niesamowicie przystojny i bogaty mąż, Dario Costanzo. Kobieta próbuje odzyskać pamięć, wypytując męża o wydarzenia z ich wspólnej przeszłości, ale nie na wszystkie pytania Dario odpowiada zgodnie z prawdą lub unika udzielenia odpowiedzi na nie. Zgodnie z zaleceniami lekarza, Maeve nie powinna zbyt szybko dowiedzieć się o okolicznościach własnego ślubu, a tym bardziej o... synku Sebastianie, którego urodziła jeszcze przed wypadkiem samochodowym, skutkującym jej śpiączką. Podobno w małżeństwie jej i Daria nie układało się najlepiej, ale czy to rzeczywiście prawda, skoro teraz oboje nie mogą nacieszyć się swoją bliskością i miłością, przeżywając wspaniały "drugi" tydzień miodowy? Jak długo Maeve będzie musiała cierpieć w nieświadomości przeszłości? A może jej amnezja jest tylko jej własnym wymysłem, by skrzywdzić męża, jak twierdzi jej okropna wręcz teściowa?

Amnezja. To takie zjawisko występujące w książkach i filmach, dzięki któremu moje zainteresowanie fabułą utworu wzrasta ogromnie. Zaniki pamięci bowiem kojarzą się jednoznacznie z zagadkami przeszłości bohaterów, które niewątpliwie zostaną z czasem wyjaśnione. Catherine Spencer, autorka "Zaczęło się w Portofino", stopniowo przytacza fragmenty losów Maeve i Daria, przez co czytelnik powoli składa ich historię w spójną całość. Napięcie podczas lektury czasami się pojawiało, gdyż nie raz byłam bardzo ciekawa, czy główna bohaterka przedwcześnie odkryje jakąś tajemnicę z przeszłości, albo czy ona sama nie ukrywa czegoś więcej.

Nie do końca przekonała mnie sugestia lekarza, który "dla bezpieczeństwa i zdrowia" Maeve radził jej mężowi utrzymywać w sekrecie jej własne dziecko aż do czasu odzyskania przez nią pamięci. Odniosłam wrażenie, że ten człowiek nie pomyślał o różnych konsekwencjach, jakie to działanie mogło wywołać zarówno w relacjach małżeńskich Maeve i Daria, jak i w relacjach matki z maleńkim Sebastianem. Również samo rozpoczęcie znajomości głównych bohaterów nie przypadło mi do gustu. Szczególnie lekkomyślne zachowanie Maeve (w wieku, jakim wówczas była), no ale najwyraźniej to jej miłość do Daria zaślepiła wszystkie niedoskonałości tego mężczyzny.

Na plus natomiast na pewno zasługuje kreacja pana Costanzo, który z pewnego siebie playboya stara się przeobrazić w kochającego męża i ojca, choć musi także borykać się z amnezją ukochanej i problemami z przeszłości. Z jednej strony w niepamięci Maeve widzi szansę na naprawę tego, co popsuło się wcześniej, i realizacja tego zadania idzie całkiem dobrze, ale z drugiej strony przeraża go fakt, iż kiedyś jego żona odzyska pamięć, a wtedy nie wybaczy mu tego, że próbował zataić przed nią ciemne strony małżeństwa, no i przede wszystkim ich wspólne dziecko. Czy bohater znajdzie dobre rozwiązanie na pokonanie tych wszystkich problemów?

"Zaczęło sie w Portofino" to krótka historia o miłości, pożądaniu i nienawiści, przeplatana opisami przepięknych włoskich i tunezyjskich krajobrazów, a także architektury wnętrz. Nie wywołuje burzy emocji, ale pozwala oderwać się od rzeczywistości choć na chwilę, bo czyta się ją bardzo szybko. Lektura niewymagająca, czasem przewidywalna, ale w zakończeniu wzruszenie może ścisnąć za gardło.

"Willa w Prowansji".
Angielka Michelle Spicer pracuje jako gospodyni w jednej z pięknych rezydencji w Prowansji. Przed kobietą nie lasa wyzwanie - przywitanie i zapewnienie przyjemnego pobytu ważnej osobistości, jaką jest włoski potentat przemysłowy, Alessandro Castiglione. Ta dwójka ludzi pozostawionych samych sobie stopniowo się do siebie zbliża, odkrywając przed sobą sekrety z przeszłości i artystyczne dusze. Przystojny Alessandro, mający opinię podrywacza i bezwzględnego pracodawcy, dla Michelle jest mężczyzną jej marzeń, dlatego bohaterka decyduje się na ważny krok i przeżywa z Alessandrem swój pierwszy raz. Po tym incydencie on wraca do ojczystych Włoch, a ona do Londynu. Kilka miesięcy później ich drogi znów się krzyżują, ale już nie w miłej atmosferze. Michelle jest w ciąży i Alessandro decyduje się zrobić wszystko, by uniknąć tabloidowego skandalu, który zagroziłby jego rodzinnej firmie. Zmusza byłą kochankę do zamieszkania z nim we Włoszech, gdzie zaplanowany zostanie ich ślub. Michelle nie podoba się pomysł małżeństwa bez miłości, ale zgadza się na to ze względu na dziecko, które musi mieć obojga rodziców. Gdyby odmówiła, Alessandro i tak byłby w stanie odebrać jej dziecko - żyje one przecież w znacznie lepszych warunkach aniżeli ona...

Znowu historia z przypadkową ciążą. Była już taka w "Zaczęło się w Portofino", a także w "Hiszpańskim arystokracie", którego miałam okazję niegdyś przeczytać. Znów pojawia się skromna kobieta i bogaty mężczyzna, który nie planuje wiązać się na stałe z kimkolwiek ani posiadać dziecka. Małżeństwo bez miłości, ale dla dobra dziecka. Czy jest to możliwe? A jeśli tak, przez co muszą przejść bohaterowie, by stworzyć prawdziwą rodzinę? Alessandro i Michelle to postaci bardzo zagubione, borykające się z nieprzyjemną przeszłością, a w dodatku ze wzajemnym pożądaniem, nad którym trudno jest im zapanować.

Chaos. Tak mogłabym określić opisaną w "Willi w Prowansji" historię. Christina Hollis, autorka tej opowieści, opisuje ją w dość chaotyczny sposób, a główni bohaterowie również żyją w chaosie. Niezdecydowaniu. Naiwności. Złości. Wyrzutach sumienia. Irytowało mnie ich zachowanie, gdyż nie potrafili podjąć żadnej konkretnej decyzji na dłużej. Ich nastroje były pełne wahania. Pożądali siebie nawzajem, potrafili spędzić mile ze sobą czas, a po chwili te magiczne przeżycia brutalnie znikały. Kwestia miłości w związku Alessandra i Michelle praktycznie nie została do końca rozwiązana.

Zapowiadało się naprawdę ciekawie. I nawet zabawnie. Mimo że typową romantyczną historią, to jednak w miłej atmosferze, wśród piękna sztuki rysunku i malarstwa, dlatego byłam ciekawa, jak dalej potoczą się losy bohaterów, i pomyślałam, że wątek związany ze sztuką na pewno zostanie rozwinięty, okaże się ważny. Rozczarowałam się. Zagłębiając się w dalszej lekturze, było gorzej nudziłam i irytowałam się coraz bardziej. Jako że w skład opisywanej przeze mnie książki wchodzą powyższe dwa utwory, przyznaję jej średni poziom, jeśli chodzi o ocenę. Mogło być znacznie lepiej, ale niestety.

Za książkę dziękuję wydawnictwu Harlequin.

poniedziałek, 28 listopada 2011

"Pokój" - Emma Donoghue

Wydawnictwo: Sonia Draga, 2011.
Liczba stron: 408.
Oprawa: półtwarda.
Data rozpoczęcia: 03.11.2011.
Data zakończenia: 04.11.2011.
Moja ocena: 9/10.

Emma Donoghue to z pochodzenia Irlandka, obecnie mieszkająca w Kanadzie pisarka, historyk literatury i dramaturg. Jest autorką zaledwie kilku powieści, ale i laureatką wielu nagród literackich. W swych utworach porusza tematy trudne i kontrowersyjne. Największą popularność zyskała jej najnowsza książka, "Pokój". Na początku tego roku pisarka zapowiedziała, że jej kolejną powieścią będzie powieść historyczna oparta na faktach.

Teraz, po przeczytaniu "Pokoju" w ciągu kilku godzin, wręcz nie mogę uwierzyć, że odkładałam jego lekturę na później. I to przez ostatnie dobre parę miesięcy. Być może za bardzo nastawiałam się na nie do końca zgrabnie opowiedzianą przez dziecko historię. Jakąś bełkotliwą plątaninę dziecięcych i dorosłych wyrażeń. Niezbyt interesującą, a przez to nudną. Nieważne, że od dłuższego czasu książka ta szczyci się wysokimi ocenami i pozytywnymi opiniami czytelników; są przecież gusta i guściki, prawda? I takim myśleniem wprowadziłam samą siebie w błąd. Ogromny błąd. Bo zakochałam się w tej powieści od pierwszej strony. Po tym, jak sięgnęłam po nią w ramach odskoczni od lubianych przeze mnie kryminałów i thrillerów.

"Pokój" to opowieść o bezgranicznej miłości matki - Mamy - do syna - Jacka - która rozwinęła się w niecodziennych warunkach życiowych, chociaż właściwie określenie "niecodziennych" można odnieść tylko do bohaterki Mamy, która kilka lat wstecz została porwana i uwięziona w sekretnej szopie przez Starego Nicka. To właśnie w tej szopie, dwa lata po porwaniu, przyszedł na świat jej syn. Od tamtej pory kobieta robi więc wszystko, by zapewnić mu przyzwoite życie, wpajając wymyślone przez siebie zasady i powinności rządzące światem. Światem, którym w przypadku tej dwójki bohaterów jest tylko i wyłącznie więzienna cela, tytułowy Pokój. A więc cała rzeczywistość i "normalność" chłopca.

Pierwsza połowa książki zafascynowała mnie ogromnie, ale dalsze losy Mamy i Jacka okazały się równie interesujące. Momentami smutne, przerażające, a innym razem radosne i wzruszające. A wszystko to za sprawą stylu, w jakim została napisana ta powieść. Opowiada ona o losach głównych bohaterów tylko i wyłącznie z perspektywy małego chłopca. Język tego kilkuletniego dziecka jest tak uroczy i ciepły, że aż zarazem poruszający. Pełno w nim wyrazów pochodnych i słów utworzonych w jego dziecięcej wyobraźni. To sprawiło, że czytałam "Pokój" wolniej niż inne książki, by dokładnie przeanalizować wypowiedzi narratora, co czasami było to konieczne, zwłaszcza na początku utworu, gdy dopiero oswajałam się z jego językiem.

Donoghue w "Pokoju" przytoczyła opisy kilku dni z życia bohaterów podczas ich pobytu w niewoli. Zrobiła to w taki sposób, że ja, jako czytelniczka, nie tylko byłam pod ogromnym wrażeniem determinacji i kreatywności Mamy, ale wręcz przeniosłam się w wyobraźni do tytułowego Pokoju, wiedząc dokładnie, co i gdzie się w nim znajduje i jak wygląda. Przerażająco realistycznie wykonana praca autorki. Niesamowicie opisała też ona relacje łączące matkę i syna, ich wspólne rozmowy, zwyczaje, obowiązki i zabawy. Wszystkie te czynności ukazywały tyle pomysłowości, że zaczęłam się zastanawiać, czy ja, jako ewentualnie przyszły nauczyciel wychowania przedszkolnego i wczesnoszkolnego, potrafiłabym wykazać się taką kreatywnością w pracy w przedszkolu czy szkole. I nie chodziłoby tutaj o maksymalne wykorzystanie różnorodnych przyrządów i zabawek, lecz praktycznie zrobienie "czegoś z niczego" i posługiwanie się minimum, a zarazem wszystkim, co może znaleźć się w posiadaniu człowieka.

Życie kilkuletniego Jacka wydawałoby się beztroskie i całkiem zwyczajne. Być może w ten sposób dziecko postrzegało wszystko to, co się wokół niego działo, bo tak zostało nauczone i tak miało być. Ale wraz z upływem kolejnych miesięcy i kolejnych urodzin, pytań małego Jacka odnośnie świata i tego, co można zobaczyć w telewizji, przybywało, i Mama zaczęła zdawać sobie sprawę z tego, że za chwilę Pokój po prostu nie wystarczy. Nie wystarczy nie tylko dla coraz to dojrzalszego chłopca, ale i dla zszarganej psychiki Mamy, wykorzystywanej seksualnie przez porywacza Starego Nicka. Aż nadchodzą takie dni, gdy bohaterka musi co nieco wyjaśnić synowi, niezależnie od tego, czy mu się to podoba, czy nie, a także obmyślić z nim plan ucieczki z okropnego więzienia...

Przez "Pokój" przetoczyła się wichura moich emocji. Różnorakich. Historii Jacka i Mamy nie zapomnę. Nie da się jej zapomnieć. Wstrząsnęła mną i poruszyła mnie do głębi, aż do przepłukania oczu łzami. Jestem pod wielkim wrażeniem dzieła Emmy Donoghue. Polecam w stu procentach.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...