Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Harlequin. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Harlequin. Pokaż wszystkie posty

piątek, 22 czerwca 2012

"Gry miłosne" - Erica Spindler

Wydawnictwo: Harlequin, 2000.
Liczba stron: 233.
Rozpoczęcie lektury: 20.06.2012.
Zakończenie lektury: 20.06.2012.
Moja ocena: 6/10.

Erica Spindler to urodzona w 1957 roku amerykańska pisarka i zdobywczyni kilku nagród literackich. Z wykształcenia artystka, z zamiłowania autorka romansów i thrillerów zawierających wątki romantyczne, które zyskały popularność w wielu krajach na całym świecie.

"Gry miłosne" to klasyczny, acz łagodny romans z nutą dobrego humoru. Opowiada o miłości dwojga ludzi, których oparty na grze i zabawie związek stopniowo przekształca się w prawdziwe uczucie. Ale jak to często w romantycznych opowieściach bywa, nic nie dzieje się w sposób idealny, dlatego też bohaterowie tego utworu Spindler będą musieli zmierzyć się z przeciwnościami losu pod postacią niewyjaśnionych spraw z przeszłości ich przodków.

Ona, Veronique Delacroix, to intrygująca, bezpośrednia i szalona młoda kobieta. On, Brandon Rhodes, to bogaty biznesmen, dla którego interesy są sprawą pierwszorzędną. Choć Veronique pracuje już od jakiegoś czasu w jednym ze sklepów Brandona, a więc jest on jej szefem, ich drogi na dobre krzyżują się dopiero po pogrzebie jego ojca. Wspólnie spędzona na szaleństwach i pijaństwie noc sprawia, że w obojgu zaczyna rodzić się uczucie miłości i przywiązania, choć trudno im się do tego przyznać. W ramach drobnych złośliwości i utrzymania jak najdłużej znajomości, Veronique i Brandon wpadają w wir miłosnych, pełnych podstępów gierek, w których nic nie jest jasne i pewne. Ich nietypowy związek zostaje jednak wkrótce wystawiony na ciężką próbę, kiedy to do akcji wkraczają demony z przeszłości ich własnych rodzin. Jak bardzo poważne się one okażą? Czy miłosne gry głównych bohaterów będą miały okazję przemienić się w coś więcej niż tylko niewinne zabawy? Czy ich uczucie zdoła przetrwać wszystkich i wszystko wokół?

Lekkość stylu pisarskiego autorki i niepozbawiona dobrego humoru fabuła sprawiają, że "Gry miłosne" czyta się całkiem przyjemnie, no i przede wszystkim w mgnieniu oka, jak to zresztą z niedługimi romansami bywa. Jakiś tam niedosyt po lekturze jest, rzeczywiście zbyt szybko wszystko się działo; uważam, że Spindler mogła trochę więcej miejsca poświęcić owianej tajemnicą przeszłości bohaterów lub szerzej opisać ich podstępne, poczynania względem siebie. Zakończenie jest dość pozytywne, trochę intrygujące, ale też sympatyczne, a to przecież jeden z ważniejszych elementów każdej książki, więc należy się za to plus.

Historia ukazana w tej powieści pokazuje nam, jak szybko można zakochać się do szaleństwa w drugiej osobie, a także jak dziwne i śmieszne mogą być okoliczności narodzin miłości. Człowiek nie jest w stanie przed nią uciec, choćby nie wiadomo jak bardzo się starał i zaprzeczał samemu sobie. Wygląda też na to, że miłość może przetrwać wiele smutnych i gorzkich chwil ludzkiego życia, ale ważne jest, by dać jej szansę i w odpowiedni, przemyślany sposób postąpić tak, by wszelkie problemy ominąć.

"Gry miłosne" Eriki Spindler to całkiem przyjemna rozrywka na dwie godzinki nudnego popołudnia lub wieczoru. Tego typu lektury traktuję też jako miłe przerywniki między obszerniejszymi i odmiennymi tematycznie książkami, więc i ten romans swoje zadanie wykonał w stu procentach.

środa, 11 kwietnia 2012

"Kochanek Lady Felsham" - Louise Allen

Wydawnictwo: Harlequin, 2010.
Liczba stron: 272.
Oprawa: miękka.
Rozpoczęcie lektury: 10.04.2012.
Zakończenie lektury: 10.04.2012.
Moja ocena: 6/10.

"Kochanek Lady Felsham" to opowieść autorstwa angielskiej pisarki, Louise Allen, należąca do romansów historycznych. Akcja tej książki bowiem toczy się w XIX-wiecznej Anglii, przybliżając czytelnikowi historię tytułowej lady Felsham, czyli Belindy Cambourn, kobiety niespełnionej w małżeństwie i miłości.

Belinda to dwudziestosześcioletnia wdowa. Jej zmarły mąż, choć traktował ją przyzwoicie, był człowiekiem nudnym, który nie wniósł do ich małżeństwa ani krzty świeżości i szaleństwa, w wyniku czego główna bohaterka nie zaznała prawdziwego życia w małżeństwie i prawdziwej miłości. Spragniona powyższego uczucia, a zwłaszcza miłości fizycznej, po półtorarocznym okresie żałoby postanawia zmienić swój ponury los i znaleźć sobie kochanka. Okazja nadarza się bardzo szybko, kiedy to do jej domu nieświadomie, bo po pijaku, wprasza się pewien urodziwy mężczyzna, lord Ashe Reynard, były żołnierz. Ta nietypowo rozpoczęta znajomość stopniowo przekształca się w przyjaźń, a następnie romans. Pełen namiętności, ale jakże burzliwy. Czy kochankowie poradzą sobie z utrzymaniem sekretu dotyczącego ich relacji? Jak potoczą się ich dalsze losy?

Jak to w romantycznych powieściach bywa, nie potoczą się one gładko. Na drodze Belindy i Ashe'a stanie wiele osób, zarówno znajomych, przyjaciół, jak i tych z rodziny, które będą miały duży udział w rozwoju związku głównych bohaterów. Nie obejdzie się bez szaleńczych przygód, kłótni i rywalizacji między mężczyznami. A wszystko to na tle historycznej Anglii zatopionej w upale słonecznego lata. Wśród starodawnych dobrych manier ludzkości, kolorowych, wyszukanych sukien dam oraz męskich fraków. Klimat XIX wieku sprawia, że utwór Allen przybiera formę przyjemnej opowiastki przygodowej, gdzieniegdzie zabarwionej bardziej lub mniej rzucającymi się w oczy akcentami charakterystycznymi dla romansu.

Historia Bel i Ashe'a jest raczej przewidywalna, ale dzięki wyżej wymienionym elementom zyskuje na wartości. Autorka przywołuje dość ciekawe wątki postaci drugoplanowych, czasem też zabawne opisy sytuacji i to jest fajne. Moim zdaniem w "Kochanku Lady Felsham" nie ma ani jednego irytującego bohatera. Każdy z nich związany jest z jakimś intrygującym wydarzeniem lub opatrzony osobliwym charakterem. Jedyne, co odrobinę mnie rozczarowało, to to, iż Louise Allen poświęciła zbyt mało uwagi wojennej przeszłości Reynarda. Przez niemal całą książkę myślałam, że bohater skrywa jakieś nieprzyjemne, a zarazem szokujące sekrety, które zaważyły albo zaważą na jego dalszym życiu, ale nic takiego się nie wydarzyło.

Ogólnie rzecz biorąc, uważam, że powyższa pozycja tej angielskiej pisarki jest całkiem udana i interesująca. Dzięki słonecznemu klimatowi w sam raz nadaje się na ponure i nudne popołudnie. Polecam żeńskiej społeczności czytelników, zwłaszcza miłośniczkom romansów. To lekka, niewymagająca lektura, pozwalająca oderwać się choć na chwilę od nie zawsze przyjemnej rzeczywistości.

Za książkę dziękuję wydawnictwu Harlequin.

niedziela, 1 stycznia 2012

"Zaczęło się w Portofino" - Catherine Spencer, "Willa w Prowansji" - Christina Hollis

Wydawnictwo: Harlequin, 2011.
Liczba stron: 320.
Oprawa: miękka.
Rozpoczęcie lektury: 01.01.2012.
Zakończenie lektury: 01.01.2012.
Moja ocena: 5/10.

"Zaczęło się w Portofino" oraz "Willa w Prowansji" to niedługie opowieści obyczajowe zakrawające na romans, zamieszczone w jednej z książek serii Światowe Życie Duo wydawnictwa Harlequin. Historie w nich opisane dotyczą problemów miłosnych w kręgach ludzi bogatych i wpływowych, którzy nagle muszę otworzyć się na związki z ludźmi ze sfer niższych. Akcja książki toczy się zazwyczaj w pięknych miastach i ich zakątkach europejskich krajów, takich jak Włochy czy Francja.

"Zaczęło się w Portofino".
Maeve Montgomery, prostolinijna Kanadyjka pracująca niegdyś w branży mody i doradztwa, budzi się ze śpiączki w jednym z włoskich szpitali. Nie pamięta nic prócz wydarzeń z dalekiej przeszłości. Wraca do domu, w którym czeka na nią niesamowicie przystojny i bogaty mąż, Dario Costanzo. Kobieta próbuje odzyskać pamięć, wypytując męża o wydarzenia z ich wspólnej przeszłości, ale nie na wszystkie pytania Dario odpowiada zgodnie z prawdą lub unika udzielenia odpowiedzi na nie. Zgodnie z zaleceniami lekarza, Maeve nie powinna zbyt szybko dowiedzieć się o okolicznościach własnego ślubu, a tym bardziej o... synku Sebastianie, którego urodziła jeszcze przed wypadkiem samochodowym, skutkującym jej śpiączką. Podobno w małżeństwie jej i Daria nie układało się najlepiej, ale czy to rzeczywiście prawda, skoro teraz oboje nie mogą nacieszyć się swoją bliskością i miłością, przeżywając wspaniały "drugi" tydzień miodowy? Jak długo Maeve będzie musiała cierpieć w nieświadomości przeszłości? A może jej amnezja jest tylko jej własnym wymysłem, by skrzywdzić męża, jak twierdzi jej okropna wręcz teściowa?

Amnezja. To takie zjawisko występujące w książkach i filmach, dzięki któremu moje zainteresowanie fabułą utworu wzrasta ogromnie. Zaniki pamięci bowiem kojarzą się jednoznacznie z zagadkami przeszłości bohaterów, które niewątpliwie zostaną z czasem wyjaśnione. Catherine Spencer, autorka "Zaczęło się w Portofino", stopniowo przytacza fragmenty losów Maeve i Daria, przez co czytelnik powoli składa ich historię w spójną całość. Napięcie podczas lektury czasami się pojawiało, gdyż nie raz byłam bardzo ciekawa, czy główna bohaterka przedwcześnie odkryje jakąś tajemnicę z przeszłości, albo czy ona sama nie ukrywa czegoś więcej.

Nie do końca przekonała mnie sugestia lekarza, który "dla bezpieczeństwa i zdrowia" Maeve radził jej mężowi utrzymywać w sekrecie jej własne dziecko aż do czasu odzyskania przez nią pamięci. Odniosłam wrażenie, że ten człowiek nie pomyślał o różnych konsekwencjach, jakie to działanie mogło wywołać zarówno w relacjach małżeńskich Maeve i Daria, jak i w relacjach matki z maleńkim Sebastianem. Również samo rozpoczęcie znajomości głównych bohaterów nie przypadło mi do gustu. Szczególnie lekkomyślne zachowanie Maeve (w wieku, jakim wówczas była), no ale najwyraźniej to jej miłość do Daria zaślepiła wszystkie niedoskonałości tego mężczyzny.

Na plus natomiast na pewno zasługuje kreacja pana Costanzo, który z pewnego siebie playboya stara się przeobrazić w kochającego męża i ojca, choć musi także borykać się z amnezją ukochanej i problemami z przeszłości. Z jednej strony w niepamięci Maeve widzi szansę na naprawę tego, co popsuło się wcześniej, i realizacja tego zadania idzie całkiem dobrze, ale z drugiej strony przeraża go fakt, iż kiedyś jego żona odzyska pamięć, a wtedy nie wybaczy mu tego, że próbował zataić przed nią ciemne strony małżeństwa, no i przede wszystkim ich wspólne dziecko. Czy bohater znajdzie dobre rozwiązanie na pokonanie tych wszystkich problemów?

"Zaczęło sie w Portofino" to krótka historia o miłości, pożądaniu i nienawiści, przeplatana opisami przepięknych włoskich i tunezyjskich krajobrazów, a także architektury wnętrz. Nie wywołuje burzy emocji, ale pozwala oderwać się od rzeczywistości choć na chwilę, bo czyta się ją bardzo szybko. Lektura niewymagająca, czasem przewidywalna, ale w zakończeniu wzruszenie może ścisnąć za gardło.

"Willa w Prowansji".
Angielka Michelle Spicer pracuje jako gospodyni w jednej z pięknych rezydencji w Prowansji. Przed kobietą nie lasa wyzwanie - przywitanie i zapewnienie przyjemnego pobytu ważnej osobistości, jaką jest włoski potentat przemysłowy, Alessandro Castiglione. Ta dwójka ludzi pozostawionych samych sobie stopniowo się do siebie zbliża, odkrywając przed sobą sekrety z przeszłości i artystyczne dusze. Przystojny Alessandro, mający opinię podrywacza i bezwzględnego pracodawcy, dla Michelle jest mężczyzną jej marzeń, dlatego bohaterka decyduje się na ważny krok i przeżywa z Alessandrem swój pierwszy raz. Po tym incydencie on wraca do ojczystych Włoch, a ona do Londynu. Kilka miesięcy później ich drogi znów się krzyżują, ale już nie w miłej atmosferze. Michelle jest w ciąży i Alessandro decyduje się zrobić wszystko, by uniknąć tabloidowego skandalu, który zagroziłby jego rodzinnej firmie. Zmusza byłą kochankę do zamieszkania z nim we Włoszech, gdzie zaplanowany zostanie ich ślub. Michelle nie podoba się pomysł małżeństwa bez miłości, ale zgadza się na to ze względu na dziecko, które musi mieć obojga rodziców. Gdyby odmówiła, Alessandro i tak byłby w stanie odebrać jej dziecko - żyje one przecież w znacznie lepszych warunkach aniżeli ona...

Znowu historia z przypadkową ciążą. Była już taka w "Zaczęło się w Portofino", a także w "Hiszpańskim arystokracie", którego miałam okazję niegdyś przeczytać. Znów pojawia się skromna kobieta i bogaty mężczyzna, który nie planuje wiązać się na stałe z kimkolwiek ani posiadać dziecka. Małżeństwo bez miłości, ale dla dobra dziecka. Czy jest to możliwe? A jeśli tak, przez co muszą przejść bohaterowie, by stworzyć prawdziwą rodzinę? Alessandro i Michelle to postaci bardzo zagubione, borykające się z nieprzyjemną przeszłością, a w dodatku ze wzajemnym pożądaniem, nad którym trudno jest im zapanować.

Chaos. Tak mogłabym określić opisaną w "Willi w Prowansji" historię. Christina Hollis, autorka tej opowieści, opisuje ją w dość chaotyczny sposób, a główni bohaterowie również żyją w chaosie. Niezdecydowaniu. Naiwności. Złości. Wyrzutach sumienia. Irytowało mnie ich zachowanie, gdyż nie potrafili podjąć żadnej konkretnej decyzji na dłużej. Ich nastroje były pełne wahania. Pożądali siebie nawzajem, potrafili spędzić mile ze sobą czas, a po chwili te magiczne przeżycia brutalnie znikały. Kwestia miłości w związku Alessandra i Michelle praktycznie nie została do końca rozwiązana.

Zapowiadało się naprawdę ciekawie. I nawet zabawnie. Mimo że typową romantyczną historią, to jednak w miłej atmosferze, wśród piękna sztuki rysunku i malarstwa, dlatego byłam ciekawa, jak dalej potoczą się losy bohaterów, i pomyślałam, że wątek związany ze sztuką na pewno zostanie rozwinięty, okaże się ważny. Rozczarowałam się. Zagłębiając się w dalszej lekturze, było gorzej nudziłam i irytowałam się coraz bardziej. Jako że w skład opisywanej przeze mnie książki wchodzą powyższe dwa utwory, przyznaję jej średni poziom, jeśli chodzi o ocenę. Mogło być znacznie lepiej, ale niestety.

Za książkę dziękuję wydawnictwu Harlequin.

wtorek, 20 grudnia 2011

"Hiszpański arystokrata" - India Grey

Wydawnictwo: Harlequin, 2011.
Liczba stron: 160.
Oprawa: miękka.
Rozpoczęcie lektury: 18.12.2011.
Zakończenie lektury: 19.12.2011.
Moja ocena: 6/10.

"Hiszpański arystokrata" to romans autorstwa Indii Grey, pochodzący z serii Światowe Życie, a więc jego fabuła opiera się na losach bohaterów bytujących w tzw. wielkim świecie. Świecie pełnym bogactw, rozpusty, ale niekoniecznie dobra i szczęścia. To krótka opowieść o nieodwzajemnionej miłości, cierpieniu i niesieniu pomocy innym.

Lily Alexander, główna bohaterka "Hiszpańskiego arystokraty", modelka z Londynu, poznaje na uroczystym przyjęciu tytułowego arystokratę, Tristana Romero de Losada Montalvo. Tristan to pozbawiony uczuć playboy, któremu nie potrafi się oprzeć żadna kobieta. Także Lily. Pożądanie ich obojga nie zna granic i jeszcze tego samego wieczoru spędzają ze sobą noc, umawiając się jednak, że ta przygoda nie pociągnie za sobą żadnych konsekwencji, a ich znajomość po niej zwyczajnie się zakończy. Nie będzie to jednak możliwe, gdyż wkrótce potem Lily dowiaduje się, że jest w ciąży, a ojcem dziecka jest nikt inny, jak markiz Romero. Tristan nie okazuje zadowolenia z tego powodu, ale proponuje Lily małżeństwo bez zobowiązań. Kobieta pragnie urodzić dziecko i zrobi wszystko dla jego dobra - nie pozwoli przecież na to, by jej potomstwo nigdy nie poznało swego ojca. Ale czy ślub bez miłości to na pewno dobre rozwiązanie?

Akcja "Hiszpańskiego arystokraty" toczy się w Europie, głównie w Anglii i Hiszpanii. Opowieść zbudowana jest z szesnastu rozdziałów i epilogu. Narracja prowadzona jest w trzeciej osobie, raz okazując bliżej czytelnikowi myśli i odczucia Lily, a raz Tristana.

Romans ten nie należy do obszernych pod względem treści książek. liczy zaledwie ponad sto pięćdziesiąt stron; całość została napisana zgrabnym i nieskomplikowanym językiem, przez co akcja opowieści mija w mgnieniu oka. Muszę jednak przyznać, że od czasu do czasu przyda mi się zerknięcie do tego typu czytadeł - choćby dlatego, by zapomnieć o problemach codzienności, na chwilę oderwać się od kryminałów, które po prostu uwielbiam, no i powzdychać do okładki ze słynnym przystojnym księciem z bajki...

Niby romans, ale historie opisana przez Indię Grey porusza nie tylko kwestię miłości (obyło się jednak bez licznych i szczegółowo zobrazowanych scen erotycznych), ale też życia w małżeństwie, chęci posiadania dziecka, a także kwestię cierpienia i bólu związanego nie tylko z niespełnioną miłością, ale także rodziną, pochodzeniem i tragicznymi wydarzeniami z przeszłości oraz teraźniejszości, bo i z takimi borykają się bohaterowie "Hiszpańskiego arystokraty". Tristan Romero ukrywa swoje prawdziwe oblicze przed Lily. Nie jest w stanie otworzyć się na miłość, by na dobre i złe zaakceptować swoją żonę jako towarzyszkę życia. Jednak wraz z pojawieniem się maleńkiej istoty w brzuchu żony twarda skorupa, pod którą kryją się cierpienie, złość i zaciętość bohatera, powoli zaczyna pękać. Czy rzeczywiście dojdzie do metamorfozy tytułowego arystokraty? Jak długo Lily będzie w stanie znosić wahania nastrojów człowieka, którego pokochała całym sercem? Czy Tristan w końcu odwzajemni jej uczucie i zwierzy się ze swojej przeszłości oraz działań, którymi się zajmuje poza pracą? Może się wydawać, że historia skończy się przewidywalnie i banalnie, ale tak naprawdę bohaterów będą czekały przykre niespodzianki od losu, które jeszcze bardziej pogmatwają sytuację w ich małżeństwie.

Nie ukrywam, że trochę irytowało mnie zachowanie głównej bohaterki, która bezmyślnie wpakowała się w romans z przystojnym podrywaczem, a potem bardzo szybko zdecydowała się na ślub, choć Tristan okazał się protekcjonalnym i oschłym kandydatem na męża, dla którego liczyła się tylko powinność względem swego rodu i zagwarantowania dziecku przynależności do tej rodziny. Ale Lily była wręcz zaślepiona miłością do arystokraty i przez cały czas wierzyła, że uda jej się stworzyć małżeństwo oparte na prawdziwej wzajemnej miłości. Co jak co, ale nie spodziewałam się ani trochę tego, iż ta opowieść mnie wzruszy, a tak się stało pod koniec lektury. Naprawdę muszę częściej sięgać po romanse tego wydawnictwa, tym bardziej, że ich przeczytanie nie zajmuje wiele czasu, a kto wie, może jeszcze nie raz mnie zaskoczą jakimś niebanalnym przebiegiem zdarzeń. Nie wszystkie przecież muszą toczyć się wokół gorącego romansowania i zdrad. Lektura dobra na odstresowanie się, relaks, zapełnienie wolnej chwili codziennego życia kobiety.

Za książkę dziękuję wydawnictwu Harlequin.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...