Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nicholas Sparks. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nicholas Sparks. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 29 października 2012

"Pamiętnik" - Nicholas Sparks

Wydawnictwo: Albatros, 2010.
Liczba stron: 256.
Wydawnictwo: Albatros.
Czas trwania: 6h 25min 58s.
Lektor: Henryk Drygalski.
Rozpoczęcie lektury: 28.10.2012.
Zakończenie lektury: 28.10.2012.
Moja ocena: 5/10.

Nicholas Sparks to jeden z najbardziej znanych współczesnych pisarzy. Swą popularność zawdzięcza powieściom obyczajowym, które cieszą się dużym uznaniem wśród żeńskiego grona czytelników. Zadebiutował w 1997 roku "Pamiętnikiem", który kilka lat później został przeniesiony na wielki ekran. Od tamtej pory filmowcy chętnie współpracują z pisarzem, ekranizując kolejne jego książki - "List w butelce", "Jesienną miłość", "Szczęściarza" i inne.

Z racji tego, iż "Pamiętnik" po raz pierwszy poznałam w ubiegłym roku, a i obszerną lekturą nie jest, postanowiłam sobie odświeżyć jego fabułę, w połowie słuchając audiobooka i przyjemnego głosu Henryka Drygalskiego, a w połowie czytając. Właściwie to nie wiem, czego spodziewałam się po ponownym zagłębieniu się w debiut literacki Sparksa, może tego, że tym razem spodoba mi się bardziej? Może za pierwszym podejściem pominęłam jakieś istotne, ciekawe i zachwycające fragmenty, słowa czy szczegóły? Żadna z tych rzeczy nie miała miejsca. I w dalszym ciągu nadziwić się nie mogę, iż ta powieść została okrzyknięta bestsellerem, dzięki któremu amerykański pisarz zyskał ogromną popularność na całym świecie. "Pamiętnik" to historia o miłości - najwyraźniej bardzo niezwykłej i wyjątkowej, choć zastanawiam się, czy aby na pewno. Bo owszem, coś w opisywanym w niej uczuciu jest. Coś, co potrafi porwać czytelnika i gdzieniegdzie wzruszyć. Ale na ogół jest ono tak wyidealizowane, że aż niewiarygodne i niekoniecznie realne. A o tym fakcie autor zapewnia odbiorcę od pierwszej do ostatniej strony, co, niestety, bardzo przytłacza.

Rzecz dzieje się pod koniec XX wieku, w pewnym domu opieki. Osiemdziesięcioletni mężczyzna, Duke, borykający się z niejedną dolegliwością i chorobą, codziennie od czterech lat znajduje czas na to, by spędzić go w towarzystwie kobiety cierpiącej na Alzheimera, czytając jej stary pamiętnik opisujący historię miłości dwojga młodych ludzi, Noaha i Allie, która narodziła się w latach trzydziestych. Uczucie, jakie tych dwoje połączyło, z całą pewnością było jedyne w swoim rodzaju, ale napotkało na swej drodze sporo przeszkód, które przy pomocy mniejszej lub większej woli i siły walki, stopniowo były pokonywane.

Do stylu pisarskiego Sparksa jestem już przyzwyczajona - prosty i przystępny, ale w przypadku "Pamiętnika" także niezwykle barwny, jeśli chodzi o opisy piękna miłości, przyrody i charakterów poszczególnych postaci. Są one zbyt dokładne i często się powtarzają. Praktycznie, gdyby tak je pominąć, niewiele by z tego utworu zostało. Dlatego uważam, że równie dobrze ta historia mogłaby przybrać formę opowiadania. Autor bowiem nie wybiega w niej dalej niż poza relacje panujące między Noahem i Allie, w wielkim skrócie przedstawiając okres wakacji, podczas których się oni poznali, i na trochę dłużej zatrzymując się na dwóch dniach ich ponownego spotkania po czternastu latach rozłąki. Całość wieńczą czasy współczesne i wydarzenia mające miejsce w domu opieki, które są jednym z najciekawszych elementów książki.

Przedstawiony w niej charakter miłości należy do takich, z którymi chyba większość zwyczajnych ludzi chciałaby w swym życiu mieć do czynienia. Piękna, szczera, wyjątkowo głęboka i szczęśliwa, trwająca aż po grób. Moim zdaniem jednak pasująca bardziej do świata marzeń aniżeli rzeczywistości, aczkolwiek nie twierdzę z całą pewnością, że taka miłość nie ma szans czy prawa zaistnieć. Rozpływanie się autora w zachwytach nad uczuciem kwitnącym między głównymi bohaterami, a także nad nimi samymi, przekształca "Pamiętnik" w utwór taki trochę bajkowy, a zarazem bardzo romantyczny, miejscami nawet zbyt ckliwy, do czego w dużej mierze przyczyniają się postaci Noaha i Allie. Czytelnik bowiem wielokrotnie może dowiedzieć się o tym, jak wspaniale zbudowany jest Noah, i jak piękna jest Allie. Najgorsze jednak w tym wszystkim są liczne powtórzenia dotyczące kwestii zmian, jakie zachodzą w bohaterach w ciągu kilkunastu lat, i wspomnień, jakie zachowują się w ich pamięci. Dla przykładu - według Allie wygląd jej ukochanego, którego widzi po bardzo długim czasie, na przemian zmienia się i nie zmienia wcale, a ona sama utwierdza się w przekonaniu, że zakochuje się w nim na nowo w kilku różnych sytuacjach towarzyszącym ich spotkaniom. Bywały takie chwile, kiedy to zastanawiałam się, czy to tylko wykreowani Noah i Allie są tak drażniąco niezdecydowani i niepewni, czy też sam Sparks.

Do minusów powieści zaliczyłabym również opis sceny erotycznej z udziałem głównych bohaterów - taki niespecjalnie interesujący i troszeczkę niesmaczny pod względem padającego w nim słownictwa, dzięki któremu, jak się domyślam, miał on przybrać formę niemalże poetycką, co jednak nie do końca spełniło to zadanie. Natomiast najbardziej skrzywiło moją twarz w wyrazie niedowierzania i odrzuciło mnie samo zakończenie "Pamiętnika", a dokładniej jego ostatnie zdanie, którego nie chciałabym tutaj przytaczać z oczywistych względów. Kompletnie nie spodziewałam się takiego obrotu spraw. Wyobraźnia pisarza zawiodła go nie tam, gdzie trzeba, czyniąc sam kres książki zupełnie niepasującym do charakteru całej jego reszty.

Zdecydowanie zatem wolę koniec filmowej adaptacji tej pozycji Sparksa. Zresztą, co tu się rozdrabniać - cały film jest o niebo lepszy od swego pierwowzoru. A na dodatek jest jednym z moich ulubionych filmów w ogóle. Pomimo kilku różnic między obiema formami, jakie rzucają się w oczy, można stwierdzić, że to doskonałe uzupełnienie powieści. Tak jak brakuje w niej szerszego rozwinięcia niektórych wątków, jak na przykład narodziny młodzieńczej miłości Noaha i Allie, charakterystyka rodziców dziewczyny czy godna podziwu postawa Duke'a, tak ekranizacja wszystko to dokładnie obrazuje, a rewelacyjne role Ryana Goslinga i Rachel McAdams czynią ją jeszcze piękniejszą i wzruszającą. Tak, na filmowej wersji "Pamiętnika" można wylać morze łez... Naprawdę rzadko zdarza się, że film, który powstał na podstawie książki, jest od niej lepszy. I to dużo lepszy.

Nicholas Sparks wykonał przyzwoitą pracę, jak na swój debiut, ale to, co chciał przekazać czytelnikowi, równie dobrze mógł umieścić w opowiadaniu albo nawet scenariuszu. Ale może to właśnie ze względu na prostotę "Pamiętnika" twórcy filmowi szybko, o ile dobrze kojarzę z autobiografii pisarza, się nim zainteresowali i potem jego kariera rozwinęła się w zawrotnym tempie? Cieszę się jednak, że z biegiem czasu autor udoskonalił swój warsztat, bo gdyby wszystkie jego utwory ubrane zostały w taki klimat, jaki panował w "Pamiętniku", oszalałabym ze znużenia. Albo po prostu zrezygnowałabym z dalszego poznawania jego twórczości. To opowieść, którą z wypiekami na twarzy i wielkim zachwytem przeczytają miłośnicy romantycznych historii, marzyciele, osoby łatwo się wzruszające i nieszczęśliwie zakochane. Nie polecam jej natomiast tym, którzy twardo stąpają po ziemi i gardzą przesłodzonymi romansami, choć myślę, że tak naprawdę każdy czytelnik jest w stanie znaleźć w tej książce choć niewielką cząsteczkę czegoś, co go zauroczy, co przypadnie mu do gustu, bo zła "do szpiku kości" to ona na pewno nie jest.

wtorek, 4 września 2012

"Wokini" - Billy Mills, Nicholas Sparks

Wydawnictwo: Albatros, 2003.
Liczba stron: 144.
Oprawa: miękka ze skrzydełkami.
Rozpoczęcie lektury: 01.09.2012.
Zakończenie lektury: 01.09.2012.
Moja ocena: 5/10.

"Wokini" to książka napisana przez dwóch bliskich przyjaciół - znanego na całym świecie pisarza Nicholasa Sparksa i aktywistę indiańskiego, wykładowcę technik psychoterapeutycznych, który niegdyś cieszył się dużą popularnością w świecie sportu, Billy'ego Millsa. Mają rację ci, którzy twierdzą, że ta cieniutka powieść znacznie odbiega od pozostałych Sparksa. Właściwie to nie powinno się ich ze sobą porównywać, bo są tak różne, a przede wszystkim - mają inne cele. "Wokini" bowiem to pewnego rodzaju poradnik życiowy. Na moje oko Mills był odpowiedzialny za sformułowanie problemów poruszanych w utworze, a Sparks ubrał je, tworząc indiańską opowiastkę, by nie odstraszyć czytelnika iście suchymi regułkami, jakie większość poradników zawiera.

Kluczowym pojęciem, któremu przyglądają się autorzy książki, jest szczęście. Za pośrednictwem przygód głównego bohatera, kilkunastoletniego Davida cierpiącego po śmierci siostry, który pewnego dnia, ot tak, stwierdza, że chciałby być szczęśliwy, Mills i Sparks próbują znaleźć odpowiedź na bardzo trudne pytanie, a mianowicie czym jest szczęście. David otrzymuje w prezencie od ojca tajemniczy zwój z siedmioma ręcznie malowanymi rysunkami. Aby odpowiednio zinterpretować każdy z nich i zrozumieć samego siebie, chłopiec wyrusza w podróż, która pozwoli mu zajrzeć w głąb ludzkiego umysłu, ludzkiego zachowania, po prostu ludzkiego życia. Życia, które rzadko kiedy jest idealne, ale pomimo wszelkich wad i przeciwności losu człowiek ma możliwość radowania się nim, a co za tym idzie, bycia szczęśliwym.

Każdy rozdział "Wokini" odpowiada jednej z siedmiu lekcji życiowych, w jakich uczestniczy główny bohater. Każda taka lekcja natomiast kończy się wypunktowaniem najważniejszych myśli w niej zawartych i wskazówek dla czytelnika. Są to na przykład takie kwestie, jak: znaczenie szczęścia, dlaczego nie należy poddawać się rozpaczy, ćwiczenie medytacji czy cielesne i duchowe aspekty szczęścia. Autorzy książki zapewniają, że jest ona prosta i łatwa w czytaniu. Zgadzam się. Jest też skuteczna. Tego już niestety nie wiem. I wątpię, że kiedykolwiek się tego dowiem. Nie należę do osób bardzo cierpliwych i wytrwałych, a tego wymaga dążenie do szczęścia według właśnie tego poradnika. Na dodatek - jestem pesymistką.

Kiedy tak brnęłam przez pierwszą połowę lektury, nawet całkiem przychylnie odbierałam jej treść i gdzieś tam w moim umyśle zagnieździły się zalążki chęci znalezienia takiego prawdziwego, pełnego szczęścia. Idąc jednak dalej, mój zapał stopniowo przygasał. Po tak ogólnych formułkach typu "szczęście to uczucie, które pochodzi z wnętrza człowieka i tylko on dam decyduje o swoim szczęściu"*, "szczęścia trzeba się nauczyć"** czy "szczęścia trzeba pragnąć"*** przyszła pora na kolejne zasady i wskazówki. Zabawne było to, że z każdą stroną ich ilość się powiększała. Dowiedziałam się, że aby być szczęśliwym, trzeba nie tylko chcieć tego szczęścia i dzielić się nim z innymi, ale też medytować. I to trzy razy dziennie, powtarzając sobie na głos, że jest się wyjątkową osobą, i rozmyślając o rzeczach sprawiających radość. Jeszcze trudniej dla mnie zrobiło się przy punkcie traktującym o tym, by na życie i przyszłość patrzeć z optymizmem i nadzieją. Natomiast zupełnie absurdalny wydał mi się pomysł brzmiący "każdy dzień przeżyj tak, jakby to miał być twój ostatni dzień"****. Być może ma na to wpływa moje pesymistyczne myślenie, ale dla mnie ostatni dzień mojego życia byłby dniem pełnym szaleństw i radości, spędzony wśród osób, które są mi bliskie, i rzeczy, które uwielbiam robić. Logicznie więc rzecz biorąc, postępując tak codziennie, stałabym się leniem bez pracy, którego interesowałoby tylko to, jak wykorzystać każdą chwilę dnia - na zabawach i spełnianiu marzeń, co oczywiście nie zawsze byłoby wykonalne.

Tymczasem Mills i Sparks nie zwracają uwagi na tak przyziemne sprawy, jak praca czy nauka, które są ważnymi obowiązkami każdego człowieka, i które zajmują wiele czasu. Dla nich szczęśliwy dzień to taki, w którym należy podziwiać piękno przyrody, kochać bliskich i dziękować Bogu za to, co zostało człowiekowi dane. "Wokini" to opowieść zbyt piękna, by była prawdziwa. Porady autorów mające doprowadzić czytelnika do szczęścia są na przemian łatwe i trudne, banalne i oryginalne, czasem wykluczają się wzajemnie albo są wręcz niemożliwe do wykonania. Uprzedzam - nauka najważniejszych zasad organizacji ludzkiego życia w celu uczynienia je szczęśliwym trwa prawie rok! Do końca życia jednak człowiek będzie zmuszony myśleć o tym, do czego dążył i dąży nadal. To nieustanna praca nad samym sobą. Jak już wspomniałam wcześniej, nie dla mnie, ale z wielką chęcią przyjrzałabym się bliżej niektórym radom Billy'ego Millsa i Nicholasa Sparksa. By od czasu do czasu poprawić sobie samopoczucie, dowartościować siebie i wszystko to, co mnie otacza. Osiągnąć taki wewnętrzny spokój. Myślę, że coś takiego jest możliwe, dlatego kilka myśli z tej książeczki sobie zapisałam, a nawet zapamiętałam.

Przeczytać można, czemu nie? "Wokini" ma niecałe sto pięćdziesiąt stron i lektura tego utworu dużo czasu nie zajmuje. Jednym się spodoba, drugim nie bardzo. Uważam, że przychylniej zostanie on odebrany przez optymistów, osoby szukające swego miejsca w świecie, zagubione, zmęczone, smutne i nie tak szczęśliwe, jak by tego chciały. Nie mówię, że ów poradnik ma stać się dla kogoś poradnikiem na śmierć i życie, ale może odblokować on pozytywne myślenie i wywołać uśmiech na twarzy czytelnika za pomocą wybranych fragmentów.

*s.54
**s.54
***s.55
****s.97

poniedziałek, 23 kwietnia 2012

"Noce w Rodanthe" - Nicholas Sparks

Wydawnictwo: Albatros, 2008.
Liczba stron: 208.
Oprawa: miękka ze skrzydełkami.
Rozpoczęcie lektury: 21.04.2012.
Zakończenie lektury: 22.04.2012.
Moja ocena: 7/10.

Nicholas Sparks to jeden z najbardziej znanych współczesnych pisarzy. Swą popularność zawdzięcza powieściom obyczajowym, które cieszą się dużym uznaniem wśród żeńskiego grona czytelników. Zadebiutował w 1997 roku "Pamiętnikiem", który kilka lat później został przeniesiony na wielki ekran. Od tamtej pory filmowcy chętnie współpracują z pisarzem, ekranizując kolejne jego książki - "List w butelce", "Jesienną miłość", "Szczęściarza" i inne.

Również "Noce w Rodanthe" doczekały się swego odpowiednika filmowego. Tak jak nie miałam okazji go obejrzeć, tak utwór o tym tytule przeczytałam już dwukrotnie. Za pierwszym razem było to moje pierwsze podejście do twórczości Sparksa. Za drugim - potraktowałam go jako "odświeżacz" pamięci, a także krótką rozrywkę pomiędzy innymi lekturami. Ta książka bowiem nie należy do obszernych, licząc sobie trochę ponad dwieście stron. Opowiada zwięźle i konkretnie o miłości dwojga ludzi w średnim wieku, których bagaże doświadczeń do lekkich nie należą. Dzięki wzajemnej bliskości i wsparciu oboje uświadamiają sobie, że życie jednak potrafi być piękne. Ratują siebie nawzajem, zmieniając się już na zawsze.

Adrienne Willis ma prawie sześćdziesiąt lat. Przeżyła już wiele - prawdziwą miłość, ślub, rozwód, doczekała się dzieci i wnuków. Widząc, jak jej córka Amanda rozpacza i zaniedbuje własnych synów, nie mogąc pozbierać się po zbyt wczesnej śmierci męża, Adrienne postanawia opowiedzieć jej najważniejszą historię swojego życia, historię, której nie znał nikt prócz niej samej i jej zmarłego ojca. Kilkanaście lat wcześniej, kiedy główna bohaterka nie najlepiej radziła sobie z trudami codzienności po tym, jak odszedł od niej mąż, zostawiając ją z trójką nastoletnich dzieci, poznała Paula Flannera, który wywrócił jej życie o sto osiemdziesiąt stopni. Do ich spotkania doszło w niewielkiej wiosce rybackiej Rodanthe, kiedy to Paul zawitał w Gospodzie, ośrodku wypoczynkowym nad oceanem, nad którym pieczę sprawowała akurat Adrienne, zastępując przyjaciółkę. W ciągu zaledwie kilku dni tych dwoje ludzi zdołało się przed sobą otworzyć, zaprzyjaźnić i zakochać. Wzbogaceni o nowe doświadczenie i prawdziwą miłość, obiecują sobie spotkanie za rok i pozostanie ze sobą do końca życia. Los jednak nie był dla nich łaskawy. Dlaczego? Jak Amanda zareaguje na opowieść matki? Czy zdoła w końcu pozbierać się po śmierci męża?

Jak to zazwyczaj bywa z książkami Sparksa, "Noce w Rodanthe" czyta się szybko, lekko i przyjemnie. Aczkolwiek odnoszę wrażenie, że ta pozycja zahacza o bardziej melancholijny klimat. Być może przez chłodną porę roku, podczas której toczy się zdecydowana większość akcji, być może też przez postać Paula Flannera, do której nie mogę się przekonać, mimo że przeczytałam tę powieść po raz drugi. Owszem, nie wszyscy bohaterowie literackiego świata muszą cechować się kolorowym charakterem i stylem bycia. Paul należy do tych, których życie nie jest łatwe, ale też jego cechy przyczyniają się do tego, że toczy się ono w taki, a nie inny sposób. Bohater ten sprawia wrażenie człowieka, do którego ciężko dotrzeć, milczącego, trochę sztywnego i zbyt grzecznego. Za mało w Paulu... samego Paula, jego osobowości, energii, emocji. W przeciwieństwie do Adrienne, której postać da się lubić o wiele bardziej, która wnosi do powieści odrobinę słońca i świeżości.

"Noce w Rodanthe" to utwór, który nie należy do skomplikowanych, bo w dużej mierze składa się ze wzajemnych opowieści głównych bohaterów, ale zaskakuje, a pod koniec także wzrusza. Sparks koncentruje się tutaj na przedstawieniu pewnego etapu ludzkiego istnienia, który zapewne dotyka niejednego z nas w prawdziwym życiu. Chodzi o zmianę. Gotowość do zmiany na bycie kimś lepszym po tym, jak dochodzi się do wnioski, że dotychczasowy byt nie był bytem szczęśliwym, zarówno dla samego siebie, jak i bliskich. Taka zmiana to pewnego rodzaju przełom w życiu, na który duży wpływ ma coś ważnego, istotnego, coś, z czego człowiek wcześniej nie zdawał sobie sprawy. Może to być przeprowadzka, zmiana pracy albo, jak w przypadku Adrienne i Paula, po prostu nowa znajomość. Rozmowa. Dzielenie się własnymi problemami z osobą, która nas przypomina, która nas rozumie. Być może brzmi to dość banalnie, ale ubrane przez Sparksa we właściwe słowa, nie jest już banalne, lecz potrafi zaintrygować i dać do myślenia.

"Noce w Rodanthe" to dobra, że tak to ujmę, "spokojna" książka. Króciutka, ale konkretna. Tematycznie - no cóż, typowy Nicholas Sparks. Miłość dwojga ludzi, trudna przeszłość, mnóstwo przemyśleń, poszukiwanie własnego ja. Dla fanów autora pozycja jak najbardziej obowiązkowa, literatury kobiecej - myślę, że odpowiednia. Mnie nie pozostaje teraz nic innego, jak tylko zapoznać się z filmem, który powstał na podstawie tej powieści. Zrobię to na pewno, przede wszystkim ze względu na postać Paula Flannera - być może Richard Gere przekona mnie do niej dużo lepiej.

czwartek, 19 kwietnia 2012

"Na ratunek" - Nicholas Sparks

Wydawnictwo: Albatros, 2011.
Liczba stron: 400.
Oprawa: miękka ze skrzydełkami.
Rozpoczęcie lektury: 18.04.2012.
Zakończenie lektury: 18.04.2012.
Moja ocena: 9/10.

Nicholas Sparks to amerykański pisarz specjalizujący się w literaturze społeczno-obyczajowej, po którą zazwyczaj sięga żeńskie grono czytelników. Zadebiutował w 1997 roku "Pamiętnikiem" i od tamtego czasu jego książki zyskują miano bestsellerów, sprzedając się w milionowych nakładach na całym świecie. Większość z nich została zekranizowana. Ich odpowiedniki filmowe również cieszą się dużą popularnością wśród fanów Sparksa.

"Na ratunek" jest czwartym utworem tego pisarza, powstałym w 2000 roku. Tematyką nie różni się od pozostałych jego powieści, opowiadając o ludziach borykających się z trudami życia codziennego, rodzinnego, trudami uczucia, jakim jest miłość. To wspaniała historia o walce z przeszłością, poprzez którą teraźniejszość może być skazana na klęskę. O przyjaźni, poświęceniu i chęci niesienia pomocy innym. Mimo że Sparks pisze raczej w sposób schematyczny, koncentrując się na doli czy niedoli poszczególnych bohaterów, ich uczuciach i radzeniu sobie z problemami, co zazwyczaj kończy się szczęśliwie, a przynajmniej pozytywnie, w książce "Na ratunek" tak czy inaczej można odnaleźć jej wyjątkowość, dzięki której powyższa schematyczność odchodzi w zapomnienie.

Denise Holton jest samotną matką. Wychowuje czteroletniego syna Kyle'a, który cierpi na zaburzenia mowy z niewyjaśnionych powodów. Oboje prowadzą raczej skromny tryb życia w małym miasteczku Edenton w Karolinie Północnej. Pewnego dnia w czasie groźnej nawałnicy Denise i jej syn ulegają wypadkowi samochodowemu, po którym kobieta traci przytomność, a chłopiec opuszcza auto i znika bez śladu. Mocno poturbowaną główną bohaterkę znajduje Taylor McAden, członek ochotniczej straży pożarnej. To także dzięki niemu udaje się odszukać Kyle'a, który schronił się przed burzą w lesie. Niebezpieczeństwo, strach i przerażenie, jakie dotyka matkę i jej dziecko, na zawsze zmienia ich losy. A wszystko to za sprawą Taylora, który zaczyna pojawiać się w ich życiu coraz częściej. Jak łatwo się domyślić, on i Denise staną się dla siebie kimś więcej aniżeli przyjaciółmi. Najważniejszy jednak fakt stanowi przyjaźń między Taylorem a Kyle'em. Wygląda na to, że wszystko układa się po myśli bohaterów, ale czy na pewno? Już wkrótce okaże się, że życie jest pełne okrutnych niespodzianek. Czy Denise i Taylor będą potrafili zmierzyć się z przeciwnościami losu? A mający problemy z mówieniem mały Kyle?

W powieści "Na ratunek" została poruszona kwestia związana z dziecięcymi zaburzeniami mowy. Jeśli ktoś czytał utwór "Trzy tygodnie z moim bratem", który jest pewnego rodzaju autobiografią pisarza, doskonale wie, że Sparks podczas pisania książek czerpie inspiracje z własnych doświadczeń życiowych. Jedna z nich znalazła swoje odzwierciedlenie właśnie w postaci kilkuletniego Kyle'a. Tworząc tę postać bowiem, autor miał na myśli jednego ze swoich synów, cierpiącego na niezdiagnozowane zaburzenia mowy. Trud, z jakim borykała się Denise Holton, wychowując i ucząc swego synka, został opisany w książce bardzo dokładnie, dosadnie, w sposób wzruszający. Nic dziwnego - wszystko to na pewno płynęło z głębi serca Sparksa, on sam przecież doświadczył tego na własnej skórze, robiąc wszystko, by pomóc własnemu dziecku. Postać Kyle'a to postać wspaniała, wywołująca na twarzy zarówno uśmiech, jak i smutek. Tak naprawdę wokół niej i dzięki niej toczy się historia matki chłopca i Taylora McAdena.

Życie Denise nigdy nie było usłane różami. Po wczesnej utracie dziadków i rodziców kobieta zachodzi w ciążę z przypadkowym mężczyzną, a na domiar złego dziecko okazuje się mieć poważną wadę rozwojową. Sprawy przybierają jednak łagodniejszy obrót i bohaterka staje się supermatką z krwi i kości, której miłość do syna nie pozwala jej się załamać w żadnej sytuacji. Przeprowadzka do Edenton jeszcze bardziej to potwierdza.

"Ludzie przychodzą i odchodzą... pojawiają się i znikają z twojego życia prawie tak jak bohaterowie ulubionej książki. Kiedy ją w końcu zamykasz, postaci opowiedziały swoją historię i zaczynasz czytać nową książkę z całkiem nowymi bohaterami, ich perypetiami. I po jakimś czasie koncentrujesz się na nich, a nie na tych z przeszłości"*. Denis na pewno nie spodziewa się tego, że bohaterem jej kolejnej książki będzie mężczyzna, w którym się zakocha. Mężczyzna, który zawróci jej w głowie swoim stylem bycia i dobrocią. "W życiu trafisz nieraz na ludzi, którzy mówią zawsze odpowiednie słowa w odpowiedniej chwili. Ale w ostatecznym rozrachunku musisz ich sądzić po czynach. Liczą się czyny, nie słowa"**. Przez jakiś czas wszystko układa się jak w pięknej bajce. Związek Denise i Taylora rozkwita, a mały Kyle wydaje się dużo bardziej szczęśliwym chłopcem. Demony z przeszłości, które ścigają McAdena nie pozwalają jednak na dalsze trwanie tej sielanki. Żadna bliska mu osoba nie jest w stanie go rozgryźć, aby dowiedzieć się, co tak naprawdę go dręczy i leży mu na sercu. Czy mężczyzna będzie potrafił dalej być człowiekiem, dla którego czyny, a nie słowa są najważniejsze?

W powieści "Na ratunek" zdarzały się takie momenty, których kompletnie się nie spodziewałam. Były też takie, które przepłukały moje oczy łzami. Do samego końca byłam ciekawa rozwoju akcji i jej finału, bo tak naprawdę wszystko mogło się zdarzyć, przez co moja wyobraźnia działała na wysokich obrotach. Utwór zachwycił mnie swoją prostotą, romantyzmem i zgrabnie skonstruowaną fabułą, choć niektórym może się ona wydać banalna i ckliwa. Wszystko tutaj się zgadza i współgra ze sobą. Nicholas Sparks po raz kolejny wzruszył mnie do głębi i sprawił, że nie mogłam oderwać się od jego książki ani na chwilę. "Na ratunek" stał się bez wątpienia jednym z moich ulubionych utworów jego twórczości - zaraz po "Ostatniej piosence", na równi ze "Szczęściarzem".

*s.135
**s.131

wtorek, 3 stycznia 2012

"Trzy tygodnie z moim bratem" - Nicholas Sparks, Micah Sparks

Wydawnictwo: Albatros, 2005.
Liczba stron: 384.
Oprawa: miękka ze skrzydełkami.
Rozpoczęcie lektury: 03.01.2012.
Zakończenie lektury: 03.01.2012.
Moja ocena: 8/10.

Nicholas Sparks to amerykański pisarz powieści obyczajowych, o którym słyszał chyba niemal każdy. Jego książki ukazują się w trzydziestu trzech językach. W sumie wydał siedemnaście powieści, a popularność przyniosła ma pierwsza z nich, "Pamiętnik". Część powieści doczekała lub doczeka się w najbliższej przyszłości ekranizacji.

Wśród wydanych przez Sparksa utworów jest jeden, który różni się od pozostałych, a mianowicie "Trzy tygodnie z moim bratem". Autor, który jest znany przede wszystkim z pięknych uczuciowo powieści o miłości, tym razem opisuje swoje życie. Od dzieciństwa do 2003 roku. Jest to pewnego rodzaju autobiografia, przeplatana opisami wycieczki dookoła świata, którą Nicholas odbył ze swoim bratem, Micahem. W czasie tej wycieczki bracia nie tylko podziwiają piękne zabytki i krajobrazy Peru, Indii czy Malty, ale też wspominają swoje dotychczasowe życie, które od początku do łatwych nie należało.

Do książki tej podeszłam z dużą rezerwą, ponieważ nastawiłam się na jej biograficzny charakter, a to było dla mnie coś nowego. powieść wciągnęła mnie jednak już od pierwszych stron i wiedziałam, że przeczytam ją w ciągu jednej nocy. Sparks posługuje się prostym, zrozumiałym i bardzo bliskim czytelnikowi językiem. Nie wymyśla jakichś cudów i dziwów, by utwór brzmiał lepiej albo bardziej wyjątkowo. Muszę jednak przyznać, że biograficzne fragmenty jego życia o wiele, wiele bardziej przypadły mi do gustu aniżeli relacja z wycieczki, która zazwyczaj zawierała mnóstwo opisów historii, kultury i architektury zwiedzanych krajów. Czasami zastanawiałam się, czy nie pominąć tych opisów, ale nie ryzykowałam, by nie pominąć przypadkiem jakichś ważnych relacji panów Sparks. A niestety nie zostały one w jakiś szczególny i obszerny sposób ukazane. Rozmowy, jakie pojawiały się pomiędzy braćmi, dotyczyły głównie wspomnień z przeszłości, kościoła i wiary w Boga.

Fragmenty dotyczące osobistych przeżyć Nicholasa Sparksa chyba na długo pozostaną w mej pamięci. Zostały opisane bardzo szczegółowo i obrazowo, w dodatku gdzieniegdzie w książce można było znaleźć fotografie (wprawdzie czarno-białe, ale to zawsze coś) autora, zarówno z lat dzieciństwa, młodości, jak i opisywanej wycieczki dookoła świata. Dzięki temu mogłam łatwo wyobrazić sobie życie autora. Miałam wrażenie, że przenoszę się w czasie razem z jego wspomnieniami.

A nie zawsze te wspomnienia były przyjemne. Dzieciństwo obu braci i ich siostry Dany nie należało do łatwych ze względu na ubóstwo w jakim żyli, liczne przeprowadzki i separację rodziców. Ale było też pełne radości, dziecięcych zabaw i zażyłości między rodzeństwem. Wraz z upływem lat pojawiały się pierwsze bunty, kłótnie i bójki, pierwsze smutki i żale, zwłaszcza w stosunku do rodziców. Sparks przytacza kolejne lata nauki, osiągnięć sportowych, miłosnych oraz tych związanych z pracą, ale cały czas przypomina, jak ważne i wspaniałe były jego relacje z rodzeństwem, szczególnie bratem. Do czasu, gdy Nicholas zaczął pisać, imał się różnych zajęć, a także ożenił się. Radosne momenty jego życia szybko jednak były tłumione przez nieszczęścia, jakie dotykały jego rodzinę.

Należę do osób, które bardzo łatwo i z byle powodu się wzruszają, a książka "Trzy tygodnie z moim bratem" dała mi mnóstwo powodów, by przepłakać jej połowę fabuły. Dosłownie. Byłam w ogromnym szoku, gdy stopniowo odkrywałam fragmenty losów Sparksa. Podziwiałam niezwykłą siłę i miłość jego rodziny, zastanawiając się przy okazji nad swoim życiem i moimi relacjami z rodzicami i bratem. Kocham ich z całego serca i nie wyobrażam sobie życia bez nich; mam też szczerą nadzieję, że moje relacje z bratem będą zawsze dobre, a nawet jeszcze lepsze niż teraz, tak dobre jak stosunki Nicholasa i Micaha.

Niełatwe jest życie pisarza. Mogłoby się wydawać, że pisanie książek to najłatwiejsza i najprzyjemniejsza rzecz pod słońcem, ale gdy ma się do czynienia z piątką dzieci, rozgardiaszem w domu, mnóstwem problemów i tragedii rodzinnych, a także licznymi wyjazdami w celu promocji książek i goniącymi terminami, nie jest już tak kolorowo. Do czasu wyjazdu na wycieczkę z Micahem Nicholas starał się pełnić funkcje pełnoetatowego ojca i męża, a także popadł w pracoholizm, ostatecznie śpiąc trzy godziny na dobę. Wycieczka dookoła świata miała do odprężyć i pomóc zepchnąć pracę na trochę dalszy plan. Z racji tego, iż "Trzy tygodnie z moim bratem" kończą się powrotem braci Sparks do domów, jestem bardzo ciekawa ich dalszych losów. Mam wielką nadzieję, że w ciągu następnych lat życie przysporzyło im już mniej cierpienia, a za to więcej szczęścia i radości. Oby Nicholas Sparks nie musiał już więcej czerpać inspiracji do książek z tragedii własnej rodziny...
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...