Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zysk i S-ka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zysk i S-ka. Pokaż wszystkie posty

środa, 10 września 2014

"Pewnego dnia, w grudniu" - Martyna Ochnik

Wydawnictwo: Zysk i S-ka, 2013.
Liczba stron: 316.
Oprawa: miękka ze skrzydełkami.
Rozpoczęcie lektury: 20.08.2014.
Zakończenie lektury: 29.08.2014.
Moja ocena: 4/10.

Martyna Ochnik jest z wykształcenia biologiem. Miłośniczka zwierząt, lubi malować, a także pisać. Zadebiutowała w 2008 roku powieścią "Pan Wichrów i Powiewów". Za opowiadanie "Malinowy sok" otrzymała główne wyróżnienie w konkursie twórców musicalu "Nie ma Solidarności bez miłości". W 2011 roku wydała kolejną książkę, "Oszołomy", a dwa lata później - "Pewnego dnia, w grudniu", utwór, o którym będzie mowa w niniejszej opinii.

Sięgnęłam po niego, bo zaintrygował mnie opis. Prawdę pisząc, połasiłam się na zawarte w nim jedno słowo, mianowicie "śledztwo". Z racji tego, iż wprowadziło mnie ono w błąd, gdyż książce daleko do kryminału, a ponadto mnie ona zawiodła, stwierdziłam, iż w przyszłości lektury dla siebie będę dobierać staranniej i rzadziej pod wpływem emocji. "Pewnego dnia, w grudniu" to powieść obyczajowa o przemijaniu, przypadkach i nie-przypadkach, jakie niejednokrotnie goszczą w życiu każdego człowieka, o niepewności i niewiedzy wynikającej z niemożności przewidzenia tego, co przyniesie nam dzień jutrzejszy. To powieść raczej smutna, może i skłaniająca do refleksji, ale też - w moim odczuciu - nieco depresyjna.

I zagadkowa, bowiem jej fabuła krąży głównie wokół postaci Apolonii, dziewczyny doświadczonej przez los, dziwnej i niepokojącej. Jej losy - od narodzin, po których matka popełnia samobójstwo, przez dorastanie i obcowanie ze śmiercią dotykającą kolejnych członków jej rodziny oraz zwariowaną przyjaciółką, aż po doświadczenie pewnego rodzaju wolności - opisuje niewydana jeszcze książka Barbary, której rękopis, jakby na równi z czytelnikiem, czyta redaktor Górzyński, przyjaciel kobiety. Historią dziewczyny Barbara zainteresowała się po przypadkowym - a jakże! - spotkaniu z jej ciotką. Z opowieści tej drugiej wynikło, że z Polą stało się coś niedobrego, a że Barbara byłą niegdyś dziennikarką śledczą, postanowiła przeprowadzić małe dochodzenie i dowiedzieć się prawdy o Apolonii.

Całość owiana jest wielką tajemnicą. Czytelnik przygląda się życiu dziewczynki, a później nastolatki ze zmarszczonym czołem, snując rozważania na temat tego, co też mogło się jej przytrafić w dorosłym życiu, że zaintrygowało to pewną kobietę, która zdecydowała się nawet napisać o tym książkę. Akcja toczy się dwutorowo, dość leniwie - Ochnik posiada dar opowiadania, w dodatku robi to ładnym językiem, ale bardzo często niepotrzebnie skupia się na obszernych, pełnych barwnych epitetów opisach miejsc, mieszkań czy budynków - i jednocześnie szybko, bo poszczególne lata z życia Poli mijają w mgnieniu oka, akcentowane najistotniejszymi epizodami, wydarzeniami, takimi jak śmierć babci bohaterki, zamiłowanie do pisania, drugi ślub ojca, przyjaźń z Dorotą, pierwszy seks czy pierwsza praca. Postać Apolonii, choć niezwykle oryginalna, osobliwa, króluje nad innymi bohaterami (w tym Barbarą, której rozliczenie z przeszłością sugerowane przez opis z okładki wydało mi się wymuszone i mało wyraziste), których sylwetki zostały przez autorkę nakreślone mgliście. Wątek obyczajowy z Polą w roli głównej zrobił więc na mnie pozytywne wrażenie. Wszelkie zmiany, z jakimi boryka się dziewczyna, towarzyszące jej na co dzień niepewność, tęsknota za wolnością i swobodą oraz rutyna, której zbyt duża ilość może doprowadzić do zaburzeń ludzkiego życia, nieładu, z którego nic dobrego nie wyniknie, sprawiły, że od czasu do czasu popadałam w coś w rodzaju zadumy. Ale jednak nie wszystko co dobre, dobrze się kończy. Po mniej więcej połowie powieści robi się mało przyjemnie, chaotycznie i nudno. Z powodu wprowadzenia przez Ochnik nowych, niespodziewanych wątków odniosłam wrażenie, że w zawoalowany sposób pisarka przeniosła mnie do wnętrza jakiegoś poradnika dotyczącego medytacji i kontroli umysłu. Z różnych zakamarków treści zaczęły się wyłaniać zjawiska paranormalne, losy Apolonii zawędrowały w naprawdę nieciekawym kierunku, w wyniku czego prawie natychmiast opadł ze mnie dotychczasowy entuzjazm, a jego miejsce zajęły znużenie i niemożność doczekania się zakończenia utworu, w którym pokładałam nadzieje na uratowanie całej tej historii i uczynienie jej sensownej, zaskakującej i kompletnej.

Niestety czekał mnie kolejny zawód - finał książki, który niczego nie wyjaśnił, wręcz przeciwnie - pozostawił mnie z jeszcze większą liczbą pytań, na które nie uzyskałam odpowiedzi, i niesmakiem. Zakończenie powieści "Pewnego dnia, w grudniu" jest po prostu otwarte. Absolutnie się takiego nie spodziewałam, więc wyobraź sobie moje rozczarowanie, zwłaszcza że nie znoszę tego typu zabiegów w literaturze. Było to moje pierwsze spotkanie z twórczością Martyny Ochnik i myślę, że ostatnie.

sobota, 18 stycznia 2014

"Trzynasty dzień tygodnia" - Ryszard Ćwirlej

Wydawnictwo: Zysk i S-ka, 2013.
Liczba stron: 432.
Oprawa: miękka ze skrzydełkami.
Rozpoczęcie lektury: 04.01.2014.
Zakończenie lektury: 10.01.2014.
Moja ocena: 7/10.

Ryszard Ćwirlej to urodzony w 1964 roku pisarz i dziennikarz telewizyjny. Absolwent socjologii na Uniwersytecie Śląskim w Katowicach, w latach dziewięćdziesiątych pracował w tamtejszym oddziale TVP, natomiast w okresie 1997-2010 - w TVP Poznań. Był reporterem, wydawcą, producentem, a później szefem redakcji "Teleskopu". Od 2011 roku pełni funkcję Zastępcy Redaktora Naczelnego w poznańskim Radiu Merkury. Z jego dzieł pisanych najbardziej znany jest cykl książek o milicjantach z Poznania, których akcja toczy się w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku.

W "Trzynastym dniu tygodnia" wszystko się zaczyna. To pierwszy chronologicznie utwór traktujący o wyżej wspomnianych milicjantach. Świeżo upieczony podporucznik Mirosław Brodziak i chorąży Teofil Olkiewicz ze Służby Bezpieczeństwa mają okazję pracować ze sobą po raz pierwszy i owa współpraca owocuje nie tylko całkiem udaną pod względem towarzyskim znajomością, ale też zabawnymi perypetiami osadzonymi w przestępczym światku.

W mroźną noc z 12 na 13 grudnia 1981 roku rozpoczyna się w Polsce stan wojenny. Na poznańskich ulicach roi się od czołgów i SKOT-ów, a mieszkańcy miasta zostają pozbawieni radia i telefonów. Polityczne łapanki i liczne aresztowania solidarnościowych działaczy przypominają jeden wielki bałagan, a jakby jeszcze tego było mało, milicjanci przez przypadek znajdują zwłoki mężczyzny, który najprawdopodobniej popełnił samobójstwo we własnym mieszkaniu. Jego lokum jednak zostało przez kogoś dokładnie przeszukane i, jak się okazuje, pozbawione dużej sumy niemieckich marek. Nieco później funkcjonariusze natykają się na kolejny, bardzo podobny przypadek przestępstwa i wszystko wskazuje na to, że ma z nim związek nie tylko działacz "Solidarności", lecz także... milicjant lub ktoś podający się za niego. Śledczy z Komendy Wojewódzkiej MO z porucznikiem Marcinkowskim na czele rozpoczynają dochodzenie w owej tajemniczej sprawie, ciesząc się, że mają okazję oderwać się od chaosu związanego ze stanem wojennym. Ale po piętach depcze im SB, która o wiele bardziej niż mordercą interesuje się skradzionymi pieniędzmi...

Już prawie na samym początku MO zawiera z SB współpracę, ale, jak można się domyślić, to jeden wielki pic na wodę, bowiem oba organy bezpieczeństwa mają inne priorytety i nie zamierzają dzielić się między sobą zdobytymi podczas śledztwa informacjami. Przypomina to więc bardziej rywalizację, w dodatku niezbyt poważną, gdyż zarówno milicjanci, jak i esbecy nie zawsze grzeszą inteligencją, przez co ich akcje są zazwyczaj nieudolne i zabawne, oraz nie stronią od alkoholu. "W tej robocie jak się człowiek nie napije, to nijak się nie da wysiedzieć. Praca jest jak brzydka baba, bez wódki nie da se człowiek rady"*. Tak, alkohol leje się strumieniami z niemalże każdej strony powieści. Momentami wychodziło mi już bokiem czytanie o tych pijackich zapędach, ale jakoś udało mi się przez nie przebrnąć. Niejednokrotnie przecież pokrzepieni wódeczką czy bimberkiem milicjanci (szczególnie Teoś bijący rekordy w piciu) wywoływali uśmiech na mej twarzy, gdy wplątywali się w niecodzienne sytuacje lub prowadzili humorystyczne rozmowy. "No, ale jeśli się rozchodzi o gorzołę, to najlepszy jest kielonek z rana. Co, chlapniemy po maluchu? - Teofil mrugnął porozumiewawczo do kaprala.
- A co tam, panie chorąży, jak dzień zaczynać, to z fasonem, nie? (...) Po małym można, ale więcej nie da rady, bo jeżdżę dzisiaj.
- Łe tam - rzekł i zaśmiał się stary funkcjonariusz. - No i co z tego, że pan jeździsz? A kto was zatrzyma, kapralu? Milicja? Przecież my jesteśmy milicja, nie?"**.

Humoru w "Trzynastym dniu tygodnia" rzeczywiście nie brakuje. Oprócz tych wcześniej przytoczonych doskonałym tego przykładem jest akcja końcowa, w której biorą udział zarówno milicjanci, esbecy, jak i osoby, których tożsamości nie ujawnię, bo zepsułabym całą niespodziankę potencjalnym czytelnikom kryminału Ćwirleja. Gdyby jego książki powstały i zostały zekranizowane w kryminalno-komediowym stylu w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku - tak, koniecznie wtedy - na pewno zrobiłyby furorę i doczekały się miana kultowych.

Niewątpliwie dużym plusem jest też fakt, iż pisarz potrafi z lekkością wprowadzić odbiorcę w PRL-owską atmosferę, zabarwioną wprawdzie trudnościami wynikającymi z kiepskiej sytuacji gospodarczej ówczesnej Polski i różnego rodzaju niesnaskami na tle politycznym, ale i niepozbawioną dobrych relacji międzyludzkich, jeśli wziąć pod uwagę najzwyklejszych mieszkańców - w tym przypadku Poznania i okolicznych miejscowości. Język, jakim posługuje się autor, jest swobodny, swojski i nie brak w nim elementów dobrze mi znanej gwary poznańskiej.

Na ogół więc fajnie czytało mi się "Trzynasty dzień tygodnia". Wyjątkami były przydługie opisy historii i zwyczajów mniej ważnych bohaterów i powolny rozwój akcji w pierwszej połowie książki, w wyniku czego nuda nie była mi tak całkowicie obca. Ponadto - na minus - zaliczyłabym ogrom nazwisk. W kryminale pojawia się mnóstwo postaci, zarówno tych pierwszo-, jak i drugoplanowych. Największy problem miałam z dopasowywaniem części z nich do ich tytułów i pełnionych funkcji. Niejednokrotnie osobę kapitana myliłam z osobą komendanta czy porucznika z podporucznikiem, nie byłam też pewna, kto reprezentuje MO, a kto SB. Prawdziwy miszmasz, na szczęście nie przeszkadza on zbyt mocno w ogólnym zrozumieniu fabuły.

Utwory Ryszarda Ćwirleja polecam miłośnikom kryminałów, tym, którzy lubią powspominać dawne czasy, jak i tym, którzy pragną je poznać, a przy tym poprawić sobie humor. Sama mam w planach lekturę wszystkich książek z Brodziakiem i Olkiewiczem w rolach głównych i już nie mogę się doczekać, kiedy w moje ręce wpadnie kolejna z nich.

*s.41
**s.209

Za egzemplarz recenzencki uprzejmie dziękuję wydawnictwu Zysk i S-ka.
Recenzja napisana dla portalu IRKA.

środa, 15 stycznia 2014

"Książęta highwayu" - Marcin Baraniecki

Wydawnictwo: Zysk i S-ka, 2013.
Liczba stron: 464.
Oprawa: miękka ze skrzydełkami.
Rozpoczęcie lektury: 02.01.2014.
Zakończenie lektury: 04.01.2014.
Moja ocena: 7/10.

"Historia, którą tu opowiem, jest dziwna i nietypowa. Jest to truckerska historia o ludziach i ich sprawach, o ładunkach i truckach, o zimnie, śniegu i ciężkiej pracy. Jest to opowieść o kanadyjskich truckerach i ich codziennym trudzie. Dziś, gdy piszę te słowa, widzę ich wyraźnie - tak jakby tych minionych lat wcale nie było. Antek, Brian, Władziu, Sylwek i inni. Stoją koło swoich trucków. Kowbojskie buty, błyszczący chrom zderzaków. Wolni i uśmiechnięci. Można powiedzieć: prawdziwa arystokracja zawodu!"*. Tak właśnie opisuje książkę Marcin Baraniecki, będący zarówno jej autorem, narratorem, jak i jednym z głównych bohaterów. A w rzeczywistości - truckerem, dziennikarzem, pisarzem i redaktorem naczelnym polsko-kanadyjskiego magazynu "Truck'N'Roll".

"Książęta highwayu" to zgrabny zlepek historii, opowieści i wydarzeń opartych na faktach, mających miejsce w latach 80. i 90. XX wieku, a także dużo wcześniej. Intuicja podpowiedziała mi, aby sięgnąć po tę pozycję, zadziwiając mnie przy tym maksymalnie. Przecież praca fizyczna jako kanadyjski kierowca potężnej ciężarówki (i nie tylko) to tematyka typowo męska. I o niej właśnie przeważnie jest mowa w utworze Baranieckiego. Ale gdzieś tam pomiędzy wypływają na wierzch także inne zagadnienia, ciekawostki, historie uświadamiające odbiorcy, iż książka ta opowiada tak naprawdę o życiu - miłości, tęsknocie, marzeniach, planach, rodzinnych problemach, długach - a fakt ten sprawia, że może po nią sięgnąć każdy, niezależnie od płci i wieku. Czas poświęcony jej lekturze nie będzie stracony, wręcz przeciwnie - ekscytujący, w końcu autor zabiera nas do surowej, zimnej, a zarazem pięknej Kanady, a takie podróże nie zdarzają się nam zbyt często, prawda? Nawet w świetle literatury.

Zyskowe wydanie "Książąt highwayu" robi wrażenie - ciesząca oko kolorowa okładka, a wewnątrz ładnie zaznaczone (czarno-białymi fotografiami) kolejne rozdziały, wyszczególnione inną czcionką fragmenty tekstu poświęcone starszym wydarzeniom z życia Baranieckiego i jego znajomych oraz przypisy objaśniające niektóre anglojęzyczne zwroty i terminy ściśle powiązane z truckingiem, co ułatwia czytelnikowi szybkie zorientowanie się w temacie bez zaglądania do słownika. Język autora jest prosty i przystępny. Nawet bardzo - pisarz bowiem potrafi opowiadać i zyskiwać przy tym zainteresowanie i aprobatę odbiorcy.

Przez większą część książki Baraniecki snuje obfitującą w niecodzienne sytuacje historię Antka Sobótki, mężczyzny pochodzącego z Warszawy, którego on sam poznał w 1963 roku. W latach 80., które stanowią przeważające tło akcji utworu, Marcin i Antek są już w Kanadzie, pracując jako kierowcy wielkich ciężarówek, swego czasu nawet w tej samej firmie transportowej. Ale Antka zaczyna nosić. Aby zarobić więcej pieniędzy, decyduje się na zmianę pracy - na podobną, ale dużo cięższą. Niewyobrażalnie ciężką - nie tylko w kwestii wkładanego w nią wysiłku fizycznego, ale i psychicznego - trudne warunki mieszkaniowe czy niekończąca się rozłąka z rodziną na każdym kroku sprawiają ból. A jeśli dodać do tego wypadki losowe i niebezpieczeństwa, jakie czyhają na nawet najbardziej ostrożnego i profesjonalnego truckera, wyjdzie nam, że kanadyjski epizod z życia Antka to mieszanka dramatu, komedii i thrillera. Najprawdziwsza.

Praca kierowcy ciężarówki na pierwszy rzut oka może wydawać się łatwa i nawet całkiem przyjemna. I czasami rzeczywiście w taki sposób można ją określić - kiedy ma się do czynienia z prostą i krótką trasą, piękną słoneczną pogodą czy codziennymi powrotami do rodzinnego domu. Ale najczęściej jest zupełnie odwrotnie i każda podróż truckiem może zmienić się w istny horror. A jakie są ku temu powody? "(...) trucking (...) może dać dużo radości, ale może też wykończyć. Sami wiecie, że to są długie, samotne godziny. Głowę i to, co się w niej kołacze, trzeba trzymać na krótkiej smyczy. Najlepiej za dużo nie myśleć i nie fantazjować. Przede wszystkim nie myśleć o kobietach, bo jak raz zaczniesz o seksie, to nie przestaniesz się skórować, aż wlecisz z truckiem do rowu!"**. Ponadto warunki pogodowe i te panujące na drogach - chwila nieuwagi, nawet najmniejsze oznaki paniki i nieumiejętność zapanowania nad wozem mogą przynieść katastrofalne skutki. "Ranek był świeży i mroźny. Śniegu ani na lekarstwo, ale drżałem na myśl, że możemy wpaść na jakieś oblodzenie czy nawet niewielki spłachetek lodu. Nie wiem, czy to sobie wykrakałem, czy tak już musiało być, ale gdzieś koło dziesiątej zaległa nagle przerażająca cisza. Dobrze wiedziałem, co to znaczy. Jedziesz, jedziesz, highway ci śpiewa i ten śpiew to jest najpiękniejsza truckerska melodia. Gdy ten highwayowy śpiew milknie, wiesz, że jedziesz po lodzie! Cisza to lód!"***. Baraniecki w "Książętach highwayu" przytacza mnóstwo szalenie interesujących ciekawostek związanych z charakterem pracy w truckingu - czasami zabawnych i niewiarygodnych, jednak zdecydowana ich większość należy do tych przerażających i mrożących krew w żyłach. Coś niesamowitego, zapewniam!

Przez książkę przewija się wiele postaci i o niemal każdej z nich pisarz ma coś godnego uwagi do powiedzenia. Nic dziwnego - kiedy praca tego wymagała, pracownicy danej firmy musieli egzystować w naprawdę niełatwych warunkach, a przy tym więc mogli liczyć tylko i wyłącznie na siebie, także podczas zapewniania sobie rozrywki, którą w tych najtrudniejszych momentach mogły być tylko wspólne opowieści zaczerpnięte z życia (doskonale jest to widoczne w rozdziałach poświęconych upiornej zimie 1985 roku, które stały się moim absolutnym numerem jeden powieści). Baranieckiemu należą się podziw i szacunek - zarówno dla jego pamięci, jak i uporu w zdobywaniu i spisywaniu wszelkich historii, jakie pojawiły się w "Książętach highwayu".

Jest co  w tym utworze podziwiać. Jest czym się zachwycać i jest nad czym rozpaczać, gdyż jego bohaterowie niejednokrotnie ocierają się o śmierć, doświadczają uczucia bezsilności i rezygnacji dosłownie ze wszystkiego. Po licznych wykrzyknieniach widać, że także Marcin Baraniecki nie może powstrzymać się od wyrażania swych emocji, że nadal bardzo przeżywa to, co działo się z nim i jego kolegami w latach 80. i 90., że były to dla niego czasy niezwykłe - pogodne, szalone i depresyjne na przemian. Były wielką przygodą. Tak jak dla mnie przygodą (wprawdzie nie tak wielką, ale zawsze) była lektura "Książąt highwayu", dzięki której zgłębiłam nieco tajników pracy kanadyjskich truckerów (łącznie z budową robiących piorunujące wrażenie ciężarówek - na mnie robią one takie właśnie wrażenie od czasów mojego dzieciństwa, kiedy to wymyśliłam sobie życzenie, aby chociaż raz w życiu zasiąść w kabinie takiego trucka), jak również poznałam interesujące wątki typowo obyczajowe, tak bliskie każdemu z nas.

*s.26
**s.19
***s.22

Za egzemplarz recenzencki uprzejmie dziękuję wydawnictwu Zysk i S-ka.
Recenzja napisana dla portalu IRKA.

sobota, 16 listopada 2013

"Dom kryty gontem" - Nina Stanisławska

Wydawnictwo: Zysk i S-ka, 2013.
Liczba stron: 300.
Oprawa: miękka.
Rozpoczęcie lektury: 25.10.2013.
Zakończenie lektury: 29.10.2013.
Moja ocena: 6/10.

Śmierć profesora Janusza Brzozowskiego przywołuje do umysłów powiązanych w nim niegdyś osób wspomnienia z przeszłości, niestety niekoniecznie tylko te pozytywne. Robert, właściciel firmy budowlanej, na nowo przeżywa swoją pierwszą, niespełnioną miłość do młodszej, nieżyjącej już córki profesora, Ewy. Starsza córka, Olga, nie potrafi zapomnieć o dzieciństwie i młodości przeżytych pod despotycznymi skrzydłami pijącego, bezwzględnego i niewdzięcznego ojca, poprzez którego musiała wcześnie opuścić dom rodzinny i zająć się tym, co uwielbia do tej pory, czyli sztuką. Niespodziewany spadek po Brzozowskim zasiewa w głowie Olgi ziarna przerażenia, bólu i smutku, ale też nadziei na coś lepszego - w życiu kobiety pojawia się bowiem tajemnicza Lena. Kim ona jest? Co łączy lub połączy akurat tę trójkę ludzi? Odpowiedzi na te oraz wiele innych pytań kryją się w debiutanckiej powieści Niny Stanisławskiej, w tym tytułowym domu krytym gontem, czyli opuszczonym dworku w Ignatówkach.

Książka ta zawiera w sobie wiele przyciągających uwagę elementów, które czynią ją intrygującą (sekrety odbiegającej od ideału rodziny Brzozowskich), wzruszającą (Olga i jej niemożność ucieczki od przytłaczającej przeszłości) i przyjemną (wątek miłosny i ogólny pomysł na fabułę) lekturą. Miłośników opowieści i sag rodzinnych na pewno ona zainteresuje. Czytelnik od początku ma do czynienia z różnego rodzaju tajemnicami i zagadkami do rozwiązania oraz stopniowo poznaje losy poszczególnych bohaterów, także tych już nieżyjących.

Najciekawszą postacią wydaje się Ewa. Jej niedługie życie było pasmem nieoczekiwanych zdarzeń, których następstwa przetrwały wiele kolejnych lat i teraz zmagają się z nimi Olga oraz Robert. Im bardziej zbliżałam się do końca książki, tym usilniej utwierdzałam się w przekonaniu, iż równie interesującą bohaterką jest siostra Ewy. Pięćdziesięciodwuletnia (jej wygląd i energiczne zachowanie w ogóle nie pasowały mi do jej wieku - miałam wrażenie, że czytam o trzydziestolatce) Olga na co dzień maluje obrazy i prowadzi galerię sztuki. Gdy umiera jej znienawidzony ojciec, biedna nie może się pozbierać, ale nie z powodu jego śmierci, tylko lawiny wspomnień, jaką ona wywołuje. Kobieta walczy sama ze sobą, bo z jednej strony żywi wielką urazę do nieżyjącego członka jej rodziny, przez którego cała familia się rozpadła, a z drugiej - próbuje wykrzesać z siebie choć odrobinę współczucia i szansy na wybaczenie profesorowi. To właśnie porządkowanie na nowo życia przez Olgę było głównym czynnikiem wywołującym niejednokrotne pojawianie się łez w moich oczach. Ale taki porządny upust długo wstrzymywanym w sobie emocjom dałam, gdy dotarłam do sceny związanej z obrazem pewnego starca - to był piękny, oczyszczający moment. Rewelacja po prostu.

To może już dość o Oldze, warto przecież wspomnieć o innych elementach "Domu krytego gontem". Po pierwsze, Lena. Niby tajemnicza osoba, ale bardzo szybko można się domyślić, kim jest i dlaczego pojawia się w tej powieści. Stanisławska w ciekawy i przystępny sposób połączyła losy Leny, Olgi, a także Roberta, choć od czasu do czasu udawało mi się przewidzieć ich następne kroki i poczynania. Nie spodziewałam się natomiast pokierowania wątku miłosnego, o którym wspomniałam wcześniej, w negatywną stronę - wszelkie wybuchy złości postaci były moim zdaniem bezpodstawne i po prostu niepotrzebne. Taką, a nawet o wiele bardziej dramatyczną otoczką pisarka mogła otulić historię rodziny Brzozowskich.

Bo, prawdę pisząc, liczyłam na nieco więcej szokujących zdarzeń i odkrywanych prawd. Chciałam szerzej poznać przeszłość profesora Brzozowskiego, jego żony, córek, sąsiadów, a także głębiej zanurzyć się w ich osobowościach i psychikach. Autorka zamknęła swą opowieść w zaledwie trzystu stronach, ale biorąc pod uwagę jej potencjał, sądzę, że byłaby w stanie równie dobrze napisać obszerniejszą i bardziej wnikliwą książkę. Więcej ojca-tyrana, więcej Olgi, więcej Roberta sprzed kilku, kilkunastu lat, a mniej nadpobudliwego psa Leny, który pojawia się niemal na co piątej stronie utworu i który irytował mnie niemiłosiernie - to by było to!

Pomijając fakt, iż "Dom kryty gontem" jest zbyt krótką lekturą, jest naprawdę przyzwoitym i niezwykle udanym debiutem literackim. Od dłuższego czasu marzy mi się napisanie książki o tematyce rodzinnej i gdyby udało mi się kiedyś stworzyć takową na poziomie utworu Niny Stanisławskiej, byłabym bardzo zadowolona. To historia o miłości - rodzicielskiej, siostrzanej, spełnionej, niespełnionej i nieokiełznanej - poszukiwaniu szczęścia i nadziei na lepsze jutro pośród złych wspomnień, które nie chcą się zamazać, i, co bardzo istotne, o wybaczaniu, które w najlepszym wypadku może uspokoić sumienie, pozwolić na odzyskanie równowagi psychicznej i spojrzenie na otaczającą rzeczywistość pod innym kątem. Emocji w powieści nie brakuje - czytelnik musi zmagać się z bólem i tęsknotą głównych bohaterów, z własnym oburzeniem, niedowierzaniem i wzruszeniem, a na dodatek ma okazję cieszyć się szczęściem Olgi, Leny i Roberta, gdy tylko mają oni okazję go doświadczać. To warta uwagi lektura, od której (pomimo wymienionych przeze mnie paru niedociągnięć) nie można się oderwać. Polecam.

Za egzemplarz recenzencki uprzejmie dziękuję wydawnictwu Zysk i S-ka.
Recenzja napisana dla portalu IRKA.

sobota, 21 września 2013

"Śmiertelnie poważna sprawa" - Ryszard Ćwirlej

Wydawnictwo: Zysk i S-ka, 2013.
Liczba stron: 472.
Oprawa: miękka ze skrzydełkami.
Rozpoczęcie lektury: 23.04.2013.
Zakończenie lektury: 24.04.2013.
Moja ocena: 8/10.

Ryszard Ćwirlej to urodzony w 1964 roku pisarz i dziennikarz telewizyjny. Absolwent socjologii na Uniwersytecie Śląskim w Katowicach, w latach dziewięćdziesiątych pracował w tamtejszym oddziale TVP, natomiast w okresie 1997-2010 - w TVP Poznań. Był reporterem, wydawcą, producentem, a później szefem redakcji "Teleskopu". Od 2011 roku pełni funkcję Zastępcy Redaktora Naczelnego w poznańskim Radiu Merkury. Z jego dzieł pisanych najbardziej znany jest cykl książek o milicjantach z Poznania, których akcja toczy się w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku.

Kryminał osadzony w czasach dla mnie nieco odległych - kilka lat przed moimi narodzinami - był dla mnie czymś zupełnie nowym, na swój sposób "świeżym" wśród współczesnych powieści sensacyjnych, jakie zazwyczaj czytuję. Ale nie miałam żadnych oporów przez sięgnięciem po "Śmiertelnie poważną sprawę", gdyż na pierwszy plan wysunęła się tutaj moja wielka ciekawość. Pomyślałam sobie, że czemu nie, chętnie poznam trochę szerzej uroki PRL-owskiej rzeczywistości, którą dotąd kojarzyłam głównie z opowieści rodziców, co ważniejsze - rzeczywistości ulokowanej w okolicach mojego obecnego miejsca zamieszkania. Akcję tej książki bowiem Ćwirlej osadził w Poznaniu i Grodzisku Wielkopolskim, a mniej więcej w połowie drogi pomiędzy tymi miastami leży Stęszew, w którym mieszka moja skromna osoba.

Grodzisk Wielkopolski, wiosna 1983 roku. Dość sponiewierane ciało martwej nastoletniej Andżeliki zostaje znalezione przy jednej z miejscowych dróg. Śledztwo w sprawie tego morderstwa spada na niedoświadczonego podporucznika Andrzeja Wieczerzaka. Kiedy władze dochodzą do wniosku, że dziewczyna nie tylko została potrącona przez malucha w kolorze yellow bahama, gdy jechała na rowerze, ale też była torturowana, a pierwszy podejrzany o dokonanie powyższych zbrodni osobnik zaczyna być z każdym kolejnym dniem coraz mniej podejrzany, do sprawy przyłącza się Komenda Wojewódzka Milicji Obywatelskiej z Poznania z chorążym Teofilem Olkiewiczem i podporucznikiem Mirosławem Brodziakiem na czele. Wykonywane przez nich obowiązki są jednak dalekie od ideału i nieźle mieszają w życiu mieszkańców spokojnego dotąd Grodziska Wielkopolskiego, zwłaszcza tych wysoko postawionych...

Pragnę od razu zaznaczyć, że czytelnik liczący na obecny na każdej stronie powieści rozlew krwi i ogrom brutalności może zawieść się na "Śmiertelnie poważnej sprawie". Kryminał ten znacznie odbiega od tych współczesnych, nasączonych psychologicznymi pobudkami morderców i wyszukanymi metodami zabijania, skupia się bowiem na nieudolności pracy milicjantów, różnego rodzaju machlojkach nie tylko wśród przestępców wszelkiej maści, ale i ważnych person, nieugiętej władzy Służby Bezpieczeństwa, a także, co chyba najbardziej cieszy oko, na urokach PRL-owskiego życia. Język, jakim została napisana książka, jest swobodny i naszpikowany sprawiającą uciechę poznańską gwarą, w której można znaleźć takie perełki słowne, jak szczony, szuszfole, szkieły i kufajki.

Czytając ten utwór, nie mogłam się nadziwić, że powstał on w czasach współczesnych, a nie trzydzieści lat temu - tak dobrze Ćwirlej odzwierciedlił ówczesne realia. Realia, w których po żywność "na kartki" stało się godzinami w kolejkach przed sklepami, realia, w których polonez był uważany za superfurę, a milicjanci nie wylewali za kołnierz, zwłaszcza będąc na służbie. Pisarz umieścił akcję "Śmiertelnie poważnej sprawy" w dokładnie określonym czasie - na przełomie maja i czerwca 1983 roku, przywołując dodające wiarygodności powieści wydarzenie, jakim była druga pielgrzymka do Polski Jana Pawła II w dniach 16-23 czerwca, w tym 20 czerwca wizyta papieża w Poznaniu. Każdy rozdział kryminału został poprzedzony datą, dniem tygodnia i podzielony na godziny, w których ma miejsce opisana akcja. Widać, że autor przywiązał dużą wagę do powiązania fikcji literackiej z wydarzeniami, jakie miały miejsce naprawdę, ale popełnił mały błąd przy opatrywaniu nazwami dni tygodnia kilku majowych dat, podczas gdy te czerwcowe zostały uporządkowane już właściwie - według roku 1983.

Podsumowując, uważam, że "Śmiertelnie poważna sprawa" jest pozycją wartą przeczytania. Mimo iż jest dość obszerna, a milicyjne śledztwo mozolnie rozciąga się w czasie, rekompensują to budzące zarówno śmiech, jak i politowanie kreacje bohaterów, oraz ich gapiowate, a zarazem niepozbawione pomysłowości i sprytu zachowania. Nie jest też istotnym fakt, iż dość szybko można domyślić się, kto dopuścił się potwornych czynów wobec Bogu ducha winnej Andżeliki - przynajmniej ja bez większych problemów wytypowałam właściwego człowieka - bo książkę czyta się rewelacyjnie, chce się jeszcze i jeszcze. Ryszard Ćwirlej wykonał naprawdę dobrą robotę, powołując do życia ów kryminał. Zaciekawiła mnie jego twórczość i mam nadzieję, że "Śmiertelnie poważna sprawa" nie była moim pierwszym i ostatnim spotkaniem z nią. Gorąco polecam.

Za egzemplarz recenzencki uprzejmie dziękuję wydawnictwu Zysk i S-ka.
Recenzja napisana dla portalu IRKA.

sobota, 27 kwietnia 2013

"Marzenia nie bolą" - Małgorzata A. Jędrzejewska

Wydawnictwo: Zysk i S-ka, 2013.
Liczba stron: 388.
Oprawa: miękka.
Rozpoczęcie lektury: 10.04.2013.
Zakończenie lektury: 15.04.2013.
Moja ocena: 5/10.

Kiedy przeczytałam opis z okładki książki "Marzenia nie bolą" autorstwa Małgorzaty A. Jędrzejewskiej, pomyślałam, że na pewno mi się ona spodoba. Że na pewno będzie to albo sympatyczna, komediowa powieść obyczajowa z wątkiem tajemnicy, może nawet balansującej na krawędzi kryminału, albo poruszający dramat obyczajowy. Okazało się, że bliżej jest jej temu pierwszemu określeniu, aczkolwiek wycięłabym z niego słowa "sympatyczna" i "komediowa", bo te mi jakoś tutaj nie bardzo pasują. Owszem, było zamiarem autorki uczynienie z utworu zabawnej i intrygującej lektury, ale moim zdaniem nie do końca jej się to udało. Zamiast historii o ludzkich marzeniach i walce z przeciwnościami losu otrzymałam jeden wielki chaos, plątaninę zdarzeń i ogrom bohaterów, przez co tak naprawdę nie wiedziałam, na czym albo na kim skupić się przede wszystkim. Odniosłam wrażenie, że ta książka nie posiada wątku głównego.

Ludmiła Karska, nauczycielka języka polskiego, w dniu swoich czterdziestych siódmych urodzin nakłania kilka najlepszych przyjaciółek do stworzenia "marzennników". Każda z nich sporządza krótką listę marzeń, które mogłyby się spełnić w przeciągu najbliższych sześciu miesięcy. Czego zatem życzy sobie Ludka, samotna matka dwóch synów, która z dnia na dzień odkrywa, że jej zmarł przed laty mąż nie był tak idealny, jak jej się wydawało? O czym marzy Patrycja wychowująca córeczkę z zespołem Downa i borykająca się z uciążliwą matką? A Eliza, która zapomniała już, jak to jest być docenianą żoną i matką? Beata z kolei, zapracowana pani doktor, nie ma czasu na znalezienie towarzysza swojego życia, ale nie ukrywa, że chciałaby w końcu kogoś takiego spotkać. Czy jej się to uda? Pozostaje jeszcze Benia zmagająca się z mężem alkoholikiem, którego kocha i kochać będzie nadal, mimo jego licznych wad. Czy Witek zdoła zmienić się dla niej na lepsze? Odpowiedzi na te pytania należy szukać w powieści obfitującej w zarówno wesołe, jak i smutne wydarzenia, które raz na zawsze zmienią życie powyższych bohaterek oraz pozostałych mieszkańców małego miasteczka, w którym toczy się akcja, Nowego Stawu.

Nie było mi łatwo brnąć przez książkę Jędrzejewskiej z kilku powodów. O pierwszym - nawale występujących w niej postaci i ich różnorodnych perypetii - wspomniałam już na początku tej opinii. Kolejnym jest styl pisarski autorki. Nie mogłam przywyknąć do jej prostego, banalnego, często przesłodzonego wręcz języka. Utwór składa się głównie z bardzo rozbudowanych dialogów, co może byłoby przyjemnym zabiegiem, gdyby w większości nie były one zbędne i dotyczyły głupot. Pisarka przytacza bowiem całkiem niepotrzebne rozmówki rodzinne i pełne sentymentów typu "ale pyszny obiad, stęskniłem się za domowymi obiadami" i rozpisuje się na takie tematy na połowę strony. Przemyślenia bohaterów - to fajne, a to nie, to kiedyś było takie i takie, wszystkie podobne drobiazgi również nie wnoszą nic do fabuły, a potrafią za to wytrącić czytelnika z równowagi albo, co gorsze, zanudzić. Opisów natomiast jest tutaj jak na lekarstwo - Jędrzejewska stosuje je przede wszystkim wtedy, gdy chce przybliżyć sylwetkę któregoś z bohaterów. Co jeszcze rzuciło mi się w oczy, to fakt, iż autorka ma chyba słabość do wielokropków. Nie przesadzę, jeśli napiszę, że na każdej stronie utworu ten znak interpunkcyjny pojawia się przynajmniej dwa, ale najczęściej dużo więcej razy. "Marzenia nie bolą" to książka, którą dawkowałam sobie przez dobre sześć dni. Kilkakrotnie miałam ochotę odłożyć ją na półkę na dłużej, może nawet już do niej nie wrócić, ale takiego postępowania raczej unikam, więc jakoś brnęłam przez wyżyny i niziny jej treści dalej i dalej.

Akcja w tej powieści to istne szaleństwo. Ciężko jest się skupić na którymkolwiek wątku, bo jest ich zdecydowanie zbyt wiele. Tajemnice rodzinne rodem z amatorskiego kryminału, problemy miłosne, wychowawcze, patologie typu pijaństwo i kradzieże przeplatają się ze sobą cały czas. Niby stale coś się dzieje, ale bywają takie momenty, w których ta odrobina napięcia czy zainteresowania wykrzesana z odbiorcy maleje do zera. Postaci jest mnóstwo, można się pogubić w ich imionach i perypetiach, nie da się ukryć, ale jakby tego było mało, zachowanie większości z nich pozostawia wiele do życzenia, kojarzy się z wariactwem, a co za tym idzie, może denerwować i irytować czytelnika. Cała ta historia ze zmarłym mężem Ludmiły wydała mi się jakby absurdalna, łącznie z jej zakończeniem, choć zapowiadała się naprawdę ciekawie. Chyba najbardziej przypadły mi do gustu Patrycja i Beata - o ich przygodach czytałam z wielką przyjemnością i uśmiechem na twarzy. Z kolei wątku Elizy mogłoby w ogóle nie być, bo nic konkretnego on do utworu nie wnosi.

"Marzenia nie bolą" to książka, która, no cóż, rozczarowała mnie. I pod względem językowym, i fabularnym, choć niektóre jej elementy zdołały ją uratować przed postawieniem jej przeze mnie niższej oceny. Ale szkoda. Bo potencjał autorki jakiś tam jest. Byłoby dużo lepiej, gdyby Małgorzata A. Jędrzejewska zrezygnowała z części opisywanych w powieści przygód bohaterów albo zachowała je wszystkie, ale wówczas utwór musiałby zostać dużo bardziej rozbudowany i to przy pomocy zachęcającego i surowszego języka. Bo obecny obraz utworu nie jest doskonały. Czytając go, zupełnie zapomniałam o "marzennikach", o których jest mowa na jego początku. Dopiero na samym końcu się ocknęłam, bo wtedy nagle pisarka o nich przypomina. Wydaje mi się, że poświęca im zbyt mało uwagi. Owszem, wszelkie wydarzenia, w jakich uczestniczy Ludmiła i jej przyjaciółki, zmieniają ich losy, sprawiają, że ich pragnienia faktycznie mogą zostać zaspokojone, ale to wszystko jest przyprószone zbyt małą ilością powagi i serducha, jakie należy włożyć w dążenie do osiągnięcia wyznaczonych celów.

Za egzemplarz recenzencki uprzejmie dziękuję wydawnictwu Zysk i S-ka.
Recenzja napisana dla portalu IRKA.

wtorek, 26 marca 2013

"Zawracanie głowy" - Monika B. Janowska

Wydawnictwo: Zysk i S-ka, 2013.
Liczba stron: 424.
Oprawa: miękka.
Rozpoczęcie lektury: 06.03.2013.
Zakończenie lektury: 11.03.2013.
Moja ocena: 6/10.

Gdzieś, kiedyś rzuciło mi się w oczy nazwisko Moniki B. Janowskiej, a było to chyba w związku z wydaniem jej debiutanckiej powieści, "Gry o pałac". Nie czytałam jej jednak. Ale teraz, po udanej przygodzie z "Zawracaniem głowy" tej pisarki, chciałabym nadrobić zaległości. Tak, lektura była udana. Jeśli oczywiście spojrzeć na nią pod kątem czysto rozrywkowym. To bowiem utwór przygodowy o zakręconych, nieco zabawnych perypetiach młodej kobiety, która, chcąc nie chcąc, wplątuje się nie tylko w przedziwne miłosne zbiegi okoliczności, ale też intrygi na tle rodzinnym.

Rzecz dzieje się we współczesnej Legnicy. Adrianna Grabczyńska to, wydawać by się mogło, całkiem zwyczajna dziewczyna. Mieszka w bloku wraz z rodzicami i dziadkami, a pracuje na poczcie jako asystentka już od dobrych kilku lat. Rudzielec z burzą niesfornych loków, miłośniczka wina i serów pleśniowych, pilna uczennica szkoły tańca towarzyskiego. Ma chłopaka, Andrzeja, ale z każdym kolejnym dniem zastanawia się nad sensem dalszego istnienia ich związku. Andrzej kompletnie ją ignoruje, tłumacząc się nawałem pracy w branży informatycznej. Nic więc dziwnego, że ciekawość bierze górę i kiedy pewnego dnia przy pocztowym okienku biznesmen Waldemar Brańczyk wręcz traci dla Ady głowę, ta nie pozostaje mu dłużna i stopniowo zaczyna odwzajemniać jego zainteresowanie. Sprawy jednak komplikują się dużo bardziej, gdy obok bohaterki zaczyna kręcić się ktoś jeszcze, a na głowy członków jej rodziny nagle spadają skrywane przez wiele lat babcine sekrety, a także niepokojące i trudne do zdefiniowania obecne zdarzenia...

Zauważyłam, że Janowska ma skłonność do nadużywania wykrzyknień. Nie żeby jakoś mi one przeszkadzały w lekturze, ale na pewno rzucała się w oczy ich trochę przesadzona ilość. "Zawracanie głowy" to książka, którą czytało mi się dobrze nie tylko ze względu na przystępny i niepozbawiony humoru język autorki, ale też dlatego, że była dla mnie swoistego rodzaju nawiązaniem do okresu mojego dzieciństwa, kiedy to zaczytywałam się w "Tamaryszku i tajemnicy babuni Elwiry" Krystyny Nepomuckiej. Tytułowa nastoletnia bohaterka tego utworu przeżywa miłosne rozterki, a ponadto odkrywa karty historii własnej babci, której początków należy szukać na Kresach. Również Adrianna Grabczyńska musi stanąć oko w oko z przeszłością swoich dziadków, którym nieobca była i jest II wojna światowa, bo z jakiegoś powodu wydarzenia sprzed lat dają o sobie znać i to w niekoniecznie łagodny sposób. Ale to jest właśnie fajne. Fajne, bo ciekawe i bardzo intrygujące. To ważny element powieści Janowskiej, który może się spodobać wielu czytelnikom - miłośnikom nie tylko historii, ale też sensacji, zagadek i tajemnic.

Natomiast miłośnikom, a zwłaszcza miłośniczkom, romansów przypadnie do gustu drugie, obszerniejsze oblicze "Zawracania głowy", czyli to związane z uczuciami damsko-męskimi, a także przyjaźnią czysto kobiecą. Bo Ada nie jest przecież sama ze swoimi problemami - może liczyć na równie zwariowane jak ona przyjaciółki, z których jedna zdążyła się już ustatkować, a druga zmienia facetów tak często, jak pracę - czyli robi to prawie że bezustannie.

Bohaterowie - niezwykle różnorodni, wielobarwni - są w miarę realistyczni, może nieco przerysowani pod pewnymi względami, ale chciałoby się z niektórymi z nich obcować na co dzień. Rewelacyjna babcia Ady i jej nalewka - no któż by nie chciał pogawędzić z nią choć przez chwilę, upijając się przy tym troszeczkę? A Waldek? Toż to mężczyzna jak marzenie! Nic dziwnego, że miesza w głowie biednej Adriannie. Tylko co z tym nieszczęsnym Andrzejem? Oj, kolorowo nie będzie. Jak można się domyślić, postaci wykreowane przez pisarkę nie reprezentują tylko i wyłącznie grupy, o której można mówić w samych superlatywach. Są też przecież wśród nich osoby zaskakujące negatywnie, jak właśnie Andrzej, a poza nim również Krzysztof, kolega Waldka. Z tym Krzysztofem to już w ogóle jest niezła jazda, możecie mi wierzyć, no ale ja tu teraz cicho sza - zachęcam natomiast do zapoznania się z treścią przygód panny Grabczyńskiej, bo warto.

Przygód niespotykanie, ale i szaleńczo, niebezpiecznie interesujących. Wszystko to, z czym ma do czynienia główna bohaterka, stanowi istną mieszankę wybuchową. Z dnia na dzień życie tej kobiety wywraca się do góry nogami, ale, jak na ironię, wreszcie coś zaczyna się w nim dziać! "Zawracanie głowy" to opowieść lekka, przyjemna, gdzieniegdzie wzbudzająca napięcie, traktująca - może nie całkiem poważnie, ale zawsze - o miłości, przyjaźni, zdradzie, samotności, poszukiwaniu szczęścia i odpowiedzialności za innych. Opowieść z domieszką realiów wojennych i tajemnicą. W niektórych aspektach raczej przewidywalna, ale na ogół sympatyczna, w sam raz na kilka nudnych i przygnębiających wieczorów. Po jej przeczytaniu wszystkie niepewne siebie rudzielce i panie pracujące na poczcie będą wręcz marzyły o przeżyciu choć fragmentu historii Ady. Jak już wspomniałam na samym początku tej opinii, za "Grą o pałac" Moniki B. Janowskiej na pewno będę się rozglądać, ponadto liczę na to, że autorka nie poprzestanie dwóch dotychczas wydanych książkach i będzie dalej, z powodzeniem rozwijać się w sferze literackiej.

Za egzemplarz recenzencki uprzejmie dziękuję wydawnictwu Zysk i S-ka.
Recenzja napisana dla portalu IRKA.

czwartek, 7 marca 2013

"Weronika zmienia zdanie" - Małgorzata Maj

Wydawnictwo: Zysk i S-ka, 2013.
Liczba stron: 528.
Oprawa: miękka ze skrzydełkami.
Rozpoczęcie lektury: 26.02.2013.
Zakończenie lektury: 03.03.2013.
Moja ocena: 7/10.

"Myśli kołatały się w jej biednej głowie. Na zmianę zrywała znajomość z Jerzym, rodziła mu bliźnięta, urządzała wspólny dom, podkładała śmierdzącą bombę pod zasraną corsą, raz na zawsze topiła się w prawdziwej rzece, dawała się znaleźć w mieszkaniu podtruta gazem, oddawała Jerzemu nerkę, dusiła go gołymi rękami, kochała się z nim na polu rzepaku, całowała w rękę profesora Wilczura, smażyła z Zofią konfitury dla niego, wdeptywała w ziemię wszystkie szarlotki świata i była szczęśliwa. Odpoczęła trochę i znowu na mokro zaczęła rozpaczać nad sobą, płakała, że Jerzy nie dzwoni i że wszyscy o niej zapomnieli"*.

To właśnie cała Weronika Sasińska. Wiecznie niezdecydowana i panikująca z byle powodu trzydziestoletnia mieszkanka Kołobrzegu. Dziennikarka lokalnej gazety, miłośniczka jedzenia, puchowych kapci, a w ostatnim czasie zakochana po uszy w... tak, zgadza się, niejakim Jerzym Królu, znakomitym ortopedzie, który, zdaje się, co nieco przed nią ukrywa. Coś, co nie daje kobiecie spokoju, doprowadzając ją do szewskiej pasji i bezgranicznej zazdrości. Ale co? A może kogo? Żonę, nieślubne dziecko? W najbardziej krytycznych momentach Weronika szuka wsparcia w gronie najbliższych, wśród których na pierwszy plan wysuwają się przyjaciółka Marta, matka Ewa oraz wuj Feliks i jego partner, Żorż. Jak potoczą się dalsze perypetie Weroniki i Jerzego? Czy ich znajomość, która stopniowo będzie przybierać formę uczuciowego związku, zdoła przetrwać mimo wszelkich sekretów rodzinnych i przeciwności losu, które przyciągną nad życie bohaterów czarne chmury?

"- Nalepa, B.B. King? - zagaił sprzedawca.
- Nie, dziękuję.
- Nie czuje pani bluesa - stwierdził chyba pogardliwie, ale na pewno z wyższością.
- Czuję - zapewniła Weronika i zawachlowała skrzydełkami nosa.
- To może Dżem? - podsuwał spokojnie jak niedorozwiniętej.
- Nie, nie, dziękuję.
- Czyli nie czuje pani bluesa - zawyrokował z triumfem, zdziwieniem i politowaniem.
- Wie pan, z bluesem jest jak ze smrodem, można go czuć, ale niekoniecznie lubić"**.

Nie będę porównywać wykreowanej przez Małgorzatę Maj postaci Weroniki do Bridget Jones, bo ta słynna angielska bohaterka w dalszym ciągu jest mi po prostu nieznana, ale jeśli utwory Helen Fielding są równie pozytywnie zwariowane, jak powieść "Weronika zmienia zdanie", bez wątpienia się z nimi zapoznam, gdy tylko nadarzy się taka okazja. Przygody Sasińskiej śledziłam z wielką przyjemnością. Autorka zdobyła moje serce niebywałą swobodą i przeogromną dawką dobrego humoru, jaką ulokowała w swej książce. Ostatni raz tak często śmiałam się podczas lektury komedii Kerstin Gier, "Z deszczu pod rynnę". Mimo iż utwór Maj liczy sobie ponad pięćset stron, jest to praktycznie nieodczuwalne. Romantyczna historia Weroniki i Jerzego wciąga niesamowicie i, co ważne, w ogóle nie nudzi.

"- Nie, tylko mnie troszkę kolano boli.
- W tym to akurat ja nie pomogę - zachichotała.
- A żebyś wiedziała. I wiesz co?
- No?
- On mnie badał i pocałował w kolana.
- Spryciarz, ciekawe co by było, gdyby był ginekologiem.
- Rozpustnica!
- Romantyczka, moja droga.
- A ja jestem Miś Puchatek"***.

Najjaśniejszym punktem powieści są jej bohaterowie. Każdy z nich przyciąga uwagę odbiorcy i odznacza się wyjątkową osobowością. Postaci są niezwykle barwne, wyraziste, sympatyczne i na ogół nieźle zakręcone. Czytelnik z wielką chęcią utożsamia się z niektórymi z nich lub chociaż marzy o tym, by z takimi ludźmi mieć do czynienia w rzeczywistości. No, może wścibskich mam Weroniki i Jerzego nie chciałabym spotkać na swojej drodze - do cierpliwych osób bowiem zdecydowanie nie należę. Ale o takim ideale mężczyzny, jakim jest Jerzy, można pomarzyć. Być może większość samotnych kobiet dałaby się nawet pokroić - albo chociaż wyrwać kilka włosów z własnych głów - za przeżycie miłosnej przygody przypominającej tę, jaka przydarzyła się tytułowej bohaterce, i odnalezienie bratniej duszy w osobie ukochanego mężczyzny.

"- Jezusie Maryjo! Ja pierdolę. To już koniec. Jestem głupią, zapijaczoną idiotką.
- Że niby bez łaski, draniu, głąbie? - spytała niewinnie Marta.
- Skąd wiesz? - wydusiła z siebie niepewnie Weronika.
- A stąd, sieroto obrzygana, że pod jego imieniem wpisałam swój numer, a ty byłaś tak zbombardowana, że nic nie zauważyłaś. A teraz mi dziękuj, bij pokłony, rób kawę i śniadanie.
- Zginęłabym bez ciebie jak gówno w trawie - rzekła z czułością Weronika i jak na skrzydłach pognała do kuchni"****.

Lekkie, sympatyczne powieści komediowo-obyczajowe, które reprezentuje pozycja Małgorzaty Maj, chyba nigdy mi się nie znudzą. Romansów w literaturze jest od groma, ale tak naprawdę każdy z nich jest inny, zawiera coś, co wyróżnia go na tle pozostałych. Takim atutem utworu "Weronika zmienia zdanie" są, jak już wcześniej wspomniałam, dość oryginalne kreacje postaci, a ponadto umiejętność pisarki polegająca na sięganiu po ciekawe pomysły, które stronią od nadawania fabule cukierkowatego klimatu. Doskonałym tego przykładem jest wątek przeszłości rodziców Weroniki, a także ostatnia jedna trzecia książki o nieco dramatycznym zabarwieniu. Na ogół jednak przeważa tutaj niebanalny humor i mogę śmiało stwierdzić, że sięgnięcie po tę opowieść gwarantuje dobrą rozrywkę. Bardzo polecam, warto.

*s.207
**s.77
***s.210-211
****s.146

Za egzemplarz recenzencki uprzejmie dziękuję wydawnictwu Zysk i S-ka.
Recenzja napisana dla portalu IRKA.

niedziela, 23 grudnia 2012

"Po imprezie" - Lisa Jewell

Wydawnictwo: Zysk i S-ka, 2012.
Liczba stron: 480.
Oprawa: miękka ze skrzydełkami.
Rozpoczęcie lektury: 14.12.2012.
Zakończenie lektury: 15.12.2012.
Moja ocena: 6/10.

Lisa Jewell to urodzona w 1968 roku popularna pisarka brytyjska, specjalizująca się w lekkiej literaturze kobiecej. Jej nauka i praca po ukończeniu szkoły katolickiej wiązały się przede wszystkim z modą. Gdy pracę straciła, spróbowała swych sił w pisaniu i w 1999 roku zadebiutowała powieścią "Impreza u Ralpha", która szybko stała się bestsellerem. W 2008 roku otrzymała nagrodę Melissy Nathan za "Ulicę Marzeń 31". Do dziś napisała dziewięć książek, a obecnie pracuje nad kolejną.

Po niedawnej lekturze "Imprezy u Ralpha" stwierdziłam, że tak szybko za jej kontynuację się nie zabiorę. Myliłam się jednak. Jakby tego było mało, utwór "Po imprezie", mimo liczących sobie czterystu osiemdziesięciu stron, zajął mi zaledwie dwa dni. Obawiałam się tej książki. Miałam wielką nadzieję, iż okaże się być ciekawsza od swej poprzedniczki, przede wszystkim nie gorsza. I całe szczęście, moje "modły" zostały wysłuchane. Fabuła "Po imprezie" jest już dojrzalsza. Z każdą kolejną stroną robi się coraz bardziej poważnie. Nic dziwnego, w końcu mija jedenaście lat od wydarzeń, w których uczestniczyli młodzi i luzaccy bohaterowie "Imprezy u Ralpha". Przed nimi etap osiągnięcia maksymalnej życiowej dojrzałości, na którą składa się założenie rodziny i odpowiedzialność. Jak się okazuje, dobrnięcie do tego etapu nie jest wcale takie proste - ludzkie losy obfitują przecież w różnego rodzaju pokusy, nudę, niepewność i potrafią płatać niezłe figle.

Jem Catterick i Ralph McLeary poznali się ponad dziesięć lat temu, zakochali się w sobie i stworzyli nieformalny związek oparty na wzajemnej miłości, wzajemnym szczęściu i dwójce dzieci. W ciągu kilku lat ich młodość gdzieś się ulotniła. Przyszła kolej na coś poważniejszego - obowiązki nie tylko w pracy, ale i w domu, obowiązki względem małych dzieci. Dużo gorzej radzi sobie z tym wszystkim Ralph, artysta malarz, który woli ukryć się w swojej pracowni z papierosem w ręku niż uczestniczyć w życiu rodzinnym. Nadmiar obowiązków spada więc na Jem, okrutnie przytłaczając ją zarówno fizycznie, jak i psychicznie. Kobieta jest świadoma tego, iż jej partner coraz bardziej się od niej oddala, zaczyna się więc gubić i bać o przyszłość ich związku. Oboje zdają sobie sprawę z tego, iż coś między nimi musi się zmienić, nie wiedzą jednak, co dokładnie. Aby spróbować odkryć istotę tego czegoś, Ralph postanawia na tydzień opuścić Londyn i polecieć do Kalifornii, by odwiedzić starego przyjaciela. Zrozpaczona Jem szybko dochodzi do wniosku, że nieobecność chłopaka ma również swoje plusy - nikt przecież nie stanie jej na przeszkodzie, by lepiej poznać tajemniczego Joela, ojca jednej z dziewczynek z przedszkolnej grupy jej córki.

"Po imprezie" to powieść bez wątpienia wciągająca, ale i działająca na nerwy, przynajmniej raz na jakiś czas. Wszystko to za sprawą skomplikowanych losów głównych bohaterów, które wcale nie musiałyby takie być, gdyby nie pełne emocjonalnych zachwiań osobowości postaci. Dla Jem i Ralpha stały związek partnerski z dwójką własnych dzieci, oparty na wzajemnym zaufaniu, na miłości i wierności to nic łatwego i pewnego. Odniosłam wrażenie, że oboje bardzo szybko ulegali emocjom i szukali rozwiązań odbudowania związku dokładnie nie tam, gdzie trzeba. Na przykładzie Ralpha można dostrzec znudzenie partnerką i dziećmi, nawet niechęć wobec jednego z nich, z czym ostatecznie mężczyzna walczy, nawet z pozytywnym skutkiem. "...dziwnie byłoby dojść do końca dni bez zrobienia czegoś tak fundamentalnego, podstawowego i czysto ludzkiego jak prokreacja. Równie dobrze można by umrzeć i nie przeczytać żadnej książki, nie przepłynąć się i nie skosztować świeżych pomarańczy, nie przyciąć paznokci u nóg, nie pokłócić się i nie zakochać. Właściwie to byłoby tak, jakby w ogóle się nie żyło"*. Brak seksu jest niemalże równoznaczny z końcem świata. Gdy w związku źle się dzieje, to co jest najlepsze? Oczywiście romans! Chrapka na kogoś innego, chęć przeżycia jakiejś nowej, ekscytującej przygody miłosnej, oderwanie się od pozornie ponurej rzeczywistości. Jednym zdaniem - pójście na łatwiznę, a przecież obranie tej drogi wiąże się z jeszcze większymi problemami;, są one wręcz nieuniknione.

Kiedy poznałam początkowy tok rozumowania Ralpha, straciłam do niego zaufanie, mając nadzieję, iż Jem okaże się bardziej przytomna i mądrzejsza pod wieloma względami. Nic z tych rzeczy. W końcu zaraz po wylocie chłopaka do Stanów wdała się w niby-romans z niejakim Joelem, który podobno intrygował ją już od jakiegoś czasu. I to jej myślenie typu "ale jestem głupia", "co ja, do cholery, robię?!", wszelkie nic nieznaczące tłumaczenia odnośnie jej osoby, którym wręcz nie mogłam się nadziwić... Po co było to wszystko, skoro Jem i tak musiała się upewnić, czy postępuje właściwie, zapominając na chwilę o partnerze?

Tego rodzaju zawirowania w postępowaniu głównych bohaterów, będące jednocześnie dość obszernym początkiem, prawie pierwszą połową książki "Po imprezie", działały na mnie negatywnie. Wraz z powrotem Ralpha z Kalifornii, która okazała się dla niego niemalże zbawiennym krokiem, nastał taki okres w jego związku z Jem, który, strona po stronie, pochłaniałam bez reszty z wielkim zainteresowaniem. Dopiero samo zakończenie znów trochę mnie zniesmaczyło. Jewell namieszała wokół Jem i Ralpha tak, że chyba bardziej się nie dało. Nie do końca spodobały mi się kreacje tych postaci, ale mimo tego, jacy byli albo nie byli, kibicowałam im, życząc pomyślnego zakończenia związanego oczywiście z odbudową związku na dobre i na złe.

"Po imprezie" to pozycja, która odsłania kulisy związku dwojga ludzi, który w pewnym momencie swego istnienia przeżywa kryzys i traci urok słynnego powiedzenia "I żyli długo i szczęśliwie". Niby to komedia, niby powieść obyczajowa, ale może też zostać odebrana jako swoisty poradnik typu "Czego nie należy robić, ratując swój związek". Borykając się z różnego rodzaju problemami miłosnymi i rodzinnymi, nie można bezczynnie czekać, aż wszystko się wyjaśni i ułoży. Trzeba ingerować w te problemy, najlepiej przemyślanymi krokami, pozwalając jednocześnie, by najbliższe osoby również się do tego przyłączyły. Ucieczka w samotność albo, co gorsze, w towarzystwo obcych, spontanicznie poznanych ludzi, którzy w jakiś sposób nas zauroczyły, nie jest dobrym rozwiązaniem. Podobnie jak poszukiwanie dawnego siebie, co jest w określonych przypadkach wręcz niemożliwe - będąc po czterdziestce, z prawie małżonką i dwójką dzieci na karku, człowiek nie jest w stanie powrócić do beztroskich lat młodości, kojarzących się z conocnymi imprezami na mieście i szaloną, jeszcze niedojrzałą miłością, prawda? Jem i Ralph okrężną drogą stopniowo zaczynają zdawać sobie z tego wszystkiego sprawę, poszukując innego złotego środka mającego uratować ich wspólne szczęście, ale czy aby nie za późno? Jedno jest pewne - ich perypetie do nudnych nie należą. A surowe oko Lisy Jewell, jej swobodny, czasem ironiczny i pikantny jeżyk tylko potęgują fakt, iż od książki trudno jest się oderwać, choć z drugiej strony - arcydzieło to to żadne nie jest.

*s.85

Za egzemplarz recenzencki uprzejmie dziękuję wydawnictwo Zysk i S-ka.
Recenzja napisana dla portalu IRKA.

piątek, 14 grudnia 2012

"Impreza u Ralpha" - Lisa Jewell

Wydawnictwo: Zysk i S-ka, 2001.
Liczba stron: 296.
Rozpoczęcie lektury: 04.12.2012.
Zakończenie lektury: 05.12.2012.
Moja ocena: 5/10.

Lisa Jewell to urodzona w 1968 roku popularna pisarka brytyjska, specjalizująca się w lekkiej literaturze kobiecej. Jej nauka i praca po ukończeniu szkoły katolickiej wiązały się przede wszystkim z modą. Gdy pracę straciła, spróbowała swych sił w pisaniu i w 1999 roku zadebiutowała powieścią "Impreza u Ralpha", która szybko stała się bestsellerem. W 2008 roku otrzymała nagrodę Melissy Nathan za "Ulicę Marzeń 31". Do dziś napisała dziewięć książek, a obecnie pracuje nad kolejną.

Tak naprawdę, już prawie zabierałam się za lekturę utworu "Po imprezie" tejże autorki, ale w ostatniej chwili zorientowałam się, że jest on w pewnym sensie kontynuacją "Imprezy u Ralpha" - najogólniej rzecz biorąc, jedna z par głównych bohaterów z tej powieści pochodzi. Podejrzewam, że świat by się nie zawalił, gdybym po ten debiut literacki Jewell nie sięgnęła. Ba, po jego przeczytaniu jestem wręcz przekonana, że nie miałabym czego żałować. Ale cóż, stało się, przebrnęłam przez niego w miarę szybko, bo do obszernych on nie należy. I co mogę napisać? Mianowicie to, że do lektury "Po imprezie" wcale mi się nie spieszy. Wiem jednak, że prędzej czy później kontynuację "Imprezy u Ralpha" przeczytam, i mam ogromną nadzieję na to, że spodoba mi się ona dużo bardziej.

Fabuła "Imprezy u Ralpha" krąży wokół pewnego londyńskiego domu, a co za tym idzie, jego mieszkańców. Są wśród nich Ralph i Smith - najlepsi przyjaciele po trzydziestce, którzy usilnie pragną znaleźć współlokatora, są też Karl i Siobhan - para, wydawać by się mogło, szczęśliwie żyjąca w nieformalnym związku od piętnastu lat, no i jest też Cheri z ostatniego piętra - piękna i podstępna kobieta, dla której wszyscy mężczyźni tracą głowę. Do Ralpha i Smitha w końcu wprowadza się ktoś nowy - dwudziestosiedmioletnia Jem, która szybko zyskuje sympatię, a nawet coś więcej, obu współlokatorów. Czytelnik poznaje słodko-gorzkie miłosne perypetie poszczególnych bohaterów. Czy tego oni chcą, czy nie, w pewnym sensie są na siebie skazani i ich losy mają to do siebie, że potrafią krzyżować się ze sobą nawet w najmniej oczekiwanych momentach...

Uważam, że to lekka, ale dość płytka książka, przede wszystkim ze względu na to, iż skupia się ona tylko i wyłącznie na kwestiach związanych z miłością, a więc takich jak miłość z zobowiązaniami i bez zobowiązań, seks i zdrada. Autorka, przyglądając się bliżej tej tematyce, słabo wykreowała poszczególne postaci, w wyniku czego sprawiają one wrażenie mało ciekawych. Na domiar złego, nie ma wśród nich takich, które odznaczałyby się porządnym charakterem. Jeden bowiem zdradza, drugi cechuje się odstraszającą powierzchownością, trzecia niby dorosła, a zachowuje się czasami jak naiwne dziecko, czwarta zapatrzona w siebie, by osiągnąć wyznaczony cel, jest w stanie wykorzystać wszystko i wszystkich dookoła, a na dodatek całe grono bohaterów raczej nieudolnie reprezentuje typ "starszej młodzieży", którym to tak w pełni chciałoby być, zatapiając się w przelotnych romansach, przygodnym seksie i narkotykach.

Myślałam, że "Impreza u Ralpha" okaże się być sympatyczną komedią, takim niezobowiązującym odmóżdżaczem, i po części moje domysły były trafne - ta druga część bowiem zgadza się jak najbardziej. Utwór nie wnosi nic nowego, jego treść jest banalna, przewidywalna, a gdzieniegdzie irytująco głupia i szalona. Całe szczęście, że od czasu do czasu wciąga i pozwala czytelnikowi mieć nadzieję na dobre zakończenie. A wiadomo przecież, że w świecie zdrad, tajemnic, kłamstw i braku umiejętności podejmowania właściwych decyzji trudno o dobre zakończenia. Jewell może i bez ogródek pisze o problemach, jakie pojawiają się w mniej lub bardziej skomplikowanych związkach, ale równie dobitnie ukazuje skutki tych problemów, gdy się im nie zapobiega lub w niewłaściwy sposób je rozwiązuje.

"Impreza u Ralpha" nie jest tragicznie złym czy beznadziejnym utworem. Stwierdziłabym raczej, że jest "taki sobie", a i nieco zwariowany, co może czasem działać na nerwy. Gdyby jego bohaterowie byli bardziej dojrzali i odpowiedzialni, podejrzewam, że książka zyskałaby inny, lepszy i ciekawszy klimat, a co za tym idzie, zainteresowałaby mnie dużo bardziej. Nie twierdzę jednak, że na świecie nie mają prawa żyć i funkcjonować ludzie, którzy nie chcą dorosnąć, nie czują potrzeby zawierania jakichkolwiek związków partnerskich i większość czasu spędzają na różnego rodzaju rozrywkach. Po prostu nie intryguje mnie to dostatecznie mocno - czy coś ważnego i istotnego można o tym napisać? Wątpię. Gdyby debiutancka powieść Lisy Jewell miała zostać zekranizowana, wydaje mi się, że powstałaby na jej podstawie kolejna, bezwartościowa komedia młodzieżowa, jakich wiele, zwłaszcza tych produkcji amerykańskiej. Nie będę zatem ani gorąco polecać, ani absolutnie odradzać przeczytania "Imprezy u Ralpha". Jeśli komuś wpadnie ona w ręce, w celach czysto rozrywkowych, można przyjrzeć się jej bliżej, czemu nie? Natomiast usilnie nie szukałabym jej w bibliotece czy księgarni, choć można kupić ją już za parę złotych. Przede mną jednak ważniejsze wyzwanie, a mianowicie lektura książki "Po imprezie", która jest dość obszerna. Liczę na to, że charakteryzuje się ona wyższym poziomem pod względem treści i wciągnięcia, w końcu została napisana aż jedenaście lat po swojej poprzedniczce.

piątek, 27 lipca 2012

"Dalekie Wiatry" - Sergio Bambaren

Wydawnictwo: Zysk i S-ka, 2009.
Liczba stron: 184.
Rozpoczęcie lektury: 24.07.2012.
Zakończenie lektury: 25.07.2012.
Moja ocena: 7/10.

Sergio Bambaren to pisarz urodzony w Peru, wielki miłośnik podróży i oceanu, o czym można się przekonać, czytając jego książki traktujące zazwyczaj o sensie ludzkiego życia oraz podążaniu za marzeniami i ich realizacji. Po niedługim pobycie w Peru przeniósł się do Stanów Zjednoczonych, gdzie studiował chemię, a jeszcze później osiadł w Australii, nie przestając jednak podróżować. Będąc w Portugalii, uzyskał inspirację do napisania pierwszej, dość krótkiej powieści, "Delfin. Opowieść o marzycielu", dzięki której zyskał ogromną popularność na całym świecie.

"Dalekie Wiatry" to niewielka objętościowo książka, przepełniona optymizmem i pewnego rodzaju magią. Na przykładzie pary małżeńskiej, w której związek wkradła się rutyna, a praca przesłoniła jej oczy na wszystko inne, autor zwraca uwagę na to, by od czasu do czasu albo chociaż raz w życiu umieć postawić na swoim, podążyć za marzeniami, niezależnie od tego, jak bardzo absurdalne mogłyby się one wydawać. Każdy z nas ma tylko jedno życie. Nie powinniśmy więc pozwalać na to, by szczęście i radość uciekały nam sprzed nosa tylko dlatego, że codzienne obowiązki krzyżują nasze plany, czynią nas zapracowanymi i pogrążonymi w monotonnym bycie. Odrobina szaleństwa i odwagi, jak to się mówi, jeszcze nigdy nikomu nie zaszkodziła. A może dokonać niewyobrażalnych zmian w życiu człowieka.

Chcąc odnaleźć swoje prawdziwe ja, zapomnieć o troskach życia codziennego i zagłębić się w marzeniach, Michael i Gail Thompsonowie decydują się na kilkumiesięczną podróż na pokładzie żaglówki o nazwie "Dalekie Wiatry". A wszystko to za sprawą pewnej książki zawierającej ciekawe i podnoszące na duchu sentencje dotyczące ludzkiego istnienia, którą Michael przez przypadek kupił w antykwariacie. Dzięki niej uświadomił sobie, że jeszcze ma szansę na to, by naprawić swoje małżeństwo z Gail, które od jakiegoś czasu brnęło w kryzys i rutynę. Spontaniczna decyzja o rejsie w nieznane była decyzją ich obojga. Nie spodziewali się jednak tego, że podróż wywrze na nich ogromne wrażenie i sprawi, że zaczną całkiem inaczej postrzegać otaczający ich świat, no i samych siebie.

"Dalekie Wiatry" to utwór napisany bardzo prostym i lekkim językiem. W czasie jego lektury wielokrotnie odnosiłam wrażenie, że Bambaren zaznał w swym życiu jakiejś inspiracji, zrozumiał coś bardzo ważnego i te swoje przemyślenia po prostu ubrał w odpowiednie słowa, czyniąc z nich ciepłą, niosącą nadzieję opowieść. Opowieść, która jest wręcz naszpikowana ciekawymi, choć na pierwszy rzut oka banalnymi i jakże zrozumiałymi aforyzmami na temat tego, co w życiu człowieka jest ważne. Na co warto zwracać uwagę, czym się kierować, jakiego wyboru dokonać, jak spełnić swoje marzenia, jak być szczęśliwym i jak uszczęśliwić drugą osobę.

Ta książka naprawdę pobudza wyobraźnię i skłania do refleksji. Sprawiła, że po zakończeniu lektury poczułam się niezwykle lekko i rześko. Utwierdziła mnie w przekonaniu, że to, co jest ważne w życiu, to "to, co człowiek czuje i czym może się podzielić, a nie to, co posiada"*. Przy czym trzeba pamiętać o tym, że jesteśmy w stanie kierować swoim losem. Jesteśmy w stanie słuchać głosu własnego serca i nie powinniśmy się bać podążać za nim. Decydując sami o swojej przyszłości, będziemy dumni z własnych postanowień, a w przeciwnym wypadku będziemy mieć pretensje tylko i wyłącznie do nas samych. "Żeby zdecydować, trzeba dokonać wyboru. Żeby dokonać wyboru, trzeba mieć możliwości wyboru. A żeby móc dokonać swobodnego wyboru spośród wszystkich dostępnych opcji, trzeba podjąć ryzyko i słuchać swojego wewnętrznego głosu"**. Dla wielu z nas jednak ryzyko to dość przerażające słowo. A jeszcze bardziej przerażający jest ryzykowny czyn, którego mamy dokonać. Ale czy nie warto czasem pozwolić mu zaistnieć? Chociażby po to, by później cieszyć się uzyskanymi już na zawsze wspomnieniami z nim związanymi? Muszę przyznać, że powieść Bambarena jak żadna inna uczuliła mnie na wielką wartość, jaką posiadają ludzkie wspomnienia. Dwie godzinki bezsennej nocy, które poświęciłam na czytanie tej książki, nagle stały się nieprzespaną nocą, gdyż odczułam ogromną potrzebę zanurzenia się we własnej przeszłości. Wprawdzie było to zwyczajne oglądanie rodzinnych zdjęć i filmów sprzed kilku lat, ale zarazem niezwykle miłe spędzenie czasu.

Sergio Bambaren zachwycił mnie prostotą i magią, jaką obdarował "Dalekie Wiatry". Ponadto wzruszył, odprężył i dał nadzieję na to, że moje plany i marzenia kiedyś się urzeczywistnią. Czy znajdę w sobie tyle siły i odwagi, co bohaterowie powieści? Chciałabym, żeby tak było. Może się wydawać, że ten utwór przeznaczony jest głównie dla marzycieli, ale to nieprawda. Może ją przeczytać każdy, kto choć przez chwilę w swoim życiu poczuł się z jakiegoś powodu zagubiony, przytłoczony szarą rzeczywistością, kto nie potrafi dotrzeć do własnej osobowości, samego siebie lub najbliższych mu osób. Przyjemna lektura, polecam.

*s.153
**s.150
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...