Pokazywanie postów oznaczonych etykietą amerykańska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą amerykańska. Pokaż wszystkie posty

środa, 13 sierpnia 2014

"Szept cyprysów" - Yvette Manessis Corporon

Tytuł oryginału: "When the Cypress Whispers".
Tłumacz: Agnieszka Jacewicz.
Wydawnictwo: Rebis, 2014.
Liczba stron: 352.
Oprawa: półtwarda.
Rozpoczęcie lektury: 05.08.2014.
Zakończenie lektury: 08.08.2014.
Moja ocena: 7/10.

Do sięgnięcia po "Szept cyprysów" w pierwszej kolejności zachęciła mnie okładka powieści, która, co tu dużo pisać, jest po prostu cudowna, natychmiast bowiem przenosi czytelnika do świata wakacyjnych marzeń dotyczących upragnionych wojaży i słodkiego ciepła kojarzonego z pełnią lata. Po raz kolejny muszę pochwalić wydawnictwo Rebis za wspaniałe wydanie książki, które tym razem zachwyca przyjemną w dotyku półtwardą oprawą i dopracowaniem szczegółów bezpośrednio związanych z redakcją i korektą tekstu.

Utwór Yvette Manessis Corporon to proza lekka, niewymagająca, na urlop jak znalazł. W tym roku nie mogłam sobie pozwolić na żaden wakacyjny wyjazd, ale za to wraz z "Szeptem cyprysów" odbyłam literacką podróż do Grecji, kraju, którego odwiedzenie jest moim wielkim marzeniem od dobrych kilku lat. Książka wręcz kipi od opisów greckich krajobrazów (głównie wysp Erikusa i Korfu), tradycji i potraw, na "widok" których za każdym razem robiłam się głodna. Nie brakuje też w niej zwrotów i słówek z języka greckiego, których tłumaczenia można znaleźć w słowniczku zamieszczonym na ostatnich stronach powieści. Myślę, że Grecję wraz z jej naturalnym pięknem można potraktować jako bohaterkę, pod względem ważności stojącą na równi z postaciami pierwszoplanowymi, takimi jak Daphne czy Evangelia. Być może kogoś innego cała ta "greckość" zamęczy bądź zepsuje mu odbiór lektury, dla mnie jednak czytanie o niej było urzekającym doświadczeniem, po prostu ucztą dla moich oczu. Ale dość już o tym! Czas najwyższy przecież przybliżyć zarys fabuły i ustosunkować się zarówno do jej istoty, jak i bohaterów wykreowanych przez Corporon.

Daphne to kobieta po trzydziestce, matka pięcioletniej Evie i narzeczona zamożnego bankiera, Stephena. Córka nieżyjących już greckich imigrantów i wiecznie zapracowana właścicielka restauracji w Nowym Jorku, gdzie przyszło jej mieszkać. Wiedziona tęsknotą za europejską wysepką, na której spędzała cudowne miesiące swego dzieciństwa, i słusznego wieku babcią, której nie widziała już od sześciu lat, postanawia wziąć ślub właśnie na Erikusie. Do Grecji - w towarzystwie córki - przybywa na tydzień przed zaplanowaną uroczystością, by poczynić stosowne do niej przygotowania, a także spędzić czas z ukochaną rodziną - wspomnianą już babcią, Evangelią, i kuzynką, Popi. Stephen ma dołączyć do niej kilka dni później. Daphne nie spodziewa się jednak, że dni poprzedzające jej zaślubiny zasieją w jej umyśle ziarno melancholii i niepewności oraz pozwolą odkryć parę tajemnic, tak skrzętnie skrywanych do tej pory przez Evangelię.

Akcję właściwą pisarka osadziła w czasach obecnych, ale dzięki kilku rozdziałom czytelnik ma okazję przyjrzeć się bliżej latom dzieciństwa i młodości Daphne, sięgającym końca XX wieku. Dowiaduje się z nich, że mimo okrucieństwa, jakiego doświadczyła, kobiecie jako tako udało się wyjść na prostą. Dostała od losu kolejną szansę na uczynienie swego życia stabilnym i szczęśliwym, ale czy wykorzystanie jej poprzez podjęcie słusznych - zdaniem bohaterki - decyzji, to rzeczywiście droga, na końcu której rysuje się sukces? Nieco inne spojrzenie na otaczającą rzeczywistość dociera do Daphne za sprawą jej wyjątkowej babci. Do postaci Evangelii przywiązałam się niezwykle mocno. Przede wszystkim dlatego, że została ona przedstawiona w bardziej szczegółowy sposób, aniżeli inni bohaterowie, nakreśleni raczej powierzchownie, w dużym skrócie (jak wyglądają, czym się zajmują, co robili w przeszłości). To kobieta odważna, honorowa (o czym świadczą jej opowieści z czasów II wojny światowej) i wytrwała, której pokłady miłości przeznaczonej dla wnuczki i prawnuczki wydają się nie mieć końca. Posiada ona ciekawą osobowość również ze względu na magiczną aurę, jaka ją otacza - staruszka bowiem jest pewnego rodzaju wyrocznią, odznacza się niezawodną intuicją, wyczuwa troski i problemy bliskich i potrafi wsłuchać się w głosy Erikusy, szczególnie tytułowy szept cyprysów, który, jak wynika z powieści, nie jest tylko i wyłącznie miejscową legendą. Nieprzeciętność klimatu, jaki panuje w książce Corporon, potęguje także przeplatanie się rzeczywistości z mitami o greckich bogach. Od czasu do czasu nawet granica między tymi światami staje się naprawdę cieniutka.

Mimo że parę sytuacji, rozwinięcie niektórych wątków można przewidzieć, a część dialogów pomiędzy bohaterami jest niewyszukana, czasami tak naturalna, że aż sztuczna, "Szept cyprysów" czyta się z niesłabnącym zainteresowaniem i praktycznie w mgnieniu oka. Samo zakończenie utworu nie należy do banalnych, właściwie muszę przyznać, że spotkało się ono z moim zaskoczeniem, co zaliczam na poczet pozytywnych stron powieści. Yvette Manessis Corporon stworzyła historię o kobietach dla, cóż, nie da się ukryć, że raczej dla kobiet, o ich poczuciu spełnienia, uświadamianiu sobie, co tak naprawdę liczy się w życiu najbardziej, niełatwych wyborach, wzruszeniach, tęsknocie i melancholii. O przywiązaniu do tradycji i kultury oraz ponownym odkrywaniu świata, który kiedyś miało się na wyciągnięciu ręki. Wielkomiejskość, przepych, bogactwo i chaos ścierają się tutaj ze skromnością, pięknem, naturą i spokojem. Do których z tych wartości bliżej jest Daphne i Evie? Odpowiedzi na to i wiele innych pytań, które z całą pewnością zrodziły się w Twojej głowie już w trakcie lektury niniejszej opinii, należy szukać w "Szepcie cyprysów", przyjemnej i poruszającej książce obyczajowej z dodatkiem romansu, dramatu i historii, dla której inspiracją były losy rodziny Corporon. Losy, których sama autorka jest częścią i, jak podkreśla, jest dumna z tego powodu.

Za egzemplarz recenzencki uprzejmie dziękuję wydawnictwu Rebis.
Recenzja napisana dla portalu IRKA.

wtorek, 5 sierpnia 2014

"Sieroce pociągi" - Christina Baker Kline

Tytuł oryginału: "Orphan Train".
Tłumacz: Berenika Janczarska.
Wydawnictwo: Czarna Owca, 2014.
Liczba stron: 372.
Oprawa: miękka ze skrzydełkami.
Rozpoczęcie lektury: 15.07.2014.
Zakończenie lektury: 18.07.2014.
Moja ocena: 7/10.

Do dnia, w którym "Sieroce pociągi" amerykańskiej pisarki, Christiny Baker Kline, pojawiły się na polskim rynku wydawniczym, nie miałam pojęcia, że zjawisko, którego tematykę porusza w swej powieści autorka, istniało naprawdę. Moje pierwsze skojarzenie z tytułowymi pociągami dotyczyło obozów koncentracyjnych z czasów II wojny światowej, do których przecież mnóstwo więźniów przewożono właśnie tym środkiem transportu. Tymczasem tutaj chodzi o coś zupełnie innego, mianowicie pewien etap w historii Stanów Zjednoczonych - akcję społeczną trwającą w latach 1854-1929, w ramach której ponad dwieście tysięcy osieroconych, porzuconych i bezdomnych dzieci przesiedlono ze wschodniego wybrzeża na Środkowy Zachód, gdzie miały one znaleźć nowe domy, zostać adoptowane. Baker Kline zainteresowała się powyższą akcją, zgłębiając tajniki kart historii rodziny jej męża. Materiały do swej powieści zbierała, przekopując biblioteki, muzea i archiwa, czytając setki wspomnień i świadectw pasażerów pociągów i biorąc udział w organizowanych przez nich zjazdach. Jestem pewna, że spotkania pisarki z ludźmi, którzy wiele lat temu musieli wsiąść do "sierocych pociągów", były przeżyciami wyjątkowymi i zapadającymi w pamięć. Nasączonymi całą gamą emocji. Sama bowiem lubię poznawać dawne czasy, ówczesne losy ludzkie, historie mające miejsce w odległej rzeczywistości; próbowałam nawet - wprawdzie tylko za pośrednictwem internetu - odszukać jakiekolwiek ślady po nieistniejącej już Hucie Szczerzeckiej, z której pochodzi moja babcia. Ekscytuje mnie to, a zarazem wywołuje dreszcze i przepełnia smutkiem. Miałam wielką nadzieję, że napisana przez Baker Kline opowieść również wprowadzi mnie w ów stan - zaciekawienia, niepokoju i wzruszenia jednocześnie. Zrobiła to, ale w mniejszym stopniu, niż oczekiwałam. Autorka miała szansę ukazać dramatyzm "sierocych pociągów" - przeprowadziła mnóstwo badań, poznała nawet kilkoro pasażerów tych pociągów, z których mogła wyciągnąć sporo informacji - ale nie do końca jej to wyszło. Przedstawiła temat pobieżnie. O tym, co działo się z przesiedlanymi dziećmi, można poczytać chociażby w internecie, a pisarka zaserwowała nam niewiele więcej szczegółów. Skupiła się za to na okresie poadopcyjnym wykreowanej przez siebie bohaterki. No ale może trochę przesadzam - jej książka to nie literatura faktu, lecz beletrystyka, a moje widzimisię zakrawa na co najmniej niezadowolenie. Przejdę więc teraz do oceny całokształtu fabuły, w którą, nie da się ukryć, zanurzałam się z dużym zainteresowaniem, czasem niedowierzaniem, troską i współczuciem.

Akcja powieści biegnie dwutorowo. Czytelnik na przemian poznaje bliżej krnąbrną nastolatkę, Molly Ayer, która od czasu utraty rodziców krążyła od jednej rodziny zastępczej do drugiej, a obecnie - w roku 2011 - mieszka z Diną i Ralphem w Spruce Harbor, w stanie Maine, oraz dziewięciojednoletnią Vivian Daly, samotną panią, której przeszłość jest ściśle powiązana z tytułem utworu Baker Kline. Drogi obu bohaterek krzyżują się, kiedy po dokonaniu kradzieży książki z biblioteki Molly trafia do domu Vivian, by odpracować karę, sprzątając jej strych. Strych kryjący w sobie niemalże nieskończone pokłady pamiątek pozwalających Vivian na snucie wspomnień z dawnych lat, kiedy to w 1929 roku, jako dziewięcioletnia Niamh Power, została sierotą, trafiła do Children's Aid, a stamtąd do "sierocego pociągu", który miał ją zawieźć do nowej, kochającej albo przynajmniej przyjacielskiej rodziny, na co dziewczynka miała nadzieję. Los jednak nie obszedł się z nią łaskawie...

Historia Vivian może się wydawać banalna - kilkakrotne adopcje, ciężka praca, szkoła, poczucie odrzucenia - ale mnie, jako osobie gustującej w dramatach rozgrywających się na przestrzeni lat, melodramatach zahaczających o miłość, wojnę, śmierć i tęsknotę, spodobała się. Niejednokrotnie było mi żal Niamh, wyobcowanej, niechcianej, traktowanej jak powietrze, wykorzystywanej do pomocy innym, ale najbardziej ubolewałam, rozpaczałam wręcz nad losem Luke'a Maynarda, innego dziecka z pociągu, który miał to nieszczęście trafić do ludzi uważających go za tylko i wyłącznie darmową siłę roboczą, którą często bez powodu należało chłostać i obrażać. Biedny Luke, kiedy wreszcie udało mu się wyjść na prostą, nie zdążył nacieszyć się wolnością, bo zgarnęła go wojna. Zarówno Vivian, jak i Molly, zostały przez autorkę nakreślone w podobny sposób, jeśli chodzi o ich charaktery, no i status sierot poszukujących bliskości i zrozumienia. Wyłapałam nawet z treści dwa fragmenty świadczące o tym, że myśli obu kobiet podążają tym samym torem. Pierwszy (o Niamh): "Takie dzieciństwo, gdy ma się świadomość, że nikt cię nie kocha, że nikt cię nie szuka, a ty sam nieustannie masz wrażenie, jakbyś wnętrze sklepu oglądał przez szybę, jest pożałowania godne. Czuję się o dekadę starsza, niż jestem w rzeczywistości. Wiem zbyt dużo - widziałam, jak z ludzi wychodzi to, co w nich najgorsze, gdy są najbardziej zdesperowani i samolubni, i ta wiedza sprawia, że staję się ostrożna. Więc uczę się udawać, uśmiechać i potakiwać, okazywać empatię, której nie odczuwam. Uczę się nie rzucać w oczy, wyglądać jak każdy, choć w środku jestem złamana"*. I drugi (o Molly): "Gdy Vivian opisuje, jak to jest być zdanym na łaskę obcych ludzi, Molly potrafi zrozumieć jej odczucia. Dobrze wie, jak to jest tłamsić swoją naturę, przybierać wymuszony uśmiech na twarzy, gdy wewnątrz czuje się tylko odrętwienie. Po krótkim czasie zatraca się umiejętność odczytywana własnych potrzeb. Pojawia się wdzięczność za każdy najdrobniejszy przejaw życzliwości, a potem, z wiekiem, rodzi się w człowieku podejrzliwość. <<Dlaczego ktoś miałby dla mnie coś zrobić, nie oczekując odpłaty? Zresztą rzadko się zdarza, żeby ktoś cokolwiek dla mnie robił>>. Częściej obserwuje się to, co w ludziach najgorsze; zauważa, że większość dorosłych kłamie, że ludzie z reguły troszczą się tylko o siebie. Że tobą interesują się tylko wówczas, gdy możesz się im do czegoś przydać. I tak właśnie kształtuje się twoja osobowość. Wiesz zbyt dużo, a ta wiedza rodzi nieufność. Stajesz się coraz bardziej bojaźliwa i sceptyczna. Wyrażanie emocji nie przychodzi już naturalnie, więc zaczynasz je udawać. Okazywać empatię, której wcale nie czujesz. Uczysz się niknąć w tłumie, wyglądać jak reszta, nawet jeśli od wewnątrz zżera cię rozpacz"**. W książce mało jest momentów radosnych, szczęśliwych, kipiących od pozytywnych emocji. Zabrakło mi w niej przyjaźni, o której zapewniają opisy "Sierocych pociągów", a która zapewne miała dotyczyć właśnie Vivian i Molly. Kontakty obu bohaterek sprowadzają się do krótkich, czasem sarkastycznych rozmów, snucia opowieści o ich niełatwym życiu, wspólnego milczenia i nieśmiałej pomocy w ostatecznym uporządkowaniu rodzinnych spraw. Przyjaźń między nimi może i rodzi się gdzieś głęboko w ich umysłach, ale nie zostało to dostateczne mocno zaakcentowane. Bohaterki nie należą do wylewnych osób, są powściągliwe w wyrażaniu uczuć i nietrudno się domyślić, dlaczego - życie przecież nauczyło je, by nie rzucać się z płaczem w ramiona każdej napotkanej osoby czy przyzwyczajać się do ludzi, których późniejsza strata może przynieść mnóstwo bólu i cierpienia.

Parę drobnych mankamentów (a raczej braków) utworu Christiny Baker Kline naświetliłam już we wcześniejszych akapitach niniejszej opinii, ale nie mogę nie zapomnieć o największym rozczarowaniu, czyli zakończeniu. Cała ta akcja z Vivian, komputerem i internetem w rolach głównych wydała mi się nie dość, że mało wiarygodna, to jeszcze napisana jakby w pośpiechu z powodu braku lepszego pomysłu autorki na happy end. Nagły finał niemalże zbił mnie z tropu, brutalnie przerywając poczucie mojego dotychczasowego zadowolenia wynikającego z lektury. Mimo słabych stron powieści warto jednak zwrócić na nią uwagę. Przede wszystkim ze względu na ciekawe tło historyczne, na które składa się zjawisko tytułowych pociągów (już samo uświadomienie czytelnikowi niemającemu pojęcia o tych wydarzeniach jest ogromnym plusem tej książki), poruszające losy Niamh Power znanej później jako Vivian Daly, a także tematykę wyobcowania i poszukiwania swego miejsca w świecie. Zarówno Vivian, jak i Molly starają się zrozumieć sens swego istnienia, poszukują pozytywnych akcentów w nieciekawym życiu, by uspokoić potargane przeszłością dusze, poszukują kogoś, kto zrozumiałby je jak nikt inny, bo przeżył to samo, co one, i doskonale wie, czym jest samotność, poczucie winy, strach przed jutrem i cierpienie. "Sieroce pociągi" to kawałek przyzwoitej literatury obyczajowej z domieszką historii i melodramatu, której lekturę zaliczam do udanych. Uważam, że potencjał pisarki nie został wykorzystany w pełni, dlatego jej utwór nie określiłabym mianem arcydzieła, ale dobrą powieścią jak najbardziej.

*s.150
**s.224-225

Za egzemplarz recenzencki uprzejmie dziękuję wydawnictwu Czarna Owca.

piątek, 4 lipca 2014

"Monument 14. Odcięci od świata" - Emmy Laybourne

Tytuł oryginału: "Monument 14".
Tłumacz: Maria Smulewska.
Wydawnictwo: Rebis, 2014.
Liczba stron: 344.
Oprawa: miękka ze skrzydełkami.
Rozpoczęcie lektury: 23.06.2014.
Zakończenie lektury: 29.06.2014.
Moja ocena: 7/10.

Emmy Laybourne to amerykańska pisarka i scenarzystka. Studia z zakresu scenopisarstwa na Uniwersytecie Kalifornijskim ukończyła w 2006 roku. Laureatka Eleanor Perry Award i była aktorka, dla której niewielkie role znalazły się w takich filmach, jak "Supergwiazda", "Numer stulecia, "Teściowie", i serialach "Apt. 2F", "Running with Scissors" czy "DAG". "Monument 14" z kolei to początek jej przygody z pisaniem powieści. Czy udany? Przede wszystkim warto zauważyć, że autorka wpasowała się w obecne trendy panujące w literaturze. Stworzyła bowiem historię o młodzieży, a więc przeznaczoną głównie dla młodzieży właśnie, w klimacie postapokaliptycznym. Historię, w której młodzi bohaterowie stają nagle w obliczu katastrofy, niebezpieczeństwa powodującego odseparowanie ich od innych ludzi, rodzinnych domów, a nawet miast. Tego typu schemat można odnaleźć w takich popularnych seriach, jak "Gone. Zniknęli" Michaela Granta i "Jutro" Johna Marsdena. Czy książki Laybourne - "Odcięci od świata" są pierwszą z nich - które zostały pozytywnie odebrane przez zagranicznych czytelników, zyskają również polskich fanów? Mam nadzieję, że tak.

Kolorado, rok 2024. Dzień jak co dzień. Poranek. Dzieciaki wybierają się do szkół, ale tym razem nie jest im dane bezpiecznie do nich dotrzeć. W wyniku potężnego gradobicia wypadkowi ulega autobus wiozący licealistów. Z kilkanaściorga przeżywa tylko sześcioro. Dzięki pomocy kierowcy innego autobusu, zapełnionego gimnazjalistami i dziećmi uczęszczającymi do szkoły podstawowej, udaje im się schronić w hipermarkecie Greenway. Późniejsze okoliczności - odejście dorosłego opiekuna oraz poznanie wiadomości o ogromnym tsunami atakującym Stany Zjednoczone i niebezpiecznym wycieku chemicznym z pewnego zakładu - sprawiają, że Dean Grieder, Jake (przystojniak, gwiazda futbolu), Brayden (żądny sensacji, lekkomyślny i porywczy kolega Jake'a), Niko (milczek zwany Dzielnym Myśliwym), Josie (ranna w głowę zamyka się w sobie) i Astrid (dziewczyna marzeń Deana) zostają uwięzieni w sklepie wraz z kilkorgiem młodszych dzieci, którymi muszą się zaopiekować. Pytanie - na jak długo? Czy sobie poradzą? Czy zmiany, jakie czekają po tych licznych nieszczęściach świat zewnętrzny, okażą się drastyczne?

Prawdę pisząc, na temat tego, jak wygląda Kolorado po kataklizmie, Laybourne często się nie wypowiada. Poza faktem, że tajemniczy wyciek chemikaliów wpływa na ludzi z różnym skutkiem (począwszy od zagrożenia bezpłodnością, przez wypryski na skórze, aż po ataki zwierzęcej furii), a gradobicie czy trzęsienie ziemi spowodowały mnóstwo szkód materialnych, czytelnik nie wie zbyt wiele. Powodem tego jest skupienie się pisarki na grupce ocalałych i przekazanie pierwszoosobowej narracji Deanowi, który tkwiąc w markecie zamkniętym na cztery spusty, ma nikłe pojęcie o tym, co dzieje się na zewnątrz. Logiczne, prawda? Jest on jednak wnikliwym obserwatorem, prowadzi też dziennik, więc odbiorca jego słów ma okazję przyjrzeć się poczynaniom chłopaka i jego znajomych z bliska. Będąc niczym ukryty podglądacz w samym centrum supermarketu. Dean to niezbyt popularny licealista, w dodatku nieszczęśliwie zakochany, więc styl pisarski, jakim się posługuje, jest zwięzły i konkretny, banalny, typowo młodzieżowy; nie brakuje w nim licznych dialogów (zapewne dały się tutaj we znaki scenopisarskie zapędy Laybourne) oraz osobistych uwag i komentarzy do sytuacji, które chłopaka zachwycają, irytują bądź po prostu wkurzają.

Do bohaterów - a jest ich niemało - można przywyknąć, chociaż jeśli chodzi o ich zapamiętanie, dopasowanie imion do postaci, w przypadku dzieci z podstawówki nie zawsze w mig łapałam, kto jest kim. Przez to też tym małym bohaterom przypięłam łatkę drugoplanowych, mało ważnych, choć może niesprawiedliwie, bo mimo nieustającego marudzenia związanego z prośbą o powrót do domu te malce potrafiły się przydać do wielu rzeczy i wykonać kawał dobrej roboty podczas realizacji powierzonych im przez starszaków zadań. Najmilej wspominam Maxa - za każdym razem, kiedy snuł króciutkie opowieści dotyczące wydarzeń, jakich był świadkiem w swym dotychczasowym życiu, jego szczerość i niewinność powalały mnie na łopatki.

Jest duży kontrast pomiędzy tym, co zaprząta umysły dzieci małych i nastoletnich. Do tych pierwszych nie dociera jeszcze powaga i tragizm wydarzeń, w centrum których się znajdują. U tych drugich z kolei, przy wyobraźni pracującej na wysokich obrotach, budzi się instynkt przetrwania. Wiadomo, wiek odgrywa tutaj najważniejszą rolę, ale tak naprawdę w sytuacji realnego zagrożenia może on stracić znaczenie. Okazuje się bowiem, że będąc odciętym od świata, licealista ma prawo do słabości, zachować się "niestosownie" do wieku i zapłakać, zatęsknić za rodziną, która nawet nie wiadomo, czy nadal żyje. Ma też prawo radzić sobie z tą niecodzienną sytuacją poprzez zapomnienie i oddawanie się rozrywkom (co do pewnego czasu szczególnie kręci Jake'a i Braydena). W Greenway'u niejednokrotnie dochodzi więc do spięć, kłótni, a nawet bójek, mających jednak swoje dobre strony, jak chociażby tę, która uświadamia młodym ludziom, że mają tylko siebie i powinni nawzajem o siebie dbać. Miłosne rozterki i kompleksy, czyli typowe problemy współczesnej młodzieży (według autorki i za dziesięć lat się one nie zmienią), przeplatają się z poważnymi obowiązkami, takimi jak zabawianie najmłodszych podopiecznych, gotowanie, organizacja "mieszkań" i racjonalne korzystanie z dóbr marketu. Przyjemnie było śledzić - wprawdzie tylko kilkunastodniowe, ale zawsze - losy Deana i pozostałych, którzy z dnia na dzień musieli dorosnąć i pośród absurdów zorganizować sobie nowe życie.

Pozytywnie zaskoczyło mnie wydanie powieści - przyciągająca wzrok okładka, oznaczenia dni akcji na każdej stronie plus dwustronicowy (rozkładany!) plan budynku Greenway, wyrastający gdzieś spomiędzy treści. Treści ciekawej, pomysłowej, zahaczającej o surrealizm i niepozbawionej napięcia. Poszczególne rozdziały są krótkie, akcja na przemian dynamiczna i mniej szalona, ale lektura "Monumentu 14. Odciętych od świata" i tak mija w mgnieniu oka. Niepokojące wypadki pod koniec książki i jej interesujący finał sprawiły, że stała się ona jeszcze bardziej intrygująca, krzycząca wręcz, że żarty się skończyły, i, rzecz jasna, zachęcająca do natychmiastowego sięgnięcia po kolejny utwór Emmy Laybourne. Polskie wydanie "Nieba w ogniu" już niedługo!

Za egzemplarz recenzencki uprzejmie dziękuję wydawnictwu Rebis.
Recenzja napisana dla portalu IRKA.

niedziela, 15 czerwca 2014

"Wyścig ze śmiercią" - Erica Spindler

Tytuł oryginału: "Dean Run".
Tłumacz: Krzysztof Puławski.
Wydawnictwo: Mira, 2014.
Liczba stron: 480.
Oprawa: miękka.
Rozpoczęcie lektury: 24.05.2014.
Zakończenie lektury: 27.05.2014.
Moja ocena: 6/10.

Erica Spindler to urodzona w 1957 roku amerykańska pisarka thrillerów i romansów. Miała zostać malarką, zdobyła nawet tytuł magistra sztuk pięknych na Uniwersytecie w Nowym Orleanie, ale jej kariera potoczyła się w zupełnie innym kierunku. Pisać zaczęła w 1982 roku, a skłoniła ją do tego przeczytana podczas walki z przeziębieniem książka. Dziś jest autorką i współautorką w sumie dwudziestu dwóch powieści (najnowsza z nich nosi tytuł "Justice for Sara") i laureatką takich nagród literackich, jak Kiss of Death Award, Listen Up Award oraz RITA Award.

Z twórczością Spindler po raz pierwszy zetknęłam się dobre trzy lata temu, kiedy na swoim koncie nie miałam tylu przeczytanych kryminałów i thrillerów, co teraz, a więc rzadko poddawałam książki porównaniom (pod kątem gatunku), a co za tym idzie, krytyce. Wpadłam wówczas w wielki zachwyt, któremu dziś trochę się dziwię. Wnioskuję zatem, że albo - co jestem w stanie zauważyć po paru latach - utwory tej autorki wypadają raczej blado na tle mnóstwo innych, których powstało i powstaje coraz więcej, albo "Wyścig ze śmiercią" nie należy do jej najlepszych powieści. Co jednak wcale nie znaczy, że nie nadaje się na umilacza czasu, szczególnie dla osób, które gustują w thrillerach z nutką romansu.

Aby poznać bohaterów "Wyścigu ze śmiercią", czytelnik musi przenieść się na Florydę, na wyspę Key West określaną zazwyczaj mianem raju. Problem w tym, że warte uwagi widoki i iście wakacyjny klimat nie wystarczą, by pobyt na tej wyspie przypominał sielankę - co bowiem z bezpieczeństwem? Tak się właśnie składa, że miejscowa policja ma urwanie głowy - z dnia na dzień znikają i giną różni ludzie. Nieco wcześniej, bo parę miesięcy przed akcją właściwą, zaginęła pastor Rachel Howard, siostra Elizabeth Ames, ponadtrzydziestoletniego doradcy rodzinnego, rozwódki po załamaniu nerwowym, która aby odnaleźć Rachel, przeprowadza się na Key West i rozpoczyna prywatne śledztwo u boku byłego gliny, Ricka. Czy zniknięcie pastor ma związek z obecnymi wypadkami? Czy kobieta żyje? Kto stoi za okrutnymi morderstwami i sieje postrach wśród okolicznych mieszkańców i turystów?

Dochodzenie w sprawie powyższych przestępstw prowadzą równolegle: Liz i Rick (oboje samotni, więc bez problemu można się domyślić, jak zakończy się ich znajomość), Val, policjant, a zarazem najlepszy przyjaciel Ricka, oraz Carla, podwładna Vala, która marzy o dokonaniu czegoś niebywałego i rozkwicie policyjnej kariery. Z powodu braku zażyłości pomiędzy nimi wszystkimi każdy szuka jakichkolwiek śladów prowadzących do zabójcy na własną rękę, zanurzając się w niebezpieczeństwie coraz głębiej. Poprzez liczne kłamstwa i sekrety wybuchają nieprzyjemne konflikty i wypływają cuchnące na kilometr wątpliwości, dlatego też czytelnik nie do końca wie, komu może zaufać i w czyją wersję zdarzeń uwierzyć.

Większość postaci pojawiających się w powieści Spindler została stworzona w taki sposób, by intrygować i jednocześnie siać niepewność. Każda z nich odznacza się albo nieciekawą przeszłością (Liz - nakrycie męża na zdradzie, rozwód, załamanie nerwowe i nieustająca walka z napadami paniki; Rick - utrata żony i syna oraz odejście z policji), albo wielkimi ambicjami, albo nietypowymi przekonaniami i "hobby". W wyniku niedoboru informacji, których autorka udziela przecież stopniowo, i dziwnych zachowań bohaterów, mnożą się podejrzenia i znaki zapytania, tym bardziej że na jaw wychodzą pewne morderstwa z motywem religijnym sprzed dwunastu lat, a także nielegalna organizacja młodzieżowa, coś na kształt sekty skupiającej się na cielesnych doznaniach i zażywaniu substancji psychoaktywnych. Jak widać, dzieje się sporo, można by rzec, że w "Wyścigu ze śmiercią" panuje tematyczny rozgardiasz łączący ze sobą tajemnicze zgony, sekty, religię, narkotyki i prostytucję, a na dodatek nad Key West nadciąga huragan. Na szczęście nadmiar wszelkich urozmaiceń fabuły nie jest czymś kłopotliwym czy powodującym u odbiorcy zagubienie. Wszystko się klei i ma sens.

Książkę czyta się błyskawicznie, gdyż Spindler nie rozwodzi się nad dłuższymi opisami, przemyśleniami czy analizą psychologiczną bohaterów. Można zauważyć, że operuje ona umiarkowanie bogatym zasobem słownictwa - akcję prowadzi szybko, prosto, konkretnie i na temat, w kilku zdaniach nakreślając gdzieniegdzie sytuacje życiowe najważniejszych postaci, nastrój panujący na Key West albo istotne fakty z historii wyspy. Taki styl pisania może satysfakcjonować czytelnika, jeśli ten lubi zaczytywać się w niewymagających solidnego myślenia thrillerach czy w ogóle książkach, lub też nie. Mnie, jako że z góry nastawiłam się na lekki kryminał właśnie, "Wyścig ze śmiercią" spodobał się, ale nie na tyle, bym do dnia dzisiejszego nie mogła się opędzić od myśli na jego temat. Fajnie, że tajemnica goni tutaj tajemnicę, a niektórzy bohaterowie przyprawiają człowieka o dreszcze, ale brakuje szerzej opisanej interwencji autorki w ich umysły, szczególnie tych, którzy stoją po złej stronie mocy. Po części dość szybko domyśliłam się, kto ponosi odpowiedzialność za brutalne zabójstwa, zatem w finale, gdy wszystko, łącznie z motywami, zostaje wyjaśnione, moja radość była niemała.

W swym utworze Erica Spindler bardzo wyraźnie ukazuje walkę dobra ze złem, która czasami odbywa się zbyt dosłownie, dosadnie i wymyka się spod kontroli, niestety. "Wyścig ze śmiercią" to thriller o ludzkich potworach i czcicielach zła, którzy nie cofną się przed niczym, by osiągnąć zamierzony cel. Nie bez znaczenia są przewijające się tutaj wątki religijne. Powieść tę zaliczam do całkiem udanych, aczkolwiek niepozbawionych wad, i nieprzesadnie absorbujących, ale z napięciem. Na dwa popołudnia bądź wieczory i do szybkiego zapomnienia. Można się zapoznać.

Za egzemplarz recenzencki uprzejmie dziękuję wydawnictwu Mira.
Recenzja napisana dla portalu IRKA.

wtorek, 27 maja 2014

"Motyl" - Lisa Genova

Tytuł oryginału: "Still Alice".
Tłumacz: Łukasz Dunajski.
Wydawnictwo: Filia, 2014.
Liczba stron: 424.
Rozpoczęcie lektury: 14.05.2014.
Zakończenie lektury: 16.05.2014.
Moja ocena: 8/10.

Lisa Genova to amerykańska felietonistka National Alzheimer's Association mogąca poszczycić się dyplomem z biopsychologii i tytułem doktora neurologii zdobytym na Uniwersytecie Harvarda. Wyjątkowe zainteresowania oraz wykształcenie umożliwiły jej napisanie trzech powieści obyczajowych, które zostały bardzo dobrze przyjęte przez rzesze odbiorców.

"Motyl", debiut pisarki, to książka, na którą zwróciłam uwagę jakieś dwa lata temu i od tamtej pory niecierpliwie czekałam na możliwość jej przeczytania. Poznało ją wielu czytelników i napisano o niej już chyba wszystko. Dzięki licznym pozytywnym opiniom na jej temat oraz zarysowi jej treści, od samego początku byłam przekonana, że powieść przypadnie mi do gustu. I nie myliłam się. Historia Alice Howland, u której przedwcześnie zdiagnozowano Alzheimera, była moim pierwszym tak bliskim spotkaniem z tą właśnie nieszczęsną chorobą. Cieszę się więc, że miałam okazję uzyskać nieco istotnych informacji na jej temat. Informacji wcale nie wyssanych z palca, lecz wyniesionych z osobistych badań autorki. Mimo że utwór jest fikcją, sprawia wrażenie opartego na faktach i przedstawia sytuacje, z którymi chorzy na Alzheimera i ich bliscy mają do czynienia naprawdę.

Wspomniana wyżej Alice ma pięćdziesiąt lat i jest wybitnym wykładowcą psychologii na Uniwersytecie Harvarda. Uwielbia swoją pracę. Jej mąż, John, również jest naukowcem, a każde z ich dorosłych już dzieci obrało właściwe sobie cele życiowe - Anna została prawniczką, wyszła za mąż i teraz pragnie zajść w ciążę, Tom został lekarzem, a Lydia, taki trochę wolny ptak, marzy o aktorstwie, co bardzo nie podoba się jej matce. Ale już wkrótce Alice ma większy powód do zmartwień aniżeli niechęć Lydii do pójścia na studia. U kobiety pojawiają się bowiem pierwsze oznaki utraty pamięci - umknięcie jakiegoś słowa podczas wygłaszania przemówienia, zostawienie telefonu w restauracji czy chwilowa niemożność trafienia ze znanego jej miasta do domu. Po krótkich napadach paniki bohaterka składa to wszystko na karb zbliżającej się menopauzy. Dopiero po wizycie u lekarza, szczegółowych badaniach i neuropsychologicznych testach Alice zostaje zaznajomiona z diagnozą, która brzmi: choroba Alzheimera.

Mówi się, że Alzheimer to jedna z gorszych, jeśli nie najgorsza z chorób dotykających człowieka. Odbiera ona przecież wszystko - nie tylko jego zdrowie, ale i tożsamość. Odczłowiecza go. Można też powiedzieć, że równocześnie choruje na nią więcej niż jedna osoba - bezpośrednio chory, a pośrednio jego rodzina i przyjaciele, którzy nie mogą sobie poradzić ze świadomością utraty kogoś bliskiego w tak okrutny sposób, niesieniem jemu pomocy lub z obiema tymi rzeczami naraz.

Akcja "Motyla" obejmuje okres od września 2003 roku do lata 2005 roku. Poszczególne miesiące i rozdziały książki ukazują w dość dużym skrócie, ale za to dosadnie najważniejsze wydarzenia z życia Alice, w tym przede wszystkim przebieg jej choroby, która wraz z pamięcią zabiera kobiecie radość, podstawowe zdolności potrzebne do normalnego funkcjonowania, pracę, a także przypina jej łatkę samotniczki i wariatki. Tak długo, jak tylko potrafi, bohaterka przypomina sobie o ulubionych słowach nieżyjącej matki mówiących o tym, że chociaż motyle żyją krótko - niektóre dzień, inne może kilka dni - robią to cudownie. W szczęśliwych chwilach Alice jest właśnie takim motylem i pragnie być nim jak najdłużej. W tych gorszych jednak, a z biegiem czasu przybywa ich coraz więcej, zarówno ona, jak i jej bliscy, niczym mantrę powtarzają pytania typu "kiedy?", "ile czasu?", "czy zdąży?", "kiedy znów o czymś zapomni?", "czy uniknie współczucia?". W ich umysłach zaczynają rządzić niepewność i zagubienie. Alice nie może się opędzić od przerażających wizji przeszłości, jest zdolna nawet do tego, by zaplanować samobójstwo.

Postać Alice Howland to postać niezwykle wiarygodna, której nie można nie współczuć i nie wylewać z jej powodu ukradkowych łez. Co jest niewątpliwie jednym z największych plusów powieści Genovy, to fakt, iż z jej treści ulatują i zastygają w powietrzu bardzo wyczuwalne zmiany, jakie zachodzą w głównej bohaterce. Czytelnik jest świadkiem przeistaczania się inteligentnej i pewnej siebie psycholog w zagubioną i bezbronną dziewczynkę. I to w bardzo krótkim czasie. Coś takiego niesie ze sobą ogromny smutek, ból i niedowierzanie. Szokuje, bo objawy choroby Alzheimera mają wydźwięk negatywny zahaczający o przerażenie. Szokuje, bo nie sposób im zapobiec.

Nie zawiodłam się na utworze Lisy Genovy. Czego nie mogę napisać o osobie odpowiedzialnej za jego korektę, która dopuściła do pozostawienia w tekście rażącego błędu ortograficznego w wyrażeniu "piwo, którego naważyła". Poza tym znalazło się też w nim trochę literówek. Lektura "Motyla", mimo że była dla mnie nowym i wartościowym doświadczeniem, z całą pewnością nie była przeżyciem radosnym i przyjemnym, wręcz przeciwnie - pełnym uczucia bezradności, smutku, żalu i niedowierzania. Cała historia Alice mocno zapada w pamięć, ale jest w niej kilka szczególnych scen, które robią to i wzruszają ze zdwojoną siłą. Jestem wdzięczna autorce, że znalazła w swej powieści sporo miejsca na miłość, odwagę i rodzinne wsparcie, bez których stanięcie twarzą w twarz z chorobą byłoby chyba niemożliwe lub zakończyłoby się szybką rezygnacją chorego z walki o własne ja, a co za tym idzie, świadomą - przynajmniej przez pewien czas - życiową klęską. Warto o tym pamiętać. Wspaniała książka. Głęboko wierzę, że o "Lewej stronie życia" czy "Kochając syna" Genovy będę mogła kiedyś napisać to samo.

sobota, 12 kwietnia 2014

"Zaklinacz czasu" - Mitch Albom

Tytuł oryginalny: "The Time Keeper".
Tłumacz: Nina Dzierżawska.
Wydawnictwo: Znak, 2014.
Liczba stron: 288.
Rozpoczęcie lektury: 29.03.2014.
Zakończenie lektury: 30.03.2014.
Moja ocena: 7/10.

Mitchell David "Mitch" Albom to amerykański autor bestsellerów, dziennikarz, dramatopisarz, scenarzysta i muzyk. Nieobca jest mu też działalność charytatywna - do tej pory założył i zorganizował takie grupy wolontariuszy i fundacje dla potrzebujących dzieci, jak "The Dream Fund", "A Time to Help" i "A Hole in the Roof". Do najpopularniejszych jego książek należą między innymi "Wtorki z Morriem" (oparta na faktach), "Pięć osób, które spotykamy w niebie" i "Jeszcze jeden dzień". Pisarz porusza w swych utworach tematykę skłaniającą odbiorcę do refleksji - zazwyczaj jest to śmierć, choroba, miłość czy po prostu nadzieja.

Jedna z nowszych powieści tego autora, "Zaklinacz czasu", zabiera czytelnika w podróż - trochę magiczną, trochę bajkową - której celem jest nieco inne spojrzenie na coś, co towarzyszy człowiekowi na każdym jego kroku, w każdym miejscu, o każdej porze, czyli poczucie czasu. Poprzez sensownie przeplatające się historie trzech osób - żyjącego przed tysiącami lat Dora oraz współczesnych Victora i Sarah - Albom zwraca uwagę na to, w jaki sposób powstał czas, kiedy miały miejsce jego pierwsze pomiary, a także w jaki sposób nabrał on wartości, a jednocześnie stał się przekleństwem.

Sarah Lemon, typową nastolatkę z kompleksami, poznajemy w momencie, gdy dziewczyna szykuje się na spotkanie z chłopakiem, w którym nie tak dawno zdążyła się zakochać (jak na razie bez wzajemności). To bardzo nowoczesna postać, podatna na "cierpienia" dotykające młodych ludzi, w tym przede wszystkim odrzuconą miłość. Kiedy jej plany względem Ethana nie zostają zrealizowane z pewnych powodów, w głowie Sarah pojawiają się pierwsze myśli samobójcze. Z kolei Victor Delamonte, bogaty starzec umierający na raka, nie ma najmniejszego zamiaru kończyć z życiem. Dzięki nowoczesnej technice wpada na - jak mu się wydaje - genialny pomysł, który pozwoli mu przechytrzyć uciekający czas. I właśnie wtedy, w tych krytycznych momentach życia obojga bohaterów, ich drogi krzyżują się ze ścieżką wydeptaną przez żyjącego tysiące lat Dora, człowieka, który jeszcze przed Egipcjanami i Grekami wynalazł czas. Ma on za zadanie odwieść Sarah i Victora od ich niefortunnych decyzji, ale... jak tego dokonać?

Do twórczości Coelho odwoływać się tu nie będę, bo nie trzymałam w ręku jeszcze ani jednej jego książki. "Zaklinacz czasu" czyta się dobrze, rzeczywiście przyczynia się on do snucia rozważań na istotne tematy, nie podziałał jednak na mnie tak mocno, ażebym miała zmienić swoje dotychczasowe życie, co, jak głoszą slogany reklamujące ów tytuł, wielu czytelników po jego lekturze zdołało zrobić. W powieści nie brakuje śladów fantastyki, ale wszystko jest ładnie i zgrabnie opowiedziane. Utwór wzrusza i zachwyca wspaniałym zakończeniem. Ma charakter przypowieści, takiej z przesłaniem, które choć banalne, nie przeszkadza, lecz cieszy oko. Myślę też, że "Zaklinacz czasu" sprawdziłby się jako opowieść czytana na głos przez jedną osobę dla drugiej - wieczorami, przed snem, niczym bajka z elementami biblijnymi, delikatnego napięcia i oddziałującymi na różne emocje odbiorcy, począwszy od radości, przez zaciekawienie i przerażenie, aż po smutek i żal.

Fabuła książki Alboma sprowadza się do jednego - czasu i jego znaczenia. To zjawisko zwane czasem wchodzi w skład nienaruszalnej wręcz struktury życia każdego z nas. Może być dla nas zbawieniem, ale i utrapieniem. Szczęściem, ale i pechem. Zwracamy na niego uwagę i odmierzamy go nieustannie. Jesteśmy w szkole - odliczamy minuty do następnej przerwy lub do końca zajęć. Jesteśmy w pracy - nie możemy się doczekać końca zmiany i powrotu do domu. Planujemy w godzinach popołudniowych zrobić zakupy, obiad i pomóc dziecku w odrobieniu lekcji. Denerwujemy się, gdy w ciągu następnych kilkudziesięciu minut musimy zrobić to, to i jeszcze tamto. Ostrożniejsi z nas przypominają sobie raz po raz słynne przysłowie "gdy się człowiek spieszy, to się diabeł cieszy", ale bardzo często nawet im nie jest łatwo przeciwstawić się temu powiedzeniu. Spieszymy się dla przyjemności. Spieszymy się, bo możemy nie zdążyć. Spoglądamy na zegarek noszony na ręce, wiszący na ścianie, na telefon komórkowy czy komputer, który przecież także pokazuje, którą mamy godzinę. Istnieją nikłe szanse na to, abyśmy potrafili odmierzać czas (bo o nieodmierzaniu nie ma w ogóle mowy) jakoś inaczej, bez większego napięcia, jak w popularnej piosence Andrzeja Rybińskiego, "Nie liczę godzin i lat".

Dzisiejsze czasy to jeden wielki pośpiech - pośpiech nie do ogarnięcia. Ale, jak sugeruje powieść Alboma, choć przeciętny człowiek i bez niej doskonale zdaje sobie z tego sprawę, warto na chwilę przystopować, odetchnąć, dać się ponieść przyjemnościom i radościom wynikającym ze zwykłej codzienności i bliskości drugiej osoby, której nie zawsze doceniamy; stawić czoła problemom i bólowi - choć jest to niezwykle trudne, jest pewnego rodzaju wyznacznikiem ludzkiego istnienia; poczuć, że się żyje. Myślę, że niektórzy są w stanie to robić i robią to od czasu do czasu - po skończeniu dnia pracy czy szkoły - niestety są też i tacy, którzy nie wytrzymują presji, nie wiedzie im się tak, jak sobie kiedyś wymarzyli, dlatego decydują się targnąć na własne życie, co jest dla mnie aktem ani nie odważnym, ani nie tchórzliwym, lecz egoistycznym, w szczególności gdy ma się w otoczeniu kochające osoby lub chociaż takie, dla których nieobecność przyszłego samobójcy da się im w jakiś sposób we znaki. Szansę na zrozumienie tego ma właśnie bohaterka "Zaklinacza czasu", Sarah.

Na koniec dodam, że warto zwrócić uwagę na przerażającą wizję przyszłości wymyśloną przez Mitcha Alboma. Jest ona przedstawiona na zaledwie jednej stronie utworu, ale mimo to daje do myślenia i naprawa przejmującym smutkiem. To ona chyba najbardziej przemawia za tym, by korzystać z danego nam - obecnego - życia pełnymi garściami, zanim przekształci się ono w jeszcze bardziej "uczasowione", bezbarwne i bezduszne.

sobota, 5 kwietnia 2014

"Zaczekaj na mnie" - J. Lynn

Tytuł oryginalny: "Wait for You".
Tłumacz: Barbara Kowalska.
Wydawnictwo: Amber, 2014.
Liczba stron: 384.
Oprawa: miękka.
Rozpoczęcie lektury: 26.03.2014.
Zakończenie lektury: 27.03.2014.
Moja ocena: 7/10.

J. Lynn to pseudonim Jennifer L. Armentrout "zarezerwowany" specjalnie dla powieści z nurtu new adult. Ta amerykańska pisarka specjalizuje się również w książkach młodzieżowych, które zahaczają o romans paranormalny, fantasy czy science-fiction. W Polsce, jeśli dobrze zauważyłam, zostało wydanych zaledwie kilka jej utworów - trzy z cyklu Lux oraz "Zaczekaj na mnie" otwierająca serię o tym samym tytule. To właśnie ten ostatni jest tematem niniejszej opinii. Opinii z przewagą pozytywów czy może negatywów, jak było to w przypadku niedawno omawianej przeze mnie powieści "Tylko ty" Jasindy Wilder? Uspokajam - pod względem schematu obie są do siebie podobne - młodzi dorośli z problemami stają w obliczu miłości, która te problemy może im pomóc rozwiązać - ale jeśli chodzi o jakość, różnią się między sobą niemalże jak dzień i noc.

Avery Morgansten jest dziewiętnastoletnią dziewczyną z przeszłością, od której pragnie uciec, wyprowadzając się jak najdalej od rodzinnego Teksasu. Ale widmo wydarzeń z imprezy halloweenowej sprzed pięciu lat ciągle ją prześladuje. W dodatku bohaterka nie może się opędzić od mailowych i telefonicznych pogróżek kierowanych pod jej adresem... no właśnie, z jakiego powodu? Cameron Hamilton to supergość, przystojniak, jakich mało, no... chodzący ideał po prostu. Ale z biegiem czasu okazuje się, że i on nie jest tak kryształowy, jak na pierwszy rzut oka się wydaje. Ścieżki ich obojga krzyżują się, kiedy Avery z impetem wpada na Cama na uczelnianym korytarzu. Stopniowo zostają znajomymi, dobrymi sąsiadami, przyjaciółmi, a nawet kimś więcej, jak można się domyślić. Do czasu, gdy sekrety Avery rozrastają się do zdecydowanie zbyt wielkich rozmiarów i stają się jeszcze bardziej uciążliwym ciężarem.

Nietrudno jest odgadnąć, co takiego spotkało główną bohaterkę w przeszłości, ale autorka nie od razu wykłada kawę na ławę. Przybliża za to postać Avery - jej cierpienie, strach i nadzieje na lepsze, normalne życie, które pękają niczym bańki mydlane z błahych - jak na oko przeciętnego człowieka - powodów. Ta dziewczyna sporo przeszła, mając czternaście lat. A najgorsze w tym wszystkim jest to, że w tak trudnym dla niej okresie nie mogła liczyć na wsparcie najbliższych jej osób, rodziców, którym zależało tylko i wyłącznie na niezepsuciu wizerunku, niesplamieniu skandalami wpływowego, liczącego się w świecie "wyższych sfer" nazwiska. W ich przypadku postawa rodziców wobec własnego - i to potrzebującego - dziecka bardzo mnie oburzyła. Całe szczęście, że rodzina Camerona nie okazała się złożona z samolubnych potworów, bo tego bym chyba nie zniosła.

Mimo wcześniejszych przeżyć Avery wykazuje zdolność do dzielenia się uczuciami z innymi osobami, ale nie przychodzi jej to łatwo i naturalnie. Przyjaźni się z Jacobem, zwariowanym, wiecznie napalonym, a przez to trochę nie do zniesienia, gejem, oraz Brittany, a także zakochuje się - ze wzajemnością - w Cameronie. J. Lynn w całkiem fajny sposób relacjonuje o ich rozkwitającym związku, począwszy od nietypowych i zabawnych spotkań, upór Cama, przez pierwsze zauroczenie, randki, pocałunki, tęsknoty, aż po szczęśliwy finał, poprzedzony oczywiście problemami wynikającymi z tajemnic Avery, nieporozumień czy braku zaufania. Jak to w tego typu książkach bywa, nie może być przez cały czas idealnie, prawda? Autorka pisze ciekawie, swobodnie (ale nie byle jak), sensownie i, co bardzo ważne, z poczuciem humoru. Żeby nieco uciszyć głosy demonów traumy, z którą borykają się bohaterowie, J. Lynn zaopatruje ich - a zwłaszcza Camerona - w dość duże zasoby dobrego humoru, przez co wiele opisywanych w utworze "Zaczekaj na mnie" sytuacji i dialogów jest naprawdę śmieszna i wywołuje uśmiech na twarzy czytelnika. Cieszę się też, że pisarka - w porównaniu do Jasindy Wilder - wykazała się umiarem podczas kreowania scen intymnych. W jej powieści one nie męczą, nie przytłaczają, nie drażnią.

Wątków pobocznych - tych poza perypetiami miłosnymi duetu Morgansten-Hamilton - nie ma tutaj przesadnie wiele, a jednak książka nie nudzi, ciągle coś się w niej dzieje - są imprezy, wyjazdy do rodzin, spotkania z przyjaciółmi, choroby, a nawet wzmianki o opiekowaniu się domowym zwierzątkiem, jakim jest... żółw. Życie studenckie opisane jest raczej powierzchownie, ale pewnie dzięki temu właśnie robi pozytywne wrażenie.

Całość czyta się szybko i przyjemnie mimo - to już chyba "tradycja" wydawnictwa Amber - licznych literówek pojawiających się w tekście. Książka "Zaczekaj na mnie" bawi, wzrusza i niesie nadzieję. Niełatwa walka bohaterów z przeciwnościami losu, ich siła, cierpliwość i umiejętność podejmowania ryzyka udowadniają, że człowiek jest w stanie się podźwignąć, oderwać się od ponurych, przygnębiających myśli i zbudować nowe życie - wpuścić do umysłu trochę optymizmu, zakochać się, zaufać, przebaczyć, poczuć się bezpiecznie. J. Lynn stworzyła miłą dla oka historię miłosną i poruszającą opowieść o przemianie Avery z zagubionej nastolatki w pewną siebie kobietę. Myślę, że warto przyjrzeć się jej bliżej.

Za egzemplarz recenzencki uprzejmie dziękuję wydawnictwu Amber.
Recenzja napisana dla portalu IRKA.

środa, 26 marca 2014

"Tylko ty" - Jasinda Wilder

Tytuł oryginału: "Falling Into You".
Tłumacz: Julia Wolin.
Wydawnictwo: Amber, 2014.
Liczba stron: 304.
Oprawa: miękka.
Rozpoczęcie lektury: 19.03.2014.
Zakończenie lektury: 20.03.2014.
Moja ocena: 4/10.

Do cieszących się dużą popularnością w ostatnich latach książek o wampirach, wilkołakach, aniołach, upadłych i podobnych istotach oraz powieści erotycznych dołączyła niedawno literatura reprezentująca falę new adult przeznaczoną dla odbiorców, których można określić mianem młodych dorosłych. Takie też osoby - w przedziale wiekowym 18-25 lat - są bohaterami tych właśnie utworów. To jedna z charakteryzujących ich cech. Do innych należą obowiązkowa historia miłosna oraz jakaś tragedia, z ciężarem której boryka się przynajmniej jeden z bohaterów książki - może to być wypadek, śmierć kogoś bliskiego czy traumatyczne dzieciństwo. Jeśli dobrze sobie przypominam, do tej pory było mi dane poznać zaledwie dwie powieści, które można zaliczyć do nurtu new adult - "Jeśli zostanę" autorstwa Gayle Forman i "Tak blisko..." Tammary Webber. Tak jak ta pierwsza podobała mi się bardzo, tak ta druga okazała się już co najwyżej niezła. Ale najgorzej wypadł trzeci utwór, "Tylko ty" Jasindy Wilder, który miałam okazję przeczytać przed kilkoma dniami. Miał on wzruszać, sprawiać ból i nieść nadzieję, a tymczasem pod tymi obietnicami kryje się niespecjalnie wyróżniająca się opowieść o miłości pomiędzy wiecznie niezdecydowanymi ludźmi i o seksie.

Główną bohaterką jest tutaj Nell Hawthorne, urocza - jakżeby inaczej! - dziewczyna, rozdarta uczuciowo między dwoma chłopakami, Kyle'em Calloway'em, i jego starszym o pięć lat bratem, Coltonem. W wieku osiemnastu lat w wyniku tragicznego wypadku traci ukochanego Kyle'a, ale z jego śmiercią nie potrafi się pogodzić jeszcze w ciągu kolejnych dwóch lat. Wówczas na jej drodze staje Colton, całkowite przeciwieństwo zmarłego, twardziel z niełatwą przeszłością, którego największymi pasjami są mechanika, śpiew i gra na gitarze. To właśnie on bierze sobie na cel postawienie Nell na nogi, ale szybko przekonuje się, że jego miłość do dziewczyny jest tak samo silna jak jej niechęć do przeżywania żałoby po Kyle'u, którą dusi w sobie, doprowadzając w ten sposób swe życie niemalże do ruiny.

Przyznam, że nie spodobało mi się to, w jaki sposób Wilder pokierowała losami Nell - upchnęła w jej postaci zbyt dużo negatywnych cech, przeobrażając dziewczynę z dobrego domu w nieuporządkowaną, samookaleczającą się i mającą problem z nadużywaniem alkoholu (whisky) młodą kobietę. Ja rozumiem, że każdy człowiek inaczej przeżywa śmierć bliskiej osoby, ale przypadek Nell jest co najmniej nadzwyczajny pod tym względem. A Colton, który ma przywrócić przyjaciółkę do normalności, nauczyć ją cierpieć, jakoś specjalnie mocno się nie wysila. Właściwie jego rady kończą się na powtarzaniu w kółko tych samych zdań typu "uwolnij ból", "przestań się obwiniać" etc. Do tego dochodzą te nieustające wątpliwości bohaterów. Duet Nell-Kyle był do zniesienia - reprezentował sobą taką typową nastoletnią miłość romantyczną, o której czytało mi się całkiem dobrze, pomijając jednak fragmenty, w których Nell entuzjazmowała się wszystkim dookoła słowami "o Boże, o Boże, o mójboże!". Myślałam, że z nich wyrośnie, ale gdzie tam - kilka lat później owo powiedzonko nadal jest jednym z jej ulubionych... A duet Nell-Colton skupia się na słownych przepychankach udowadniających, który z bohaterów jest gorszy, głupszy, posiada smutniejszą przeszłość i ma rację podczas danej wymiany zdań.

Działają na nerwy próby ucieczki obojga od miłości, które jednak wychodzą im nieco lepiej od ucieczki od pożądania. Sceny łóżkowe zajmują czasem dobre kilka stron książki, bo albo są przegadane (i w efekcie do stosunku seksualnego nie dochodzi), albo opisane bardzo dokładnie, tak jak ma to miejsce w popularnych powieściach dla dorosłych zapoczątkowanych słynną trylogią o Grey'u. Ogromnym minusem utworu "Tylko ty" są jego podobieństwa do "Pięćdziesięciu twarzy Grey'a", które miałam tę nieprzyjemność poznać. To, że bohaterowie wykreowani przez Wilder ciągle się rumienią, zdołałam jakoś przełknąć, gorzej zrobiło się, kiedy okazało się, że Nell uparcie lubi zagryzać wargę, co strasznie kręci Coltona, a fatalnie - gdy obojgu zachciewało się dzikiego seksu z rozkazywaniem i klapsami włącznie. "- Boże, Nell. Jesteś niesamowita. Taka piękna. Uwielbiam to, jak podnosisz dla mnie pupę. Uwielbiam odgłosy, jakie wydajesz, kiedy dla mnie dochodzisz. Uwielbiam twoją bladą skórę i jasne loki (...)
- Mocniej, Colton.
Ma przymknięte oczy, na usta wypełza mu uśmieszek.
- Chcesz mocniej?!
- Tak, kotku, chcę mocniej.
- Jak mocno?
- Bardzo mocno.
- Poproś mnie, żebym zerżnął cię mocniej, dziewczynko-Nelly"* (w oryginale ów zwrot brzmi "Nelly-baby", więc, jak widać, tłumaczka się nie popisała). Czy tylko ja nie wiem, czy śmiać się, czy płakać, gdy to czytam?

Pozytywną stroną powieści natomiast jest ta muzyczna, jeśli można to tak ująć. Zarówno Nell, jak i Colton, dobrze czują się w świecie muzyki, bywa nawet, że porozumiewają się za jej pośrednictwem. Wszelkie utwory, jakich słuchają bądź jakie wykonują, pisarka zebrała w liście zamieszczone na końcu książki. W trakcie pisania niniejszej recenzji przesłuchałam je wszystkie i było to dla mnie ciekawe i przyjemne doświadczenie.

"Tylko ty" jest lekturą przewidywalną, zwłaszcza jeśli weźmie się pod uwagę jej zakończenie. Niewiadomą pozostają wydarzenia mające miejsce pomiędzy tragiczną śmiercią Kyle'a a ostatnim rozdziałem, ale i one sprawiają wrażenie wciśniętych do fabuły jakby znienacka i opisane są raczej ogólnie, w dużym skrócie. To samo praktycznie można napisać o bohaterach, których nie dość, że jest jak na lekarstwo, to na bieżąco, w postaci jedno- lub kilkuzdaniowych wtrąceń czytelnik dowiaduje się, co zrobili i dlaczego albo w co są ubrani i dlaczego właśnie tak, jakby autorka na poczekaniu wymyślała dla nich dodatkowe cechy charakteru, zachowania czy wydarzenia, w jakich brali oni udział, ażeby ich życiorysy wyglądały na bardziej interesujące i dramatyczne. Mało rzeczy się dzieje, przeważają tutaj rozmowy i rozmyślania Nell I Coltona, które, jak już wcześniej wspomniałam, nie zawsze grzeszą sensownością i inteligencją.

Pomimo wszelkich wad książkę Wilder czyta się szybko. I raczej nie można jej nazwać nudną, choć fragmenty o takim obliczu się zdarzają. Określiłabym ją za to mianem dołującej. Pisarka zadedykowała ją ludziom, którzy stracili ukochane osoby i cierpieli. Ale ja bym im jej nie poleciła, bo zamiast podnieść na duchu, utwór "Tylko ty", owszem, jest w stanie wzruszyć, ale na ogół przygnębia, irytuje banalnymi pseudoporadami i sugeruje, że najlepszym ukojeniem wewnętrznego bólu (przeważnie na chwilę) jest seks. Tak to odebrałam, niestety. Ot, taki to harlequin dla młodszych czytelniczek, ja jednak spodziewałam się czegoś innego - może więcej romantyzmu, pogody ducha, ale przede wszystkim głębszej treści. Spod pióra Jasindy Wilder wyszło już kilkanaście albo chyba nawet koło trzydziestu pozycji literackich, w tym "Falling Into Us", której główną bohaterką uczyniła Beccę, przyjaciółkę Nell, ale nie wydaje mi się, bym w przypadku jej wydania w Polsce po nią sięgnęła. Niech będzie to gratką dla miłośniczek literatury new adult, do której ja jeszcze się nie przekonałam. Ciekawe, czy kiedyś to nastąpi?

*s.266

Za egzemplarz recenzencki uprzejmie dziękuję wydawnictwu Amber.
Recenzja napisana dla portalu IRKA.

sobota, 22 marca 2014

"Wysłanniczka" - Stephen Miller

Tytuł oryginału" "The Messenger".
Tłumacz: Anna Esden-Tempska.
Wydawnictwo: Muza, 2014.
Liczba stron: 448.
Oprawa: miękka ze skrzydełkami.
Rozpoczęcie lektury: 15.03.2014.
Zakończenie lektury: 18.03.2014.
Moja ocena: 7/10.

"Wysłanniczka" jest szóstą i najnowszą powieścią urodzonego w 1947 roku w Karolinie Północnej pisarza, aktora filmowego i telewizyjnego, Stephena Millera. Opatrzona imponującą bibliografią, porusza tematykę terroryzmu z użyciem broni biologicznej, która charakteryzuje się nie tylko niskimi kosztami produkcji, ale i bardzo dużą skutecznością. Na przykładzie epidemii wywołanej zmodyfikowanym wirusem ospy Miller przedstawia - oczywiście fikcyjną - historię ludzi dotkniętych chorobą, walczących z nią, a także tych, którzy przyczyniają się do jej rozprzestrzenienia się w wielu państwach na całym świecie.

Wśród tych ostatnich jest główna bohaterka książki, Daria Vermiglio, młoda kobieta pochodząca z Bliskiego Wschodu. Pozbawiona dobrego, łatwego dzieciństwa i rodziny, przepełniona nienawiścią do krajów Zachodu, decyduje się na samobójczy akt, w którym ma zamiar pociągnąć za sobą w stronę śmierci jak najwięcej osób. Ku jej zdumieniu, jej "szefostwo" nie przygotowuje dla niej ładunków wybuchowych, za pomocą których mogłaby wysadzić się w powietrze na dworcu kolejowym, lecz niepozornego wirusa pewnej potężnej choroby zakaźnej. Zainfekowana, siejąca zarazę poprzez dotyk, a nawet samą swoją obecność, udaje się do Stanów Zjednoczonych, gdzie rozpoczyna misję "ulepszania" świata. Dość szybko jednak zdaje sobie sprawę z tego, że nie każdy człowiek na kuli ziemskiej zasługuje na śmierć. Owszem, jest ona nieunikniona, ale nie zawsze przecież przychodzi tak szybko i nie zawsze wiąże się z bólem i cierpieniem wywołanym przez chorobę, która już od wielu lat nie powinna istnieć, prawda?

Ospa prawdziwa, zwana również czarną ospą, jest jedną z dwóch chorób zakaźnych, które doczekały się eradykacji. Stało się to w roku 1980. Ale wcześniej wielokrotnie przyczyniała się do śmierci milionów ludzi, a także znalazła swe zastosowanie jako broń biologiczna, nic więc dziwnego, że to, o czym opowiada "Wysłanniczka", nabiera kształtu wiarygodności. I tak, jest przerażające, zwłaszcza gdy pomyśli się, że na wirusa - niewidzialnego zabójcę - można by było natknąć się wszędzie i zupełnie nieświadomie. Tak właśnie dzieje się w przypadku wszystkich osób, które mają to nieszczęście zetknąć się z Darią, miłą dziennikarką przypominającą Natalie Portman (właściwie to autor ubzdurał sobie, że Portman mogłaby się wcielić w rolę Darii, gdyby "Wysłanniczka" przybrała postać filmu; trochę irytowały mnie tego typu wstawki, nieco natrętne, jakby Miller pisał scenariusz do filmu - czyżby pragnął, by takowy kiedyś powstał?), co, tak na marginesie, przeczy okładce thrillera, na której modelka wygląda jak skrzyżowanie Megan Fox z Justyną Steczkowską, i, prawdę pisząc, ta druga pasuje mi do wizerunku bohaterki dużo bardziej.

"Tak jakby chciała się trochę pogimnastykować, ostentacyjnie maszeruje między rzędami. Przesuwa dłońmi po oparciach foteli, niby dla łapania równowagi. To za ciebie, Amir, za ciebie, Ra'id, za mamę, za moje stracone dzieciństwo, za ludzi, którzy mieszkali w tym samym domu co ja, na mojej ulicy... za tych, którzy koczują w namiotach, za głód, za wszystkich, którzy zostali lub będą zabici"*. Daria Vermiglio jest żołnierzem prowadzącym cichą wojnę. Zatrutą strzałą, która ma ugodzić jak największą liczbę ludzi, najlepiej w miejscach wysokiego ryzyka (na lotniskach, w bankach, szkołach, centrach handlowych, bazach wojskowych) najistotniejszych miast Stanów Zjednoczonych, ale też nie tylko tych. I początkowo kobiecie całkiem nieźle to wychodzi. Jest bezwzględna, absolutnie antypatyczna, ale temu raczej nie należy się dziwić, przejawia nawet zachowania typowe dla złośliwego dziecka - ten człowiek jest dla mnie nadzwyczaj chamski i wredny, więc muszę dobić go jeszcze bardziej, dotykając go trzykrotnie, podając mu zainfekowane pieniądze i pokaszlując w jego otoczeniu. W przeciągu paru dni jednak w bohaterce zachodzą pewne zmiany. Obserwując potężne, pożerające człowieka żywcem miasta, takie jak Nowy Jork, oraz te mniejsze, biedniejsze, dostrzega problemy na tle rasowym i kontrast wynikający z przynależności klasowej ludzi, gardzi pogonią za pieniędzmi i modą i mimo że większość jej spostrzeżeń ma wydźwięk negatywny, jest też przerażająco prawdziwa; ciekawi czytelnika, a jednocześnie skłania go do refleksji.

Terrorystka stopniowo zaczyna wpuszczać do swego umysłu lęk i współczucie. Uświadamia sobie, że wyrządzana przez nią krzywda może sięgnąć zdecydowanie zbyt daleko. A na ratunek może być już za późno. "Tuż przed nią starsza kobieta pomaga wejść po stopniach swojemu pewnie ponadczterdziestoletniemu dziecku (...) Daria idzie dalej. Wstrzymuje oddech i stara się nie musnąć nawet ich siedzenia. Przechodzi do następnego wagonu, w nadziei, że jej śmiercionośna aura nie sięgnie tych dwóch kobiet"**. Tak, zaczyna zauważać ludzi, którzy niczym nie zawinili, nie podpadli ani jej, ani jej historii. Gubi się w swych domysłach, popełnia mnóstwo błędów, których potem żałuje, nie znaczy to jednak, że i dla niej można wyskrobać trochę współczucia. Zasługują na nie tylko i wyłącznie osoby, które nieświadomie zostały przez nią skazane na śmierć.

A także Sam Watterman, bohater, z udziałem którego toczy się równolegle do wyżej opisanych zdarzeń akcja związana z działalnością FBI i pochodnych nakierowaną na zapobieganie rozpowszechnianiu się epidemii zabójczej ospy. Wprawdzie rozdziały poświęcone pracy doktora Wattermana, specjalisty od broni biologicznej i ataków bioterrorystycznych, nie zrobiły na mnie jakiegoś szczególnego wrażenia, bo wydały mi się mało emocjonujące, to jednak osoba samego doktora zdołała mnie zainteresować. Właściwie dał się tutaj we znaki pewnego rodzaju tragizm jego postaci - zmuszony do współpracy nad szalejącym na świecie terroryzmem, mężczyzna zostaje odcięty od normalnego życia u boku żony, a coś takiego nie zwiastuje nic dobrego, niestety.

"Wysłanniczka" to udany thriller (z niezbyt świetnym jednak, nieco chaotycznym zakończeniem), którego lekturze towarzyszą od czasu do czasu strach, napięcie i wzruszenie. Na ogół jest ona przygnębiająca, no ale czego się spodziewać po tematyce, jaką porusza utwór Stephena Millera? Myślę, że warto po niego sięgnąć. Ale - i tutaj ostrzegam - wymagających czytelników może zniechęcić fakt, iż narracja powieści prowadzona jest w czasie teraźniejszym, z kolei miłośników mocno sensacyjnej akcji - jej dynamika reprezentująca raczej średni poziom.

*s.37
**s.138-139

Za egzemplarz recenzencki uprzejmie dziękuję wydawnictwu Muza.

czwartek, 27 lutego 2014

"Wiosenne dziewczęta" - Brandon W. Jones

Tytuł oryginalny: "All Woman and Springtime".
Tłumacz: Anna Zeller.
Wydawnictwo: Wielka Litera, 2014.
Liczba stron: 448.
Oprawa: miękka.
Rozpoczęcie lektury: 21.02.2014.
Zakończenie lektury: 24.02.2014.
Moja ocena: 7/10.

"Wiosenne dziewczęta" to dramat obyczajowy debiutującego pisarza i miłośnika sztuki, Brandona W. Jonesa. To przejmująca opowieść o nastoletnich Koreankach skrzywdzonych przez los, których "ścieżka przetrwania nie przecinała się ze ścieżką szczęścia"*. Jak autor zaznacza na wstępie, nie jest to utwór dla młodszych czytelników - tematyka polityki koreańskiej, seksu i prostytucji chyba mówi sama za siebie.

Czasy panowania Kim Dzong Ila. Gyong-ho (Gi) i Il-sun są sierotami mieszkającymi w sierocińcu dla dziewcząt. W wieku siedemnastu lat rozpoczynają pracę w szwalni pod okiem groźnego brygadzisty. Bohaterki są najbliższymi przyjaciółkami, mimo iż dzielą je widoczne gołym okiem różnice charakterów. Borykająca się z traumą z dzieciństwa, zamknięta w sobie Gi o wyglądzie chłopczycy jest wzorową i pracowitą obywatelką komunistycznej Korei Północnej, a w sytuacjach kryzysowych radzi sobie, uciekając obsesyjnymi myślami do świata matematyki. Z kolei piękna Il-sun jest buntownicza i pragnie korzystać z życia pełnią sił, nawet jeśli w jej kraju jest to zabronione. Obie mają to nieszczęście trafić na nieodpowiednich - okrutnych - mężczyzn, poprzez co zostają sprzedane do kapitalistycznej Korei Południowej, a później Stanów Zjednoczonych jako prostytutki. Niewola, jakiej doświadczą, zmieni ich życie - niekoniecznie na dobre, ale już na zawsze.

Jak na debiut, "Wiosenne dziewczęta" są naprawdę dobrą książką, choć styl pisarski Jonesa wymaga doszlifowania, by móc mówić o nim jako o jedynym w swoim rodzaju i wyrazistym. Rozdziały są krótkie, powieść czyta się jednym tchem nie tylko dzięki wciągającej fabule, ale i sprawnemu jej prowadzeniu - autor bowiem pisze rzeczowo, konkretnie, nie rozwodząc się nad szczegółami, choć od czasu do czasu przytacza ciekawostki z życia bohaterów pojawiających się w utworze. Utworze, który jest niezwykle realistyczny, dlatego też tak mocno oddziałuje na odbiorcę i jego emocje. Pisarz bez ogródek kreuje obrazy rygorystycznego życia mieszkańców Korei Północnej, które jest wręcz ściśle zdefiniowane i określone przez władzę i przypomina służbę Republice, Umiłowanemu Przywódcy, któremu przyszło sprawować w państwie najwyższy urząd po śmierci Wielkiego Wodza, Kim Ir Sena. Bohaterki wychowane według zadziwiających i oburzających zasad panujących w ich kraju, żyjące tylko dla niego, nie wiedzą praktycznie nic na temat reszty świata, dlatego po opuszczeniu pierwszego więzienia i trafieniu do następnego, czyli świata prostytucji i pornografii, tak bardzo uderza w czytelnika ich nieporadność i naiwność wynikająca z niewiedzy. A jeśli dodać do tego wszystko to, do czego są zmuszane, czyli wykonywania striptizu i uprawiania ohydnego seksu za pieniądze, smutek i współczucie dla dziewcząt stają się jeszcze większe i silniejsze.

Ludzie, z którymi muszą obcować Gi, Il-sun, a także poznane przez nie nieco później Cho i Jasmine, są na ogół źli, bezwzględni lub - w najlepszym przypadku - obojętni. Wśród nich wyróżnia się pan Choy, alfons wykorzystujący nieświadome charakteru pracy prostytutki i wynikających z niej zagrożeń młode kobiety z zagranicy. "Jego towarem były dziewczyny i żeby stać się głównym graczem na rynku, musiał kontrolować wszystkie aspekty tego przemysłu: porno w Internecie, filmy porno, gazety porno, burdele i kluby ze striptizem"**. Na przykładzie dwóch dziewcząt doskonale widać, jak były i są przez niego traktowane przedstawicielki płci pięknej: "Kobiety przywykły do prostego, surowego życia, więc można było je tanim kosztem wykarmić i utrzymać. Cieszyły się, że mogą mieszkać na zapleczu w magazynie, co oczywiście nic go nie kosztowało. Może nie były najbardziej atrakcyjnymi dziwkami, ale ciężko pracowały i miały sporo klientów. Kiedy już się zużyły, sprzedał je na żony zdesperowanym chłopom ze wsi. Z biznesowego punktu widzenia był to doskonały zwrot inwestycji!"***. Inną negatywną postacią w książce Jonesa jest pani Cha, burdelmama, która robi wszystko, by jak najdłużej czerpać korzyści z handlu ciałami jej "podopiecznych". To właśnie z powodu jej brutalnego postępowania cierpienie Il-sun osiąga niewyobrażalnie wielkie rozmiary i doprowadza ją do skraju rozpaczy i szaleństwa.

"Pomyślała o swoich niespełnionych marzeniach o żołnierzu, dziecku (...) Czy zakochanie się w niej, prostytutce, na zawsze pozostanie żartem? Była kobietą, której mężczyźni używali dla przyjemności, a potem się pozbywali. Była skalana, tknięta przez tylu mężczyzn. Czy kiedyś odzyska niewinność?"****. Takie i podobne myśli nie opuszczają Gi, Il-sun, Cho i Jasmine przez cały okres ich przebywania w niewoli. Ich dziecięce i nastoletnie pragnienia założenia rodziny oraz wykonywania spokojnej pracy nie zanikają, ale zaczynają przeplatać się z marzeniami o wolności. Wiara w to, że te drugie kiedyś się spełnią, niektóre osoby - zwłaszcza tak twarde i wytrwałe jak Gyong-ho - trzyma przy życiu.

Niewiarygodne, przerażające i przykre jest to, przez co musiały przejść bohaterki "Wiosennych dziewcząt" Brandona W. Jonesa. Nie do pomyślenia jest to, że coś takiego naprawdę przytrafiało się i zapewne nadal przytrafia wielu kobietom na całym świecie. Odzierane z godności, wolności i szczęścia, Gi i Il-sun niejednokrotnie potrafiły wyłapać, wychwycić dobre strony i plusy poniżającej pracy, takie jak posiadanie całkiem przyjemnego kąta do spania, otrzymywanie smacznego pożywienia, a nawet pieniędzy, które mogły wydać na kosmetyki lub ciuchy, oraz doświadczanie ciepła u boku mężczyzn-klientów, kiedy wokół panowały srogie warunki pogodowe. Tego typu zachowania i odczucia młodych kobiet może i zakrawały na paradoks, ale też były jednym z czynników gwarantujących ich dalszą egzystencję. Powieść wywołała we mnie mnóstwo emocji. Niepokoiła mnie i smuciła na przemian. Opisana w niej historia Gyong-ho, Il-sun i ich koleżanek zakończyła się wzruszająco, ale nie dla wszystkich dobrze. Tym bardziej czytelnik jest w stanie zapamiętać ją na długo. Warto poznać, polecam.

*s.221
**s.217
***s.218
****s.247

Za egzemplarz recenzencki uprzejmie dziękuję wydawnictwu Wielka Litera.
Recenzja napisana dla portalu IRKA.

niedziela, 23 lutego 2014

"Zimowa opowieść" - Mark Helprin

Tytuł oryginalny: "Winter's Tale".
Tłumacz: Maciej Płaza, Joanna Dziubińska.
Wydawnictwo: Otwarte, 2014.
Liczba stron: 696.
Oprawa: twarda.
Rozpoczęcie lektury: 14.02.2014.
Zakończenie lektury: 21.02.2014.
Moja ocena: 5/10.

Przebrnięcie przez książkę, która liczy sobie prawie siedemset stron - dość dużych, gęsto zadrukowanych stron - to nie lada wyczyn. Szczególnie gdy czytelnik nie do końca odnajduje się w gatunku literackim, który ów utwór reprezentuje. Dlatego jestem z siebie dumna. Cieszę się, że udało mi się przeczytać "Zimową opowieść" Marka Helprina od początku do końca, mimo iż raz po raz dopadało mnie zdezorientowanie i wyczerpanie. Nie spodziewałam się, że ta powieść będzie tak dużym ładunkiem fantastyki, z którą stykam się raczej rzadko. Okładkowy opis sugerujący, że odbiorca będzie miał do czynienia z przygodowym romansem, nieco mnie zmylił. Właściwie, nie jest rzeczą łatwą zakwalifikowanie "Zimowej opowieści" do jednego gatunku - można określić ją mianem przedstawicielki urban fantasy, realizmu magicznego, baśnią albo po prostu miszmaszem składającym się z tych oraz wielu innych gatunków, podgatunków i elementów literatury. Ale jedno jest pewne - osoba planująca lekturę książki Helprina musi lubić fantastykę. Chyba że chce zaryzykować (podobnie jak ja), wówczas albo z impetem wkroczy w niebanalny świat wykreowany przez pisarza, albo wykaże umiarkowane zainteresowanie jego obrazem, albo po kilkudziesięciu stronach odłoży powieść na półkę i już nigdy do niej nie wróci. To z całą pewnością niezwykły, specyficzny, ale i wysublimowany utwór.

Na dodatek wielowątkowy. Jego akcja została osadzona na przestrzeni około stu lat (głównie na początku i końcu XX wieku), w Nowym Jorku i jego okolicach. To właśnie miasto Nowy Jork jest głównym bohaterem "Zimowej opowieści". Miasto, jego piękno, przywary, imponująca potęga i zachodzące w nim zmiany. "Każdego dnia wyglądało inaczej. Czy to w ciemne, duszne, dymne popołudnia, czy to w powodziach deszczu, czy w jesienne dni, przejrzystsze niż kryształowy przycisk do papieru, czy w blasku słońca, czy w cieniu - miasto nigdy nie było takie samo"*. Sposób, w jaki autor wypowiada się na temat Nowego Jorku, przywodzi na myśl egzaltację. Z drugiej jednak strony gołym okiem widać, że kocha to miasto pomimo jego niedoskonałości. "W mieście były miejsca, w które wpadało się bez możności powrotu, pełne mrocznych snów i powolnego umierania, konających dzieci, cierpienia bez nadziei na łaskę i odkupienie, ostatecznego i wiecznego zatracenia (...) Nawet ci, co nie mieli szans na odkupienie, mogli zostać odkupieni, albowiem w mieście wszystko się równoważyło. Musiało się równoważyć"**. Kocha to miasto, bo jest ono czymś wyjątkowym, "jest żywą istotą, znacznie wspanialszą niż dym, światło i kamień (...) ono żyje i jeśli jest się cierpliwym, można dostrzec, że mimo bezprawia, brzydoty i gorączki jest ostatecznie sprawiedliwe i ostatecznie łaskawe"***.

Helprin potrafi pisać. Opowiadać niczym artysta malarz wyrażający jednym pociągnięciem pędzla więcej niż kilka słów. Jego styl jednak nie jest lekki, wręcz przeciwnie - skrupulatny, pełen barwnych epitetów, wymyślnych porównań ("dom nad jeziorem Coheeries jaśniał niczym świeca w papierowym kubeczku"****, "znieruchomieli jak jeleń w płonącym lesie, który unosi głowę ku najwyższym i najjaśniejszym płomieniom i jak zaczarowany spogląda w tunel białego światła"*****, "Mknęli tak szybko, że nie sposób już było dostrzec czegokolwiek na brzegu, wszystko zmieniło się w gładką białą smugę podobną do paska emalii na porcelanowej misce"******) i animizacji ("Lód był tak idealny, że niemal śmiał się z własnej doskonałości"*******). Na dłuższą metę jednak stosowanie tych wszystkich zabiegów staje się trochę nudne, momentami nawet dziwaczne i przesadzone. Zwłaszcza jeśli skupiają się one głównie na dwóch rzeczach - mieście i zimie. O, tak, książka niemalże ginie pod stertą śniegu i lodu wytworzonej dzięki silnym mrozom i wiatrom. Dominują w niej rozległe opisy i opowiastki zahaczające o magię, niewytłumaczalne zjawiska i filozofię. Dialogów, jak na tak dużą ilość stron, jest naprawdę niewiele.

Tempo akcji "Zimowej opowieści" jest raczej niespieszne i jednostajne. Wraz z pojawieniem się jakiejś postaci nadarza się okazja na przeżycie jedynej w swoim rodzaju przygody. A każda z tych przygód - mniej lub bardziej interesująca, szokująca, niepokojąca i zabawna - wiąże się z jakimś niecodziennym celem, na przykład przywracaniem zmarłych do życia czy dążeniem do sprawiedliwości. Utwór ten to praktycznie odzwierciedlenie odwiecznej walki dobra ze złem i niekończącej się nadziei na doświadczenie czegoś lepszego, na lepsze jutro. Bohaterowie (ci z krwi i kości) pojawiający się w powieści Helprina są bardzo zróżnicowani i odznaczają się rażącą indywidualnością - przemieszczający się w czasie włamywacz, Peter Lake, zafascynowany magnetyzmem barw szef gangu, Pearly Soames, chora na gruźlicę Beverly Penn, mistrzowska potęga wśród pracodawców, Harry Penn, nierozstająca się ze swym kogutem (imitującym kota) Sarah Gamely, posiadająca dar proroczych snów i wizji Virginia Gamely i inni. Śledząc losy tych postaci, ma się wrażenie, że nie są one zwyczajnymi ludźmi. Nie tylko dlatego, że dysponują intrygującymi darami czy mocami, ale też są elokwentni (niezależnie od tego, jak i gdzie zostali wychowani), a wydarzenia z ich udziałem sięgają czasami dobrego humoru (wędrówka Hardesty'ego Maratty z pechowym Jessem Honey'em) i absurdu (ekspresowe zakochanie się Petera i Beverly, Hardesty'ego i Virginii oraz Asbury'ego Gunwillowa i Christiany Friebourg, przy czym miłość tej ostatniej pary rozkwita podczas prowadzenia przez nią kilkumiesięcznych rozmów przez ścianę dzielącą jej mieszkania). Oprócz bohaterów typowo ludzkich i miasta Nowy Jork we znaki dają się jeszcze inni, bardzo istotni dla całego tego fantastycznego zawirowania opisywanego w "Zimowej opowieści" - Athansor, piękny biały koń, żwawy i żądny przygód niczym Maximus z "Zaplątanych"; jego umiejętności jednak wykraczają poza wszelkie wyobrażenia czytelnika, zapewniam; a także tajemnicza ściana chmur ciągle krążąca niebezpiecznie nisko nad miastem, chwytająca i porzucająca od czasu do czasu jakąś zagubioną duszę.

"Nic nie jest przypadkowe i nigdy nie będzie (...) Nic nie jest dane z góry, a jednak ustala się, było ustalone lub będzie. Czas nie ma tu znaczenia, bo i tak wszystko wydarzyło się równocześnie, krócej niż w okamgnieniu (...) Wszechświat jest nieruchomy i kompletny. Wszystko, co kiedykolwiek istniało, istnieje teraz; wszystko, co kiedykolwiek będzie istnieć, istnieje teraz - i tak dalej, we wszystkich możliwych kombinacjach"********. Stąd też ta zabawa czasem i igranie z nim w powieści Marka Helprina będącej gąszczem dających do myślenia lub przekombinowanych rozważań autora na temat ważnych wartości życia człowieka, oraz niejednoznaczności. Myślę, że każdy czytelnik nurkujący we wnętrzu tej książki zauważy bądź skupi się na innym, dla niego istotnym aspekcie - może być nim miłość (silniejsza niż śmierć), równowaga i sprawiedliwość na świecie, walka dobra ze złem, ludzki autorytet, mogą to być cuda, przemiany w mieście i na świecie czy zwyczajne piękno tkwiące w życiu każdego z nas.

"Zimowa opowieść" niewątpliwie ma swoje plusy i minusy, dobre (kiedy dawałam ponieść się historii i całkowicie wyłączałam z rzeczywistości) i złe (kiedy odpływałam myślami daleko poza jej treść) momenty, zaskakiwała mnie, nużyła, poruszała (im bliżej ostatniej strony, tym częściej, aczkolwiek samo zakończenie mnie rozczarowało) i bulwersowała na przemian, ale nie zafascynowała do tego stopnia, abym kilka dni po jej przeczytaniu nadal wspominała ją z wielką ekscytacją i wypiekami na twarzy. Czego nie mogę napisać o jej przepięknym wydaniu - zarówno w okładkę, jak i wyklejki, mogłabym wpatrywać się godzinami. Brawa dla wydawnictwa!

*s.70
**s.72
***s.542
****s.146
*****s.164
******s.168
*******s.225
********s.381

Za egzemplarz recenzencki uprzejmie dziękuję wydawnictwu Otwartemu.
Recenzja napisana dla portalu IRKA.

czwartek, 20 lutego 2014

"Zniewolony. 12 Years a Slave" - Solomon Northup

Tytuł oryginału: "Twelve Years a Slave".
Tłumacz: Martyna Plisenko.
Wydawnictwo: Replika, 2014.
Liczba stron: 320.
Oprawa: miękka ze skrzydełkami.
Rozpoczęcie lektury: 12.02.2014.
Zakończenie lektury: 13.02.2014.
Moja ocena: 7/10.

Niewolnictwo to okrutne i karygodne zjawisko społeczne. Niepojęte wręcz - zarówno dla mnie, jak i (zapewne) wielu innych osób. Zapoczątkowane jeszcze w starożytności istnieje po dziś dzień, przyjmując różne formy, takie jak handel dziećmi i kobietami. Do Stanów Zjednoczonych niewolnictwo dotarło w XVII wieku i utrzymało przez długi czas, szczególnie w stanach południowych. Zostało zniesione w 1865 roku po wojnie secesyjnej. Książka "Zniewolony. 12 Years a Slave", oparta na wspomnieniach Solomona Northupa, który w latach 1841-1853 miał to nieszczęście pracować jako niewolnik w Luizjanie, jest jednym ze świadectw bestialskiego traktowania ludności czarnej przez białą w tamtym właśnie okresie. Choć istnieje ich wiele, w tym bardzo znana "Chata wuja Toma", po raz pierwszy miałam okazję zagłębić się w tematykę niewolnictwa, która będzie we mnie wzbudzać niedowierzanie i przerażenie już chyba zawsze.

Solomon Northup przyszedł na świat w roku 1808. Kilkanaście lat później poślubił Annę Hampton, z którą miał trójkę dzieci. Był człowiekiem wykształconym, a co najważniejsze, wolnym. Zwabiony ofertą pracy związanej z grą na skrzypcach, którą uwielbiał, w towarzystwie dwóch mężczyzn udał się do Waszyngtonu, po czym został porwany i uwięziony w ciemnym lochu. "Musiało zajść jakieś nieporozumienie, jakaś nieszczęśliwa pomyłka. Nie mogło być tak, że wolny obywatel Nowego Jorku, który nikomu się nie naraził, który nie pogwałcił żadnego prawa, został potraktowany w tak nieludzki sposób! Jednakże im dłużej zastanawiałem się nad swoją sytuacją, tym bardziej utwierdzałem się w żywionych podejrzeniach. To była jednak okropna myśl! (...) Polecając się Bogu uciśnionych, złożyłem głowę na zakutych dłoniach i gorzko zapłakałem"*. Wraz z pierwszym przypływem niezrozumienia zaistniałej sytuacji i sprzeciwem Northup poznał gorzki smak bicza. Podróżując na Południe jako żywy towar na tanią siłę roboczą, coraz częściej natykał się na innych niewolników i ludzi wolnych, których spotkał podobny los. Do jego oczu cisnęły się cierpienie Murzynów i nieograniczona moc ich panów, którzy pozwalali sobie dosłownie na wszystko, zwłaszcza na nieludzkie postępowanie wobec swych pracowników.

Autor na dwanaście lat utknął w okolicach Bayou Boeuf, pracując dla kilku - lepszych i gorszych - panów. Sporządził krótkie, ale rzeczowe charakterystyki każdego z nich, dzięki którym czytelnik jest w stanie uświadomić sobie, kiedy i w czyim towarzystwie Northup doświadczał relatywnego szczęścia, a kiedy cierpiał katusze. Dziesięcioletnia praca na plantacjach bawełny, kukurydzy i trzciny cukrowej niejakiego Eppsa wiązała się z nieustanną chłostą, bardzo skromnym wyżywieniem i niekończącym się wysiłkiem, a co za tym idzie, zmęczeniem. Tylko raz w roku niewolnicy mieli okazję odpocząć, a było to w święta Bożego Narodzenia. "W czasie wolnych dni po Bożym Narodzeniu niewolnicy dostają przepustki i pozwala im się chodzić, gdzie chcą, w ramach określonej odległości; mogą też zostać i pracować na plantacji, za co otrzymują wynagrodzenie. Jednak bardzo rzadko zdarza się, by ktoś skorzystał z tej drugiej możliwości. W tym czasie można zobaczyć, jak niewolnicy spieszą we wszystkich kierunkach, a równie szczęśliwych śmiertelników nie znajdziesz na całej ziemi! To zupełnie inni ludzie niż ci, którzy pracują w polu; chwilowy odpoczynek, krótka ulga od strachu i od bata, skutkuje całkowitą metamorfozą ich wyglądu i zachowania. Spędzają czas na składaniu wizyt, przejażdżkach, odnawianiu starych przyjaźni albo, przy odrobinie szczęścia, dawnych uczuć, bądź zażywaniu wszelkich przyjemności. To jest <<życie na Południu>> przez trzy dni w roku tak, jak je widziałem - a po przeciwnej stronie trzysta sześćdziesiąt dwa dni zmęczenia, strachu, cierpienia i nieustannej pracy"**.

Mimo iż doskonale wiedziałam, jak długa była niewola Northupa zwanego Plattem, z każdą kolejną stroną książki "Zniewolony. 12 Years a Slave" budziła się we mnie nadzieja na to, że mężczyźnie wcześniej uda się z niej wyswobodzić. Że uda mu się wysłać list do rodziny, że spotka na swojej drodze kogoś, kto pomoże mu odzyskać wolność. Że cała ta sprawa z niewolą okaże się jedną wielką pomyłką. Tymczasem wszystko trwało nadal. Handel czarnymi ludźmi, kupowanie ludzi - swoją drogą, jak to w ogóle brzmi?! - było na porządku dziennym. Northup pisał o tym jakby od niechcenia, jakby to było najzupełniej w świecie normalne. Bo w oczach ówczesnych ludzi białych to było normalne. "Czy zgodnie z Deklaracją Niepodległości wszyscy ludzie rodzą się wolni i równi?
- Tak - powiedział Epps. - Ale wszyscy ludzie, a nie czarnuchy i małpy"***. Dla większości panów Murzyni byli właśnie czarnuchami i zwierzętami. Ludzkim bydłem. Ruchomościami osobistymi, które nawet mimo tego, że przynosiły zysk, były wykańczane fizycznie i psychicznie, pozbawiane sił do dalszej pracy. Biali ludzie może i czuli się wszechmocni, ale też niejednokrotnie odznaczali się w swych działaniach bezmyślnością.

Solomon Northup, choć kilka razy porządnie otarł się o śmierć, dożył dnia, w którym szczęście w postaci wiadomości o uwolnieniu spadło mu pod nogi. Wytrwał dzięki inteligencji, sile, pracowitości, skrzypcom, myślom o ukochanej rodzinie i modlitwom. Jego postać to doskonały przykład człowieka nie tylko dobrego i pomocnego, co wynika z niektórych jego wspomnień zawartych w utworze, ale przede wszystkim niedopuszczającego do siebie myśli o całkowitej utracie wolności, głęboko wierzącego w powrót do normalnego życia u boku bliskich, bez obawy przed zaspaniem do całodniowej pracy fizycznej i świstem bicza.

"Zniewolony. 12 Years a Slave" to wstrząsająca, nieprzesadnie brutalna, ale poruszająca lektura, której treść potrafi na długo zagnieździć się w umyśle czytelnika. Warto przyjrzeć się jej bliżej. Mam nadzieję, że równie warto poznać ekranizację, która powstała na jej podstawie i doczekała się aż dziewięciu nominacji do Oscara. Myślę, że przekonam się o tym już wkrótce.

*s.31
**s.199-200
***s.241

Za egzemplarz recenzencki uprzejmie dziękuję wydawnictwu Replika.
Recenzja napisana dla portalu IRKA.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...