Pokazywanie postów oznaczonych etykietą francuska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą francuska. Pokaż wszystkie posty

środa, 2 lipca 2014

"Ofiara" - Pierre Lemaitre

Tytuł oryginału: "Sacrifices".
Tłumacz: Joanna Polachowska.
Wydawnictwo: Muza, 2014.
Liczba stron: 352.
Oprawa: miękka ze skrzydełkami.
Rozpoczęcie lektury: 16.06.2014.
Zakończenie lektury: 22.06.2014.
Moja ocena: 7/10.

Pierre Lemaitre to urodzony w 1956 roku francuski pisarz i scenarzysta, autor kilku powieści kryminalnych. Po zdobyciu wykształcenia w takich dziedzinach naukowych, jak psychologia i edukacja dorosłych - literatura, kultura, komunikacja - w 2006 roku rozpoczął karierę pisarską. Jego utwory zdobyły wiele nagród, m.in. Prix du polar européen za europejski kryminał 2010 roku, CWA International Dagger 2013 i Nagrodę Goncourtów 2013.

"Ofiara" to trzecia (czwarta, jeśli wziąć pod uwagę nowelę, "Les grands moyens") część cyklu o Camille'u Verhoevenie, paryskim komisarzu policji ściganym przez ogromnego i bardzo brzydkiego pecha. Nie potrafię niczego sensownego napisać na temat części pierwszej, "Travail soigné", która nie została jeszcze wydana w Polsce (dziwna kolejność, tak swoją drogą), ale w porównaniu do "Alex", "Ofiara" wypada troszeczkę słabiej, jeśli chodzi o dynamikę fabuły. Rzeczą niefajną jest tutaj fakt, że brakuje wspomnianej już pierwszej części serii, gdyż ta najnowsza jest z nią powiązana - może nie aż do tego stopnia, że czytelnik nie będzie miał zielonego pojęcia o tym, co czyta, ale będzie żałował, że o pewnych wątkach czy postaciach nie wiedział i został z nimi zaznajomiony w dużym skrócie, zdradzającym jednak dość dużo o treści książki, która zapoczątkowała cykl o Verhoevenie. Trochę szkoda, no ale co zrobić.

Tytułowi omawianej powieści można przypisać kilka znaczeń. Ofiarą wypadku jest Anne Forestier, partnerka Camille'a, która pewnego dnia przez przypadek natyka się na bandytów napadających na jubilera w pasażu handlowym i zostaje przez jednego z nich brutalnie pobita. Ofiarą losu jest Verhoeven, który po raz drugi musi zmierzyć się z faktem, że jego ukochana znalazła się w niebezpieczeństwie - kilka lat temu zamordowano mu żonę, teraz Anne cudem uniknęła śmierci, ale wszystko wskazuje na to, że ktoś nadal czyha na jej życie. Również ofiar manipulacji tu nie brakuje, a zaliczyć do nich można chociażby współpracowników Verhoevena, przed którymi mężczyzna ukrywa swój związek z poszkodowaną i postępuje wbrew wszelkim zasadom, by ów sekret nie wyszedł na jaw. Czy droga, którą obrał, jest słuszna?

Komisarz to interesująca postać. Mimo swych stu czterdziestu pięciu centymetrów wzrostu budzi respekt wśród podwładnych i nie tylko. Doskonale wie, po co wykonuje taki, a nie inny zawód, swój talent, na który składają się doskonała pamięć, inteligencja i umiejętność prowadzenia skutecznych konwersacji, zręcznie wykorzystuje podczas prowadzonych dochodzeń. Jest świetnym gliną, wprawdzie nie kryształowym, bo niejednokrotnie ucieka się do nieuczciwych zagrywek i konszachtów ze światkiem przestępczym, ale znającym się na rzeczy. Można mu zaufać i uwierzyć, kiedy mówi, że zrobi wszystko, co w jego mocy, by uratować, wyprowadzić na prostą daną sytuację. Verhoeven to także dobry człowiek. Milczący, nieco porywczy, mimo ciężkich przeżyć jest w stanie żywić głębsze uczucia wobec bliskich mu osób. Jest więc na swój sposób uroczy (szczególnie w opinii kobiet) i czasami rozczulający, zwłaszcza gdy wypowiada się na temat swego młodszego współpracownika, Louisa Marianiego, jakoby chciałby go zaadoptować, zostać jego ojcem.

Camille dzielnie walczy - z nieuchwytnym przeciwnikiem, który niemalże dorównuje mu sprytem, ale wywyższa się brutalnością, co cechą godną pochwały już nie jest. Bandyta - tak, ten od skoku na jubilera i pobicia Anne - to wielka zagadka utworu Lemaitre'a. Czytelnik do samego końca nie ma pojęcia, kim ta osoba jest i dlaczego tak mocno uwzięła się na Anne, która nie była przecież jakoś bardzo zagrażającym świadkiem jego napadu. Od czasu do czasu jednak, kiedy to pisarz wtrąca do tekstu narrację pierwszoosobową, czyli punkt widzenia bandyty, odbiorca ma okazję poznać jego myśli i dzięki nim dowiedzieć się, że przestępcę cechują czarne poczucie humoru, powiązania z wydarzeniami z przeszłości, do których z czasem dochodzi policja, a także jakiś uraz do samego Verhoevena. Sprawa robi się coraz bardziej poważna, a co za tym idzie, coraz bardziej niepokojąca i zadziwiająca. Szczególnie druga połowa kryminału jest niesamowicie wciągająca, zwieńczona, jak to zazwyczaj w prozie Lemaitre'a bywa, efektownym finałem.

Myślę, że nie przesadzę, jeśli napiszę, że sposób, w jaki ten francuski autor w ogóle posługuje się piórem, jest niezwykle fascynujący. Lemaitre z całą pewnością ma swój styl. Bardzo charakterystyczny, przykuwający wzrok i, dla mnie, osoby, która poznała trzy jego powieści, rozpoznawalny. Pisarz potrafi opowiadać. Szczegółowo opowiadać, trzeba dodać. Gdyby się tak uprzeć, można by mu zarzucić brak wylewności czy pewnego rodzaju beznamiętność, ale na pewno nie lapidarność i sztampowość. Tym, co robi chyba największe wrażenie na czytelniku, są drobiazgowe opisy sytuacji, najistotniejszych wydarzeń. Doskonałym przykładem jest w "Ofierze" scena okrutnego pobicia Anne, po przeczytaniu której czułam się tak, jakby ktoś przepuścił mnie przez wyżymaczkę. Na to, że autor jest dobry w swoim fachu, wskazuje również lekkość, z jaką operuje czasami i perspektywami - w jednej chwili snuje opowieść o tym, co właśnie miało miejsce, a w drugiej, z niewymuszoną swobodą, napomyka, co wydarzy się w następnej sekundzie lub za kilkanaście minut. Zabieg całkowicie naturalny, nieprzeszkadzający w lekturze.

"Ofiara" to kolejny - po "Ślubnej sukni" i "Alex" - przyzwoity thriller Pierre'a Lemaitre'a. Poziomem nie dorównuje tym wcześniejszym, ale warto zwrócić na niego uwagę chociażby ze względu na językową stronę utworu i pomysłowość pisarza. Nie brakuje w nim zagadek, kłamstw, gróźb i manipulacji, których tylko po części można się domyślić. A żeby książka dostarczyła jeszcze więcej zaskoczeń, radzę pominąć czytanie okładkowego opisu, który, jak to było i w przypadku "Alex", zdradza zbyt wiele, w tym pewien fakt, o którym czytelnik dowiaduje się dopiero pod koniec powieści. Ciekawa pozycja o niekonwencjonalnych, że tak to ujmę, metodach pracy policji i poświęceniu dla drugiego człowieka. Mimo że już wiem, czego dotyczy fabuła pierwszej części cyklu o Verhoevenie, z niecierpliwością będę oczekiwać jej polskiego wydania.

Za egzemplarz recenzencki uprzejmie dziękuję wydawnictwu Muza.

wtorek, 22 kwietnia 2014

"Samolot bez niej" - Michel Bussi

Tytuł oryginału: "Un avion sans elle".
Tłumacz: Magdalena Krzyżosiak.
Wydawnictwo: Świat Książki, 2014.
Liczba stron: 464.
Rozpoczęcie lektury: 03.04.2014.
Zakończenie lektury: 04.04.2014.
Moja ocena: 9/10.

Michel Bussi jest francuskim pisarzem, politologiem i wykładowcą geografii na uniwersytecie w Rouen. Każda z siedmiu jego powieści odniosła duży sukces (pięć z nich w sumie zdobyło wiele nagród i wyróżnień), w wyniku czego autor stał się jednym z najpoczytniejszych pisarzy we Francji. Wydany dwa lata temu "Samolot bez niej" doczekał się miana najlepszego francuskiego thrillera roku 2012. We Francji sprzedano ponad czterysta tysięcy egzemplarzy tej książki, aktualnie jest ona tłumaczona w ponad dwudziestu krajach na całym świecie. Wykupiono nawet prawa do jej filmowej adaptacji.

Wygląda na to, że zachwyty nad powyższą powieścią wcale nie są przesadzone. To thriller z rodzaju tych, które intrygują już od pierwszej strony i porywają czytelnika w objęcia napięcia, niepewności i grozy, nie dając mu możliwości uwolnienia się z nich aż do samego końca, do finału historii. Tak było i ze mną - rozpoczęłam czytanie i... przepadłam, z trudem pozwalając sobie na przerwę wywołaną usilną chęcią snu. "Samolot bez niej" to bez dwóch zdań książka dla mnie, osoby, która uwielbia thrillery i kryminały w stylu Cobena czy Grange'a będące same w sobie olbrzymimi zagadkami i skonstruowane z niebezpiecznych tajemnic, ukrytych zdarzeń z przeszłości, kłamstw i ofiar torturowanych zarówno fizycznie, jak i psychicznie. A utwór Bussiego do takich należy.

Zagadką numer jeden jest tutaj może nie sama katastrofa lotnicza, do której doszło 23 grudnia 1980 roku, czy jej przyczyny, lecz cud, jakim okrzyknięto przeżycie jednej ze stu sześćdziesięciu dziewięciu osób znajdujących się na pokładzie airbusa relacji Stambuł-Paryż, trzymiesięcznej dziewczynki, która tuż przed wybuchem samolotu została wyrzucona z kabiny na zimną i śnieżną, ale bezpieczną odległość. Nieoczekiwanie okazuje się, że tym felernym samolotem podróżowała nie jedna, lecz dwie dziewczynki w podobnym wieku - w sprawie cudem uratowanej istotki zgłaszają się bowiem dwie rodziny, dziadkowie Lyse-Rose de Carville oraz Emilie Vitral. Rozpoczyna się długa walka o przyznanie praw do opieki nad dzieckiem, którego ustalenie tożsamości wcale nie jest rzeczą łatwą, przeplatana prywatnym śledztwem detektywa Crédule'a Grand-Duca wynajętego przez jedną z rodzin.

W powieści teraźniejszość mija się, ale i uzupełnia z przeszłością. Przeszłość to wydarzenia opisane w dzienniku detektywa prowadzącego dochodzenie w sprawie Lylie (imię to, powstałe w wyniku połączenia dwóch innych - Lyse-Rose i Emilie - nadano dziewczynce tymczasowo). Posługuje się on swobodnym, takim trochę gawędziarskim stylem, ale jednocześnie nadaje swym zapiskom charakter kryminału, wodząc czytelnika za nos, niecierpliwiąc go i podsuwając jego oczom coraz to bardziej zawiłe intrygi i sekrety. Czasy obecne z kolei to rok 1998, kiedy to ocalałe z katastrofy dziecko jest już uroczą nastolatką, a właściwie kończy osiemnaście lat. Wokół tego wszystkiego, czego wcześniej doświadczyła Lylie, nadal wiszą ogromne znaki zapytania. Tak naprawdę jej tożsamość nie daje spokoju zarówno jej samej, jak i jej bratu, który sam nie wie, czy kocha swoją siostrę jak... siostrę, czy może przyjaciółkę, z którą chciałby się związać. Kiedy dziewczyna z jakiegoś powodu znika bez śladu, zostawiając Marcowi dziennik zamordowanego - jak wkrótce odkrywa chłopak - Grand-Duca, bohater decyduje się na własną rękę odkryć prawdę na temat tego, co miało miejsce w roku 1980. Nie wie jednak, że w ten sposób naraża się na wielkie niebezpieczeństwo.

Marc brnie przez kolejne strony dziennika, głowiąc się nad tym, czy opowieść snuta przez detektywa jest, a jeśli tak, to do jakiego stopnia, prawdziwa. Czytelnik myśli podobnie. Niektóre wydarzenia bowiem wywołują gęsią skórkę, wzbudzają niedowierzanie i szokują. Nie wiadomo, komu ufać, komu wierzyć, a od kogo trzymać się na wszelki wypadek z daleka. Młody bohater poznaje losy Vitralów - swojej rodziny - od nieco innej strony, natomiast jego spotkania z de Carville'ami niosą ze sobą duże ryzyko, ale i odrobinę czarnego humoru. W międzyczasie giną kolejne, być może mające jakiś związek ze sprawą Lylie, osoby. Kto zabija i dlaczego?

"Samolot bez niej" to nie tylko thriller, w którym odbiorca ma do rozwiązania zagadkę dotyczącą katastrofy lotniczej, która mimo że jest jego głównym punktem, nie przyćmiewa innych, bardzo istotnych wątków. Jest to też opowieść o walce - niekoniecznie uczciwej - o drugiego człowieka, o władzy, zachłanności, upartym dążeniu do celu. Na ringu ścierają się dwie rodziny - biedni kontra bogaci. Ci drudzy, pyszniąc się przed całym światem pieniędzmi, podejmują nieodpowiednie kroki, a efekty takich poczynań nie zawsze wyglądają tak, jak w ich pierwotnych założeniach. Dla dobra jednej wnuczki poświęcają nawet zdrowie drugiej, a to bardzo mnie zniesmaczyło i zasmuciło. Przede wszystkim jednak jest to opowieść o miłości - nie tylko tej przelewanej z dziadków na wnuki (Vitralowie), ale też nieco zagmatwanej, miłości najprawdziwszej na świecie połączonej z braterską, którą Marc darzy Lylie, być może ze wzajemnością. Chłopak pragnie dziewczyny tak samo mocno, jak odkrycia prawdy związanej z jej tożsamością, a tym samym ich relacjami i pokrewieństwem. Niespodziewana ucieczka Lylie jeszcze bardziej potęguje jego uczucia. Ani Marc, ani czytelnik nie chcą, aby bohaterka popełniła straszny - jaki? - błąd. Historia tych dwojga jest nadzwyczajna i pełna napięcia. Może kosztować odbiorcę sporo nerwów, ale głównie tych mobilizujących, na szczęście.

Michel Bussi w swym utworze popisał się świetnym pomysłem na fabułę, kreacją różnorodnych i niezwykle ciekawych postaci (chyba najbardziej w pamięć zapada Malvina de Carville - rewelacja!) i umiejętnością sensownego prowadzenia zawiłej, pełnej podstępnych tropów i wskazówek akcji. Zakończenie "Samolotu bez niej" jest dobre i zaskakujące, choć miałabym niewielkie zastrzeżenie do pewnej kwestii, o której tutaj jednak pisać nie powinnam. Summa summarum książkę gorąco polecam i oddaję się nadziei na powstanie na jej podstawie wartej uwagi ekranizacji oraz polskich wydań innych powieści Bussiego.

poniedziałek, 31 marca 2014

"Szczęśliwi ludzie czytają książki i piją kawę" - Agnès Martin-Lugand

Tytuł oryginalny: "Les gens heureux lisent et boivent du café".
Tłumacz: Beata Turska, Małgorzata Miłosz.
Wydawnictwo: Wielka Litera, 2014.
Liczba stron: 208.
Oprawa: miękka.
Rozpoczęcie lektury: 25.03.2014.
Zakończenie lektury: 26.03.2014.
Moja ocena: 3/10.

Po raz pierwszy wydana jako e-book na koszt autorki powieść "Szczęśliwi ludzie czytają książki i piją kawę" odniosła niebywały sukces, po czym prawa do jej wydania sprzedano do kilkunastu krajów na całym świecie. Szczerze? Do tej pory nie mogę się temu nadziwić. Tej malutkiej, cieniutkiej niczym harlequin książeczce bliżej właśnie do nic nieznaczącego romansidła aniżeli wzruszającej historii o miłości, jaką miała być. Również jej tytuł - niebanalny, zachwycający - wprowadza w błąd, bowiem ma on wspólnego z treścią utworu tyle co nic - ot, takie tam motto kawiarni literackiej, której właścicielką jest główna bohaterka. A gdzie ci szczęśliwi ludzie? Gdzie to szczęście, ciepło, optymizm?

Mija rok odkąd Colin i Klara, mąż i córeczka Diane, zginęli w wypadku samochodowym. Nie zapowiada się jednak na to, by kobieta miała w najbliższym czasie pogodzić się z ich śmiercią i stanąć na nogi. Nie wychodzi z domu przypominającego sanktuarium, pije, pali i wspomina, wylewając przy tym niekończące się morze łez. Pieczę nad jej kawiarnią nieudolnie sprawuje jej przyjaciel, Feliks. To przez niego w pewnym sensie Diane decyduje się któregoś dnia na samotny wyjazd z Paryża do Mulranny w Irlandii, by zyskać trochę spokoju i spróbować odżyć. Ale już podczas pierwszego dnia pobytu w tym chłodnym i wietrznym kraju bohaterka zdaje sobie sprawę z tego, że nie będzie jej tu łatwo - chociażby ze względu na wyjątkowo niemiłego i gburowatego sąsiada, obok którego przyszło jej zamieszkać...

Jakie uczucie zakwitnie pomiędzy Diane a Edwardem (sąsiadem właśnie), można się domyślić, wcześniej jednak czytelnik będzie świadkiem wielu zgrzytów i nieprzyjemnych spotkań tych dwojga, którzy - jak małe dzieci - robią sobie na złość i okazują nienawiść na niekoniecznie mądre sposoby. Czy to całe ich droczenie się ze sobą miało być śmieszne? Bo, jak na moje oko, wyszło nieznośnie i irytująco. Nieco później dzieje się jak w oklepanym schematycznie romansie - zakochanie, cudowne chwile, cisza przed burzą, burza i załagodzenie sytuacji - choć samo zakończenie - jakby napisane w momencie, w którym autorkę opuściła wena - pozostawia wiele do życzenia, delikatnie rzecz ujmując. Nie spodobało mi się wcale. Dobrnęłam do ostatniego zdania na ostatniej stronie i zapytałam sama siebie "to już?".

Jeśli chodzi o postaci pojawiające się na kartach powieści "Szczęśliwi ludzie czytają książki i piją kawę", nie jestem w stanie wyartykułować na ich temat pochlebnych opinii. Diane jeszcze można jakoś znieść, zwłaszcza na początku utworu, kiedy jej ból z powodu straty bliskich osób wydaje się rzeczywisty, namacalny, tak bardzo inny od reszty treści historii, która jest nijaka. Z kolei moje uczucia żywione do Edwarda przypominały sinusoidę - najpierw absolutnie nie dawał się on lubić z powodu zachowania, o którym wspomniałam we wcześniejszym akapicie; kiedy między nim a Diane zaczynało się pomyślnie układać, jego charakter przybrał łagodny odcień i stać go było wtedy na całkiem ciekawe i miłe dla oka przedsięwzięcia; natomiast im bliżej końca książki, tym szybciej wracała moja początkowa niechęć do Edwarda, któremu zgrywanie twardziela nie pomagało w ukryciu, że facet tak naprawdę nie miał jaj i lepiej wychodziło mu bycie łajdakiem. Dlaczego - zdradzić nie mogę; dodam tylko, że ów wątek, który aktualnie mam na myśli, jest chyba najgorzej poprowadzonym ze wszystkich w powieści Martin-Lugand. Ale o jeszcze jednym bohaterze chciałam w paru słowach napomknąć, mianowicie o Feliksie, najlepszym przyjacielu Diane. Jego postać została strasznie spłycona. Feliks jest gejem. A autorka nie pisze o niczym innym, tylko o jego niemających końca podbojach miłosnych i bziku na punkcie każdego napotkanego przez niego mężczyzny, co po którymś razie robi się już po prostu nudne, a nawet niesmaczne.

Zapowiadało się obiecująco. Nie tylko za sprawą tytułu powieści, ale i jej pierwszych rozdziałów. Martwiłam się wprawdzie, czy aby z wyjazdu Diane do Irlandii nie wyjdzie jakaś powtórka z rozrywki przypominająca wyjazd do tegoż samego kraju Holly z utworu "P.S. Kocham Cię" Cecelii Ahern (swoją drogą, co ta Irlandia ma w sobie, że wszyscy lgną do niej jak muchy do miodu?), na szczęście nie znalazłam podobieństw między obiema historiami. Ale po raz kolejny poddałam się zauroczeniu Irlandią (najwyraźniej jej krajobrazy i klimat, za którym nie przepadam, są tym "czymś") i zamarzyłam o jej zobaczeniu kiedyś na żywo. Pisanie Agnès Martin-Lugand nie idzie źle, ale na przyszłość życzyłabym jej częstszego łapania oddechu i rozwinięcia umiejętności tworzenia bardziej rozbudowanych wątków i dialogów.

"Szczęśliwi ludzie czytają książki i piją kawę" to utwór, który, niestety, bardzo mnie rozczarował. Po pierwsze - zamiast zarazić szczęściem tytułowych ludzi, przygnębił mnie i niejednokrotnie wprawił w rozdrażnienie. Chciałoby się napisać "ale to już było", jeśli chodzi o schemat opowieści, ale chyba większym jej minusem jest fakt, że nie została ona dopracowana, uszczegółowiona. Zabrakło mi w niej czegoś głębszego, nad czym mogłabym podumać i porozmyślać w tym pozytywnym sensie. Po drugie - jak na tak niewielką objętościowo książeczkę, jest w niej zdecydowanie zbyt dużo literówek. Bardzo nieprzyjemnie mi było na nie patrzeć. Ogółem - tym razem powstrzymam się od polecania omawianej w niniejszej opinii książki komukolwiek.

Za egzemplarz recenzencki uprzejmie dziękuję wydawnictwu Wielka Litera.
Recenzja napisana dla portalu IRKA.

piątek, 14 lutego 2014

"100 czystych stron" - Cyril Massarotto

Tytuł oryginału: "Cent pages blanches".
Tłumacz: Joanna Prądzyńska.
Wydawnictwo: Albatros, 2012.
Liczba stron: 264.
Wydawnictwo: Albatros, 2012.
Czas trwania: 4h 33min 42s.
Lektor: Marcin Kwaśny.
Rozpoczęcie lektury: 07.02.2014.
Zakończenie lektury: 08.02.2014.
Moja ocena: 7/10.

Pochodzący z Francji Cyril Massarotto ma na swoim koncie dopiero sześć książek, ale jako powieściopisarz zadebiutował wcale nie tak dawno, bo w 2008 roku, utworem "Bóg jest moim kumplem", który został przetłumaczony na kilkanaście języków na całym świecie. Wcześniej pisywał teksty piosenek i śpiewał w zespole Saint-Louis. Był też nauczycielem, a potem dyrektorem żłobka.

"100 czystych stron" to druga, powstała w 2009 roku powieść Massarotto. Na jej podstawie Laurent Jaoui nakręcił film o tym samym tytule. Jest to historia o życiu, jego przemijaniu, o przyjaźni i miłości, zabarwiona magią i niewyszukanym, ale dobitnie trafiającym do czytelnika przesłaniem. Niedługa i przyjemna w odbiorze.

Głównego bohatera (a zarazem narratora) poznajemy w momencie odczytywania przez notariusza treści testamentu Sylvia, dziadka bohatera i jego dwóch sióstr. Okazuje się, że to właśnie siostrom przypadł cały majątek zmarłego - pieniądze, mieszkanie, willa... Rozczarowany mężczyzna natomiast otrzymuje przypominający pamiętnik zeszyt, z tym że... całkowicie pusty. Niezapisany. Dopiero dzięki dziadkowym instrukcjom zawartym w liście wychodzi na jaw, że ów zeszyt to bardzo cenna rzecz, która może zabrać jego właściciela w przeszłość - do jego wspomnień. A może ich być tylko - lub aż - sto, po jednym na każdą stronę notatnika.

Zarys fabuły tej książki zaciekawił mnie jeszcze tego samego dnia, w którym w sieci pojawiła się jej pierwsza zapowiedź. Magiczny zeszyt, dzięki któremu można podróżować w czasie? Już sam pomysł autora na wprowadzenie tego elementu do powieści obyczajowej skłania czytelnika do przemyśleń na temat tego, jak on sam zareagowałby na zetknięcie się z tym czarodziejskim wręcz przedmiotem i jego możliwości. W trakcie i po lekturze doszłam do wniosku, że wielu z nas podeszłoby do tej sprawy sceptycznie, ale z ogromnym zainteresowaniem - praktycznie tak samo, jak uczynił to główny bohater "100 czystych stron". Kiedy jednak przekonalibyśmy się, że podstawowa zaleta zeszytu to nie żaden pic na wodę, zaczęłyby się schody. Zaczęłoby się dostrzeganie pierwszych wad notatnika. Tak jak trzydziestolatek z utworu Massarotto, mnóstwo czasu spędzalibyśmy na planowaniu - ustalaniu tego, które nasze wspomnienia są warte powtórnego przeżycia, a które nie, i kiedy najlepiej wybrać się w taką podróż do dawnych lat. Jeszcze dzisiaj? Oj, tak, strasznie kusi! Jutro? Nie, nie wytrzymam do jutra... Za miesiąc? Rok? Dwa? Na przykładzie narratora książki wyraźnie widać, jak zgubny wpływ miałby na człowieka taki magiczny zeszyt. Mężczyzna raz jeszcze przygląda się urywkom własnego dzieciństwa, wspomina ukochanego psa, swoją byłą dziewczynę, swych dziadków i część tych wspomnień rzeczywiście daje mnóstwo radości, emocji, ulgi, ukazuje coś, czego wcześniej nie dostrzegł, i głęboko porusza (moje ulubione strony to czwarta i dwudziesta trzecia). Bohater jednak się uzależnia. Po jakichś kilku tygodniach snucia rozważań i planów odnośnie racjonalnego użytkowania spadku po dziadku nie potrafi bez niego żyć. Rodzina - początkowo na żarty - zaczyna uważać go za wariata. Mężczyzna gubi się w swym życiu - prawdziwym życiu, w którym nie brakuje zaskakujących i przyjemnych zdarzeń. Niektóre z nich zaniedbuje. Lub dostrzega zbyt późno. Czy uda mu się ocknąć, obudzić, zanim stanie się coś naprawdę niedobrego? Czy zdoła ocalić swoją rodzinę i uczucie najprawdziwszej miłości? Czy zeszyt dziadka rzeczywiście można określić mianem najcenniejszej rzeczy na świecie? Odpowiedzi na te i inne pytanie można znaleźć w "100 czystych stronach", rzecz jasna. Dodam tylko, że nie spodziewałam się takiego obrotu spraw, jaki zaserwował w zakończeniu swej powieści Massarotto. Pozytywnie mnie zaskoczył.

Utwór czyta się - bądź słucha, jak to było w moim przypadku - bardzo dobrze. Niczym taką dłuższą opowiastkę na dobranoc. Dominuje w nim niezwykle prosty język i gdyby nie fakt, że zostały w nim ulokowane treści (niewiele, ale zawsze) przeznaczone dla dorosłych odbiorców, mógłby być czytany również przez dzieci - i z całą pewnością jego sens zostałby przez nie zrozumiany. Narrator rozbrajał mnie czasami swoją dziecięcą naiwnością. Jego najlepszy przyjaciel z kolei - zabawnymi przejęzyczeniami i przekształceniami znanych powiedzonek. Do gustu kompletnie nie przypadła mi Julia, była dziewczyna głównego bohatera. Ale jej postać została wykreowana na złą i zepsutą - raczej nie do polubienia w ogóle. Ach, jeszcze ta okładka z piękną modelką na czele - zupełnie nieadekwatna do treści lektury. Chyba że owa modelka ma odzwierciedlać którąś z bohaterek książki; nie wiem, nie potrafię tego stwierdzić w stu procentach - pisarz bowiem zbyt mało miejsca poświęcił opisom wyglądu zewnętrznego każdego z bohaterów.

Historia przedstawiona przez Cyrila Massarotto w "100 czystych stronach" może i zalatuje od czasu do czasu banalnością, przewidywalnością i słodyczą, ale na ogół jest w porządku, absorbuje i wzrusza. Uświadamia nam, że nie należy żyć przeszłością, zaniedbując tym samym teraźniejszość, a co gorsze, przyszłość. Wspomnienia doskonale wpasowują się w późniejsze lata naszego życia, w naszą starość, a nie czasy obecne, kiedy życie przeżywamy pełnią sił i mamy w nim mnóstwo zadań i celów do zrealizowania. Niechże teraz szczęściem będzie dla nas trwanie w obfitującej w rozmaite wydarzenia rzeczywistości. A w odległej przyszłości - właśnie wspomnienia.

wtorek, 31 grudnia 2013

"Alex" - Pierre Lemaitre

Tytuł oryginału: "Alex".
Tłumacz: Joanna Polachowska.
Wydawnictwo: Muza, 2013.
Liczba stron: 352.
Oprawa: miękka ze skrzydełkami.
Rozpoczęcie lektury: 05.12.2013.
Zakończenie lektury: 06.12.2013.
Moja ocena: 8/10.

Pierre Lemaitre to urodzony w 1956 roku francuski pisarz i scenarzysta, autor kilku powieści z gatunku thrillera i kryminału. Po zdobyciu wykształcenia w takich dziedzinach naukowych, jak psychologia i edukacja dorosłych - literatura, kultura, komunikacja - w 2006 roku rozpoczął karierę pisarską. Jednym z jego większych dzieł literackich jest "Ślubna suknia", która doczekała się kilku nagród i wyróżnień.

"Alex" to moja druga - po "Ślubnej sukni" właśnie - przygoda z twórczością tego autora. Mimo tego, iż przed jej rozpoczęciem na jednym z portali czytelniczych zapoznałam się ze zbyt wiele zdradzającym opisem fabuły utworu, spotkanie z nim okazało się jak najbardziej udane. To szokujący i nieprzewidywalny thriller, w którym nic nie jest pewne do ostatniej strony, a zło wyrządzane ludziom przez ludzi wylewa się z niego niczym rwąca rzeka.

Już na samym początku czytelnik poznaje tytułową Alex Prévost, piękną trzydziestosześcioletnią kobietę lubiącą zmiany zarówno swojego wyglądu, jak i całego swego życia. Pewnego dnia bohaterka odkrywa, że jest śledzona przez jakiegoś mężczyznę. Trochę później zostaje przez niego brutalnie porwana, wywieziona do nieznanego, opuszczonego magazynu i uwięziona naga w klatce będącej odzwierciedleniem dawnego narzędzia tortur. "To ażurowa skrzynia. Przez dziesięciocentymetrowe szpary między deskami wyraźnie widać, co znajduje się w środku"*. Oprawca kobiety ma zamiar patrzeć na jej powolną śmierć. Dlaczego? Kim jest ów mężczyzna? Dlaczego porwał właśnie Alex? Jakie sekrety skrywa dwójka tych zupełnie różnych od siebie ludzi?

Książka Lemaitre'a składa się z trzech części, a pierwsza z nich skupia się właśnie na osobie Alex jako ofierze, nad którą czyha kat pod postacią wygłodzonych, żądnych jej krwi szczurów. "Powoli, jak osoba budząca się ze śpiączki, powraca do rzeczywistości, jest cała poturbowana jak po wypadku samochodowym. Próbuje zobaczyć, gdzie się znajduje, skrętem bioder przetacza się na plecy, potwornie bolą ją ramiona. Sklejona powieka w końcu się rozchyla, ale siatkówka nie odbiera obrazu. Straciłam oko, stwierdza Alex ze zgrozą. Ale po kilku sekundach dociera do niej zamazany obraz, zda się dobiegający z planety odległej o tysiące lat świetlnych (...) Usiłuje złapać powietrze, usiłuje zrozumieć, analizować. Mimo że jest w tak rozpaczliwym położeniu, stara się choć trochę uspokoić. Zimna krew nie zawsze wystarcza, ale bez niej nie ma się żadnych szans. Próbuje wziąć się w garść, spowolnić bicie serca. Zrozumieć, co ją spotkało, co tutaj robi, dlaczego się tu znalazła. Zastanowić się"**. Zanim sięgnęłam po "Alex", trochę obawiałam się tego, iż powieść będzie niezwykle brutalna, jeśli chodzi o sceny porwania i znęcania się nad główną bohaterką, i trudna do przełknięcia, na szczęście nie okazała się kolejną "Dziewczyną z sąsiedztwa", choć zła, bólu i łez w niej nie brakuje. "Stoją twarzą w twarz; to chwila prawdy. Alex jest tak przerażona na myśl o tym, co może jej zrobić, że nagle chciałaby umrzeć, o nic nie prosić, niech ją teraz od razu zabije. Najbardziej boi się tego czekania, domysłów, w których gubi się jej wyobraźnia, tej myśli, na co jeszcze go stać. Zamyka oczy i widzi własne ciało, jakby już do niej nie należało, ciało leżące dokładnie w tej samej pozycji jak przed chwilą, całe poranione, broczące krwią, cierpiące, tak jakby to nie była już ona, ale jednak wciąż ona. Już się widzi martwą"***.

"Porwanie jest przestępstwem szczególnego rodzaju: odwrotnie niż w przypadku morderstwa, ofiary się nie widzi, trzeba ją sobie wyobrazić"****. Śledztwo w sprawie tego przestępstwa spoczywa na barkach niesubordynowanego inspektora, rysownika porównującego się często do Syzyfa, mierzącego zaledwie sto czterdzieści pięć centymetrów Camille'a Verhoevena, bohatera serii książek Lemaitre'a, który boryka się z prześladującymi go wydarzeniami z przeszłości, mających miejsce najprawdopodobniej w utworze "Travail soigné" w Polsce jeszcze niewydanym. Ten niepozorny policjant jest w rzeczywistości człowiekiem inteligentnym i jedynym w swoim rodzaju, a jego relacje z kolegami po fachu - Louisem i Armandem - są jednym z lepszych elementów powieści.

Thriller Lemaitre'a wciąga od pierwszej strony. Został napisany precyzyjnym, wnikliwym i surowym językiem, pełnym prywatnych wynurzeń bohaterów i zabawnych, sarkastycznych uwag ich dotyczących, dzięki którym od czasu do czasu można odetchnąć od pierwszoplanowych wydarzeń o zabarwieniu czysto makabrycznym. Autor spokojnie - jakkolwiek dziwnie by to nie zabrzmiało - snuje mrożącą krew w żyłach opowieść o porwaniu kobiety i jej ucieczce na wolność, wtrącając gdzieniegdzie wyrażenia skierowane bezpośrednio do czytelnika, czyniąc go w ten sposób pewnego rodzaju wiarygodnym świadkiem tego, co dzieje się z Alex i wokół niej. Na dodatek bez trudu potrafi wyprowadzić czytelnika w pole i niemal dosłownie go zamurować. Ogromnym plusem "Alex" są finałowe sceny przesłuchań - mocne, niezwykle przerażające, okrutne, a zarazem inteligentne. Po ich lekturze odbiorca przez dłuższy czas pozostaje w stanie zawieszenia i uwielbienia dla pisarskich umiejętności Pierre'a Lemaitre'a.

W jego książce zemsta niejedno ma oblicze. Czasami bywa ona niedopracowana, innym znów razem - wręcz wyrafinowana, ale i tak zawsze sprawia, że włos jeży się na głowie. "Alex" to bardzo dobry, dopracowany w każdym calu thriller psychologiczny, w którym dominują ciekawie wykreowane, niebanalne postaci, do których - szczególnie do Alex - stosunek czytelnika ciągle się zmienia, począwszy od współczucia, żalu, przez niepokój, aż po podziw. Naprawdę warto przeczytać.

*s.45
**s.34
***s.36-37
****s.41

Za egzemplarz recenzencki uprzejmie dziękuję portalowi Business & Culture.

czwartek, 16 sierpnia 2012

"Ślubna suknia" - Pierre Lemaitre

Wydawnictwo: Muza, 2012.
Liczba stron: 280.
Rozpoczęcie lektury: 14.08.2012.
Zakończenie lektury: 15.08.2012.
Moja ocena: 9/10.

Pierre Lemaitre to urodzony w 1956 roku francuski pisarz i scenarzysta, autor kilku powieści z gatunku thrillera i kryminału. Po zdobyciu wykształcenia w takich dziedzinach naukowych, jak psychologia i edukacja dorosłych - literatura, kultura, komunikacja - w 2006 roku rozpoczął karierę pisarską. Jednym z jego większych dzieł literackich jest "Ślubna suknia", która doczekała się kilku nagród i wyróżnień.

"Ślubna suknia" to książka określana mianem doskonałego thrillera z suspensem i całkowicie się z tym zgadzam. Trzyma w napięciu do samego końca, szokuje i przeraża, zagłębiając czytelnika w najstraszniejsze zakamarki psychiki bohaterów. To opowieść o niecodziennej, wręcz chorej miłości, walce z przeciwnościami losu, popadaniu w obłęd, szaleństwie i manipulacji. Im bardziej zanurzałam się w lekturze tej powieści, tym częściej mnie ona zaskakiwała, przerażała i budziła we mnie niedowierzanie. Niedowierzanie wymieszane z odrazą i bezsilnością. Z taką historią jeszcze się nie spotkałam.

Utwór rozpoczyna się jedną z kilku części, na które jest podzielony, zatytułowaną "Sophie". Dowiadujemy się z niej o istnieniu młodej Paryżanki, Sophie Duguet, borykającej się z problemami o podłożu psychologicznym, wiążącymi się z zanikami pamięci, które przybierają coraz większy i częstszy wymiar. Kobieta jest przekonana, że staje się wariatką, ale nie ma zamiaru pozwolić na to, by wylądować w szpitalu psychiatrycznym. Wiążąc jakoś koniec z końcem, podejmuje pracę w charakterze opiekunki kilkuletniego Léo. Zarówno chłopiec, jak i jego rodzice, są zadowoleni z niani. Ale oczywiście do czasu. Pewnego ranka Sophie odkrywa, że dziecko... nie żyje - po tym, jak nocną porą zostało uduszone sznurówką z jej własnego buta. A najgorsze jest to, że kobieta nie pamięta, co robiła w nocy. Czy ktoś zakradł się do domu i zabił Léo? Sprzątaczka? Któryś z rodziców? A może jednak zrobiła to ona? Nie wiedząc, co z sobą począć, ostatecznie decyduje się na ucieczkę, przyjmując do swej wiadomości, że od tej chwili staje się główną podejrzaną o morderstwo.

Okładkowy opis "Ślubnej sukni" zdradza zdecydowanie zbyt wiele. Dlatego radzę nie czytać całego. Sama miałam to szczęście, że nie zagłębiałam się w niego zbyt szczegółowo, dzięki czemu utwór był dla mnie jedną wielką zagadką od początku do końca. Jest on podzielony na kilka głównych części, których treść jest przedstawiona z perspektywy dwóch postaci - Sophie i Frantza. Lemaitre pisze zrozumiałym i barwnym językiem, doskonale wiedząc, jak wzbudzić u odbiorcy napięcie i grozę. Poszczególne rozdziały są raczej krótkie, dlatego powieść czyta się szybko. Potęguje to także wielki znak zapytania, jaki rodzi się na początku fabuły. Odpowiedź na dręczące nas pytanie odnośnie stanu, w jakim przyszło funkcjonować głównej bohaterce, znajdujemy oczywiście dopiero pod koniec "Ślubnej sukni".

Część poświęcona Sophie Duguet obfituje w zagadkowe, ale zarazem smutne, przykre i wstrząsające wydarzenia. Kobieta przypomina wrak człowieka, jest nieszczęściem sama w sobie, żyje na skraju depresji i załamania nerwowego, które pogłębia się od czasu zabójstwa małego Léo. Bo wcześniejsze życie Sophie nie należało do sielankowych i łatwych. Był mąż, była ciąża, był wypadek i zmiana dotychczasowego stylu bycia. Dopiero w części ukazanej z perspektywy tajemniczego Frantza mamy okazję przyjrzeć się z bliska temu, co działo się wcześniej, w niedalekiej przeszłości. Dowiedzieć się, co tak naprawdę sprawiło, że kobieta zaczęła wątpić w swoją "normalność", swoją pamięć, swój umysł. W samą siebie. Z kolei jeszcze późniejsze wydarzenia, jakie zostały przytoczone w książce, zaskakują jeszcze bardziej, wywracając całą fabułę do góry nogami.

Fantastyczna lektura. Już od pierwszej strony wiedziałam, że "Ślubna suknia" stanie się jedną z moich ulubionych powieści. Powieści psychologicznych, powieści-thrillerów. To utwór, z którego groza wypływa brzegami kartek, choć nie jest to horror. Zdolność ludzi do przestępczych czynów jest czasami niewiarygodnie bulwersująca, przyprawiająca wręcz o mdłości. A jeśli mamy do czynienia z ludźmi chorymi? Dla których przetrwanie i osiągnięcie zamierzonego celu jest celem najwyższym w życiu i nic nie jest w stanie im przeszkodzić w dążeniu do niego? Wtedy żywot nawet najbliższych im osób może przybrać formę koszmaru, z którego nie da się uciec. W "Ślubnej sukni" aż roi się od tego typu koszmarów.

Nie chcę zdradzać zbyt wiele, jeśli chodzi o fabułę tej książki Pierre'a Lemaitre'a, a jednocześnie zachęcam bardzo gorąco do zapoznania się z nią. Nie jest to typowy kryminał z morderstwami i detektywem w roli głównej, lecz napisana w interesujący sposób historia o usilnym dążeniu do celu po trupach - i to dosłownie! Wybuchowa mieszanka w postaci nietypowych uczuć, dziwnych zabójstw, amnezji i ludzkich problemów na tle psychologicznym wywołuje burzę emocji i sprawia, że nie można oderwać się od lektury. Miłośnicy kryminałów i thrillerów psychologicznych - to pozycja w sam raz dla Was. Polecam w stu procentach.

środa, 15 sierpnia 2012

"Oskar i pani Róża" - Éric-Emmanuel Schmitt

Wydawnictwo: Znak, 2004.
Liczba stron: 80.
Rozpoczęcie lektury: 14.08.2012.
Zakończenie lektury: 14.08.2012.
Moja ocena: 8/10.

Éric-Emmanuel Schmitt to francuski eseista i powieściopisarz, z wykształcenia filozof. Na świecie jest znany głównie jako dramaturg, który zyskał sławę dzięki takim sztukom, jak "La Nuit de Valognes" i "Le Visiteur". W ciągu zaledwie dziesięciu lat stał się jednym z najpoczytniejszych francuskojęzycznych autorów. Jego powieści są tłumaczone na ponad trzydzieści języków. Do najważniejszych dzieł książkowych można zaliczyć takie utwory, jak "Pan Ibrahim i kwiaty Koranu" oraz "Oskar i pani Róża". Oba zostały przeniesione na wielki ekran. Najnowsza powieść to "Kobieta w lustrze" z 2011 roku.

Jak na chętną poznania nowych autorów czytelniczkę przystało, sięgnęłam i po utwór Schmitta. Chyba najgłośniejszy i zarazem jeden z najkrótszych utworów w jego dorobku literackim, czyli "Oskar i pani Róża". Przez wielu czytelników ta książeczka jest uważana za pozycję, którą każdy miłośnik literatury powinien znać. Cieszy się ona licznymi pozytywnymi opiniami, ale zdarzają się też wyjątki. Przed lekturą postanowiłam nie zagłębiać się w opis tej powieści, by nie popsuć sobie przyjemności czytania, tym bardziej, że jest ona naprawdę króciutka. I ze względu na smutną tematykę umierania, przeplataną radością czerpaną z życia śmiertelnie chorego chłopca, czyta się ją jednym tchem, połykając dosłownie w pół godziny.

Oskar ma dziesięć lat. Ale dzięki tajemniczej pani Róży, która często odwiedza go w szpitalu i opowiada ciekawe anegdotki z czasów jej kariery zapaśniczej, ma szansę przeżyć jeszcze... sto dwadzieścia lat. Chłopiec choruje na białaczkę i jest świadomy tego, że zostało mu dwanaście dni życia, które przypadają na ostatnie dwanaście dni grudnia. Żeby okazać silną wolę i nie obawiać się śmierci, Oskar idzie za radą pani Róży i przeżywa każdy kolejny dzień w taki sposób, jakby było to dziesięć lat jego życia. A wszystkie swoje przemyślenia opisuje w listach do samego Boga, który staje się nieodłącznym duchowym towarzyszem bohatera.

Niesamowita historia. Oryginalna. Niebanalna. Czegoś takiego jeszcze nie czytałam i bardzo się cieszę, że wcześniej nie zaglądałam w żadne streszczenia tej książki Schmitta. Dzięki temu opowieść obfitowała w niespodzianki i niejeden raz mnie zaskoczyła. Pisarz w niewiarygodnie przystępny sposób nakreślił najważniejsze etapy ludzkiego życia, począwszy od dzieciństwa, aż do starości, zręcznie upychając je w zaledwie dwanaście dni egzystencji małego chłopa. Zadanie, jakiego podejmuje się nieuleczalnie chory Oskar, sprawia, że jego misją nie jest czekanie na śmierć. Jego misją jest korzystanie z życia wszelkimi siłami, jakie mu pozostały. Bohater otrzymuje pewnego rodzaju dar przebrnięcia przez całe swoje życie, o którym może pomarzyć niejeden zdrowy człowiek.

Historia ta jest niewątpliwie jedyna w swoim rodzaju, skłania do refleksji i wzrusza. Nie do końca jednak podoba mi się forma, w jakiej została przedstawiona. Narratorem bowiem jest Oskar, który codziennie pisze listy do Boga, opisując w nich każdy przeżyty dzień. Te listy są odpowiednio rozdziałami "Oskara i pani Róży". Po sposobie ich formułowania i zasobie słownictwa nie widać jednak, że pisze je zaledwie dziesięcioletni chłopiec. Być może Schmitt chciał, ażeby jego utwór czytało się swobodnie i zrozumiale, dlatego nie narzekam na brak błędów stylistycznych czy ortograficznych, jakie mogłoby popełnić dziecko w wieku tytułowego bohatera. Razi mnie natomiast fakt, iż Oskar wypowiada się bardzo profesjonalnie i wie o rzeczach, o których mają pojęcie tylko dorośli, nie dzieci. Nazywanie własnych rodziców kretynami i tchórzami czy głowienie się nad kwestią całowania z języczkiem i ciąży u kobiet wydało mi się po prostu nie na miejscu. Pisarz wykreował mądrego, może zbyt inteligentnego małego bohatera, przez co opowieść stała się dla mnie trochę mniej realna. Taka, do której trzeba podejść z lekkim dystansem.

Pomijając jednak tę całą otoczkę słowną i filozoficzną Oskara, uważam, że Éric-Emmanuel Schmitt stworzył przyzwoitą, zapadającą w pamięć książkę, traktującą o tym, że nawet w najgorszych momentach ludzkiego życia nie należy się poddawać, a cieszyć się chwilą obecną. Historia opisana w "Oskarze i pani Róży" z całą pewnością jest wyjątkowa i nie dziwię się, że ma wielu zwolenników wśród odbiorców. Dziwię się natomiast samej sobie, że dopiero teraz zajrzałam do tej powieści. A może to i dobrze? Teraz nie pozostaje mi nic innego, jak obejrzenie ekranizacji, jaka powstała na jej podstawie. A wersję papierową polecam wszystkim bez wyjątku, naprawdę warto po nią sięgnąć.

sobota, 30 czerwca 2012

"Jeszcze się spotkamy" - Marc Levy

Wydawnictwo: Albatros, 2007.
Liczba stron: 262.
Rozpoczęcie lektury: 28.06.2012.
Zakończenie lektury: 29.06.2012.
Moja ocena: 7/10.

Marc Levy to francuski powieściopisarz, autor kilkunastu książek cieszących się dużym uznaniem czytelników. Popularność zyskał dzięki pierwszej z nich, "Jak w niebie", która (przetłumaczona na wiele języków) sprzedała się w nakładzie ponad trzech milionów egzemplarzy i która kilka lat później doczekała się ekranizacji.

Utwór "Jeszcze się spotkamy" jest kontynuacją powyższej opowiadającą o dalszych losach Lauren i Arthura, których połączyła niespotykana, magiczna wręcz miłość. Z racji tego, iż część pierwszą czytałam kilka miesięcy temu, muszę przyznać, że nie pamiętałam zbyt dokładnie jej fabuły, na szczęście w "Jeszcze się spotkamy" autor zadbał o to, by w delikatny sposób przypomnieć czytelnikowi wszystko to, co działo się wcześniej, nawiązując tam, gdzie trzeba do wydarzeń z niedalekiej przeszłości głównych bohaterów.

Drogi Lauren i Arthura rozeszły się po tym, jak kobieta wybudziła się ze śpiączki, nie pamiętając niczego, w czym brała udział, będąc w jej stanie. Załamany Arthur, który spędził w towarzystwie jej "ducha" niewiarygodnie miło czas, wyjeżdża do Paryża, by zapomnieć o nieszczęśliwej miłości. Po powrocie do Kalifornii ma zamiar nadal kontynuować swoją "misję", ale nie będzie to takie proste. Świadomość tego, że w tym samym mieście mieszka Lauren, zaostrza się jeszcze bardziej, gdy Arthur ulega pozornie niegroźnemu wypadkowi i trafia do szpitala - jak na ironię pod skrzydła miłości jego życia. Natomiast Lauren próbuje dowiedzieć się czegoś więcej na temat swojej śpiączki i tajemniczego mężczyzny, który w momencie jej przebudzenia tkwił przy jej łóżku, trzymając ją za rękę. Niestety ani jej szef, szanowany chirurg, ani jej własna matka nie zamierzają wyjawić jej prawdy, bo przecież... kryje się za nią zdecydowanie coś więcej. Coś, co mogłoby na zawsze przekreślić pozytywne stosunki panujące między tym trojgiem bohaterów...

Pierwsze kilkanaście stron powieści nie zachwyciło mnie, trochę przynudzając monotonnym przebiegiem akcji. Później jednak akcja nabrała tempa i zaczęła coraz bardziej wciągać, przez co odniosłam wrażenie, że "Jeszcze się spotkamy" czytało mi się lepiej aniżeli "Jak w niebie". Levy nie zrezygnował ze swobodnego języka i poczucia humoru, dzięki czemu jego powieść czyta się sprawnie i przyjemnie. Nie brakuje w niej też fragmentów wzruszających i przyprawiających czytelnika o dreszcze wynikające z intrygującego obrotu zdarzeń. Bohaterów da się polubić, choć może nie wszystkich, bo każdy z nich ma swoją historię, swoje plany i tajemnice. Tak naprawdę do samego końca nie wiadomo, czego można się po nich spodziewać, gdyż ich zachowania często zaskakują. Moją ulubioną postacią tej książki jest zdecydowanie Paul, najbliższy przyjaciel Arthura, zatwardziały kawaler o oryginalnym poczuciu humoru, za co cenię go sobie najbardziej.

Do Lauren i Arthura również się przywiązałam. Niełatwo jest bowiem zbagatelizować ich pełne niepewności, przeczuć i zagubienia życie. Miłość, jaka narodziła się w niecodziennych okolicznościach, i połączyła tych dwoje, sprawiła, że życie Arthura stało się katorgą, natomiast Lauren, no cóż, ona nie ma o niczym pojęcia - ani o swoich "wyczynach" w czasie śpiączki, ani o swojej bliskości z Arthurem, nie wie też, że ten mężczyzna jest jej przeznaczeniem, miłością jej życia. Przynajmniej on usilnie w to wierzy. Bohater jest przekonany, że skoro człowiek jest pewny swych uczuć do drugiej, tej właściwej osoby, z którą ma zamiar spędzić resztę życia, musi o tę osobę walczyć, niezależnie od tego, jak szeroka przepaść ich dzieli. W przypadku Arthura i Lauren sprawy miłosne są bardziej skomplikowane niż jak to zazwyczaj bywa u zwyczajnych ludzi. Kiedy mężczyźnie wydaje się, że już nic nie uratuje tego, co łączyło go z Lauren, niespodziewanie dostaje szansę od losu, choć szansę w przypadku wylądowania w szpitalu po nieszczęśliwym wypadku należy potraktować nieco ironicznie i z przymrużeniem oka.

Prawdziwa miłość nie ucieknie. Nie da się od niej uciec. Jeśli zniknie, to tylko na chwilę, by potem wrócić. W utworze "Jeszcze się spotkamy" Levy przytacza kilka rodzajów miłości na przykładzie kilku par. Jest miłość bezgraniczna, jest miłość spełniona, nieodwzajemniona i spóźniona. Autor uświadamia czytelnikowi, że w przypadku uczuć należy ufać swej intuicji, wierzyć we własne możliwości, nie podejmować pochopnych decyzji, ale też nie zastanawiać się zbyt długo. Życie ludzkie jest zbyt krótkie i kruche, by marnować je na nieuzasadnione obawy i wątpliwości. Trzeba brać je garściami, nawet jeśli mają w tym pomóc zwariowane pomysły albo odrobina magii. Pokażmy, że potrafimy zawalczyć o swoje szczęście. Bądźmy cierpliwi.

Historia Lauren i Arthura jest niezwykła. Swój urok zawdzięcza przede wszystkim oryginalności, zaskakującym zwrotom akcji i sympatycznemu zakończeniu. Marc Levy w doskonały sposób ukazuje emocjonalne rozterki bohaterów, ich słabostki i próby odnalezienia drogi do spokoju, szczęścia i miłości. Nie pogniewałabym się, gdyby powstała ekranizacja powieści "Jeszcze się spotkamy". Chętnie zobaczyłabym, jak z przeciwnościami losu po raz kolejny radziliby sobie Reese Witherspoon i Mark Ruffalo, aktorzy znani z filmu "Jak w niebie". Może kiedyś, kto wie? Oba utwory polecam miłośnikom romantycznych opowieści, ale nie tylko. Levy to dobry pisarz. Jestem pewna, że jeszcze nie raz sięgnę po którąś z jego nieznanych mi jeszcze książek.

sobota, 21 kwietnia 2012

"Ponieważ cię kocham" - Guillaume Musso

Wydawnictwo: Albatros, 2009.
Liczba stron: 304.
Oprawa: miękka ze skrzydełkami.
Rozpoczęcie lektury: 20.04.2012.
Zakończenie lektury: 21.04.2012.
Moja ocena: 9/10.

Guillaume Musso to współczesny pisarz francuski. Z wykształcenia ekonomista, z zawodu nauczyciel. Jest autorem dziewięciu powieści obyczajowych z nutką romantyzmu i niespotykanej magii. Zadebiutował w 2001 roku utworem "Skidamarink", ale to druga książka, "Potem...", przyniosła mu popularność w wielu krajach. Doczekała się nawet ekranizacji w Johnem Malkovichem w jednej z ról głównych.

"Ponieważ cię kocham" to żadne - jak może sugerować opis fabuły ze skrzydełka okładki - ckliwe romansidło, lecz wspaniała powieść psychologiczna z domieszką, rzekłabym nawet, kryminalnych intryg i odrobiną magii. Utwór koncentruje się przede wszystkim na przeżyciach i psychikach głównych bohaterów, silnie związanych z panowaniem nad własnymi losami, z walką z przeszłością, z przezwyciężaniem bólu, z chęcią zemsty, z możliwością przebaczania, z pragnieniem kochania i bycia kochanym. Najogólniej rzecz biorąc, lepiej, jeśli czytelnik nie będzie zaglądał do streszczenia książki, wówczas zostanie zaskoczony jeszcze bardziej.

Losy Marka Hathawaya, Evie Harper i Alyson Harrison krzyżują się pewnego dnia, ale żadne z nich nie wie, że ich spotkanie na zawsze zmieni ich życie. Z biegiem czasu ta trójka bohaterów zaczyna zdawać sobie sprawę z tego, że więcej ich łączy aniżeli dzieli. Każdy z nich bowiem boryka się z problemami osobistymi i rodzinnymi. Mark nie może się otrząsnąć po zaginięciu pięcioletniej córeczki, zrywając kontakty z żoną i przyjacielem, rzucając dobrą pracę i stając się bezdomnym włóczęgą. Evie, w biedzie wychowana nastolatka, dźwiga ze sobą ciężar śmierci matki, z którą nie może się pogodzić. Z kolei Alyson, rozpuszczona gwiazda telewizyjna, nie stroni os alkoholu i narkotyków, żałując, że jeszcze żyje na tym świecie i skrywając potężny sekret. Praktycznie wszyscy bohaterowie książki pełni są tajemnic, które stopniowo wychodzą na jaw, układając się w logiczną, acz szokującą całość.

Musso posługuje się bardzo prostym językiem. Można by nawet pomyśleć, że banalnym i niezbyt rozwiniętym warsztatowo, ale mnie to kompletnie nie przeszkadza. No, może pod jednym względem - poszczególne wątki powieści "Ponieważ cię kocham" mogłyby być szerzej rozbudowane, dzięki czemu powieść zyskałaby na objętości. Bo trzeba przyznać, że trzy godziny spędzone na jej lekturze to zdecydowanie za mało, a tempa czytania zmniejszyć się nie da, gdyż wciąga niesamowicie.

Historia Marka, Evie i Alyson podzielona jest na ponad trzydzieści krótkich rozdziałów, opatrzonych tytułami, z których niemal każdy rozpoczyna się mniej lub bardziej znanym cytatem z ważnym przesłaniem odnoszącym się do treści utworu, a także określeniem miejsca i czasu akcji. Wśród tych rozdziałów jest kilka zwanych flashbackami, przywołujących czytelnikowi na myśl scenariusz i kadry filmowe, a będących po prostu retrospekcjami ukazującymi wydarzenia z przeszłości bohaterów. Fantastyczny zabieg, który uwielbiam, gdyż dzięki niemu można uzyskać odpowiedzi na pytania, jakie zadaje sobie czytelnik w czasie lektury książki, lub po prostu zapoznać się z interesującymi faktami, które miały jakiś wpływ na dalsze losy postaci. Najogólniej rzecz biorąc, utwór "Ponieważ cię kocham" jest napisany w tak przystępny sposób, że bardzo łatwo jest sobie wyobrazić różne fragmenty akcji, wytwarzając w głowie pewnego rodzaju całkiem wyraźny film, który przyjemnie się ogląda.

"Czy można uciec przed przeznaczeniem?" - głosi tylna okładka książki Musso. Czy można pogodzić się ze swoim losem, gdy ten nieźle daje człowiekowi w kość? Czy można przezwyciężyć ból? A chęć zemsty? Czy człowiek jest w stanie wybaczyć drugiej osobie dosłownie wszystko? "Wybaczyć nie znaczy zapomnieć ani usprawiedliwić, ani też odpuścić winę (...) W przeciwieństwie do zemsty, która jest pożywką dla nienawiści, przebaczenie uwalnia nas od niej (...) Przebaczenie to najtrudniejsza rzecz na świecie (...) A w każdym razie wymagająca wielkiej siły"*. Przed powyższymi wyzwaniami stają Mark, Evie i Alyson. Ich bagaże doświadczeń nie są ani trochę godne pozazdroszczenia. Ta trójka ludzi wierzy w to, że ich życie już nigdy nie ulegnie zmianie, nie polepszy się. Górę nad rozsądkiem bierze strach i desperacja.

"Nie rób głupstw. Jeśli stracisz grunt pod nogami, trudno ci będzie powrócić do brzegu"**. Tak naprawdę każda z tych osób odpłynęła już od brzegu, choć niezbyt daleko. W dalszym ciągu istnieje cień szansy, nadziei na powrót, który rozrasta się od momentu spotkanie tych troje. Jakimś cudem zaginiona córeczka Marka zostaje odnaleziona. Mężczyzna, jako były psycholog, próbuje odwieść nastoletnią Evie od okrutnego planu, jaki dziewczyna próbuje zrealizować od czasu śmierci matki. Najtrudniej natomiast jest porozumieć się z Alyson, której przeszłość nie pozwala na powstanie i rozpoczęcie nowego życia. Bohaterowie robią wszystko, by się nie poddać. Walczą z samymi sobą, ale w tej walce zyskuję wsparcie osób, z którymi przeznaczenie związało na zawsze.

Pisarz w ciekawy sposób tworzy psychologiczne portrety poszczególnych postaci. Także tych drugoplanowych, które pojawiają się w "Ponieważ cię kocham". Ubiera je w tak nieoczekiwane tło wydarzeń, że czytelnikowi aż zapiera dech w piersiach. Wszystko ze sobą się zgadza, zaskakując, przerażając i wzruszając. Przyprószone odrobiną magii, staje się po prostu piękne.

Książkę "Ponieważ cię kocham" przeczytałam po raz drugi, a spodobała mi się jeszcze bardziej. Sięgając po nią ponownie, chciałam odświeżyć sobie pamięć, gdyż większość fabuły po ponad roku zwyczajnie opuściła jej zakamarki. A tymczasem nie tylko co nieco sobie przypomniałam, ale też po raz kolejny utwór mną wstrząsnął, mile mnie zaskoczył i bardzo wzruszył. Rewelacja po prostu. Mam nadzieję, że Guillaume Musso jeszcze niejeden raz mnie zachwyci.

*s.228
**s.225

czwartek, 16 lutego 2012

"W następnym życiu" - Marc Levy

Wydawnictwo: Albatros, 2006.
Liczba stron: 208.
Oprawa: miękka ze skrzydełkami.
Rozpoczęcie lektury: 12.02.2012.
Zakończenie lektury: 16.02.2012.
Moja ocena: 7/10.

Marc Levy to francuski powieściopisarz, który w swych utworach bardzo często porusza kwestię niecodziennej, skomplikowanej miłości i odkrywania właściwych dróg życiowych, swego przeznaczenia. "W następnym życiu" to dopiero druga książka Levy'ego, którą miałam okazję przeczytać, a już zdołałam przekonać się, że jego powieści są owiane krztą tajemnicy i magii, dzięki której zachowują one unikalny charakter, a po ich lekturze mam ochotę na kolejne tego typu historie.

"W następnym życiu" to bardzo przyjemna opowieść o miłości niemającej końca, odradzającej się wraz z duszą człowieka. Myślę jednak, że ten utwór byłby znacznie przyjemniejszy i zagadkowy, gdyby nie szczegółowy opis ze skrzydełka okładki Albatrosowego wydania, który zdradza praktycznie ogólny zarys całej fabuły. Wcześniej kilkakrotnie spotkałam się z tego rodzaju opisami, będącymi niemal streszczeniami książek; za każdym razem postanawiam sobie, że nie będę już zapoznawać się z tymi opisami w całości, a jednak ciągle o tym zapominam lub zwyczajnie mam nadzieję, że wnętrze utworu okaże się obszerniejsze, głębsze i zaskakujące. Sięgając po jakąś książkę, tak naprawdę nie wiemy, czego dokładnie się po niej spodziewać, prawda? Jednak w przypadku niedługich powieści ich opisy powinny być wręcz minimalne.

Akcja "W następnym życiu" krąży pomiędzy Bostonem, Londynem, Paryżem i Florencją. W tych właśnie miastach ważą się losy historyka sztuki Jonathana i aukcjonera Petera, dwójki najlepszych przyjaciół. Jonathan to wielbiciel twórczości mało znanego rosyjskiego malarza, Vladimira Radskina. Kiedy wraz z Peterem dowiadują się o wystawionych na sprzedaż w Londynie kilku obrazach tego artysty, wyruszają za nimi w podróż, która odmieni ich życie na zawsze. Jonathan, którego za kilka tygodni czeka zmiana stanu cywilnego, zakochuje się z wzajemnością we właścicielce obrazów Radskina, Clarze. Razem z nią odkrywa istnienie i sekrety ostatniego obrazu rosyjskiego malarza o tytule "Młoda kobieta w czerwonej sukni". Obraz ten budzi w Jonathanie respekt, ale i wiele wątpliwości oraz grozę krążących wokół jego historii tajemnic. Tajemnic sięgających przeszłości, zręcznie przeplatających się z teraźniejszością, a nawet... przyszłością. Bohaterowie będą musieli przekonać się na własnej skórze, czy ich miłość okaże się być na tyle silna, by przetrwać wszelkie kłamstwa i intrygi. Przetrwać wszystko, nawet śmierć.

Powyższa historia brzmi intrygująco i interesująco i taka też jest. Zawiera w sobie elementy powieści obyczajowej, romansu, a nawet kryminału. Szkoda jednak, że liczy sobie zaledwie około dwustu stron, bo bardzo chętnie zagłębiłabym się w niej na dłużej. Różne ciekawe wątki, jak na przykład historia dotycząca osoby malarza Radskina, mogłyby zostać bardziej rozbudowane lub dokładniej przedstawione. A tymczasem wszystko toczy się w mgnieniu oka, pozostawiając jakiś niedosyt, ale i refleksje.

Spodobał mi się pomysł Levy'ego na fabułę utworu, dzięki któremu wraz z każdą kolejną stroną książki odkrywałam coraz to nowsze i zaskakujące fakty. Spodobali mi się też bohaterowie "W następnym życiu" - nieważne, czy mieli oni pozytywną albo negatywną osobowość. Ważne, że każdy z nich posiadał interesującą osobowość i historię. A także poszczególne cechy charakteru, w jakiś sposób mnie urzekające, jak na przykład niecodzienne poczucie humoru Petera czy przebiegłość Anny, narzeczonej Jonathana. Zwyczajnie polubiłam styl pisarski Levy'ego i już wiem, że po jego książki muszę sięgać częściej.

"Czy wierzysz, że można tak kochać, że nawet śmierć nie zatrze tego w pamięci? Czy wierzysz, że miłość może nas przeżyć i przywrócić nam życie? Czy wierzysz, że czas może bez końca łączyć na nowo tych, którzy kochali się na tyle mocno, żeby tego nie stracić?"*. Marc Levy w swej powieści sygnalizuje nam, że źródłem ludzkiego życia jest uczucie, a dokładnie uczucie miłości. Miłość wzajemna to siła i energia, dzięki której człowiek ma szansą przetrwać najgorsze chwile, a jego dusza, naznaczona tym uczuciem, może pokonać nawet śmierć, by powrócić w ciele innej osoby, w tytułowym następnym życiu. "Zdarza się, że dwie gwiazdy się spotykają, aby stać się jednością, i na zawsze pozostają od siebie zależne. Są nierozłączne i nigdy nie przestaną się odnajdywać, od życia do życia. Jeżeli w ciągu jakiejś ziemskiej egzystencji jedna połowa oddzieli się od drugiej, łamiąc przysięgę, która je połączyła, obie dusze natychmiast gasną. Nie mogą osobno kontynuować swojej podróży"**. Brzmi banalnie i bajkowo, prawda? Ale Levy przeobraził swój utwór we wspaniałą i piękną historię o miłości, której bohaterowie muszą uporać się z przeciwnościami losu i czyhającymi na ich życie zawistnymi osobami i innymi niebezpieczeństwami. Historię otoczoną pięknem sztuki malarskiej i architektury.

Muszę przyznać, iż chętnie obejrzałabym ekranizację "W następnym życiu", gdyby taka kiedykolwiek powstała. Myślę, że ta książka byłaby dobrym materiałem na scenariusz filmowy. Mimo przydługiego i mało zachwycającego początku, powieść Levy'ego mnie urzekła. Chyba nawet trochę bardziej niż "Jak w niebie" tegoż autora. Niektórym utwór "W następnym życiu" może wydać się mdły i ckliwy ze względu na silny charakter miłości głównych bohaterów, ale ci, którzy gustują w romantycznych i oryginalnych opowieściach, przeplatanych wątkami kryminalnymi, książka na pewno się spodoba i pozwoli oderwać się na chwilę od rzeczywistości. To doskonała lektura na jeden, dwa wieczory. Wciągająca, zaskakująca, niewymagająca. Cieszę się, że miałam okazję zapoznać się z jej treścią. W następnym życiu może nie byłoby mi już to dane...

*s.146-147
**s.31

środa, 4 stycznia 2012

"Jak w niebie" - Marc Levy

Wydawnictwo: Albatros, 2006.
Liczba stron: 216.
Oprawa: miękka ze skrzydełkami.
Rozpoczęcie lektury: 03.01.2012.
Zakończenie lektury: 04.01.2012.
Moja ocena: 7/10.

Marc Levy to francuski powieściopisarz, autor siedemnastu książek cieszących się dużym uznaniem czytelników. Popularność zyskał dzięki pierwszej z nich, "Jak w niebie", która (przetłumaczona na wiele języków) sprzedała się w nakładzie ponad trzech milionów egzemplarzy i która kilka lat później doczekała się ekranizacji.

Już jakiś czas temu obiło mi się o uszy, że nakręcono film - komedię romantyczną - "Jak w niebie", z Reese Witherspoon i Markiem Ruffalo w rolach głównych, ale wówczas nie miałam pojęcia, że powstał on na podstawie książki Levy'ego o tym samym tytule. Właściwie dowiedziałam się o tym dopiero wtedy, gdy zerknęłam na opis tejże książki. Ale dzięki świadomości istnienia filmu, przez całą lekturę mogłam w bardziej obrazowy sposób wyobrazić sobie głównych bohaterów, przywołując w myślach twarze Reese i Marka. Po przeczytaniu tej niedługiej powieści o niecodziennej miłości jestem pewna, że w najbliższym czasie nie odpuszczę sobie obejrzenia jej ekranizacji.

"Jak w niebie" to historia o bardzo nietypowej miłości, osadzona w kalifornijskich miasteczkach. Lauren, młoda i początkująca lekarka, ulega wypadkowi samochodowemu i zapada w śpiączkę. Kilka miesięcy później pojawia się pod postacią istoty przypominającej ducha (nie dosłownie ducha, co było podkreślane w tekście - bohaterka przecież nie umarła, tylko nadal pozostawała w stanie śpiączki) w swoim dawnym domu i poznaje jego obecnego lokatora, przystojnego architekta, Arthura. Jakimś cudem, jako jedyny człowiek, Arthur widzi ją, słyszy i czuje. Z początku mężczyzna jest negatywnie nastawiony do nieprawdopodobnej sytuacji, w jakiej się znalazł, ale z czasem zaczyna wierzyć, że Lauren to osoba, której ciało w dalszym ciągu tkwi w szpitalu, a jej dusza posiada zdolność przenoszenia się w różne miejsca w sposób wręcz magiczny. Lauren i Arthur zaprzyjaźniają się ze sobą, próbując rozwikłać zagadkę długotrwałej śpiączki dziewczyny. Prawdziwe problemy jednak zaczynają się, gdy pojawia się możliwość eutanazji, czyli przyspieszenia śmierci bohaterki. Arthur za wszelką cenę pragnie nie dopuścić do tej sytuacji, uciekając się do ryzykownych, ale także zabawnych rozwiązań. Czy jego plany przyniosą zamierzone efekty?

Trzeba przyznać, że Marc Levy w całkiem zgrabny sposób opisuje oryginalną, wręcz fantastyczną historię. Opowieść nie nudzi, jest pełna zabawnych sytuacji i dialogów, a jednocześnie pełna refleksji na temat życia - jego przemijania, ludzkich marzeń i pragnień. Autor wyraźnie daje czytelnikowi do zrozumienia, że życie jest kruche, zbyt krótkie na to, by marnować je przez nieodpowiednie postępowanie i brak logicznego myślenia, a jednocześnie na tyle długie, by móc osiągnąć coś, co do tej pory wydawało się nieosiągalne, niemożliwe do zrealizowania. "Nie ma rzeczy niemożliwych, tylko nasz ograniczony umysł uznaje pewne zjawiska za niepojęte i nierealne. Często trzeba rozwiązać wiele równań, by przyjąć nowy sposób rozumowania. To kwestia czasu i możliwości ludzkiego mózgu"*. Czas ucieka nieubłaganie, więc nie ma sensu wybiegać w daleką, niepewną przyszłość. Ważne jest, aby cieszyć się daną chwilą, teraźniejszością, zwłaszcza gdy ma się z kim nią dzielić. "Chcesz zrozumieć, czym jest rok życia? Zapytaj o to studenta, który oblał roczny egzamin. Czym jest miesiąc życia, powie ci matka, która wydała na świat wcześniaka, i czeka, by wyjęto go z inkubatora, bo dopiero wówczas będzie mogła przytulić swoje maleństwo. Zapytaj, co znaczy tydzień, robotnika pracującego na utrzymanie rodziny w fabryce albo kopalni. Czym jest dzień, powiedzą ci rozdzieleni kochankowie, czekający na kolejne spotkanie. Co znaczy godzina, wie człowiek cierpiący na klaustrofobię, kiedy utknie w zepsutej windzie. Wagę sekundy poznasz, patrząc w oczy człowieka, który uniknął wypadku samochodowego, o ułamek sekundy pytaj biegacza, który zdobył na igrzyskach olimpijskich srebrny medal, a nie ten złoty, o którym marzył przez całe życie. Życie to magia [...]"**. Swoją drogą, już dużo wcześniej spotkałam się z podobnym cytatem - jako "wiersz szczęścia" nieznanego pochodzenia można odnaleźć go chociażby w Internecie. Sama otrzymałam go kiedyś wydrukowanego na skrawku papieru od koleżanki i nosiłam przez długi czas w portfelu "na szczęście". Zastanawiam się, czy Marc Levy inspirował się tym wierszem, przytaczając go w swej książce, czy też owo nieznane pochodzenie tego wiersza wynika z nieprzypisania mu przez odbiorców autorstwa...

"Jak w niebie" to lekka i przyjemna lektura. Czasem zabawna, a czasem zbyt mocno, moim zdaniem, refleksyjna i melancholijna. Osoba Lauren (a raczej jej duchowa postać) na początku troszkę przyprawiała mnie o zdenerwowanie z powodu jej zdziwaczałego zachowania, ale później została ukazana w lepszym świetle. Arthur natomiast sprawiał wrażenie mężczyzny wręcz idealnego, a mam tu na myśli przede wszystkim jego charakter, dlatego nic dodać, nic ująć. Podobała mi się też postać Paula, wspólnika Arthura z pracy, która prezentowała sobą zwariowane poczucie humoru i duży dystans do otaczającego świata.

Do Albatrosowego wydania nie mam żadnych zastrzeżeń. Książka ta należy do serii Pi, która pomimo zaprzestania jej rozwoju, nadal jest jedną z moich ulubionych pod względem projektu okładek i wnętrz. Nie wypatrzyłam żadnych błędów w tekście, tylko ogólnie odniosłam wrażenie, że strasznie dużo w nim znaków interpunkcyjnych w postaci wykrzyknika, przez co wszelkie dialogi bohaterów zdawały się "krzyczeć".

Utwór "Jak w niebie" polecam miłośnikom powieści obyczajowych o miłości, przymykającym oko na zdarzenia nieprawdopodobne i odznaczającym się choć minimalną dawką poczucia humoru. Wprawdzie w trakcie lektury, jak i po, nie poczułam się jak w tytułowym niebie, to jednak główni bohaterowie jak najbardziej. Jestem bardzo ciekawa innych książek Marca Levy'ego - czy również fabułą będą odbiegać od "normalności" - zatem na pewno po którąś sięgnę, tym bardziej, że jedna z nich, "W następnym życiu" już czeka na półce mojej biblioteczki...

*s.173
**s.193
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...