Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wielka Litera. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wielka Litera. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 26 czerwca 2014

"Rok na Majorce" - Anna Klara Majewska

Wydawnictwo: Wielka Litera, 2013.
Liczba stron: 336.
Rozpoczęcie lektury: 01.06.2014.
Zakończenie lektury: 05.06.2014.
Moja ocena: 5/10.

Anna Klara Majewska to polska pisarka, dziennikarka i felietonistka, córka nieżyjącej już fotografki, Zofii Nasierowskiej, i reżysera, Janusza Majewskiego. Autorka poradnika "Jak dobrze wyjść za mąż po czterdziestce" i "Sekretów" napisanych wspólnie z Hanną Bakułą i Anną Ibisz. Dwukrotnie zamężna. Z wywiadu znalezionego w sieci wyczytałam, że Majewska nie znosi fikcji i to, co opisała w powieści "Rok na Majorce", wydarzyło się mniej więcej naprawdę - pisarka w wieku trzydziestu pięciu lat wyprowadziła się z synem na ponad dwa lata właśnie na Majorkę, stąd też jej dobra znajomość tamtejszych rejonów i obyczajów, o których można poczytać w książce.

Jej bohaterką jest trzydziestopięcioletnia Magda Blum, rozwódka, matka dziesięcioletniego Michała, z zawodu architekt wnętrz, ale chwilowo bezrobotna. Po kolejnym nieudanym związku, tym razem z Maxem, hrabią, z którym koniecznie chce ją wyswatać matka, Magda wyprowadza się z Wiednia do Palmy, która może i jest rajem na ziemi, ale niekoniecznie zawsze, o czym kobieta przekonuje się trochę później. Czy hiszpańska wyspa pomoże Magdzie w uporządkowaniu jej dotychczasowego życia? A może w znalezieniu unikalnych przyjaciół i równie unikalnego tego jedynego? Czy Majorka okaże się przyjazna również dla jej rozpieszczonego dziesięciolatka?

Okładka powieści Majewskiej od razu wprowadza czytelnika w wakacyjny, urlopowy nastrój. Aż chciałoby się w następnej chwili znaleźć w otulonym słońcem południowoeuropejskim kraju pełnym zabytkowych miasteczek albo na jakiejś gorącej wyspie otoczonej lazurowymi wodami. Licznych opisów majorkańskich widoków oraz panujących na tytułowej wyspie zwyczajów i obrzędów w utworze nie brakuje, więc przyjemnie było mi przenieść się - wprawdzie tylko w wyobraźni, ale to zawsze jakiś plus - w ciepły klimat, którego chciałabym kiedyś posmakować w rzeczywistości. Na tym praktycznie kończy się urok "Roku na Majorce" związany z porą letnią i wypoczynkiem. Bo, prawdę pisząc, do lekkich, takich typowo przygodowych, zabawnych, na hamak czy plażę bym tej książki nie zaliczyła. Opowiada ona o kobiecych perypetiach dotyczących przede wszystkim mężczyzn. Na pierwszy plan wysuwają się więc romanse, zdrady i ploteczki. Autorka posługuje się specyficznym stylem pisania - trochę dzikim, wariackim, żartobliwym i niepozbawionym ironii, co na dłuższą metę wydaje się męczące lub nawet niesmaczne. Majewska nie stroni od wymyślnych porównań, złośliwych stereotypów (skoro niemiecka para w średnim wieku, to musi być brzydka; jak mężczyzna jeździ ładnym autem i nosi obcisłą różową koszulkę, musi być gejem) oraz różnojęzycznych wstawek, zwłaszcza angielskich, które nie zawsze są tłumaczone na język polski.

Miało być lekko i zabawnie, tymczasem jest denerwująco, ślady dobrego humoru są widoczne tylko gdzieniegdzie (parę sytuacji czy dialogów), a najciekawsze momenty akcji - pod koniec książki. To, że klimat "Roku na Majorce" jest taki, a nie inny, jest zasługą (a może raczej winą) ciężkostrawnych bohaterów wykreowanych przez Majewską. Szczególnie bohaterki głównej, czyli Magdy. Nie potrafiłam jej polubić. Kobieta ta jest na przemian chłodna, niezdecydowana, zła bądź po prostu wredna. Na wiele rzeczy i wielu ludzi narzeka. Niby poszukuje szczęścia, ale robi to nieodpowiedzialnie i byle jak. I w ten sposób wdaje się w relacje z niewłaściwymi osobami, które potem ją ranią i czynią jeszcze bardziej niezadowoloną z życia. Jest lekkomyślna i czasami w gorącej wodzie kąpana. Jej nałogiem są buty, więc każdy okropny moment w życiu Magdy równa się zakupowi nowej pary obuwia, nieważne, że kosztuje ona majątek, i nieważne, że jej przyszła właścicielka żyje z oszczędności. Nie podoba mi się to, jak określa swoją sytuację życiową - uważa, że wychowując dziecko, pracując (tak, tak, z czasem znajduje pracę, a nawet rozkręca własny biznes) i wykonując domowe obowiązki, popada w rutynę. Nie zauważa jednak tego, że jakimś cudem nie brakuje jej rozrywki, bo niemal co wieczór ma czas z kimś się spotkać, wyjść, wyjechać na jakieś spotkanie bądź imprezę, na której zostaje do późnej nocy. A czy przeciętny człowiek, który obraca się w środowiskach rodzina-praca-dom, nie twierdząc, że robi to rutynowo, ma zawsze czas na przyjemności, jakim oddaje się bohaterka powieści? Nie sądzę. Mam wrażenie, że Magda nie potrafi usiedzieć zbyt długo w jednym miejscu. Wszystko, zwłaszcza praca, szybko zaczyna ją nudzić.

Przejdę teraz do kwestii pozostałych postaci przewijających się przez utwór Majewskiej. Co najmniej zastanawiający jest fakt, iż wszystkie (poza Markiem Hamptonem) są, no cóż, owijać w bawełnę nie będę, dziwne - albo posiadają taki charakter, albo osobliwe hobby czy poglądy. Autorka może i chciała urozmaicić nimi swą książkę, ale wydaje mi się, że trochę przesadziła. Mamy w niej mnóstwo przyjaciółek Magdy, które są rozwódkami szukającymi nowych przygód miłosnych albo cierpiącymi na depresję (chyba najgorsza jest Rosa, "wspaniała i idealna" matka, która tylko patrzy, żeby wyrwać jakiegoś faceta - najlepiej artystę - nie może żyć bez seksu, nieobce jej są też narkotyki), mamy także mężczyznę brzydzącego się ludźmi, wiecznie napaloną złotą rączkę, oszusta żyjącego w dwóch związkach partnerskich, faceta, który martwi się o byłą żonę do tego stopnia, że nie potrafi oddać się całkowicie innej kobiecie, upierdliwą matkę Magdy (wątek Bożego Narodzenia z nią w roli głównej to koszmar i masakra!), obłąkaną staruszkę i parę innych. Wspomniany Marek Hampton, fajny gość i niemalże ideał mężczyzny, na tle powyższych bohaterów wydaje się przybyszem z kosmosu. Ale dzięki niemu właśnie fabuła "Roku na Majorce" nabrała nieco normalności i tajemniczości.

Z całą pewnością jest więc to książka zwariowana i "hałaśliwa". Jej przeciętna treść skupia się na damsko-męskich potyczkach, perypetiach i sekretach rodzinnych, prowadzeniu własnej działalności gospodarczej i ogólnym życiu na obczyźnie - nie tylko w przypadku głównej bohaterki, lecz kilku innych osób pochodzących z różnych zakątków Europy. Na kolana nie powali, może srogo rozczarować albo wręcz przeciwnie, poprawić humor. Nie tak dawno wydawnictwo Wielka Litera wypuściło na rynek "Powrót na Majorkę", kontynuację przygód Magdy i jej majorkańskich przyjaciół. Z opisu wynika, że kobieta znowu trochę namiesza (dlaczego? dlaczego?). Czy przeczytam? Może i nie mam nic przeciwko, gdyż bardzo nie lubię porzucać serii czy cyklu książek, ale przy tym nawale utworów, które pragnę poznać, tak szybko pewnie to nie nastąpi. Może nawet nigdy. Cóż, tym razem chyba przeżyję.

poniedziałek, 31 marca 2014

"Szczęśliwi ludzie czytają książki i piją kawę" - Agnès Martin-Lugand

Tytuł oryginalny: "Les gens heureux lisent et boivent du café".
Tłumacz: Beata Turska, Małgorzata Miłosz.
Wydawnictwo: Wielka Litera, 2014.
Liczba stron: 208.
Oprawa: miękka.
Rozpoczęcie lektury: 25.03.2014.
Zakończenie lektury: 26.03.2014.
Moja ocena: 3/10.

Po raz pierwszy wydana jako e-book na koszt autorki powieść "Szczęśliwi ludzie czytają książki i piją kawę" odniosła niebywały sukces, po czym prawa do jej wydania sprzedano do kilkunastu krajów na całym świecie. Szczerze? Do tej pory nie mogę się temu nadziwić. Tej malutkiej, cieniutkiej niczym harlequin książeczce bliżej właśnie do nic nieznaczącego romansidła aniżeli wzruszającej historii o miłości, jaką miała być. Również jej tytuł - niebanalny, zachwycający - wprowadza w błąd, bowiem ma on wspólnego z treścią utworu tyle co nic - ot, takie tam motto kawiarni literackiej, której właścicielką jest główna bohaterka. A gdzie ci szczęśliwi ludzie? Gdzie to szczęście, ciepło, optymizm?

Mija rok odkąd Colin i Klara, mąż i córeczka Diane, zginęli w wypadku samochodowym. Nie zapowiada się jednak na to, by kobieta miała w najbliższym czasie pogodzić się z ich śmiercią i stanąć na nogi. Nie wychodzi z domu przypominającego sanktuarium, pije, pali i wspomina, wylewając przy tym niekończące się morze łez. Pieczę nad jej kawiarnią nieudolnie sprawuje jej przyjaciel, Feliks. To przez niego w pewnym sensie Diane decyduje się któregoś dnia na samotny wyjazd z Paryża do Mulranny w Irlandii, by zyskać trochę spokoju i spróbować odżyć. Ale już podczas pierwszego dnia pobytu w tym chłodnym i wietrznym kraju bohaterka zdaje sobie sprawę z tego, że nie będzie jej tu łatwo - chociażby ze względu na wyjątkowo niemiłego i gburowatego sąsiada, obok którego przyszło jej zamieszkać...

Jakie uczucie zakwitnie pomiędzy Diane a Edwardem (sąsiadem właśnie), można się domyślić, wcześniej jednak czytelnik będzie świadkiem wielu zgrzytów i nieprzyjemnych spotkań tych dwojga, którzy - jak małe dzieci - robią sobie na złość i okazują nienawiść na niekoniecznie mądre sposoby. Czy to całe ich droczenie się ze sobą miało być śmieszne? Bo, jak na moje oko, wyszło nieznośnie i irytująco. Nieco później dzieje się jak w oklepanym schematycznie romansie - zakochanie, cudowne chwile, cisza przed burzą, burza i załagodzenie sytuacji - choć samo zakończenie - jakby napisane w momencie, w którym autorkę opuściła wena - pozostawia wiele do życzenia, delikatnie rzecz ujmując. Nie spodobało mi się wcale. Dobrnęłam do ostatniego zdania na ostatniej stronie i zapytałam sama siebie "to już?".

Jeśli chodzi o postaci pojawiające się na kartach powieści "Szczęśliwi ludzie czytają książki i piją kawę", nie jestem w stanie wyartykułować na ich temat pochlebnych opinii. Diane jeszcze można jakoś znieść, zwłaszcza na początku utworu, kiedy jej ból z powodu straty bliskich osób wydaje się rzeczywisty, namacalny, tak bardzo inny od reszty treści historii, która jest nijaka. Z kolei moje uczucia żywione do Edwarda przypominały sinusoidę - najpierw absolutnie nie dawał się on lubić z powodu zachowania, o którym wspomniałam we wcześniejszym akapicie; kiedy między nim a Diane zaczynało się pomyślnie układać, jego charakter przybrał łagodny odcień i stać go było wtedy na całkiem ciekawe i miłe dla oka przedsięwzięcia; natomiast im bliżej końca książki, tym szybciej wracała moja początkowa niechęć do Edwarda, któremu zgrywanie twardziela nie pomagało w ukryciu, że facet tak naprawdę nie miał jaj i lepiej wychodziło mu bycie łajdakiem. Dlaczego - zdradzić nie mogę; dodam tylko, że ów wątek, który aktualnie mam na myśli, jest chyba najgorzej poprowadzonym ze wszystkich w powieści Martin-Lugand. Ale o jeszcze jednym bohaterze chciałam w paru słowach napomknąć, mianowicie o Feliksie, najlepszym przyjacielu Diane. Jego postać została strasznie spłycona. Feliks jest gejem. A autorka nie pisze o niczym innym, tylko o jego niemających końca podbojach miłosnych i bziku na punkcie każdego napotkanego przez niego mężczyzny, co po którymś razie robi się już po prostu nudne, a nawet niesmaczne.

Zapowiadało się obiecująco. Nie tylko za sprawą tytułu powieści, ale i jej pierwszych rozdziałów. Martwiłam się wprawdzie, czy aby z wyjazdu Diane do Irlandii nie wyjdzie jakaś powtórka z rozrywki przypominająca wyjazd do tegoż samego kraju Holly z utworu "P.S. Kocham Cię" Cecelii Ahern (swoją drogą, co ta Irlandia ma w sobie, że wszyscy lgną do niej jak muchy do miodu?), na szczęście nie znalazłam podobieństw między obiema historiami. Ale po raz kolejny poddałam się zauroczeniu Irlandią (najwyraźniej jej krajobrazy i klimat, za którym nie przepadam, są tym "czymś") i zamarzyłam o jej zobaczeniu kiedyś na żywo. Pisanie Agnès Martin-Lugand nie idzie źle, ale na przyszłość życzyłabym jej częstszego łapania oddechu i rozwinięcia umiejętności tworzenia bardziej rozbudowanych wątków i dialogów.

"Szczęśliwi ludzie czytają książki i piją kawę" to utwór, który, niestety, bardzo mnie rozczarował. Po pierwsze - zamiast zarazić szczęściem tytułowych ludzi, przygnębił mnie i niejednokrotnie wprawił w rozdrażnienie. Chciałoby się napisać "ale to już było", jeśli chodzi o schemat opowieści, ale chyba większym jej minusem jest fakt, że nie została ona dopracowana, uszczegółowiona. Zabrakło mi w niej czegoś głębszego, nad czym mogłabym podumać i porozmyślać w tym pozytywnym sensie. Po drugie - jak na tak niewielką objętościowo książeczkę, jest w niej zdecydowanie zbyt dużo literówek. Bardzo nieprzyjemnie mi było na nie patrzeć. Ogółem - tym razem powstrzymam się od polecania omawianej w niniejszej opinii książki komukolwiek.

Za egzemplarz recenzencki uprzejmie dziękuję wydawnictwu Wielka Litera.
Recenzja napisana dla portalu IRKA.

czwartek, 27 lutego 2014

"Wiosenne dziewczęta" - Brandon W. Jones

Tytuł oryginalny: "All Woman and Springtime".
Tłumacz: Anna Zeller.
Wydawnictwo: Wielka Litera, 2014.
Liczba stron: 448.
Oprawa: miękka.
Rozpoczęcie lektury: 21.02.2014.
Zakończenie lektury: 24.02.2014.
Moja ocena: 7/10.

"Wiosenne dziewczęta" to dramat obyczajowy debiutującego pisarza i miłośnika sztuki, Brandona W. Jonesa. To przejmująca opowieść o nastoletnich Koreankach skrzywdzonych przez los, których "ścieżka przetrwania nie przecinała się ze ścieżką szczęścia"*. Jak autor zaznacza na wstępie, nie jest to utwór dla młodszych czytelników - tematyka polityki koreańskiej, seksu i prostytucji chyba mówi sama za siebie.

Czasy panowania Kim Dzong Ila. Gyong-ho (Gi) i Il-sun są sierotami mieszkającymi w sierocińcu dla dziewcząt. W wieku siedemnastu lat rozpoczynają pracę w szwalni pod okiem groźnego brygadzisty. Bohaterki są najbliższymi przyjaciółkami, mimo iż dzielą je widoczne gołym okiem różnice charakterów. Borykająca się z traumą z dzieciństwa, zamknięta w sobie Gi o wyglądzie chłopczycy jest wzorową i pracowitą obywatelką komunistycznej Korei Północnej, a w sytuacjach kryzysowych radzi sobie, uciekając obsesyjnymi myślami do świata matematyki. Z kolei piękna Il-sun jest buntownicza i pragnie korzystać z życia pełnią sił, nawet jeśli w jej kraju jest to zabronione. Obie mają to nieszczęście trafić na nieodpowiednich - okrutnych - mężczyzn, poprzez co zostają sprzedane do kapitalistycznej Korei Południowej, a później Stanów Zjednoczonych jako prostytutki. Niewola, jakiej doświadczą, zmieni ich życie - niekoniecznie na dobre, ale już na zawsze.

Jak na debiut, "Wiosenne dziewczęta" są naprawdę dobrą książką, choć styl pisarski Jonesa wymaga doszlifowania, by móc mówić o nim jako o jedynym w swoim rodzaju i wyrazistym. Rozdziały są krótkie, powieść czyta się jednym tchem nie tylko dzięki wciągającej fabule, ale i sprawnemu jej prowadzeniu - autor bowiem pisze rzeczowo, konkretnie, nie rozwodząc się nad szczegółami, choć od czasu do czasu przytacza ciekawostki z życia bohaterów pojawiających się w utworze. Utworze, który jest niezwykle realistyczny, dlatego też tak mocno oddziałuje na odbiorcę i jego emocje. Pisarz bez ogródek kreuje obrazy rygorystycznego życia mieszkańców Korei Północnej, które jest wręcz ściśle zdefiniowane i określone przez władzę i przypomina służbę Republice, Umiłowanemu Przywódcy, któremu przyszło sprawować w państwie najwyższy urząd po śmierci Wielkiego Wodza, Kim Ir Sena. Bohaterki wychowane według zadziwiających i oburzających zasad panujących w ich kraju, żyjące tylko dla niego, nie wiedzą praktycznie nic na temat reszty świata, dlatego po opuszczeniu pierwszego więzienia i trafieniu do następnego, czyli świata prostytucji i pornografii, tak bardzo uderza w czytelnika ich nieporadność i naiwność wynikająca z niewiedzy. A jeśli dodać do tego wszystko to, do czego są zmuszane, czyli wykonywania striptizu i uprawiania ohydnego seksu za pieniądze, smutek i współczucie dla dziewcząt stają się jeszcze większe i silniejsze.

Ludzie, z którymi muszą obcować Gi, Il-sun, a także poznane przez nie nieco później Cho i Jasmine, są na ogół źli, bezwzględni lub - w najlepszym przypadku - obojętni. Wśród nich wyróżnia się pan Choy, alfons wykorzystujący nieświadome charakteru pracy prostytutki i wynikających z niej zagrożeń młode kobiety z zagranicy. "Jego towarem były dziewczyny i żeby stać się głównym graczem na rynku, musiał kontrolować wszystkie aspekty tego przemysłu: porno w Internecie, filmy porno, gazety porno, burdele i kluby ze striptizem"**. Na przykładzie dwóch dziewcząt doskonale widać, jak były i są przez niego traktowane przedstawicielki płci pięknej: "Kobiety przywykły do prostego, surowego życia, więc można było je tanim kosztem wykarmić i utrzymać. Cieszyły się, że mogą mieszkać na zapleczu w magazynie, co oczywiście nic go nie kosztowało. Może nie były najbardziej atrakcyjnymi dziwkami, ale ciężko pracowały i miały sporo klientów. Kiedy już się zużyły, sprzedał je na żony zdesperowanym chłopom ze wsi. Z biznesowego punktu widzenia był to doskonały zwrot inwestycji!"***. Inną negatywną postacią w książce Jonesa jest pani Cha, burdelmama, która robi wszystko, by jak najdłużej czerpać korzyści z handlu ciałami jej "podopiecznych". To właśnie z powodu jej brutalnego postępowania cierpienie Il-sun osiąga niewyobrażalnie wielkie rozmiary i doprowadza ją do skraju rozpaczy i szaleństwa.

"Pomyślała o swoich niespełnionych marzeniach o żołnierzu, dziecku (...) Czy zakochanie się w niej, prostytutce, na zawsze pozostanie żartem? Była kobietą, której mężczyźni używali dla przyjemności, a potem się pozbywali. Była skalana, tknięta przez tylu mężczyzn. Czy kiedyś odzyska niewinność?"****. Takie i podobne myśli nie opuszczają Gi, Il-sun, Cho i Jasmine przez cały okres ich przebywania w niewoli. Ich dziecięce i nastoletnie pragnienia założenia rodziny oraz wykonywania spokojnej pracy nie zanikają, ale zaczynają przeplatać się z marzeniami o wolności. Wiara w to, że te drugie kiedyś się spełnią, niektóre osoby - zwłaszcza tak twarde i wytrwałe jak Gyong-ho - trzyma przy życiu.

Niewiarygodne, przerażające i przykre jest to, przez co musiały przejść bohaterki "Wiosennych dziewcząt" Brandona W. Jonesa. Nie do pomyślenia jest to, że coś takiego naprawdę przytrafiało się i zapewne nadal przytrafia wielu kobietom na całym świecie. Odzierane z godności, wolności i szczęścia, Gi i Il-sun niejednokrotnie potrafiły wyłapać, wychwycić dobre strony i plusy poniżającej pracy, takie jak posiadanie całkiem przyjemnego kąta do spania, otrzymywanie smacznego pożywienia, a nawet pieniędzy, które mogły wydać na kosmetyki lub ciuchy, oraz doświadczanie ciepła u boku mężczyzn-klientów, kiedy wokół panowały srogie warunki pogodowe. Tego typu zachowania i odczucia młodych kobiet może i zakrawały na paradoks, ale też były jednym z czynników gwarantujących ich dalszą egzystencję. Powieść wywołała we mnie mnóstwo emocji. Niepokoiła mnie i smuciła na przemian. Opisana w niej historia Gyong-ho, Il-sun i ich koleżanek zakończyła się wzruszająco, ale nie dla wszystkich dobrze. Tym bardziej czytelnik jest w stanie zapamiętać ją na długo. Warto poznać, polecam.

*s.221
**s.217
***s.218
****s.247

Za egzemplarz recenzencki uprzejmie dziękuję wydawnictwu Wielka Litera.
Recenzja napisana dla portalu IRKA.

wtorek, 15 października 2013

"Zła kobieta" - Amanda Prowse

Tytuł oryginału: "What Have I Done?".
Tłumacz: Katarzyna Rosłan.
Wydawnictwo: Wielka Litera, 2013.
Liczba stron: 384.
Oprawa: miękka.
Rozpoczęcie lektury: 14.06.2013.
Zakończenie lektury: 16.06.2013.
Moja ocena: 7/10.

Amanda Prowse tak na dobre zajęła się pisaniem dopiero kilka lat temu. I już odnosi sukcesy. Już zaistniała w literackim świecie. Jej ulubioną tematyką jest kobiecość, dlatego też w swych utworach opisuje kobiece perypetie rodzinne, miłosne i kobiece problemy, ujawniając przy tym najgłębsze zakamarki kobiecej psychiki. Nie inaczej jest w "Złej kobiecie", powieści kipiącej silnymi emocjami i bólem. Książka ta bowiem ma charakter dramatu obyczajowego ukazującego motyw powtarzający się w wielu utworach pisanych czy filmowych, a mianowicie motyw przemocy. A skoro przemoc, pomyślałam sobie, że wszystko na jej temat zostało powiedziane i pokazane już wcześniej, nic mnie już nie zaskoczy. Jakże się myliłam...

Chyba nie ma osoby, która nie twierdziłaby, że rodzina Brookerów jest rodziną idealną. Kochającą się, szczęśliwą, przyjazną, sympatyczną... Można by tak wymieniać bez końca. On - Mark, głowa rodziny, doskonały dyrektor dobrze prosperującej szkoły, fantastyczny, niemalże zawsze uśmiechnięty, życzliwy, a na dodatek bardzo przystojny mężczyzna. Ona - Kathryn, wierna małżonka, perfekcyjna pani domu (wprawdzie z nieco dziwacznym codziennym zwyczajem prania pościeli, ale to nieistotny drobiazg) i kochająca matka dwojga nastolatków, Lydii i Dominica. Pewnego dnia jednak ta rodzinna sielanka zostaje nagle przerwana - Mark umiera. Dokładniej rzecz biorąc, ginie od śmiertelnego ciosu zadanego nożem przez... jego własną żonę. Kathryn oddaje się w ręce policji, a następnie trafia do więzienia. Po wyjściu na wolność próbuje ułożyć swe życie na nowo, ale to, czego pragnie najbardziej - odbudowy kontaktów z dziećmi i ich zaufania - ciągle wymyka jej się z rąk. Czy Lydia i Dominic będą w stanie wybaczyć matce zamordowanie ich ojca i ukrywanie prawdy o ich rodzinie przez kilkanaście lat?

Książka Prowse składa się z dwunastu rozdziałów, które na przemian ukazują fragmenty z życia głównej bohaterki, począwszy od okresu przed dziesięcioma laty, kiedy to Kathryn zabija Marka, a kończąc na teraźniejszości, czyli takim etapie jej życia, w którym (już) Kate kurczowo trzyma się nadziei na lepsze jutro, na ponowne szczęście u boku Lydii i Dominica, na niezmąconą żadnym niepokojem wolność. Uwielbiam retrospekcje w powieściach, w których czai się jakaś tajemnica, i z każdą kolejną stroną zbliżam się do jej odkrycia, poznając oprócz niej wiele wątków pobocznych, które budują znakomity nastrój danego utworu.

W "Złej kobiecie" czytelnik ma do czynienia z kwestią przemocy - zarówno fizycznej, jak i psychicznej. Mark wręcz torturuje swoją zonę na rozmaite, wyszukane sposoby i nikt - nawet ich dzieci - o tym nie wie, bo mężczyzna robi to w sposób niezauważalny dla nikogo, niczym wyrachowany, zimny, wyrafinowany profesjonalista, a Kathryn, ze względu na dzieci, wytrwale ukrywa prawdę o pozornie idealnej rodzinie, w której przyszło jej żyć. Prowse ową przemoc - czynniki ją wywołujące, jak i metody znęcania się Marka nad małżonką - subtelnie dawkuje na stronicach swej powieści, intrygując odbiorcę do granic jego możliwości. Tak, to prawda, nie mogłam się doczekać momentu, w którym dowiem się wreszcie, jakiego rodzaju kary stosuje wobec głównej bohaterki jej mąż. Ale gdy już do niego dobrnęłam, natychmiast pożałowałam swego pośpiechu. Nie, książka nie epatuje brutalnością, ale wystarczyło kilka stron szczegółowych opisów chorego postępowania Marka, by dosłownie zrobiło mi się słabo. Chcąc nie chcąc, musiałam raz po raz na chwilę powieść odłożyć i odetchnąć, zebrać myśli, zebrać do kupy samą siebie.

"Lista była długa i drobiazgowa. Puszki należało ustawiać jedna na drugiej, ale nie więcej niż trzy w jednej piramidzie, etykietkami do przodu (...) Dywan zawsze należało odkurzać prostymi, pionowymi ruchami, prowadząc końcówkę ssącą równo obok śladu poprzedniego ruchu (...) W odpowiedni sposób należało również przechowywać skarpetki - zwinięte parami w kulki i poukładane według kolorów w szufladzie. Istniał właściwy sposób zapełniania zmywarki, składania ręczników, wyjmowania i zawiązywania pełnego worka na śmieci, szczotkowania zębów, parkowania samochodu oraz prowadzenia go, karmienia dzieci, czesania i strzyżenia włosów, ścielenia łóżka, polerowania podłóg, zwracania się do sąsiadów, pisania kartek świątecznych, odbierania telefonu, ubierania się, chodzenia, mówienia, myślenia..."*.

Nigdy nie potrafiłam zrozumieć kobiet, które trwają lub trwały w związku małżeńskim pełnym przemocy. Zazwyczaj jednak - czy to właśnie w książkach, czy w filmach - spotykałam się z niekończącą się miłością kobiety do męża, dzięki której nawet bicie i poniewieranie nią było uzasadnione. To jest dla mnie wręcz niepojęte, ale być może głównie dlatego, że sama nigdy nie byłam w podobnej sytuacji (i nie chciałabym być, nawet tylko po to, by przekonać się, jak taki toksyczny związek może wyglądać. Ale, wracając do "Złej kobiety" - tutaj podejście kobiety do tego, jak traktuje ją partner, jest zupełnie inne. Pełne bezradności, owszem ale też pełne nienawiści wobec mężczyzny, pozbawione chęci dalszego tkwienia w małżeństwie, po prostu pozbawione miłości. "Uśmiechnęła się. Co dzień ćwiczyła uśmiech przed lustrem, bo w sposób naturalny nie potrafiła już tego robić. Dawno straciła ochotę"**. Wszelkie zasoby miłości Kathryn są przelewane na Lydię i Dominica. Dzięki nim kobieta posiada w sobie siłę na przetrwanie kolejnego dnia, mimo iż każdy taki dzień jest dla niej potworną męką, upokorzeniem i bezgłośnym wołaniem o pomoc, którego oczywiście nikt nie usłyszy. "Każde w miarę szczęśliwe wspomnienie lub wydarzenie związane z dziećmi natychmiast przysłaniał czarny cień poczynań męża. Zupełnie jakby była aktorką i grała w sztuce. Na scenie uczestniczyła w wielu radosnych i ekscytujących przygodach. Nie mogła jednak wiecznie być na scenie, a kiedy tylko wchodziła za kulisy, spadały na nią potworne przeżycia, których nie była w stanie uniknąć. Nie mogła zrobić nic więcej, jak tylko dzień po dniu z mozołem stawać przed widownią, przywoływać na twarz uśmiech i skrywać swe nieszczęście, w głębi duszy zaś mieć nadzieję, że któryś z widzów dostrzeże je i przyjdzie jej z pomocą"***.

Wytrzymując z Markiem siedemnaście lat dla dobra dzieci, a następnie go zabijając, Kahtryn nie zdaje sobie sprawy z tego, jak bardzo pokręcony okaże się jej los. Z dnia na dzień traci dosłownie wszystko, łącznie z miłością Lydii i Doma. Czy postąpiła właściwie? Czy rzeczywiście można określić ją mianem tytułowej złej kobiety? Trudno jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie, ale skoro Mark znęcał się nad żoną praktycznie od dnia ślubu, poczyniłabym na jej miejscu pewne zapobiegawcze lub już ściśle określone kroki jeszcze przed przyjściem na świat ich dzieci lub kiedy byłyby one bardzo małe. Ale to jest oczywiście gdybanie. "Zła kobieta" nie skupia się na szczegółowych relacjach początkowego pożycia małżeńskiego głównej bohaterki (może tliło się w nim wówczas o wiele więcej miłości i nadziei aniżeli później), lecz na tych ostatnich jego chwilach, które, nie da się ukryć, są wstrząsające i wywołują mnóstwo różnorodnych emocji. Czego natomiast jestem stuprocentowo pewna, to faktu, iż Mark był złym mężczyzną. Bardzo złym. Okrutnym. Przebiegłym. Torturowanie małżonki to jedno, ale podburzanie własnych dzieci przeciwko ich matce i wymuszanie na nich miłości przeznaczonej tylko dla niego? Ach, miałam ochotę cisnąć książką o ścianę, gdy czytałam o tych sprawach!

Zapewniam, że nie jest to lektura łatwa i pogodna. Owszem, wśród pozostałych - o wiele przyjemniejszych i spokojniejszych - wątków związanych z życiem Kate czytelnik znajdzie między innymi jej pobyt w więzieniu, podróż na Karaiby oraz chyba najciekawszy z nich, utworzenie Prospect House, swoistego rodzaju domu opieki dla dziewcząt i kobiet, które dotknęła trudna przeszłość, ale przez cały czas krąży ponad nimi złowieszczy, niedający o sobie zapomnieć duch Marka. Jest nad czym myśleć. Jest co analizować, jest nad czym się smucić i jest czemu niedowierzać.

Komu poleciłabym "Złą kobietę" Amandy Prowse? Przede wszystkim czytelnikom o stalowych nerwach, gustującym w tematach trudnych i bolesnych. To pozycja godna uwagi - o ludzkich potworach, nadziei, dążeniu do wolności i szczęścia, które jest tak kruche, jak delikatna kobiecość zarówno kobiety widniejącej na okładce książki, jak i każdej innej.

*s.163
**s.87
***s.114

Za egzemplarz recenzencki uprzejmie dziękuję wydawnictwu Wielka Litera.
Recenzja napisana dla portalu IRKA.

piątek, 20 września 2013

"Zagubione szczęście" - Tom Winter

Tytuł oryginału: "Lost and Found".
Tłumacz: Małgorzata Miłosz.
Wydawnictwo: Wielka Litera, 2013.
Liczba stron: 288.
Oprawa: miękka.
Rozpoczęcie lektury: 19.04.2013.
Zakończenie lektury: 21.04.2013.
Moja ocena: 7/10.

Ta debiutancka, licząca sobie niespełna trzysta stron powieść Toma Wintera przyciągnęła moją uwagę, nie da się ukryć, okładkowym opisem, z którego wywnioskowałam, iż fabuła tej książki będzie charakteryzować się oryginalnością - ze względu na niebanalny pomysł z międzyludzką komunikacją listowną - oraz zawierać namacalne wręcz elementy tej komunikacji, czyli listy w najczystszej postaci, a to coś, co w literaturze bardzo lubię i co podsyca we mnie oczekiwanie wynikające, rzecz jasna, z chęci dobrnięcia do takiego fragmentu utworu, w którym zostanie przytoczony kolejny list.

W przypadku "Zagubionego szczęścia" trudno jednak pisać o wymianie korespondencji listownej, bowiem jeden z głównych bohaterów takową wysyła "w świat", nieświadomy, że trafia ona w czyjeś ręce i czytają ją czyjeś oczy. Carol, zwyczajna mieszkanka Londynu, żona Boba i matka buntowniczej Sophie, dochodzi do wniosku, że jej życie nie pobiegło idealnym torem, ba, nie ułożyło się nawet w połowie tak dobrze, jak tego oczekiwała. Trudno jest jej dogadać się z córką, a jej małżeństwo dosłownie wisi na włosku z powodu kiepskich relacji między małżonkami, braku uczuć, zarówno miłości, przyjaźni, jak i wszystkich tych, które składają się na wieczne szczęście małżeńskie i rodzinne. Kobieta gubi się w otaczającej ją rzeczywistości. Jest jej jeszcze trudniej, gdy postanawia odejść od Boba, ale niemalże w tej samej chwili oboje dowiadują się, że mężczyzna ma raka. Bob jest zrozpaczony z powodu tego, co go spotyka. Carol natomiast rozpacza, bo wyrzuty sumienia nie pozwalają jej opuścić męża w sytuacji, jakiej nagle się znalazł. Za namową przyjaciółki, aby wyrzucić z siebie wszelkie żale i pretensje do losu, zaczyna pisywać listy "do nikogo". Nie wie jednak, że trafiają one do działu przesyłek niedoręczonych miejscowej poczty, w którym pracuje zbliżający się do emerytury Albert. Mężczyzna, choć nie powinien tego robić, zagląda do każdego z tych listów, nie do końca świadomy tego, że w końcu zmienią one jego pełne samotności i tęsknoty dotychczasowe życie.

Zanim sięgnęłam po "Zagubione szczęście", z powodu znajomości tylko imion głównych bohaterów tego utworu, myślałam, że będzie on jakimś romansem w stylu "ona wysyła listy, on je odczytuje i bardzo chce poznać ich autorkę, więc robi wszystko, by ją odnaleźć, a potem żyć z nią długo i szczęśliwie". Tymczasem Winter kompletnie mnie zaskoczył, wstawiając na miejsce wymyślonego przeze mnie szalonego mężczyzny w średnim wieku staruszka opłakującego od wielu lat zmarłą żonę, mieszkającego z kotką Glorią, która "ma dość" samotności swego właściciela. Ów pomysł jak najbardziej przypadł mi do gustu. Zarówno Albert, jak i Carol, to postaci przesiąknięte negatywnymi emocjami - bije od nich blask co najwyżej pochodzący z niewielkiej nadziei na to, że ich życie jeszcze jakoś się odbuduje, polepszy czy po prostu unormuje. Są samotni (choć ich samotność ma różne oblicza), nieszczęśliwi i nie potrafią zaakceptować zarówno świata, w jakim przyszło im funkcjonować, jak i samych siebie. To ludzie pełni żalu i smutku, ale nie da się przejść obok nich obojętnie, nie da się nie żywić do nich ciepłych uczuć. Zapewne dlatego, że Carol oraz Albert wciąż posiadają serca i nieludzkie im jest cierpienie bliskich, jak i obcych osób. Ponadto ich działania niejednokrotnie - pomimo całej tej ponurej otoczki, łącznie z deszczowym klimatem londyńskim - wywołują uśmiech na twarzy czytelnika. Ironiczne poczucie humoru autora doskonale wpasowało się w ogólny charakter i nastrój powieści.

W "Zagubionym szczęściu" można znaleźć kilka ciekawych wątków, które potrafią zapaść w pamięć odbiorcy bardzo głęboko. Są wśród nich między innymi: "walka" Alberta ze zgryźliwym, wręcz nie do zniesienia, sąsiadem Maxem, rozczulający wątek z Glorią, a także relacje Carol z rodzicami, zwłaszcza z matką. Powyższe elementy fabuły książki Wintera, jak i wiele, wiele innych, zachęcają czytelnika do snucia swobodnych refleksji na temat przemijalności ludzkiego życia, wybaczania, chęci przynależności do drugiego człowieka, poszukiwania szczęścia i akceptacji.

Życie nie raz daje nam w kość, ale po każdym upadku warto stanąć na nogi, po każdym zwątpieniu warto zacząć wierzyć na nowo, bo czas nieuchronnie ucieka i w końcu nadejdzie taki dzień, w którym będzie za późno, by to zrobić, by zagłuszyć wyrzuty własnego sumienia, by spróbować, zaryzykować i pogodzić się z własnym "ja", nawet wylewając przy tym morze łez. Takie morze łez sama wylałam w czasie lektury "Zagubionego szczęścia". Ta niepozorna powieść kipi od emocji, które nie pozwoliły mi jej przeczytać w całkowitym spokoju. Sprawiła, że otworzyłam nieco szerzej oczy na pewne sprawy, a także jeszcze bardziej utwierdziła mnie w przekonaniu, że dążenie do szczęścia i znalezienie go należy wpisać na pierwsze miejsce listy zadań, które powinien wykonać w życiu każdy człowiek. Polecam prozę Toma Wintera - zaskakująca i burzliwa mimo prostego języka i przekazu.

Za egzemplarz recenzencki uprzejmie dziękuję wydawnictwu Wielka Litera.
Recenzja napisana dla portalu IRKA.

poniedziałek, 1 kwietnia 2013

"Dwie kobiety" - Doris Lessing

Tytuł oryginału: "The Grandmothers".
Tłumacz: Bohdan Maliborski.
Wydawnictwo: Wielka Litera, 2013.
Liczba stron: 368.
Oprawa: twarda.
Rozpoczęcie lektury: 14.03.2013.
Zakończenie lektury: 25.03.2013.
Moja ocena: 6/10.

Doris Lessing to urodzona w 1919 roku w Persji (dzisiejszym Iranie) brytyjska pisarka. Do Anglii przeprowadziła się w 1948 roku. Jest znana z krytycznych opinii dotyczących polityki światowej i ich przedstawicieli. W latach pięćdziesiątych zaczęła pisać. Jej liczne powieści i opowiadania często zahaczają o tematykę psychologiczną i obyczajową, wiążącą się szczególnie z życiem kobiet. Przykładowe utwory to: "Trawa śpiewa", "Złoty notes", "Mężczyzna i dwie kobiety", "O kotach", "Lato przed zmierzchem", "Piąte dziecko", "Szczelina" i "Podróż Bena". W 2007 roku przyznano jej literacką Nagrodę Nobla.

"Dwie kobiety" to książka, w skład której wchodzą cztery opowiadania albo, jak kto woli, mikropowieści. Każda z nich porusza inną tematykę, dotyczy czegoś innego, ale łączy je jedno - człowiek. Człowiek i jego wartości. Człowiek i jego dylematy, problemy, wybory, które przeważnie do łatwych nie należą. Za pomocą prostego, niezbyt doskonałego czy wyrafinowanego języka - zdarzały się bowiem w tekście powtórzenia pewnych kwestii, ale czemu je przypisać? Wiekowi autorki czy może tłumaczeniu? - Lessing ukazuje kilka obrazów trudnych sytuacji, w jakich musi odnaleźć się człowiek: skomplikowana miłość, wojna, różnice na tle rasowym czy odejście od tradycji i drastyczne zmiany w najbliższym otoczeniu. Bohaterowie opowiadań są wystawiani na ciężkie próby, a przez to pisarka zanurza się głęboko w ich psychice i serwuje czytelnikowi jej najistotniejsze aspekty, pozwalając dopiero jemu ocenić postępowanie poszczególnych postaci.

Pierwsze opowiadanie nosi tytuł identyczny z tytułem całego zbioru. Głównymi bohaterkami są Rozeanne i Liliane, kobiety w średnim wieku, najbliższe przyjaciółki, matki dorosłych już synów, Thomasa i Iana. Dzięki retrospekcjom odbiorca poznaje w zarysie życie obu pań, począwszy od ich dzieciństwa, przez młodość, aż po dorosłość, związki małżeńskie, rozwody i w końcu romanse z... własnymi synami. Ale, żeby nie było niedomówień, nie chodzi tutaj o związki kazirodcze. Najzwyczajniej w świecie Roz zakochuje się w Ianie, synu Lil, a Lil w Tomie, synu Roz. Ze wzajemnością. Czy ich związki, trzymane w tajemnicy przed resztą świata, są w stanie przetrwać? Co tak naprawdę każda z tej czwórki osób sądzi o zaistniałej sytuacji? Czy jest w niej miejsce na najprawdziwszą miłość? Okazuje się, że tak, podobnie jak jest miejsce na tęsknotę, ból i cierpienie. Na podstawie "Dwóch kobiet" powstał film "Two Mothers" z Naomi Watts i Robin Wright w rolach głównych. Myślę, że z ciekawości go kiedyś obejrzę. Z ciekawości i z nadzieją na to, że grający w nim aktorzy ukażą nieco więcej uczuć i emocji aniżeli ich książkowe pierwowzory. Nowelkę oceniam na 6/10.

Kolejne opowiadanie, "Wiktoria i Staveneyowie", to historia o czarnoskórej Wiktorii. Jako dziewięcioletnia dziewczynka jest zafascynowana jednym z synów białej rodziny Staveneyów. Różni ich nie tylko kolor skóry, ale i status społeczny. Nie ma szans na rozwój ich znajomości. Mijają lata. Wiktoria wyrasta na piękną młodą kobietę, próbuje swych sił w pierwszych zakładach pracy, a ponadto zachodzi w ciążę i rodzi córeczkę, Mary. Dopiero po kilku latach decyduje się powiedzieć o niej jej ojcu, który jest... biały. Od tej pory sprawy zaczynają komplikować się jeszcze bardziej. Rodzice ojca pragną zapewnić wnuczce wszystko, co najlepsze, a czego Wiktoria nie jest w stanie jej zaoferować. Jako matka, boi się zmian, jakie mogą dokonać się w jej dziecku. Na dodatek kwestia rasowa ani na moment nie daje o sobie zapomnieć. Postać Wiktorii jest ciekawą postacią, choć nie pochwaliłabym niektórych jej postępków i decyzji. Potrafi jednak wzbudzić w czytelniku współczucie - sytuacja, w jakiej znalazła się bohaterka, nie należy do tych godnych pozazdroszczenia. A Lessing, po raz kolejny surowością i prostotą czyni dylematy Wiktorii jeszcze trudniejszymi. Jest nad czym porozmyślać. Również to opowiadanie otrzymuje ode mnie notę 6/10.

Trzecie opowiadanie, "Przyczyna", bardzo różni się od pozostałych w zbiorze. Wręcz do nich nie pasuje i trochę psuje całokształt "Dwóch kobiet", przynajmniej moim zdaniem. Nie spodobało mi się. Jest nietypowe, dziwne, a jego akcja toczy się w fikcyjnych Miastach bliżej nieokreślonej cywilizacji Rodytów, której okres rozwoju przypomina mi wczesne średniowiecze, ale oczywiście mogę się mylić. Poza tym nie to jest istotne. Istotna natomiast jest tutaj tajemnicza Dwunastka - dwanaścioro ludzi, strażników, kronikarzy, którzy są świadkami ogromnych przemian w Miastach i zanikiem tradycji, które oni sami zapoczątkowali. A wszystko to za sprawą nowego władcy, który albo kieruje się złem, tworząc nowy, coraz bardziej niebezpieczny i bezwzględny charakter Miast, albo po prostu robi to nieumiejętnie, nie zdając sobie z tego sprawy. Ostatni członek Dwunastki pragnie przed śmiercią dowieść, co tak naprawdę było przyczyną tych zmian. Ale jego wędrówki w poszukiwaniu prawdy i liczne przemyślenia nudziły mnie zamiast ciekawić. Zaledwie kilka fragmentów zdołało mnie zaintrygować - te, które dotyczyły Destry, poprzedniej władczyni Miast, i te, w których stare oblicze cywilizacji kontrastowało z tym nowym (spotkania Dwunastego z młodymi, niepamiętającymi dawnych tradycji, ludźmi). Stawiam ocenę 3/10.

Ostatnie, najdłuższe opowiadanie, "Dziecko miłości", trafiło w mój gust najcelniej. Chyba przede wszystkim ze względu na jego wojenny klimat. Rzecz bowiem dzieje się podczas II wojny światowej. Młody James Reid zaciąga się do wojska, opuszcza rodzinną Anglię i przeżywa najgorsze miesiące swojego życia, płynąc z innymi żołnierzami statkiem do Indii. Po drodze, w Kapsztadzie, poznaje Daphne, w której się zakochuje, ale, jak można się domyślić, wojna nie pozwala im na bycie razem. James jest jednak nieugięty. Postanawia przetrwać wszystko, by po zakończeniu działań zbrojnych powrócić do ukochanej. Czy mu się to uda? Liczne opisy wojny - wstrętne, przerażające i przytłaczające - niektórych czytelników mogą zniechęcić, ale na mnie zrobiły duże wrażenie. To chyba jedyne opowiadanie, od lektury którego nie mogłam się oderwać. Jego zakończenie jednak pozostawiło po sobie lekki niedosyt. Chętnie poczytałabym o dalszych losach Jamesa i Daphne. Chętnie też zobaczyłabym ekranizację, gdyby takowa na jego podstawie powstała. Opowiadanie oceniam na 7/10.

Jak na moje pierwsze spotkanie z twórczością Doris Lessing, było całkiem przyzwoicie. Ale musi być jakieś "ale". Ciężko jest mi przekonać się do - po pierwsze, krótkich form literackich, jakimi są opowiadania, a po drugie, powściągliwego, nieco wypranego z uczuć języka noblistki. Książki, szczególnie powieści społeczno-obyczajowe, dla mnie zdecydowanie muszą być pełne - pełne emocji i napięcia, które wywołają we mnie wzruszenie, oburzenie, szok, pozwolą być bliżej bohaterów. Z "Dwiema kobietami" jest inaczej. Autorka przywołuje kolejne zdarzenia w sposób mówiący, że "tak po prostu miało być", "jak gdyby nigdy nic się nie stało". Po prostu stwierdza nagle to i owo. Niejednokrotnie jej styl mnie zaskakiwał. Ale znajomości ludzkiej psychiki nie można jej odmówić. Podobnie jak pomysłowości. Sam pomysł na opowiadanie potrafi przyciągnąć czytelnika - tak było i w moim przypadku. Niebanalność to z całą pewnością mocna strona Lessing.

Za egzemplarz recenzencki uprzejmie dziękuję wydawnictwu Wielka Litera.
Recenzja napisana dla portalu IRKA.

środa, 6 marca 2013

"Źródła miłości" - Kishwar Desai

Tytuł oryginału: "Origins of Love".
Tłumacz: Ewa Zagawa.
Wydawnictwo: Wielka Litera, 2013.
Liczba stron: 400.
Oprawa: miękka.
Rozpoczęcie lektury: 22.02.2013.
Zakończenie lektury: 26.02.2013.
Moja ocena: 8/10.

Kishwar Desai jest indyjską pisarką. W 1977 roku ukończyła z wyróżnieniem studia ekonomiczne, po czym rozpoczęła karierę dziennikarską. Pracowała jako reporter polityczny "Indian Express", później jednak przeniosła się do świata telewizji i mediów. Była producentką telewizyjną, szefową kanału telewizyjnego, a nawet wiceprezes Zee TV. Obecnie pisuje teksty do takich magazynów, jak "The Week", "The Asian Age" oraz "Tribune". Od niedawna jest też autorką książek, jak na razie dwóch. Za pierwszą z nich, "Świadek nocy", otrzymała w 2010 roku Costa Book Award. Dwa lata później na rynku wydawniczym ukazały się "Źródła miłości".

Główną bohaterką obu powieści Desai uczyniła pracowniczkę socjalną w średnim wieku, Simran Singh, która angażuje się w ważne problemy społeczne, próbując je rozwiązać. "Źródła miłości" to pod kilkoma względami - głównie można to odczuć na przykładzie życia prywatnego Simran - kontynuacja "Świadka nocy", jego znajomość nie jest jednak jakoś szczególnie wymagana, bo istotą owej kontynuacji jest zupełnie inna historia. Historia niezwykła, wstrząsająca, brutalna, zapadająca w pamięć na bardzo długo. Historia, jakby tego było mało, inspirowana prawdziwymi wydarzeniami, o czym wspomina Desai w nocie autorskiej.

Simran Singh, która pracuje w klinice Madonny z Dzieciątkiem w Gurganw, decyduje się na wyjaśnienie pewnej sprawy, która nie miała prawa zdarzyć się w owej klinice, a jednak zdarzyła. Nie tak dawno temu, dzięki surogatce, na świat przyszła Amelia zakażona wirusem HIV. Jak mogło do tego dojść w szpitalu, w którym wszelkie formy in vitro i macierzyństwa zastępczego są wykorzystywane i przeprowadzane w najdoskonalszych warunkach? Właściciele kliniki są zrozpaczeni. Na domiar złego załamani rodzice Amelii giną w wypadku samochodowym - zbieg okoliczności czy może coś więcej? Tymczasem pewne małżeństwo z Londynu, Kate i Ben, próbuje pogodzić się z faktem, iż nie może i nie będzie mogło mieć dzieci. Nawet wyprawa do Indii w celu zajścia Kate w ciążę inną metodą niż naturalna nie przyniosła oczekiwanych rezultatów. Czy rzeczywiście wszystko jest już stracone?

Oprócz perypetii Simran, Kate i Bena czytelnik ma okazję poznać od podszewki funkcjonowanie legalnych i nielegalnych instytucji umożliwiających parom bezdzietnym czy homoseksualnym urodzenie lub adoptowanie dziecka. Sposobów na "uzyskanie" dziecka jest naprawdę wiele. A najgorsze w tym wszystkim jest to, że większość z nich przypomina wręcz biznes na skalę międzynarodową, przynoszący milionowe zyski. Wynajmowanie surogatek, in vitro, wstrzykiwanie kobietom embrionów pochodzących od właściwych lub całkiem obcych rodziców za niemałe pieniądze w powieści Desai przywodzi na myśl po prostu handel żywym towarem - handel dziećmi i matkami. Nie wszystkie matki zastępcze - bohaterki drugoplanowe - są ukazane w pozytywnym świetle. Część z nich owszem, godzi się ze swoją rolą, rodzi dziecko dla kogoś innego i otrzymuje za to wynagrodzenie, dzięki któremu może polepszyć swoje warunki życiowe. Inne z kolei są traktowane nieludzko i wykorzystywane - przyszli rodzice wynajmują je na przykład dla egoistycznych pobudek, takich jak zachowanie idealnej figury kobiety, która chce mieć dziecko, ale nie kosztem swego ciała; bywa też tak, choć jest to zabronione, że na matkach zastępczych jest dokonywane cesarskie cięcie w terminie innym niż ten wyznaczony na poród tylko dlatego, że tak pasuje przyszłym rodzicom. Nie da się ukryć - za pieniądze da się zrobić wszystko.

Dużo gorsze i jeszcze bardziej nielegalne, jeśli można to tak ująć, rzeczy dzieją się w bombajskim Freedom Hospital oraz w delhijskiej klinice NewLife, o których również jest mowa w "Źródłach miłości". Tak naprawdę historie wszystkich surogatek, właścicieli klinik, Simran, Kate i Bena łączą się ze sobą w całość. Jak czytelnik jest w stanie stwierdzić, zagłębiając się w liczne retrospekcje wyjaśniające działania i ich motywy odpowiednich, wpływowych osób, bardzo spójną i logiczną całość. Książka Desai z jednej strony przypomina thriller medyczny, z każdym kolejnym rozdziałem czy podrozdziałem coraz bardziej niepokojący, z drugiej jednak strony jest powieścią obyczajową z dobitnymi elementami dramatu, które potęgują u odbiorcy uczucie niedowierzania, strachu, bólu i bezsilności. Małym urozmaiceniem w utworze jest ukazanie nieco lżejszych wątków, takich jak rozwój znajomości Simran z tajemniczym dawcą spermy, Edwardem z Londynu, a także poszukiwania Kate i Bena indyjskiej przeszłości przodków mężczyzny.

"Globalizacja skomplikowała macierzyństwo w sposób wprost niewyobrażalny. A granice wciąż są przesuwane - trwają badania nad niepokalanym poczęciem i narodzinami"*. Jakkolwiek brutalnie i obcesowo by to nie zabrzmiało, po przeczytaniu "Źródeł miłości" inspirowanych realnymi przypadkami, jestem skłonna uwierzyć, że wraz z szybkim postępem techniki i medycyny coś takiego będzie kiedyś na porządku dziennym. Problemy z płodnością już dziś schodzą na drugi plan - ludzka wygoda za to nie zna granic. Szkoda tylko, że mało kto zauważa, iż na całym świecie rodzi się i żyje mnóstwo niechcianych dzieci. Czy naprawdę lepszym rozwiązaniem jest ich "produkowanie" dla zysku, a nie adoptowanie tych małych istot, których potrzeby posiadania rodziny są największe?

Obok tej poruszającej za serce i skłaniającej do refleksji lektury nie da się przejść obojętnie, a jak już się nad nią przysiądzie, wręcz nie można się od niej oderwać. Choć do tekstu wkradło się trochę literówek, nie przeszkadzały mi one w jego odbiorze, a wszystko to za sprawą niezwykle przystępnego stylu pisarskiego autorki, która nie dała mi ani chwili wytchnienia, ciągle zasypując przerażająco smutnymi, zaskakującymi, a do tego jakże wciągającymi wydarzeniami, w jakich musiała uczestniczyć i jakie musiała odkryć główna bohaterka utworu. Na duży plus zasługuje także przepiękne wydanie tej powieści. Szczególnie przyciągająca wzrok, z fascynującymi, delikatnymi niby-tłoczeniami orientalnych wzorów okładka zrobiła na mnie duże wrażenie. W czasie lektury spoglądałam na nią niejednokrotnie. Kishwar Desai stworzyła niesamowitą opowieść ze wzruszającym zakończeniem. Myślę, że pośród mieszanki gatunków, jaka mieści się w tych niepozornych "Źródłach miłości", każdy znajdzie coś dla siebie, dlatego gorąco zachęcam do ich przeczytania. Sama natomiast z niecierpliwością będę wyczekiwać kolejnej książki tej indyjskiej pisarki, również z Simran Singh jako niezmordowaną panią detektyw w roli głównej.

*s.69

Za egzemplarz recenzencki uprzejmie dziękuję wydawnictwu Wielka Litera.
Recenzja napisana dla portalu IRKA.

piątek, 22 lutego 2013

"Sekret drzewa oliwnego" - Courtney Miller Santo

Tytuł oryginału: "The Roots of Olives Tree".
Tłumacz: Małgorzata Miłosz.
Wydawnictwo: Wielka Litera, 2013.
Liczba stron: 368.
Oprawa: miękka.
Rozpoczęcie lektury: 10.02.2013.
Zakończenie lektury: 20.02.2013.
Moja ocena: 6/10.

Jeśli otworzysz książkę na dziewiątej stronie, w wielkim skrócie poznasz rodzinę Kellerów - pięć pokoleń niezależnych kobiet, nieprzerwaną linię córek. Dowiesz się, że najstarsza członkini rodu, Anna, ma aż sto dwanaście lat, jej córka, Elizabeth, nazywana przez wszystkich Bets, osiągnęła wiek osiemdziesięciu dziewięciu lat, jej wnuczka, Calliope, czyli Callie, ma lat sześćdziesiąt pięć, natomiast czterdziestodwuletnia prawnuczka, Deborah, jest matką dwudziestoczteroletniej Erin, praprawnuczki Anny. Już na pierwszy rzut oka widać, że rodzinę Kellerów, a zwłaszcza jej żeńską część, charakteryzuje niezwykła rzecz, a mianowicie długowieczność. Im dalej zabrniesz w "Sekret drzewa oliwnego", tym bardziej uświadomisz sobie coś jeszcze - proces starzenia się owych kobiet przebiega nieco inaczej, bo wolniej, niż u zdecydowanej większości ludzi. Co jest tego przyczyną? Courtney Miller Santo, przedstawiając w swej debiutanckiej powieści wybrane historie z życia Anny i jej potomkiń, stopniowo odsłania karty ich przeszłości i tajemnic, które, gdyby nie pewien incydent, być może nigdy nie ujrzałyby światła dziennego.

Za tym incydentem kryje się postać doktora Amrita Hashmiego, genetyka badającego źródła długowieczności rodzin z całego świata. Naukowiec przybywa do Hill House otoczonego oliwnym gajem w Dolinie Sacramento, by poznać tajniki genów i codziennych zwyczajów jego mieszkanek w celu dokonania przełomowych odkryć w dziedzinie rewolucji procesu starzenia się wszystkich ludzi. Annie, która postanowiła zostać najstarszą osobą na świecie, nie podoba się działalność doktora. Boi się, że poprzez sięganie w przeszłość jej rodziny, mężczyzna odsłoni pilnie strzeżone przez nią sekrety. Podobne obawy nie dają spokoju Bets. Tylko Callie wydaje się podekscytowana badaniami Hashmiego. Deb bowiem niewiele ma do powiedzenia w tej sprawie, siedząc w więzieniu za zabójstwo męża i oczekując warunkowego zwolnienia, z kolei jej córka, Erin, która niespodziewanie przyjeżdża do Hill House, ma na głowie o wiele większy problem - ciążę, z którą musi sobie poradzić, na szczęście z pomocą babć.

Gdy tylko ujrzałam piękną, klimatyczną okładkę "Sekretu drzewa oliwnego" i zapoznałam się z jego opisem, postanowiłam, że muszę przeczytać tę powieść. Skojarzyła mi się ona bowiem jednoznacznie - z sagą rodzinną, a tego typu historie bardzo sobie cenię. Jak jednak później stwierdziłam, utwór Miller Santo nie do końca spełnił moje oczekiwania, ale też okazał się dla mnie niespotykaną przygodą literacką. Z jednej strony nie jest on jakąś przesłodzoną i mało realistyczną opowieścią - i dobrze, ale z drugiej strony zabrakło mi w nim ciepła i głębszych uczuć, emocji. Tak naprawdę trudno mi było polubić którąkolwiek z pięciu głównych bohaterek. Niby są one ze sobą spokrewnione, ale dzielą je ogromne przepaści spowodowane burzliwymi związkami i wydarzeniami sprzed lat, przez co nie potrafią się ze sobą porozumieć i często wywołują kłótnie. Ich wzajemna miłość gdzieś tam się tli, lecz kobietom ciężko jest do niej dotrzeć. Potrzebują czasu. I zrozumienia. "Bóg nie ma w zwyczaju otaczać cię ludźmi, których łatwo kochać - życie to jeden wielki test"*.

Uważam, że książka byłaby dobrym materiałem na scenariusz filmowy i powstały w drodze ewentualności film obejrzałabym z wielką ciekawością. Liczne retrospekcje wymieszane z aktualnymi sytuacjami Anny, Bets, Callie, Deb i Erin tworzą dość surowy, a zarazem poruszający obraz powieści obyczajowej z wątkami dramatu, w którym istotną rolę odgrywa niezwykłe, acz nieco tajemnicze opowiadanie o Dziewczynce i Żółwiu, przybierające, wraz z każdym następnym pokoleniem Kellerów, coraz to bardziej rozbudowaną postać o bogatym charakterze.

"Starość jest jak oddział gremlinów, które krążą po ciele, wyłączając po kolei jego funkcje, spowalniając trzymające nas przy życiu mechanizmy"**. Niosące nadzieję dla ludzkości badania doktora Hashmiego nad owymi gremlinami przyczyniają się przede wszystkim do gwałtownych zmian w dotychczasowym, wydawać by się mogło, raczej spokojnym życiu Anny, jej córki i wnuczek. Kobiety na nowo muszą zdefiniować same siebie, zrozumieć, że "syn jest synem, póki nie weźmie żony, córka jest córką na całe życie"***, a także fakt, iż "bycie matką jest w takim samym stopniu tragedią, co triumfem"****. Każda z nich ma okazję sporządzić coś w rodzaju rachunku sumienia, dzięki któremu może dowiedzieć się, jaką ocenę uzyskałaby w oczach własnych i swych krewnych za pełnienie tej jakże ważnej, macierzyńskiej roli. Jak się okazuje, nieczęsto byłyby to oceny bardzo pozytywne. Szkoda, że mało uwagi - w porównaniu z pozostałymi paniami Kellerów - Miller Santo poświęciła postaci Deb, której relacje z Erin zostały zaburzone przez wieloletni pobyt w więzieniu. Jej historia była przecież na swój sposób fascynująca i miałam nadzieję na jej efektowną kontynuację, której jednak nie otrzymałam. Nie do końca też spodobał mi się obraz ponadsześćdziesięcioletniej Callie i jej najświeższego, dość szczegółowo opisanego, związku z mężczyzną - nieważne, że w jej przypadku proces starzenia się przebiegał wolniej. Najciekawsze i zaskakujące historie natomiast kryły się za Erin, Bets, a zwłaszcza Anną.

"Sekret drzewa oliwnego" to wbrew pozorom opowieść nie tylko o oliwkach i ich znakomitych właściwościach, choć owe owoce przewijały się niemal przez każdą stronę książki. To pewnego rodzaju saga traktująca o radościach i smutkach rodzinnej miłości, tajemnicach, bólu, rozczarowaniu, cierpieniu, przebaczeniu i ciężarach, jakie potrafią udźwignąć ludzkie pokolenia. Warto więc wierzyć w ich siłę i walczyć o ich przetrwanie, niezależnie od różnic, jakie je dzielą. Myślę, że miłośnikom niebanalnych powieści obyczajowych, sięgających do tematów ważnych i poważnych utwór Courtney Miller Santo się spodoba. Polecam.

*s.31
**s.281
***s.20
****s.205

Za egzemplarz recenzencki uprzejmie dziękuję wydawnictwu Wielka Litera.
Recenzja napisana dla portalu IRKA.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...