Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pi Kwadrat. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pi Kwadrat. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 23 kwietnia 2012

"Noce w Rodanthe" - Nicholas Sparks

Wydawnictwo: Albatros, 2008.
Liczba stron: 208.
Oprawa: miękka ze skrzydełkami.
Rozpoczęcie lektury: 21.04.2012.
Zakończenie lektury: 22.04.2012.
Moja ocena: 7/10.

Nicholas Sparks to jeden z najbardziej znanych współczesnych pisarzy. Swą popularność zawdzięcza powieściom obyczajowym, które cieszą się dużym uznaniem wśród żeńskiego grona czytelników. Zadebiutował w 1997 roku "Pamiętnikiem", który kilka lat później został przeniesiony na wielki ekran. Od tamtej pory filmowcy chętnie współpracują z pisarzem, ekranizując kolejne jego książki - "List w butelce", "Jesienną miłość", "Szczęściarza" i inne.

Również "Noce w Rodanthe" doczekały się swego odpowiednika filmowego. Tak jak nie miałam okazji go obejrzeć, tak utwór o tym tytule przeczytałam już dwukrotnie. Za pierwszym razem było to moje pierwsze podejście do twórczości Sparksa. Za drugim - potraktowałam go jako "odświeżacz" pamięci, a także krótką rozrywkę pomiędzy innymi lekturami. Ta książka bowiem nie należy do obszernych, licząc sobie trochę ponad dwieście stron. Opowiada zwięźle i konkretnie o miłości dwojga ludzi w średnim wieku, których bagaże doświadczeń do lekkich nie należą. Dzięki wzajemnej bliskości i wsparciu oboje uświadamiają sobie, że życie jednak potrafi być piękne. Ratują siebie nawzajem, zmieniając się już na zawsze.

Adrienne Willis ma prawie sześćdziesiąt lat. Przeżyła już wiele - prawdziwą miłość, ślub, rozwód, doczekała się dzieci i wnuków. Widząc, jak jej córka Amanda rozpacza i zaniedbuje własnych synów, nie mogąc pozbierać się po zbyt wczesnej śmierci męża, Adrienne postanawia opowiedzieć jej najważniejszą historię swojego życia, historię, której nie znał nikt prócz niej samej i jej zmarłego ojca. Kilkanaście lat wcześniej, kiedy główna bohaterka nie najlepiej radziła sobie z trudami codzienności po tym, jak odszedł od niej mąż, zostawiając ją z trójką nastoletnich dzieci, poznała Paula Flannera, który wywrócił jej życie o sto osiemdziesiąt stopni. Do ich spotkania doszło w niewielkiej wiosce rybackiej Rodanthe, kiedy to Paul zawitał w Gospodzie, ośrodku wypoczynkowym nad oceanem, nad którym pieczę sprawowała akurat Adrienne, zastępując przyjaciółkę. W ciągu zaledwie kilku dni tych dwoje ludzi zdołało się przed sobą otworzyć, zaprzyjaźnić i zakochać. Wzbogaceni o nowe doświadczenie i prawdziwą miłość, obiecują sobie spotkanie za rok i pozostanie ze sobą do końca życia. Los jednak nie był dla nich łaskawy. Dlaczego? Jak Amanda zareaguje na opowieść matki? Czy zdoła w końcu pozbierać się po śmierci męża?

Jak to zazwyczaj bywa z książkami Sparksa, "Noce w Rodanthe" czyta się szybko, lekko i przyjemnie. Aczkolwiek odnoszę wrażenie, że ta pozycja zahacza o bardziej melancholijny klimat. Być może przez chłodną porę roku, podczas której toczy się zdecydowana większość akcji, być może też przez postać Paula Flannera, do której nie mogę się przekonać, mimo że przeczytałam tę powieść po raz drugi. Owszem, nie wszyscy bohaterowie literackiego świata muszą cechować się kolorowym charakterem i stylem bycia. Paul należy do tych, których życie nie jest łatwe, ale też jego cechy przyczyniają się do tego, że toczy się ono w taki, a nie inny sposób. Bohater ten sprawia wrażenie człowieka, do którego ciężko dotrzeć, milczącego, trochę sztywnego i zbyt grzecznego. Za mało w Paulu... samego Paula, jego osobowości, energii, emocji. W przeciwieństwie do Adrienne, której postać da się lubić o wiele bardziej, która wnosi do powieści odrobinę słońca i świeżości.

"Noce w Rodanthe" to utwór, który nie należy do skomplikowanych, bo w dużej mierze składa się ze wzajemnych opowieści głównych bohaterów, ale zaskakuje, a pod koniec także wzrusza. Sparks koncentruje się tutaj na przedstawieniu pewnego etapu ludzkiego istnienia, który zapewne dotyka niejednego z nas w prawdziwym życiu. Chodzi o zmianę. Gotowość do zmiany na bycie kimś lepszym po tym, jak dochodzi się do wnioski, że dotychczasowy byt nie był bytem szczęśliwym, zarówno dla samego siebie, jak i bliskich. Taka zmiana to pewnego rodzaju przełom w życiu, na który duży wpływ ma coś ważnego, istotnego, coś, z czego człowiek wcześniej nie zdawał sobie sprawy. Może to być przeprowadzka, zmiana pracy albo, jak w przypadku Adrienne i Paula, po prostu nowa znajomość. Rozmowa. Dzielenie się własnymi problemami z osobą, która nas przypomina, która nas rozumie. Być może brzmi to dość banalnie, ale ubrane przez Sparksa we właściwe słowa, nie jest już banalne, lecz potrafi zaintrygować i dać do myślenia.

"Noce w Rodanthe" to dobra, że tak to ujmę, "spokojna" książka. Króciutka, ale konkretna. Tematycznie - no cóż, typowy Nicholas Sparks. Miłość dwojga ludzi, trudna przeszłość, mnóstwo przemyśleń, poszukiwanie własnego ja. Dla fanów autora pozycja jak najbardziej obowiązkowa, literatury kobiecej - myślę, że odpowiednia. Mnie nie pozostaje teraz nic innego, jak tylko zapoznać się z filmem, który powstał na podstawie tej powieści. Zrobię to na pewno, przede wszystkim ze względu na postać Paula Flannera - być może Richard Gere przekona mnie do niej dużo lepiej.

sobota, 21 kwietnia 2012

"Ponieważ cię kocham" - Guillaume Musso

Wydawnictwo: Albatros, 2009.
Liczba stron: 304.
Oprawa: miękka ze skrzydełkami.
Rozpoczęcie lektury: 20.04.2012.
Zakończenie lektury: 21.04.2012.
Moja ocena: 9/10.

Guillaume Musso to współczesny pisarz francuski. Z wykształcenia ekonomista, z zawodu nauczyciel. Jest autorem dziewięciu powieści obyczajowych z nutką romantyzmu i niespotykanej magii. Zadebiutował w 2001 roku utworem "Skidamarink", ale to druga książka, "Potem...", przyniosła mu popularność w wielu krajach. Doczekała się nawet ekranizacji w Johnem Malkovichem w jednej z ról głównych.

"Ponieważ cię kocham" to żadne - jak może sugerować opis fabuły ze skrzydełka okładki - ckliwe romansidło, lecz wspaniała powieść psychologiczna z domieszką, rzekłabym nawet, kryminalnych intryg i odrobiną magii. Utwór koncentruje się przede wszystkim na przeżyciach i psychikach głównych bohaterów, silnie związanych z panowaniem nad własnymi losami, z walką z przeszłością, z przezwyciężaniem bólu, z chęcią zemsty, z możliwością przebaczania, z pragnieniem kochania i bycia kochanym. Najogólniej rzecz biorąc, lepiej, jeśli czytelnik nie będzie zaglądał do streszczenia książki, wówczas zostanie zaskoczony jeszcze bardziej.

Losy Marka Hathawaya, Evie Harper i Alyson Harrison krzyżują się pewnego dnia, ale żadne z nich nie wie, że ich spotkanie na zawsze zmieni ich życie. Z biegiem czasu ta trójka bohaterów zaczyna zdawać sobie sprawę z tego, że więcej ich łączy aniżeli dzieli. Każdy z nich bowiem boryka się z problemami osobistymi i rodzinnymi. Mark nie może się otrząsnąć po zaginięciu pięcioletniej córeczki, zrywając kontakty z żoną i przyjacielem, rzucając dobrą pracę i stając się bezdomnym włóczęgą. Evie, w biedzie wychowana nastolatka, dźwiga ze sobą ciężar śmierci matki, z którą nie może się pogodzić. Z kolei Alyson, rozpuszczona gwiazda telewizyjna, nie stroni os alkoholu i narkotyków, żałując, że jeszcze żyje na tym świecie i skrywając potężny sekret. Praktycznie wszyscy bohaterowie książki pełni są tajemnic, które stopniowo wychodzą na jaw, układając się w logiczną, acz szokującą całość.

Musso posługuje się bardzo prostym językiem. Można by nawet pomyśleć, że banalnym i niezbyt rozwiniętym warsztatowo, ale mnie to kompletnie nie przeszkadza. No, może pod jednym względem - poszczególne wątki powieści "Ponieważ cię kocham" mogłyby być szerzej rozbudowane, dzięki czemu powieść zyskałaby na objętości. Bo trzeba przyznać, że trzy godziny spędzone na jej lekturze to zdecydowanie za mało, a tempa czytania zmniejszyć się nie da, gdyż wciąga niesamowicie.

Historia Marka, Evie i Alyson podzielona jest na ponad trzydzieści krótkich rozdziałów, opatrzonych tytułami, z których niemal każdy rozpoczyna się mniej lub bardziej znanym cytatem z ważnym przesłaniem odnoszącym się do treści utworu, a także określeniem miejsca i czasu akcji. Wśród tych rozdziałów jest kilka zwanych flashbackami, przywołujących czytelnikowi na myśl scenariusz i kadry filmowe, a będących po prostu retrospekcjami ukazującymi wydarzenia z przeszłości bohaterów. Fantastyczny zabieg, który uwielbiam, gdyż dzięki niemu można uzyskać odpowiedzi na pytania, jakie zadaje sobie czytelnik w czasie lektury książki, lub po prostu zapoznać się z interesującymi faktami, które miały jakiś wpływ na dalsze losy postaci. Najogólniej rzecz biorąc, utwór "Ponieważ cię kocham" jest napisany w tak przystępny sposób, że bardzo łatwo jest sobie wyobrazić różne fragmenty akcji, wytwarzając w głowie pewnego rodzaju całkiem wyraźny film, który przyjemnie się ogląda.

"Czy można uciec przed przeznaczeniem?" - głosi tylna okładka książki Musso. Czy można pogodzić się ze swoim losem, gdy ten nieźle daje człowiekowi w kość? Czy można przezwyciężyć ból? A chęć zemsty? Czy człowiek jest w stanie wybaczyć drugiej osobie dosłownie wszystko? "Wybaczyć nie znaczy zapomnieć ani usprawiedliwić, ani też odpuścić winę (...) W przeciwieństwie do zemsty, która jest pożywką dla nienawiści, przebaczenie uwalnia nas od niej (...) Przebaczenie to najtrudniejsza rzecz na świecie (...) A w każdym razie wymagająca wielkiej siły"*. Przed powyższymi wyzwaniami stają Mark, Evie i Alyson. Ich bagaże doświadczeń nie są ani trochę godne pozazdroszczenia. Ta trójka ludzi wierzy w to, że ich życie już nigdy nie ulegnie zmianie, nie polepszy się. Górę nad rozsądkiem bierze strach i desperacja.

"Nie rób głupstw. Jeśli stracisz grunt pod nogami, trudno ci będzie powrócić do brzegu"**. Tak naprawdę każda z tych osób odpłynęła już od brzegu, choć niezbyt daleko. W dalszym ciągu istnieje cień szansy, nadziei na powrót, który rozrasta się od momentu spotkanie tych troje. Jakimś cudem zaginiona córeczka Marka zostaje odnaleziona. Mężczyzna, jako były psycholog, próbuje odwieść nastoletnią Evie od okrutnego planu, jaki dziewczyna próbuje zrealizować od czasu śmierci matki. Najtrudniej natomiast jest porozumieć się z Alyson, której przeszłość nie pozwala na powstanie i rozpoczęcie nowego życia. Bohaterowie robią wszystko, by się nie poddać. Walczą z samymi sobą, ale w tej walce zyskuję wsparcie osób, z którymi przeznaczenie związało na zawsze.

Pisarz w ciekawy sposób tworzy psychologiczne portrety poszczególnych postaci. Także tych drugoplanowych, które pojawiają się w "Ponieważ cię kocham". Ubiera je w tak nieoczekiwane tło wydarzeń, że czytelnikowi aż zapiera dech w piersiach. Wszystko ze sobą się zgadza, zaskakując, przerażając i wzruszając. Przyprószone odrobiną magii, staje się po prostu piękne.

Książkę "Ponieważ cię kocham" przeczytałam po raz drugi, a spodobała mi się jeszcze bardziej. Sięgając po nią ponownie, chciałam odświeżyć sobie pamięć, gdyż większość fabuły po ponad roku zwyczajnie opuściła jej zakamarki. A tymczasem nie tylko co nieco sobie przypomniałam, ale też po raz kolejny utwór mną wstrząsnął, mile mnie zaskoczył i bardzo wzruszył. Rewelacja po prostu. Mam nadzieję, że Guillaume Musso jeszcze niejeden raz mnie zachwyci.

*s.228
**s.225

sobota, 14 stycznia 2012

"Diablica na balu debiutantek" - Linda Francis Lee

Wydawnictwo: Albatros, 2010.
Liczba stron: 416.
Oprawa: miękka ze skrzydełkami.
Rozpoczęcie lektury: 13.01.2012.
Zakończenie lektury: 13.01.2012.
Moja ocena: 7/10.

Linda Francis Lee to amerykańska pisarka powieści obyczajowych i komediowych. Do tej pory napisała dwadzieścia książek, które zostały wydane w wielu językach, w wielu krajach. Za jedną z nich otrzymała nominację do prestiżowej nagrody RITA. Przełomową powieścią okazała się "Diablica w Klubie Kobiet". Kiedy autorka nie pisze, spędza czas w Nowym Jorku, w którym mieszka, wraz z rodziną i przyjaciółmi.

"Diablica na balu debiutantek" została określona satyrą na snobistyczne elity oraz mieszanką romansu i komedii obyczajowej. Rzeczywiście taka też jest ta powieść. To typowa literatura kobieca. Opowiada o losach ludzi bogatych i wpływowych, zamieszkujących Willow Creek w stanie Teksas. To historia o tym, jak ci ludzie radzą sobie (lub też nie) z pieniędzmi, jaki mają do nich stosunek, a co najważniejsze, jak postrzegają swoich bliskich i jak zachowują się wobec nich. To lekka, przyjemna lektura o miłości, ucieczce i próbie zmiany swojego dotychczasowego życia. O radościach i smutkach rodzinnych. O zbuntowanych nastolatkach wkraczających w dorosłość.

Carlisle Cushing, młoda prawniczka z Bostonu, powraca do rodzinnego Teksasu, który opuściła kilka lat temu, by reprezentować własną matkę na jej piątej już sprawie rozwodowej. Pech chce, że adwokatem przeciwnej stronie zostaje były chłopak Carlisle, Jack Blair, przystojniak jakich mało, w dodatku w dalszym ciągu niepozostający obojętny w stosunku do głównej bohaterki. I to z wzajemnością! Oboje jednak mają już narzeczonych, co niejednokrotnie prowadzi do dziwnych i niezręcznych sytuacji. Sprawa rozwodowa matki Carlisle nie przebiega bez kłopotów, a na domiar złego na bohaterkę spada kolejne wyzwanie - poprowadzenie Setnego Rocznego Balu Debiutantek Willow Creek po zeszłorocznej klęsce owego balu jej matki. Carlisle musi nie tylko zachować dobry wizerunek własnej rodziny, ale też zaopiekować się całkiem "zielonymi", roztargnionymi przyszłymi debiutantkami, w tym swoją bratanicą...

To, że ktoś jest bogaty, nie znaczy, że należy do osób szczęśliwych. Jak to się zwykło mawiać, "pieniądze szczęścia nie dają". Nieważne, że można za nie kupić niemalże wszystko. Nawet w najgorszych snobach i ludziach lubiącym robić innym na przekór znajdzie się jakaś słabość albo krzta uczucia, której nie zadowolą żadne pieniądze. Carlisle Cushing, która uciekła od życia w dostatku, trudno jest zrozumieć zachowania niektórych bliskich jej osób, zwłaszcza matki, która zamiast być kiedyś matką-przyjaciółką z krwi i kości, wolała dbać o swoją reputację i wygląd. Bohaterka uciekała więc w naukę, psując tym sposobem relacje z rodzeństwem, zwłaszcza siostrą. Teraz, po powrocie w rodzinne strony, będzie miała okazję odnowić kontakt nie tylko z rozwodzącą się i ukrywającą jakiś sekret matkę, ale też usilnie pragnącą dziecka, a niemogącą zajść w ciążę siostrą, synową mającą z kolei "nadmiar" dzieci, no i jej córką, której nagle zachcewa się zostać debiutantką, a która swoim wyglądem bardziej przypomina Cyndi Lauper niż wytworną damę.

Z kolei bal debiutantek, a raczej przygotowania do niego, dają czytelnikowi możliwość zapoznania się z kilkoma osiemnastoletnimi dziewczynami, przyszłymi debiutantkami, rozpuszczonymi przez bogactwo rodziców i złych do szpiku kości lub wręcz przeciwnie - pozostającymi pod silnym wpływem dorosłych i mającymi szacunek do zarobionych pieniędzy. Wszelkie kłótnie i rywalizacje między nastolatkami, które opisała Lee w swej książce, bardzo przypominały mi "Plotkarę", młodzieżowy serial o rozpuszczonych bohaterach Manhattanu. To naprawdę niewiarygodne, do jakich nieprzyjemnych rzeczy potrafią dopuścić się zazdrosne i pragnące wygranej dziewczyny. A może w ten sposób chcą zwrócić na siebie uwagę rodziców? Wbrew pozorom niemal każda z przyszłych debiutantek nie jest taka, na jaką wygląda. A borykając się z problemami i pragnąc szczęścia, potrafi zmienić się w istną diablicę, by tylko osiągnąć zamierzony cel. Szczególnie jedna z nich, India Blair, zachodzi wszystkim za skórę, przez co trudno mi było polubić jej bohaterkę. Zdecydowanie bardziej przypadła mi do gustu postać bratanicy Carlisle, Morgan, która przeszła wielką przemianę samej siebie, wstępując do "klubu" debiutantek.

Ale muszę przyznać, że niemal każdy bohater "Diablicy na balu debiutantek" zainteresował mnie w jakiś sposób swoją historią. Czasem całkiem szaloną, czasem zabawną, irytującą, a nawet wzruszającą. Do banalnych natomiast zaliczyłabym związek Carlisle i Jacka, który toczył się niczym romans harlequinowy, a właściwie można było się tego po nim spodziewać już od samego początku powieści. Również zakończenie sprawy rozwodowej matki Carlisle nie zaskoczyło mnie tak bardzo, jak bym tego chciała - chyba liczyłam na zbyt wielkie sensacje. Na ogół jednak zaliczam tę książkę do bardzo udanych, gdyż autorka w zgrabny sposób połączyła mnóstwo ciekawych wątków w całość, opisując je nowoczesnym, lekkim i zabawnym językiem.

Sięgając po "Diablicę na balu debiutantek", myślałam, że będzie to nudnawa książka młodzieżowa o jakiejś roztargnionej dziewczynie, ale taka wcale nie jest. Bez wątpienia też nie jest ona przeznaczona tylko dla młodzieży. Porusza problemy zarówno błahe, jak i te poważne. Daje do zrozumienia, że człowiek nigdy nie jest w stanie zapomnieć o przeszłości i uciec od niej. Może co najwyżej spróbować ją naprawić, zmienić. Jeśli ni sam, na pewno znajdzie się ktoś, kto mu w tym pomoże. Bardzo spodobał mi się styl Lindy Francis Lee i jestem pewna, że sięgnę po jej "Diablicę w Klubie Kobiet", kiedy tylko nadarzy się taka okazja. Pisarka sprawiła, że nieźle się ubawiłam, a także wzruszyłam, zapominając o całym bożym świecie przez calutkie pół dnia, bo tyle zeszło mi na lekturze "Diablicy na balu debiutantek". Polecam na nudę i ponury humor.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...