Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Akurat. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Akurat. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 16 września 2014

"Pod płonącym niebem" - Elizabeth Haran

Tytuł oryginału: "Im Tal der flammenden Sonne".
Tłumacz: Ewa Morycińska-Dzius.
Wydawnictwo: Akurat, 2014.
Liczba stron: 624.
Oprawa: miękka ze skrzydełkami.
Rozpoczęcie lektury: 29.08.2014.
Zakończenie lektury: 31.08.2014.
Moja ocena: 7/10.

Elizabeth Haran, urodzona w 1954 roku w Bulawayo, obecnie mieszkająca w Australii, jest autorką kilkunastu powieści przygodowych i obyczajowych, których akcja toczy się zazwyczaj w XIX lub XX wieku. Jej książki zyskują coraz większą popularność w krajach europejskich. W samych Niemczech sprzedano już półtora miliona egzemplarzy. Na polskim rynku wydawniczym ukazały się dopiero dwa tytuły, ale wszystko wskazuje na to, że niebawem ich liczba wzrośnie.

"Pod płonącym niebem" to utwór pod paroma względami podobny do "Szeptu wiatru" tej samej pisarki, który miałam okazję przeczytać przed dwoma miesiącami. Jego akcja została osadzona w dawnej - tym razem XX-wiecznej - Australii, a główną bohaterką jest pochodząca z zamożnej rodziny, rozpieszczona i wymagająca dziewczyna, której los - pełen przygód, przyjaźni i miłości - można potraktować jako pewnego rodzaju świadectwo wewnętrznej przemiany młodej kobiety, oczywiście na lepsze. To kolejna powieść, którą czyta się rewelacyjnie i szybko, bo wciąga, zachwycając przy tym gorącym, pustynnym klimatem, którego chciałoby się doświadczyć choć przez chwilę w rzeczywistości.

Październik 1933 roku. Po miesięcznym pobycie w Adelajdzie dziewiętnastoletnia Arabella Fitzherbert wraz z rodzicami podróżuje pociągiem do Alice Springs. Mimo Wielkiego Kryzysu tej angielskiej rodzinie powodzi się całkiem dobrze i dla dobra nieco chorowitej Belli zdecydowała się na wojaże po kraju mocno odbiegającym klimatem od wiecznie pochmurnego i wilgotnego Londynu. Traf chce, że niedaleko od jednej z opustoszałych wiosek pod pociąg wpada kangur. Korzystając z zamieszania wywołanego tymczasową awarią, panna Fitzherbert wysiada z pojazdu, a ten... odjeżdża bez niej! W jednej chwili dziewczyna zostaje sama jak palec - na palącym słońcu, w buszu ubogim w roślinność i wodę. Cudem udaje jej się dotrzeć do Marree, malutkiego miasteczka zamieszkałego przez niewielu ludzi, zarówno białych osadników, jak i Aborygenów. Dzięki uprzejmości małżeństwa, Maggie i Tony'ego, prowadzącego skromny hotel, Arabella może w nim poczekać na powrót rodziców, który z kilku ważnych powodów nastąpi dopiero za kilka miesięcy. Do tego czasu bohaterka będzie musiała wbić sobie do głowy, że w tym okropnym dla niej miejscu nikt nie będzie jej usługiwał, a praca fizyczna w męczącym upale dotyczy każdego, bez wyjątku, a więc jej także.

Nietrudno sobie wyobrazić, jak zareaguje na to wszystko panienka z wyższych sfer, prawda? Haran przedstawiła ją przecież jako kapryśną hipochondryczkę, rozpuszczoną do bólu. Gdybym znalazła się z nią w jednym pociągu, sama wypchnęłabym ją z wagonu, bo miałabym jej serdecznie dość. Początkowo nawet trochę bawiło mnie jej marudzenie i wywyższanie się, ale później moja irytacja wywołana zachowaniem tego niegrzecznego i nieporadnego dziewuszyska wzrosła do naprawdę wysokiego poziomu. Miałam wówczas nadzieję, że dziewczyna przejrzy na oczy jak najszybciej i z brzydzącej się prac porządkowych, samolubnej, nieliczącej się z uczuciami innych ludzi, pozbawionej jakichkolwiek poważnych zainteresowań i planów życiowych nastolatki stanie się wartościową, dojrzałą kobietą. I w sumie to jest w tym wszystkim fajne - równolegle ze zmianą charakteru głównej bohaterki zmienia się stosunek czytelnika do jej osoby. Obserwujemy jej niewdzięczność i zepsucie, by po chwili stać się świadkami jej pierwszych zmagań z czynnościami, jakie do tej pory znała tylko ze słyszenia, czyli gotowaniem, sprzątaniem, opiekowaniem się chorymi i zwierzętami, takimi jak wielbłądy. Jej zauroczenie mężczyznami, a tak się składa, że na tym australijskim odludziu kandydatów mających ochotę skraść serce Belli jest dwóch - fotograf z Anglii, Jonathan, oraz poszukiwacz złota, Stuart. Przyglądamy się jej wewnętrznej przemianie, jaka dokonuje się głównie za sprawą życzliwych i uczynnych mieszkańców Marree. To oni uświadamiają Arabelli, że ona również ma dobre serce i potrafi spojrzeć na daną sprawę z punktu widzenia kogoś innego, nie tylko swojego. Z jej pierwszego poczucia, że jest komuś potrzebna, cieszymy się równie mocno, jak ona sama. Rozumiemy jej tęsknotę za bliskimi, życząc rychłego spotkania z ukochanymi rodzicami, a także kibicujemy jej w osiąganiu dalszych sukcesów na polu osobowościowym i towarzyskim.

A trzeba przyznać, że jest czemu kibicować, gdyż pobyt panny Fitzherbert w Marree obfituje i w ciekawe przygody, i w perypetie, nieszczęśliwe, pechowe wypadki, o których dziewczyna z całą pewnością będzie pamiętać do końca swojego życia. Odkrycie talentu muzycznego, pierwsze pocałunki, wędrówki na grzbietach wielbłądów po spalonej słońcem ziemi, poznawanie zwyczajów Aborygenów, choroby, porwanie i inne konflikty z miejscowym pijaczyną, Wallym, to tylko niektóre z nich.

Nie można też nie wspomnieć o dramacie rozgrywającym się w umysłach Clarice i Edwarda, rodziców Belli. Podobnie jak córka, odcięci od świata, tyle że w innym, oddalonym od Marree o kilkaset kilometrów mieście, odchodzą od zmysłów, czepiając się resztek nadziei na to, że ich jedynaczka żyje, a jednocześnie próbują pogodzić się z jej śmiercią, mając świadomość, że rzeczą niemalże nieprawdopodobną jest, by przeżyła ona na pustyni więcej niż kilkadziesiąt godzin. Wzajemna tęsknota tej trójki bohaterów jest niewyobrażalnie wielka, podobnie jak ich myśli, że rodzina w komplecie miałaby się ze sobą już nigdy nie spotkać.

Ale to nie o takie zakończenia powieści chodzi Haran. Pisarka bowiem preferuje te radosne i szczęśliwe. Przez to utwór "Pod płonącym niebem" może wydać się przewidywalny, ale nie jest to istotne. Tego rodzaju literatura - obyczajowa, przygodowa z nutką romantyzmu - ma odbiorcę zaintrygować, za sprawą barwnych krajobrazów i ciekawostek wciągnąć do zupełnie obcego mu świata, jednym zdaniem zapewnić mu rozrywkę. A raczej jej, pozwolę sobie dodać, ponieważ wydaje mi się, że w lekturze książek Haran zanurzają się i będą zanurzać przede wszystkim przedstawicielki płci pięknej, przyciągane nie tylko samą fabułą, ale i stylem, w jakim została ona zarysowana. Autorka posługuje się wprawdzie językiem współczesnym, bardzo prostym, ale ma tendencję do formułowania ugrzecznionych i melodramatycznych wypowiedzi bohaterów. Liczne wykrzyknienia związane z wyrażaniem emocji typu ekscytacja, rozpacz czy przerażenie nadają powieści takiego starodawnego charakteru, ale na ogół wypada to całkiem znośnie.

Do wydania niemałego objętościowo tomu "Pod płonącym niebem" zastrzeżeń nie mam - poza paroma drobnymi i jednym poważnym potknięciem w korekcie, mianowicie błędem ortograficznym brzmiącym, cytuję "zarzyć lekarstwa". Okładka natomiast jest urocza. I wygląda na to, że następna pozycja, jaka wyszła spod pióra Elizabeth Haran i jaka ukaże się na polskim rynku wydawniczym, czyli "Rzeka przeznaczenia", w tej kwestii zapowiada się równie obiecująco. Już nie mogę się doczekać chwili, kiedy wpadnie w moje ręce!

Za egzemplarz recenzencki uprzejmie dziękuję wydawnictwu Akurat.

czwartek, 10 lipca 2014

"Szept wiatru" - Elizabeth Haran

Tytuł oryginału: "Die Insel der roten Erde".
Tłumacz: Joanna Grabarek.
Wydawnictwo: Akurat, 2014.
Liczba stron: 576.
Oprawa: miękka ze skrzydełkami.
Rozpoczęcie lektury: 03.07.2014.
Zakończenie lektury: 04.07.2014.
Moja ocena: 8/10.

Elizabeth Haran, urodzona w 1954 roku w Bulawayo, obecnie mieszkająca w Australii, jest autorką kilkunastu powieści przygodowych i obyczajowych, których akcja toczy się zazwyczaj w XIX lub XX wieku. Jej książki zyskują coraz większą popularność w krajach europejskich. W samych Niemczech sprzedano już półtora miliona egzemplarzy. Polski rynek wydawniczy natomiast wkrótce stanie się bogatszy o kolejną - drugą - pozycję jej autorstwa, na którą czekam z niecierpliwością, czyli "Pod płonącym niebem".

Miałam dobre przeczucie co do "Szeptu wiatru". Jak tylko zauważyłam tę książkę w zapowiedziach wydawniczych, wiedziałam, że muszę ją mieć, a gdy już zacznę ją czytać, przepadnę na długie godziny. I tak rzeczywiście było. Uwielbiam sagi rodzinne i obszerne powieści obyczajowe, w których rodzinne perypetie, romanse, kłamstwa i tajemnice wysuwają się na pierwszy plan. Utwór Haran może i nie jest sagą obejmującą kilkanaście czy kilkadziesiąt lat życia bohaterów, ale odznacza się tą atmosferą - jednocześnie przyjemną i intrygującą - charakterystyczną dla tego właśnie gatunku. To opowieść o dwóch kobietach, które w wyniku nieszczęśliwych wypadków stają w obliczu drastycznych życiowych zmian. Zmian, które mogą doprowadzić je na szczyt szczęścia, bądź w przypadku nierozważnego postępowania - do zguby.

Australia, sierpień 1845 roku. Celem parowca, na pokładzie którego znajdują się główne bohaterki, jest Wyspa Kangura. Kapryśna, bezczelna i wywyższająca się dziewiętnastoletnia Amelia Divine płynie wraz ze służącą, Lucy, do nowych opiekunów, państwa Ashbych. Kilka tygodni temu straciła rodziców i brata i nie jest zadowolona z opuszczenia rodzinnego miasta. Jej nieustannego marudzenia ma serdecznie dość inna pasażerka, Sara Jones, młoda więźniarka, której po pięciu latach pobytu w więzieniu wręczono bilet do wolności. Ostatnie dwa lata kary ma przepracować na farmie wdowca, Evana Finnlaya, opiekując się sześciorgiem jego dzieci i wykonując domowe obowiązki. Niespodziewanie statek uderza w częściowo zatopioną rafę i rozbija się. Traf chce, że również łódź ratunkowa, na którą udaje się dostać Amelii i Sarze, ulega wypadkowi, ale jakimś cudem obie kobiety zostają uratowane przez miejscowego latarnika. Pojawia się jednak niemały problem - w wyniku uderzenia w głowę panna Divine traci pamięć. Wykorzystując znajomość paru niezbędnych faktów dotyczących jej życia i fizyczne podobieństwo, Sara decyduje się na przejęcie tożsamości poszkodowanej. Ciesząc się na doświadczenie wygodnego i luksusowego życia, jakie do tej pory miała Amelia, skazuje tę niemającą pojęcia o gotowaniu czy pieleniu ogródka dziewczynę na dwa lata ciężkiej pracy fizycznej na farmie. Zamiana ról przynosi nieoczekiwane i zaskakujące rezultaty. Uświadamia bohaterkom, co tak naprawdę liczy się w życiu najbardziej i że zawiść nie jest najlepszą drogą do spełnienia marzeń i zaznania spokoju.

Motyw kradzieży tożsamości natychmiast przypomniał mi o pewnej komedii romantycznej, "Pani Winterbourne", którą oglądałam kilka lat temu. Pamiętam, że ów film zrobił na mnie pozytywne wrażenie. To samo mogę teraz napisać o książce Haran, zapowiadającej się świetnie i kończącej się w podobnym stylu. Język autorki jest nieskomplikowany, przystępny i współczesny. Nieco ugrzeczniony, ale w żadnym stopniu nie przeszkadzało mi to w niepozbawionym przyjemności odbiorze powieści.

Powieści, która ze względu na niewłaściwe postępowanie Sary nie może nie być intrygująca. Czytelnik od razu wyraża zainteresowanie losami kobiet i pragnie dowiedzieć się, jak poradzą sobie w nowych wcieleniach. Jest przekonany, że będzie się działo i kipiało emocjami. I rzeczywiście - czytając "Szept wiatru", nudy się nie uświadczy. W utworze naprzemiennie są ukazane dni z życia owładniętej amnezją Amelii Divine oraz przebiegłej Sary Jones. Muszę przyznać, że przypadek pierwszej z nich wydał mi się ciekawszy, za to wyczyny panny Jones - bardziej niepokojące i trzymające w napięciu. Stało się tak głównie dlatego, że każdą z bohaterek darzyłam mniejszą i większą sympatią. Okazuje się bowiem, że zamiana tożsamości jest równoznaczna ze zmianami zachodzącymi w charakterach obu panien. Praca na farmie Finnlaya wychodzi Amelii na dobre i dziewczyna z marudnej i zarozumiałej bogaczki przeistacza się w zaradną kobietę, zwracającą uwagę na uczucia innych ludzi, w tym serdeczność płynącą prosto z serca pewnego mężczyzny. Sara z kolei z czasem zaczyna przypominać dawną Amelię. Kiedy czytelnik poznaje ją na początku powieści, wydaje mu się ona osobą porządną i uczciwą, ale jej późniejsze sekrety i chciwość, która bierze górę nad rozsądkiem, sprawiają, że bohaterka traci w jego oczach - jest bowiem w stanie zrobić dosłownie wszystko (niewiarygodne, do jakich czynów potrafi się dopuścić), by prawda o niej i Amelii nigdy nie wyszła na jaw). Zapomina jednak, że kłamstwo ma krótkie nogi...

"Szept wiatru" jest książką, którą czytałam z wielkim zapałem i niesłabnącą fascynacją, przez co jej niemałej objętości praktycznie nie odczułam. Pisarka zadbała o urozmaicenie fabuły wątkami romantycznymi, humorystycznymi i mrożącymi krew w żyłach. Każda strona rodzi mnóstwo pytań: czy Amelia poradzi sobie na farmie? Polubią ją dzieci Evana? Odzyska pamięć? A jeśli tak, to kiedy i co będzie tego przyczyną? Czy misterne plany Sary powiodą się? Czy dziewczyna kogoś skrzywdzi? A może pokocha? W historii opowiedzianej przez Elizabeth Haran miłość ma różne oblicza - bohaterowie kochają prawdziwie, nieszczęśliwie bądź stają się zaborczy w stosunku do bliskich. Przyjaźń, szczęście, radość i sukcesy przeplatają się z nienawiścią, cierpieniem, troskami i poczuciem odrzucenia. To powieść o próbach zrozumienia drugiego człowieka, pragnieniach, poświęceniu i wybaczaniu z cudownymi australijskimi krajobrazami (których na moje oko mogłoby być więcej) w tle. Polecam.

Za egzemplarz recenzencki uprzejmie dziękuję wydawnictwu Akurat.

niedziela, 29 czerwca 2014

"Troje" - Sarah Lotz

Tytuł oryginału: "The Three".
Tłumacz: Arkadiusz Nakoniecznik.
Wydawnictwo: Akurat, 2014.
Liczba stron: 480.
Oprawa: miękka.
Rozpoczęcie lektury: 06.06.2014.
Zakończenie lektury: 11.06.2014.
Moja ocena: 7/10.

Sarah Lotz to mieszkająca w Kapsztadzie scenarzystka i pisarka. Wraz z Louisem Greenbergiem pisuje pod pseudonimem S.L. Grey powieści grozy (urban horror), z Helen Moffett i Paige Nick jako Helena S. Paige - powieści erotyczne, z kolei z córką, Savannah, współtworzy serię książek o zombie, "Deadlands", należącą do nurtu young adult. Najnowszy utwór, który napisała solo, pochodzi z tego roku i nosi tytuł "Troje".

W okolicach kwietnia i maja ja oraz wielu innych czytelników byliśmy świadkami oryginalnej i niepowtarzalnej akcji promocyjnej związanej właśnie z "Trojgiem". Wydawnictwo Akurat wykonało kawał dobrej roboty, wydając tę książkę, otaczając ją aurą tajemniczości, niepokoju i zwątpienia, które dopadło jej niejednego potencjalnego odbiorcę, w tym i mnie. Kiedy pewnego dnia listonosz dostarczył mi dużą czarną kopertę z nieznaną zawartością, byłam zaskoczona, ale i zaintrygowana. Kiedy wreszcie dowiedziałam się, że na polskim (i nie tylko) rynku wydawniczym ukaże się wkrótce powieść Lotz, o której na razie nie powinno się mówić zbyt głośno (dlaczego?), poziom mego zaintrygowania wzrósł kilkakrotnie. A po zapoznaniu się z pierwszym rozdziałem książki i wbiciu sobie do głowy, że opisana w niej historia nie wydarzyła się naprawdę, wiedziałam już, że "Troje" musi znaleźć się w mojej biblioteczce, że muszę je przeczytać od deski do deski, że muszę na własnej skórze przekonać się, o co to całe halo, czy w tym utworze rzeczywiście jest jakiś potencjał i czy cały ten medialny szum nie był pozbawiony sensu.

Do jakiego doszłam wniosku? Z całą pewnością wszelkie działania promocyjne, a także samo wydanie "Trojga" (utrzymane w kolorystyce czerni przypominałoby czarną skrzynkę, gdyby nie to, że czarne skrzynki są tak naprawdę barwy pomarańczowej), zostały znakomicie dopasowane do klimatu książki, do kwestii, jakie porusza. Odbiorca przygląda się bowiem kilku katastrofom lotniczym, które mają miejsce w różnych miejscach na całym świecie, oraz cierpieniom nie tylko ofiar, lecz ich bliskich, którzy nie dość, że z dnia na dzień stają w obliczu tragedii, a co za tym idzie, nowych sytuacji życiowych, to na dodatek są pożerani żywcem, szykanowani przez żądne krwi media rozdmuchujące smutne wydarzenia do olbrzymich rozmiarów i nadające im charakter naprawdę godny pożałowania. To właśnie wszystko to, co dzieje się po katastrofach w głowach chciwych, głupich i szalonych ludzi, jest głównym punktem, sednem utworu Lotz. Wstrząsającym, niewiarygodnym, a jednak bardzo prawdopodobnym - wystarczy sięgnąć pamięcią do katastrofy smoleńskiej, by uświadomić sobie, co autorka może mieć na myśli.

12 stycznia 2012 roku w ciągu kilku godzin dochodzi na różnych kontynentach do czterech wypadków komunikacyjnych z udziałem samolotów. Od tej pory ów dzień jest określany mianem Czarnego Czwartku. Katastrofy może i przeszłyby bez większego (a raczej dłużej trwającego) echa, gdyby nie fakt, iż troje dzieci - po jednym z trzech samolotów - uszło z życiem bez poważniejszych obrażeń. Jakby tego było mało, Pamela May Donald, pasażerka maszyny lecącej do Osaki, tuż po jej zderzeniu z ziemią i tuż przed śmiercią, zdążyła nagrać nie do końca zrozumiałą wiadomość telefoniczną skierowaną do jej przyjaciela, pastora Lena. Rozpętuje się istne piekło - pewnego rodzaju wyścig mniej lub bardziej wpływowych ludzi z całego świata, chcących udowodnić przeciwnikom i całej ludzkiej społeczności, że to właśnie ich teorie obrazujące to, co było przyczyną wydarzeń z 12 stycznia, i ich następstwa, które, nie da się ukryć, można zaliczyć do co najmniej zastanawiających, są słuszne i prawdziwe.

Do najistotniejszych koncepcji, o jakich jest mowa w powieści, należą: teoria zamachu terrorystycznego, teoria ściśle związana z religią, sugerująca, jakoby czwartą katastrofę przeżyło czwarte dziecko, a cała czwórka była Czterema Jeźdźcami Apokalipsy, oraz teoria zahaczająca o fantastykę i zjawiska paranormalne, a więc istnienie kosmitów i te sprawy. Pomysły niektórych osób przechodzą ludzkie pojęcie. W tym pełnym żądzy sławy i pieniądza chaosie niewielu ludzi potrafi dostrzec, że doszukiwanie się drugiego dna styczniowej tragedii, którego przecież może nie być, zadaje ból osobom, które straciły w niej bliskich, a także tym, którym przyszło zaopiekować się cudownie ocalałymi dziećmi - wujkowi Jess, babci Bobby'ego oraz kuzynce Hiro.

"Troje" to utwór napisany w nietypowy sposób. Jest to książka o książce, najprościej rzecz ujmując. Ta druga, "wewnętrzna", autorstwa Elspeth Martins, składa się z licznych reportaży, sprawozdań ratowników i służb bezpieczeństwa, wywiadów autorki z członkami rodzin ofiar, zapisów rozmów mailowych czy przeprowadzonych przez Skype'a i innych. Pojawia się w niej więc mnóstwo postaci opatrzonych imionami i nazwiskami, których nie sposób zapamiętać (wszystkich), by potem, w odpowiednim momencie przypomnieć sobie, o kim właśnie jest mowa i kim ten ktoś jest. Niektórych czytelników taka forma prowadzenia narracji może po pewnym czasie lektury zniechęcić do jej kontynuowania bądź zacząć nudzić. Mnie nie przypadły do gustu częste przemówienia pastora Lena (powtarzające się i męczące) oraz fakt, że pisarka nie urozmaiciła stylów wypowiedzi - wszelkie relacje i rozmowy wyglądają tak samo, wszyscy bohaterowie posługują się tym samym sposobem mówienia i pisania, robią to tak samo profesjonalnie, jakby snuli opowieść. Szczególnie rozmowy młodzieży prowadzone za pośrednictwem komunikatora internetowego wydały mi się naciągane i mało rzeczywiste - bo jaki nastolatek w dzisiejszych czasach bawi się w budowanie ładnych i bezbłędnych zdań, pisząc z kimś na czacie lub forum internetowym? Na ogół jednak, muszę przyznać, książkę czytało mi się bardzo dobrze. Niemożliwe było zaniechanie lektury, ponieważ koniecznie chciałam dowiedzieć się, co takiego Lotz zaserwowała w finale. Niestety, napięcie, które wzrastało mniej więcej od połowy powieści, zaczęło stopniowo zanikać, im bliżej zakończenia się znajdowałam. Treść ostatnich stron "Trojga" rozczarowała mnie, gdyż oczekiwałam po całym tym szaleństwie bardziej konkretnych odpowiedzi na pytania, jakie wcześniej narodziły się w mojej głowie.

Minusy utworu Sarah Lotz, o których wspomniałam wyżej, nie przeszkodziły mi w sklasyfikowaniu go jako książki dobrej i wartej uwagi. Bardzo na czasie, bardzo prawdopodobnej i przerażającej. Strach, rozpacz i nadzieja wyrastają na stronach powieści jak grzyby po deszczu. Ludzkie reakcje na śmierć bliskich, ich uczucia i cierpienie są niczym namacalny koszmar, tak bardzo oczywiste i prawdziwe. Niestety nie każdy zdaje sobie sprawę z tego, że istnieje coś takiego, jak współczucie, szacunek czy spokój, jakie należą są ofiarom katastrof lotniczych, ich rodzinom i przyjaciołom. Takie wartości nie mają żadnego znaczenia, gdy w grę wchodzi obłęd, zazdrość bądź szansa na zdobycie zwolenników, popularności, stanie się autorytetem w jakiejś dziedzinie czy po prostu łatwy zarobek. "Troje" to książka jedyna w swoim rodzaju - przypominająca thriller, zagadkowa, bulwersująca, odkrywająca karty ludzkich słabości i fałszywych nadziei. Polecam miłośnikom tematyki dotyczącej groźnych wypadków komunikacyjnych, teorii spiskowych i nietypowych form narracyjnych.

Za egzemplarz recenzencki uprzejmie dziękuję wydawnictwu Akurat.

sobota, 24 maja 2014

"Kobiety na plaży" - Tove Alsterdal

Tytuł oryginału: "Kvinnorna på stranden".
Tłumacz: Beata Walczak-Larsson.
Wydawnictwo: Akurat, 2014.
Liczba stron: 464.
Oprawa: miękka.
Rozpoczęcie lektury: 07.05.2014.
Zakończenie lektury: 10.05.2014.
Moja ocena: 7/10.

"Kobiety na plaży", powieściowy debiut szwedzkiej pisarki i dziennikarki, Tove Alsterdal, reprezentuje gatunek zwany kryminałem, ale nie przypomina typowych kryminałów skandynawskich, w których czytelnik liczy trupy i wraz z głównym detektywem czy komisarzem policji ściga seryjnego mordercę. Utwór ten bowiem, nie dość, że krąży wokół tematyki, o której na ogół nie lubi lub nie chce się rozmawiać, czyli brudów współczesnego świata, to na dodatek przybiera kształt dramatu społecznego i obyczajowego. I to wcale nie jest tak, że brakuje w nim ofiar śmiertelnych czy tragicznych wypadków. Śmiało można nawet stwierdzić, że niektóre z nich wywołują u odbiorcy ciarki na całym ciele o wiele skuteczniej niż obrazy zabójstw uwiecznione w różnego rodzaju przerażających thrillerach lub horrorach.

Już na samym początku książka Alsterdal obfituje w złowróżbne wydarzenia - do hiszpańskiej Tarify położonej tuż nad Cieśniną Gibraltarską bezprawnie dociera imigrantka z Afryki, marząca o lepszym życiu. Po upojnej nocy z nowo poznanym chłopakiem na jednej z miejscowych plaż budzi się samotnie dwudziestoletnia turystka ze Szwecji. Nieco później, w trakcie spaceru, dziewczyna znajduje w wodzie zwłoki czarnoskórego mężczyzny. Z kolei mieszkająca w Nowym Jorku Alena Cornwall wyczekuje powrotu do domu męża, utalentowanego reportera, pracującego dotychczas w Europie nad bardzo ważną i wartą nagłośnienia sprawą. Trzy różne kobiety bez pozornie wspólnego mianownika. Pozornie, bo wkrótce okaże się, że łączą je wydarzenia, których doświadczyły, doświadczają i doświadczą, nie mając pojęcia o istnieniu siebie nawzajem.

Akcja "Kobiet na plaży" toczy się w kilku miastach, wśród których można wymienić wyżej wspomniane Taryfę i Nowy Jork, a także Paryż i Lizbonę. Wiedziona ciekawością, ale przede wszystkim narastającym niepokojem o męża, Alle udaje się do Europy, by dowiedzieć się, nad jakim materiałem pracował Patrick, jak również odnaleźć ukochanego i sprowadzić go do domu, tym samym jak najszybciej oddalić od niebezpieczeństw zagrażających jego życiu, na które - jak Alena się domyśla - zdążył się już natknąć. Ale co tu się dziwić - z reporterskiego grzebania w tematyce rzekomo nieistniejącego niewolnictwa, wykorzystywania nielegalnych imigrantów do ciężkiej pracy i handlu ludźmi nie wszyscy muszą być zadowoleni, prawda? Autorka bez skrupułów ukazuje ciemne oblicze Francji, w którym dominują uchodźcy, przemytnicy, niewolnicy, handlarze ludźmi, narkotykami i fałszywymi dokumentami. Główna bohaterka, Ally, bardzo szybko uświadamia sobie, że Paryż jest stolicą kraju kłamstw, tajemnic, brudów i bezprawia, ale tak naprawdę to samo można powiedzieć o wielu innych państwach na całym świecie, w których co rusz popełniane są przestępstwa na szeroką skalę, a odpowiadają za nie wpływowe, ważne osobistości bądź korporacje działające pod przykrywką. Po cichu, nieco głośniej bądź bardzo głośno.

Historia Ally i Paricka Cornwallów przypominała mi - nie mam tu na myśli rażących podobieństw, lecz niewielkie - losy Mariane i Danny'ego Pearlów. Tych, którzy nie orientują się w czym rzecz, odsyłam do poznania "Ceny odwagi" w wersji książkowej bądź filmowej. Mając na uwadze to, co przytrafiło się Pearlom, pogrążona w lekturze powieści Alsterdal przez większość czasu zamartwiałam się i miałam nadzieję, że Patrickowi nic poważnego się nie stanie i szczęśliwie wróci do Nowego Jorku. Może nawet uda mu się napisać i opublikować reportaż, najlepszy z najlepszych, za który otrzyma upragnioną od dawna nagrodę. Jeśli chodzi o kwestię przewidywalności, pisarka pozytywnie zaskoczyła mnie swoją pomysłowością, umiejętnością prowadzenia fabuły naszpikowanej niepokojem i gęstą atmosferą, jak również przekonała mnie, że także książki, w których trudno o radość, bezpieczeństwo czy sprawiedliwość, mogą być interesujące i podobać się czytelnikowi. Mimo właśnie nawiązania do tematów trudnych, gorzkich, drażliwych, od których człowiekowi robi się gorąco już podczas czytania o nich, a co dopiero "na żywo", jak ma to miejsce w przypadku Cornwallów, którzy grzęznąc w bagnie okropnych i okrutnych wydarzeń, nie zawsze wyplątują się z niego obronną ręką, z łutem szczęścia czy bez poczucia tego, że mogli postąpić inaczej, być może lepiej. Bardzo spodobała mi się postać Aleny, kobiety kochającej, konsekwentnej, wytrwałej i twardej, dla której działań i postawy należą się wielki podziw i szacunek, cechy i uczucia, które towarzyszyły moim myślom poświęconym jej osobie na równi ze współczuciem i nieustającym kibicowaniem.

"Kobiety na plaży" to świetny - zarówno pod względem językowym, jak i fabularnym - debiut literacki. Myślę, że wielu początkujących pisarzy chciałoby wypuścić na rynek wydawniczy tak dobrze napisaną i tak dobrą swoją pierwszą powieść, jak ta autorstwa Tove Alsterdal. Warto przyjrzeć się jej bliżej. Samo tempo akcji może i nie jest przesadnie duże, ale kiedy czytelnik zanurzy się w niepozbawionej napięcia historii Cornwallów, pozostanie w niej na długo, zapewne do samego jej finału, od czasu do czasu tylko wypływając na powierzchnię rzeczywistości, by zaczerpnąć świeżego, nieskażonego niczym powietrza i uspokoić oddech. To utwór nasączony tragizmem, smutkiem, bezsilnością i tajemnicami, których nie powinno - choć tak naprawdę powinno - się odkrywać dla własnego dobra. Jeśli gustujesz w niegłupich thrillerach, w których FBI czy inne organy ścigania nie grają pierwszych skrzypiec, i potrafisz obejść się bez seryjnych morderców i krwawych jatek, książka Alsterdal powinna Ci się spodobać. Polecam.

Za egzemplarz recenzencki uprzejmie dziękuję wydawnictwu Akurat.

wtorek, 13 maja 2014

"Cięcie" - Veit Etzold

Tytuł oryginału: "Final Cut".
Tłumacz: Miłosz Urban.
Wydawnictwo: Akurat, 2014.
Liczba stron: 544.
Oprawa: miękka ze skrzydełkami.
Rozpoczęcie lektury: 03.05.2014.
Zakończenie lektury: 06.05.2014.
Moja ocena: 6/10.

W ubiegłym miesiącu listonosz dostarczył mi przesyłkę zawierającą "Cięcie", którego oczekiwałam z wielką niecierpliwością. Nie była to jednak zwyczajna przesyłka. Po jej otwarciu bowiem okazało się, że książka - z adekwatną do tytułu, czyli dosłownie pociętą okładką - jest dodatkowo zapakowana w przylegającą folię z widniejącym na niej brudzącym krwistoczerwonym odciskiem dłoni. Tak mnie to wszystko zachwyciło, że aż było mi żal usuwać tę mrożącą krew w żyłach otoczkę, by dostać się do wnętrza powieści. Pomyślałam wówczas - dobrze się zaczyna i zapowiada. Czy treść thrillera utrzyma ten poziom? Teraz, po zakończonej już lekturze, mogę napisać, że chociaż mnie ona trochę rozczarowała, była ciekawa, pomysłowa i czasami wstrząsająca. Myślę, że przebieg fabuły zaskoczyłby mnie o wiele bardziej, gdybym przed rozpoczęciem czytania "Cięcia" nie zapoznała się z jego obszernym opisem dostępnym w Internecie. Niestety streszcza on zdecydowaną większość fabuły. Lepiej więc go sobie podarować i od razu przystąpić do lektury utworu Veita Etzolda. Ewentualnie można zerknąć do mojej zapowiedzi, widocznej poniżej.

Clara Vidalis, nadkomisarz wydziału zabójstw Krajowej Policji Kryminalnej, ekspertka sądowa i psychopatolog, oprócz tego, że na co dzień ściga najokrutniejszych przestępców, żyje przeszłością, nie mogąc opędzić się od ducha siostry, którą straciła dwadzieścia lat temu. Tuż przed urlopem, na który zasłużyła sobie po złapaniu seryjnego mordercy zwanego Wilkołakiem, bohaterka otrzymuje tajemniczą przesyłkę zawierającą płytę CD z makabrycznym plikiem video. Na filmie, który miał wryć się w jej umysł już na zawsze, nieznany sprawca podcina gardło młodej dziewczynie. Podążając nikłymi śladami, a raczej sprytnie skonstruowanymi wskazówkami pozostawionymi przez zabójcę, policja natrafia na zwłoki sfilmowanej dziewczyny, a trochę później - na kolejnego trupa. Dlaczego Bezimienny - jak każe siebie nazywać morderca - zabija, stosując przy tym niespotykane metody i środki? I dlaczego do obserwowania swych chorych poczynań wybrał właśnie Clarę?

"On, Bezimienny, pożerał dusze uwięzione w cyfrowym świecie. Był niczym demon, mogący opętać człowieka i zmusić go do działania, na które by się normalnie nie zdecydował. Bezimienny przejmował osobowość opętanego, by zmusić go do wykonywania swojej woli. Sprawiał, że zmarli dalej żyli, i w ich imieniu realizował swój wielki plan"*. To właśnie tego cyfrowego świata w dużej mierze tyczy się książka Etzolda. Autor zwraca uwagę na niebezpieczeństwa, jakie niesie ze sobą wszechobecny internet. W połączeniu z ludzką głupotą, która często nie zna granic, daje rezultaty, w które czasami trudno jest uwierzyć. "Wcześniej idioci biegali po lotniskach, a na bagażu mieli naklejone wielkie plakietki z adresami, tak że potencjalni włamywacze mogli wszystko odczytać i dowiedzieć się, gdzie stoi pusty dom czy mieszkanie. Dzisiaj takie osły przeniosły się do internetu i na Facebooku zamieszczają podobne posty, w ogóle się nie zastanawiając, że kryminaliści też mogą je przeczytać"**. Nie do końca wpasowały się w mój gust nierzadko serwowane przez pisarza wyjaśnienia i formułki - takie trochę podręcznikowe - dotyczące na przykład tego, czym grozi "obnażanie się" w internecie, jak działają narzędzia Google'a, niezabezpieczone sieci internetowe czy marketing internetowy. Raz, że dla czytelnika obeznanego w tych sprawach mogą się okazać zbędne, a dwa - nie w każdym przypadku zostały one idealnie wplecione w fabułę, lecz przytoczone tak po prostu, bo autorowi się o nich przypomniało lub uznał, że warto właśnie w tym momencie o nich napomknąć. To samo mogę napisać o licznie występujących w tekście utworu porównaniach i wspomnieniach przypadków wyróżniających się w jakiś sposób zbrodni i morderców działających w przeszłości - czy to rzeczywistej, czy fikcyjnej.

"Cięcie" ma szokować i jestem pewna, że odbiorców, którzy wcześniej nie mieli do czynienia z brutalnymi kryminałami czy thrillerami psychologicznymi, jest w stanie zaskoczyć, zbulwersować, przerazić albo zniesmaczyć. Jeśli chodzi o mnie, w ciągu ostatnich paru lat naczytałam się sporo powieści należących do wyżej przytoczonych gatunków i naoglądałam niemało filmów i seriali kryminalnych, więc utwór Etzolda nie zrobił na mnie wielkiego wrażenia, choć uczucia lekkiego niedowierzania, obrzydzenia i napięcia w czasie lektury nie były mi całkowicie obce. Ale przyczyną tego wszystkiego nie jest fabuła sama w sobie, która przecież trzyma się kupy, a poczynania i motywy Bezimiennego są przemyślane i interesujące, lecz pomysłowość pisarza, z którą trochę przeholował. Odniosłam bowiem wrażenie, że zbyt dużo szokujących elementów chciał w swoje "Cięcie" wcisnąć: pedofilia, sadomasochizm, koprofilia, zabójstwa, nekrofilia, rozmaite formy tortur i mordowania - od patroszenia, przez palenie żywcem, aż po rąbanie ciał na maleńkie kawałeczki. W tej książce można znaleźć niemalże wszystko, a co za dużo, to jednak niezdrowo.

Wolałabym, żeby zamiast powyższego nadmiaru brutalnych i rażących scen nieco więcej miejsca w powieści zajmowali jej bohaterowie. Do kreacji samego Bezimiennego raczej nic nie mam - to naprawdę ciekawie skonstruowana, skomplikowana i zapadająca w pamięć postać - natomiast jeśli chodzi o policję, profilerów i psychologów, czyli Clarę Vidalis i jej ekipę, jest już mniej kolorowo. Zamiast bezustannie działać i szukać nawet najmniejszych tropów prowadzących do seryjnego mordercy, policjanci oddają się długim rozmowom, dyskusjom, gdybaniu i wysłuchiwaniu od kolegów po fachu koncepcji, motywów czy biologicznych uwarunkowań zachowań człowieka. Niejednokrotnie czułam się jak studentka siedząca na wykładzie z psychologii, filozofii albo biologii. Nie do końca też uwierzyłam tym bohaterom - jak na moje oko, zostali oni wyposażeni w niezwykłą inteligencję i są bardzo domyślni. A wiadomo przecież, że samo profilowanie i behawiorystyka nie są kluczem do rozwiązania zagadki związanej z działalnością poszukiwanego sprawcy, a już zwłaszcza tak pokręconą działalnością wyjątkowo nieuchwytnego przestępcy, jakim jest Bezimienny.

"Cięcie" Veita Etzolda to niebanalny thriller o potędze mediów i pieniędzy, o perwersyjnym perfekcjonizmie, zboczeniach różnej maści, potworach czających się pod dziecięcymi łóżkami, potworach, które zyskują rzeczywistą postać i atakują ludzi w najmniej oczekiwanych momentach ich życia w najmniej spodziewanych miejscach. Część niedociągnięć, o których pisałam wcześniej, wynagradzają czytelnikowi fragmenty pełnej napięcia akcji, które są w stanie pochłonąć odbiorcę bez reszty, przenosząc go z rzeczywistości do ponurego, mrocznego i niesłychanie niebezpiecznego Berlina. Jeśli następne dwie książki z Clarą Vidalis w roli głównej, które już powstały, ukażą się kiedyś w Polsce, chętnie do nich zajrzę. Przede wszystkim, by przekonać się, czy styl autora uległ jakiejś - oczywiście na plus - zmianie, a ponadto doświadczyć kolejnych "przygód" będących połączeniem kryminału i horroru, które - jeśli weźmie się pod uwagę pomysłowość Etzolda - na pewno będą intrygujące i nietuzinkowe.

*s.235
**s.159

Za egzemplarz recenzencki uprzejmie dziękuję wydawnictwu Akurat.

środa, 29 stycznia 2014

"Easylog" - Mariusz Zielke

Wydawnictwo: Akurat, 2014.
Liczba stron: 352.
Oprawa: miękka ze skrzydełkami.
Rozpoczęcie lektury: 18.01.2014.
Zakończenie lektury: 19.01.2014.
Moja ocena: 7/10.

Mariusz Zielke to polski dziennikarz śledczy i gospodarczy, absolwent Wydziału Dziennikarstwa i Nauk Politycznych Uniwersytetu Warszawskiego. Laureat Grand Press, założyciel Niezależnej Gazety Internetowej, autor kontrowersyjnych i skandalizujących thrillerów, w tym "Wyroku" i "Formacji trójkąta". Jego najnowsza książka to "Easylog" i to o niej właśnie będzie mowa poniżej.

Nie miałabym nic przeciwko postępowi technicznemu, gdyby nie to, że jego tempo z roku na rok jest coraz większe, a jego podstawowym celem staje się już nie ułatwienie człowiekowi życia, lecz uczynienie je wygodnym. Nie, nie jestem staroświecka; w miarę orientuję się we wszelkich nowościach chociażby w świecie elektroniki, wszechobecnych komputerów, sieci internetowych, telefonów komórkowych i ich pochodnych, niektóre z nich akceptując, inne nie, ale przeraża mnie fakt, do czego to wszystko - cały ten technologiczny miszmasz - zmierza. Nie uśmiecha mi się wizja człowieka funkcjonującego w pewnego rodzaju nienamacalności zdominowanej przez inteligentne urządzenia, maszyny i inne twory. W powieści "Easylog" została zaprezentowana namiastka ludzkiego życia na pograniczu rzeczywistości i wirtualności, które z jednej strony może fascynować, z drugiej zaś - budzić pewne obawy i wątpliwości. Ale oprócz tematyki typowo technologicznej czytelnik znajdzie tutaj elementy charakterystyczne dla kryminału czy sensacji, co razem daje niebanalny thriller z misternie utkaną fabułą, w którym do samego końca nie wiadomo, co jest grane, co jest prawdą, a co fikcją, komu ufać, a komu nie.

Główny bohater, trzydziestopięcioletni Ben Stiller, to dawny technolog prężnie działającej korporacji SkyCom. Dawny, bo dziesięć lat temu zginęła jego ukochana, Sally, i po jej śmierci nie był w stanie pracować tam dalej, zwłaszcza że w najbliższym otoczeniu natykał się na ludzi, których uważał za posiadaczy nieczystych sumień. Założył własną firmę Easylog będącą agencją specjalizującą się w obsłudze konferencji i eventów, znalazł sobie nową dziewczynę, Amandę, i wszystko układało się w miarę pomyślnie aż do pewnego dnia, kiedy to Ben zauważa niedaleko jednej z plaż Sally. Niby to niedorzeczne, ale mężczyzna nie może przestać o tym myśleć, tym bardziej że policja decyduje się powrócić do sprawy śmierci dziewczyny. Jakby tego było mało, Stillerem zaczyna się interesować mafia. Dlaczego? Co tak naprawdę wydarzyło się dziesięć lat temu? Czy Sally rzeczywiście została zamordowana, jak twierdzi i zawsze twierdził Ben?

Ów wątek z Sally - jej owiane tajemnicą zniknięcie i ponowne pojawienie się po bardzo długim czasie - momentalnie skojarzył mi się z kryminałem "Nie mów nikomu" Harlana Cobena. Inne wątki z kolei, przede wszystkim te związane z sensacyjnymi pościgami za Stillerem czy mafijnymi porachunkami, minimalnie upodobniły "Easylog" do powieści Simona Kernicka, ale to, co Zielke zrobił z całokształtem swego utworu, to, jak skonstruował fabułę sprytnie manipulującą czytelnikiem, i to, w jaki sposób ją zakończył, jest nieporównywalne. Przynajmniej na tę chwilę mój umysł nie potrafi znaleźć żadnej pozycji literackiej, która mogłaby w pewnym sensie odpowiadać pomysłowości polskiego pisarza. Natomiast jeśli chodzi o jego styl... cóż, nie da się ukryć - Zielke pisze nowocześnie, jak rasowy Amerykanin i pod tym względem jego książka w ogóle nie przypomina polskich thrillerów. I wcale nie chodzi tutaj o to, że akcję autor osadził między innymi w Los Angeles, od czasu do czasu tylko wprowadzając do niej polskie akcenty, po prostu to, w jaki sposób operuje językiem, nadaje tempo akcji i wzbogaca ją o poszczególne wydarzenia, przywodzi na myśl powieści pisarzy amerykańskich czy brytyjskich.

Narracja przeważającej części "Easylog" prowadzona jest w pierwszej osobie - odbiorca widzi świat oczami Bena, który potrafi go nieźle zaintrygować, omamić i oczarować swoją inteligencją i pewnością siebie. Wyjątkami są rozdziały poświęcone członkom mafii - mamy w nich do czynienia z narracją trzecioosobową. Postaci pojawiających się w książce nie ma przesadnie wiele, przez co spokojnie można się połapać, kto jest kim. Dużo gorzej jest już z ich zamiarami i usilnie skrywanymi sekretami, które są odkrywane stopniowo lub dopiero w finale powieści. Mamy więc parę paskudnych kreatur, parę geniuszy i piękne kobiety, czyli wystarczający zestaw charakterów, który można obarczyć udziałem w sensacyjnej rozróbie.

Jej tłem jest wspomniana już na samym początku niniejszej opinii tematyka dotycząca nowoczesnych technologii, niezwykle istotna dla rozgrywających się w thrillerze wydarzeń, jak i szalenie interesująca, absorbująca, a zarazem niepokojąca. Zielke wprowadza czytelnika w świat elektroniki, w którym rządzi nie komputer, lecz urządzenie zwane Wallym ("niesłychane w swojej prostocie połączenie tableta, komputera, telefonu z funkcjami społecznościowymi i siecią. Praca, rozrywka, znajomi - wszystko w jednym miejscu. Do tego niemal prawdziwe wirtualne życie (...) Simply Wally - jak go reklamowano - mówisz i masz, teraz z poleceniami głosowymi"*), i świat Internetu zdominowany nie przez Facebooka, lecz Wallnet, wirtualne środowisko awatarów będących wirtualnymi "ja" ludzi, którzy dali mu się uwieść, napędzane sztuczną inteligencją Wally'ego.
"- Co robi ten awatar? (...)
- Uczy się.
- Uczy?
- Tak. Uczy się twoich zachowań, przyzwyczajeń, zainteresowań, sympatii, a z drugiej strony stara się rozpoznać, co wzbudza twoją niechęć, odrazę, co cię odrzuca, dołuje i czego nie chcesz oglądać.
- Eeee... A po co?
- Żeby pomóc ci się odnaleźć w świecie informacji, a w razie potrzeby zastąpić cię albo asystować przy podejmowaniu decyzji. Może być twoim przyjacielem, pożądanym wrogiem, partnerem w grze lub przeciwnikiem, może cię chronić lub prowokować i szkolić. W zależności od preferencji i ustawień. Jeśli chcesz, może w sieci prowadzić własne życie. Taka elektroniczna maskotka. Twoje wirtualne alter ego. Zabawka, którą kontrolujesz w stu procentach albo tylko w jakimś stopniu. Albo której w ogóle nie kontrolujesz"**. Wszystko to prezentuje się niczym jakaś zaawansowana wersja gry "The Sims". Zaawansowana, ale i niepozbawiona czyhających na gracza niebezpieczeństw w postaci chociażby uzależnienia czy utraty kontroli nad jego prawdziwym życiem. To zabawa, przygoda, Ale tylko pozornie świetna.

Cieszę się, że w całym tym nawale nowości polskiego rynku wydawniczego udało mi się dostrzec "Easylog". Oczywiście, stało się to dzięki zachęcającemu opisowi, bo gdyby nie on i miałabym sugerować się na przykład okładką, z całą pewnością najnowsza powieść Mariusza Zielke byłaby mi przez długi czas - jeśli nie wcale - nieznana. Korekta tekstu również nie pozostaje bez drobnych wad, można bowiem znaleźć w nim literówki typu "Angelina Joli", "skukces", gdzieniegdzie jakiś brak przecinka czy kropki, ale na ogół nie przeszkadzały mi one w lekturze, która i tak, powodowana dreszczykiem emocji i niekończącymi się pytaniami rodzącymi się w mojej głowie, na które koniecznie musiałam poznać odpowiedzi, minęła mi w mgnieniu oka. Nawet, mimo rewelacyjnego zakończenia, żałowałam, że tak szybko. Miłość, tajemnica, zemsta i przebiegłość w doskonałym wydaniu. Książkę polecam osobom, którym nieobce są zagadkowe i nieźle zakręcone thrillery, oraz pasjonatom technologicznych nowinek.

*s.64
**s.228

Za egzemplarz recenzencki uprzejmie dziękuję portalowi Business & Culture.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...