Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Znak. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Znak. Pokaż wszystkie posty

sobota, 12 kwietnia 2014

"Zaklinacz czasu" - Mitch Albom

Tytuł oryginalny: "The Time Keeper".
Tłumacz: Nina Dzierżawska.
Wydawnictwo: Znak, 2014.
Liczba stron: 288.
Rozpoczęcie lektury: 29.03.2014.
Zakończenie lektury: 30.03.2014.
Moja ocena: 7/10.

Mitchell David "Mitch" Albom to amerykański autor bestsellerów, dziennikarz, dramatopisarz, scenarzysta i muzyk. Nieobca jest mu też działalność charytatywna - do tej pory założył i zorganizował takie grupy wolontariuszy i fundacje dla potrzebujących dzieci, jak "The Dream Fund", "A Time to Help" i "A Hole in the Roof". Do najpopularniejszych jego książek należą między innymi "Wtorki z Morriem" (oparta na faktach), "Pięć osób, które spotykamy w niebie" i "Jeszcze jeden dzień". Pisarz porusza w swych utworach tematykę skłaniającą odbiorcę do refleksji - zazwyczaj jest to śmierć, choroba, miłość czy po prostu nadzieja.

Jedna z nowszych powieści tego autora, "Zaklinacz czasu", zabiera czytelnika w podróż - trochę magiczną, trochę bajkową - której celem jest nieco inne spojrzenie na coś, co towarzyszy człowiekowi na każdym jego kroku, w każdym miejscu, o każdej porze, czyli poczucie czasu. Poprzez sensownie przeplatające się historie trzech osób - żyjącego przed tysiącami lat Dora oraz współczesnych Victora i Sarah - Albom zwraca uwagę na to, w jaki sposób powstał czas, kiedy miały miejsce jego pierwsze pomiary, a także w jaki sposób nabrał on wartości, a jednocześnie stał się przekleństwem.

Sarah Lemon, typową nastolatkę z kompleksami, poznajemy w momencie, gdy dziewczyna szykuje się na spotkanie z chłopakiem, w którym nie tak dawno zdążyła się zakochać (jak na razie bez wzajemności). To bardzo nowoczesna postać, podatna na "cierpienia" dotykające młodych ludzi, w tym przede wszystkim odrzuconą miłość. Kiedy jej plany względem Ethana nie zostają zrealizowane z pewnych powodów, w głowie Sarah pojawiają się pierwsze myśli samobójcze. Z kolei Victor Delamonte, bogaty starzec umierający na raka, nie ma najmniejszego zamiaru kończyć z życiem. Dzięki nowoczesnej technice wpada na - jak mu się wydaje - genialny pomysł, który pozwoli mu przechytrzyć uciekający czas. I właśnie wtedy, w tych krytycznych momentach życia obojga bohaterów, ich drogi krzyżują się ze ścieżką wydeptaną przez żyjącego tysiące lat Dora, człowieka, który jeszcze przed Egipcjanami i Grekami wynalazł czas. Ma on za zadanie odwieść Sarah i Victora od ich niefortunnych decyzji, ale... jak tego dokonać?

Do twórczości Coelho odwoływać się tu nie będę, bo nie trzymałam w ręku jeszcze ani jednej jego książki. "Zaklinacz czasu" czyta się dobrze, rzeczywiście przyczynia się on do snucia rozważań na istotne tematy, nie podziałał jednak na mnie tak mocno, ażebym miała zmienić swoje dotychczasowe życie, co, jak głoszą slogany reklamujące ów tytuł, wielu czytelników po jego lekturze zdołało zrobić. W powieści nie brakuje śladów fantastyki, ale wszystko jest ładnie i zgrabnie opowiedziane. Utwór wzrusza i zachwyca wspaniałym zakończeniem. Ma charakter przypowieści, takiej z przesłaniem, które choć banalne, nie przeszkadza, lecz cieszy oko. Myślę też, że "Zaklinacz czasu" sprawdziłby się jako opowieść czytana na głos przez jedną osobę dla drugiej - wieczorami, przed snem, niczym bajka z elementami biblijnymi, delikatnego napięcia i oddziałującymi na różne emocje odbiorcy, począwszy od radości, przez zaciekawienie i przerażenie, aż po smutek i żal.

Fabuła książki Alboma sprowadza się do jednego - czasu i jego znaczenia. To zjawisko zwane czasem wchodzi w skład nienaruszalnej wręcz struktury życia każdego z nas. Może być dla nas zbawieniem, ale i utrapieniem. Szczęściem, ale i pechem. Zwracamy na niego uwagę i odmierzamy go nieustannie. Jesteśmy w szkole - odliczamy minuty do następnej przerwy lub do końca zajęć. Jesteśmy w pracy - nie możemy się doczekać końca zmiany i powrotu do domu. Planujemy w godzinach popołudniowych zrobić zakupy, obiad i pomóc dziecku w odrobieniu lekcji. Denerwujemy się, gdy w ciągu następnych kilkudziesięciu minut musimy zrobić to, to i jeszcze tamto. Ostrożniejsi z nas przypominają sobie raz po raz słynne przysłowie "gdy się człowiek spieszy, to się diabeł cieszy", ale bardzo często nawet im nie jest łatwo przeciwstawić się temu powiedzeniu. Spieszymy się dla przyjemności. Spieszymy się, bo możemy nie zdążyć. Spoglądamy na zegarek noszony na ręce, wiszący na ścianie, na telefon komórkowy czy komputer, który przecież także pokazuje, którą mamy godzinę. Istnieją nikłe szanse na to, abyśmy potrafili odmierzać czas (bo o nieodmierzaniu nie ma w ogóle mowy) jakoś inaczej, bez większego napięcia, jak w popularnej piosence Andrzeja Rybińskiego, "Nie liczę godzin i lat".

Dzisiejsze czasy to jeden wielki pośpiech - pośpiech nie do ogarnięcia. Ale, jak sugeruje powieść Alboma, choć przeciętny człowiek i bez niej doskonale zdaje sobie z tego sprawę, warto na chwilę przystopować, odetchnąć, dać się ponieść przyjemnościom i radościom wynikającym ze zwykłej codzienności i bliskości drugiej osoby, której nie zawsze doceniamy; stawić czoła problemom i bólowi - choć jest to niezwykle trudne, jest pewnego rodzaju wyznacznikiem ludzkiego istnienia; poczuć, że się żyje. Myślę, że niektórzy są w stanie to robić i robią to od czasu do czasu - po skończeniu dnia pracy czy szkoły - niestety są też i tacy, którzy nie wytrzymują presji, nie wiedzie im się tak, jak sobie kiedyś wymarzyli, dlatego decydują się targnąć na własne życie, co jest dla mnie aktem ani nie odważnym, ani nie tchórzliwym, lecz egoistycznym, w szczególności gdy ma się w otoczeniu kochające osoby lub chociaż takie, dla których nieobecność przyszłego samobójcy da się im w jakiś sposób we znaki. Szansę na zrozumienie tego ma właśnie bohaterka "Zaklinacza czasu", Sarah.

Na koniec dodam, że warto zwrócić uwagę na przerażającą wizję przyszłości wymyśloną przez Mitcha Alboma. Jest ona przedstawiona na zaledwie jednej stronie utworu, ale mimo to daje do myślenia i naprawa przejmującym smutkiem. To ona chyba najbardziej przemawia za tym, by korzystać z danego nam - obecnego - życia pełnymi garściami, zanim przekształci się ono w jeszcze bardziej "uczasowione", bezbarwne i bezduszne.

niedziela, 23 września 2012

"Stokrotki w śniegu" - Richard Paul Evans

Wydawnictwo: Znak, 2011.
Liczba stron: 288.
Rozpoczęcie lektury: 21.09.2012.
Zakończenie lektury: 21.09.2012.
Moja ocena: 8/10.

Richard Paul Evans jest amerykańskim pisarzem, który w swych utworach często porusza tematykę rodzinną, rodzinnych wartości, miłości i świąt. Swoją przygodę z pisarstwem rozpoczął od bożonarodzeniowych historii stworzonych dla własnych dzieci. Dziś jest autorem kilkunastu książek obyczajowych, po które chętnie sięgają tłumacze z całego świata, a także twórcy filmowi.

"Stokrotki w śniegu" to właśnie jeden z utworów zahaczających o tematykę świąteczną. Jak twierdzi sam autor, pisząc tę powieści, inspirował się "Opowieścią wigilijną" Charlesa Dickensa, z której praktycznie niewiele pamiętam, gdyż czytałam ją jakieś dziesięć lat temu jako lekturę szkolną. Nie wiem, co skłoniło mnie do sięgnięcia po ową książkę Evansa - być może fakt, iż do tej pory nie miałam styczności z jego prozą, a ponadto utwór nie należy do obszernych, a akurat od jednego z moich wieczorów wiało przeraźliwą nudą. W innym przypadku bowiem z całą pewnością zostawiłabym sobie tę lekturę na święta Bożego Narodzenia.

W okolicach Salt Lake City, jeszcze przed świętami, ginie w wypadku samochodowym James Kier, kierowca autobusu, który każdą wolną chwilę poświęcał ludziom potrzebującym pomocy duchowej. Na skutek pomyłki w gazetach pojawia się informacja na temat śmierci innego mężczyzny o tym samym imieniu i nazwisku - pozbawionego serca, okrutnego i bezwzględnego rekina biznesu. Kier ze zdumieniem szybko odkrywa, że dla większości ludzi, z którymi miał kiedykolwiek do czynienia, wiadomość o jego zgonie ma pozytywny wydźwięk. W Internecie roi się od obraźliwych komentarzy na jego temat, a ci, z którymi spotyka się twarzą w twarz, wyglądają na bardzo zawiedzionych jego "zmartwychwstaniem". James postanawia więc się zmienić. Sporządza listę osób, które w przeszłości skrzywdził najbardziej, by przeprosić je za to, co zrobił. Nie zapomina oczywiście o śmiertelnie chorej żonie, którą opuścił w chorobie, i synu, dla którego dobrym ojcem był tylko przez pierwsze parę lat. Ale czy na szukanie wybaczenia i skrzywdzonych ludzi i zadośćuczynienie nie jest za późno? Być może. Ale lepiej zacząć czynić dobro później aniżeli wcale.

Evans stworzył niedługą, ale pełną emocji powieść, którą czyta się niewiarygodnie szybko nie tylko ze względu na jej liczbę stron, ale też krótkie rozdziały i akcję, na którą składają się same konkretne wydarzenia i przemyślenia bohaterów. Przystępny i niezbyt wyszukany język to jej dodatkowy atut, świadczący o tym, że nawet tak napisany utwór może być po prostu dobry i niezwykły w swej prostocie.

Wydawania takich książek jak "Stokrotki w śniegu" powinno się zakazać. W trakcie jej lektury bowiem wylałam morze łez, nie mogąc się opanować! Nie pamiętam już, kiedy ostatnio czytałam tak bardzo wzruszającą i smutną powieść. Tragiczna wręcz postać Jamesa Kiera sprawiła, że to, czego doświadczał, dowiadując się, do jakiego stopnia zniszczył życie poszczególnych ludzi, a czasu zwyczajnie cofnąć się nie da, rozdzierało mi serce na pół. Na początku wydawało mi się, że ta niezwykła przemiana głównego bohatera nastąpiła zbyt nagle. Później tłumaczyłam to sobie faktem, iż mężczyzna nie zawsze przecież był złym człowiekiem. Przykre sytuacje i ból, jakich doświadczył w przeszłości, uczyniły go kimś innym. Kimś, kto chciał jak najlepiej zadbać o najbliższą rodzinę, ale swoim postępowaniem wywrócił do góry nogami swoje postanowienie. Oddalił się od żony i syna, wszystkich współpracowników traktował oschle, a klientów z wrogością lub chęcią na wykorzystanie ich. Ale dzięki feralnemu zbiegowi okoliczności po wielu latach zderzył się z szansą na odzyskanie dawnego życia, choć niekoniecznie wśród wszystkich osób, które kochał, i z czystym sumieniem.

"Stokrotki w śniegu" to wspaniała opowieść o najważniejszych wartościach ludzkiego życia - o miłości, przyjaźni, rodzinie i szczęściu. Człowiek zaślepiony urazami z przeszłości może nie zdawać sobie sprawy z tego, jak bardzo krzywdzi ludzi wokół i popełnia karygodne wręcz błędy, skazując zarówno ich, jak i siebie, na nieszczęście. Nie powinniśmy pozwalać sobie na takie zaniedbywanie. Samotność i egoizm będą odtrącać wszystkich zawsze i wszędzie. Znalezienie się w sytuacji Jamesa Kiera nie byłoby ani trochę godne pozazdroszczenia.

Podoba mi się sposób, w jaki Richard Paul Evans obrazuje aspekt rodziny - taki poruszający wprawdzie, ale lekki i realistyczny. Autor uczula nas też na to, abyśmy w ferworze pracy i obowiązków nie zapominali o nas samych i nie doprowadzali się tę drogą do zguby. Nie każdy bowiem będzie w stanie zrozumieć nasze zachowanie, potrafił przymknąć na nie oko czy wybaczyć. Wykrzesanie z siebie odrobiny dobra jeszcze nikomu nie zaszkodziło, a efekty tego czasami mogą bardzo pozytywnie zaskoczyć. "Stokrotki w śniegu" to piękna książka, w sam raz dla osób wrażliwych i takich, które nie do końca wiedzą, jak odnaleźć samych siebie w tym zagmatwanym świecie, co uczynić, by skierować swoje myśli i działania we właściwą stronę. Serdecznie polecam.

środa, 15 sierpnia 2012

"Oskar i pani Róża" - Éric-Emmanuel Schmitt

Wydawnictwo: Znak, 2004.
Liczba stron: 80.
Rozpoczęcie lektury: 14.08.2012.
Zakończenie lektury: 14.08.2012.
Moja ocena: 8/10.

Éric-Emmanuel Schmitt to francuski eseista i powieściopisarz, z wykształcenia filozof. Na świecie jest znany głównie jako dramaturg, który zyskał sławę dzięki takim sztukom, jak "La Nuit de Valognes" i "Le Visiteur". W ciągu zaledwie dziesięciu lat stał się jednym z najpoczytniejszych francuskojęzycznych autorów. Jego powieści są tłumaczone na ponad trzydzieści języków. Do najważniejszych dzieł książkowych można zaliczyć takie utwory, jak "Pan Ibrahim i kwiaty Koranu" oraz "Oskar i pani Róża". Oba zostały przeniesione na wielki ekran. Najnowsza powieść to "Kobieta w lustrze" z 2011 roku.

Jak na chętną poznania nowych autorów czytelniczkę przystało, sięgnęłam i po utwór Schmitta. Chyba najgłośniejszy i zarazem jeden z najkrótszych utworów w jego dorobku literackim, czyli "Oskar i pani Róża". Przez wielu czytelników ta książeczka jest uważana za pozycję, którą każdy miłośnik literatury powinien znać. Cieszy się ona licznymi pozytywnymi opiniami, ale zdarzają się też wyjątki. Przed lekturą postanowiłam nie zagłębiać się w opis tej powieści, by nie popsuć sobie przyjemności czytania, tym bardziej, że jest ona naprawdę króciutka. I ze względu na smutną tematykę umierania, przeplataną radością czerpaną z życia śmiertelnie chorego chłopca, czyta się ją jednym tchem, połykając dosłownie w pół godziny.

Oskar ma dziesięć lat. Ale dzięki tajemniczej pani Róży, która często odwiedza go w szpitalu i opowiada ciekawe anegdotki z czasów jej kariery zapaśniczej, ma szansę przeżyć jeszcze... sto dwadzieścia lat. Chłopiec choruje na białaczkę i jest świadomy tego, że zostało mu dwanaście dni życia, które przypadają na ostatnie dwanaście dni grudnia. Żeby okazać silną wolę i nie obawiać się śmierci, Oskar idzie za radą pani Róży i przeżywa każdy kolejny dzień w taki sposób, jakby było to dziesięć lat jego życia. A wszystkie swoje przemyślenia opisuje w listach do samego Boga, który staje się nieodłącznym duchowym towarzyszem bohatera.

Niesamowita historia. Oryginalna. Niebanalna. Czegoś takiego jeszcze nie czytałam i bardzo się cieszę, że wcześniej nie zaglądałam w żadne streszczenia tej książki Schmitta. Dzięki temu opowieść obfitowała w niespodzianki i niejeden raz mnie zaskoczyła. Pisarz w niewiarygodnie przystępny sposób nakreślił najważniejsze etapy ludzkiego życia, począwszy od dzieciństwa, aż do starości, zręcznie upychając je w zaledwie dwanaście dni egzystencji małego chłopa. Zadanie, jakiego podejmuje się nieuleczalnie chory Oskar, sprawia, że jego misją nie jest czekanie na śmierć. Jego misją jest korzystanie z życia wszelkimi siłami, jakie mu pozostały. Bohater otrzymuje pewnego rodzaju dar przebrnięcia przez całe swoje życie, o którym może pomarzyć niejeden zdrowy człowiek.

Historia ta jest niewątpliwie jedyna w swoim rodzaju, skłania do refleksji i wzrusza. Nie do końca jednak podoba mi się forma, w jakiej została przedstawiona. Narratorem bowiem jest Oskar, który codziennie pisze listy do Boga, opisując w nich każdy przeżyty dzień. Te listy są odpowiednio rozdziałami "Oskara i pani Róży". Po sposobie ich formułowania i zasobie słownictwa nie widać jednak, że pisze je zaledwie dziesięcioletni chłopiec. Być może Schmitt chciał, ażeby jego utwór czytało się swobodnie i zrozumiale, dlatego nie narzekam na brak błędów stylistycznych czy ortograficznych, jakie mogłoby popełnić dziecko w wieku tytułowego bohatera. Razi mnie natomiast fakt, iż Oskar wypowiada się bardzo profesjonalnie i wie o rzeczach, o których mają pojęcie tylko dorośli, nie dzieci. Nazywanie własnych rodziców kretynami i tchórzami czy głowienie się nad kwestią całowania z języczkiem i ciąży u kobiet wydało mi się po prostu nie na miejscu. Pisarz wykreował mądrego, może zbyt inteligentnego małego bohatera, przez co opowieść stała się dla mnie trochę mniej realna. Taka, do której trzeba podejść z lekkim dystansem.

Pomijając jednak tę całą otoczkę słowną i filozoficzną Oskara, uważam, że Éric-Emmanuel Schmitt stworzył przyzwoitą, zapadającą w pamięć książkę, traktującą o tym, że nawet w najgorszych momentach ludzkiego życia nie należy się poddawać, a cieszyć się chwilą obecną. Historia opisana w "Oskarze i pani Róży" z całą pewnością jest wyjątkowa i nie dziwię się, że ma wielu zwolenników wśród odbiorców. Dziwię się natomiast samej sobie, że dopiero teraz zajrzałam do tej powieści. A może to i dobrze? Teraz nie pozostaje mi nic innego, jak obejrzenie ekranizacji, jaka powstała na jej podstawie. A wersję papierową polecam wszystkim bez wyjątku, naprawdę warto po nią sięgnąć.

środa, 29 lutego 2012

"Jutro 3. W objęciach chłodu" - John Marsden

Wydawnictwo: Znak, 2011.
Liczba stron: 272.
Oprawa: miękka.
Rozpoczęcie lektury: 22.02.2012.
Zakończenie lektury: 25.02.2012.
Moja ocena: 8/10.

Seria książek "Jutro" australijskiego pisarza Johna Marsdena opanowała świat. A także mój skromny regał książkowy - przynajmniej, jeśli chodzi o trzy pierwsze części, które zostały wydane w Polsce. Nietypowe przygody Ellie i jej przyjaciół polubiłam w mgnieniu oka. W końcu nieczęsto czyta się powieści na temat radzenia sobie w nastoletnim wieku w obliczu zagrożenia wywołanego wojną, a z tego typu historią właśnie mamy do czynienia w książkach Marsdena.

"Jutro 3. W objęciach chłodu" to kolejna, choć już nieco mniejsza, dawka emocji i napięcia, jakie towarzyszyły mi już w czasie lektury poprzednich części serii. Ellie, Robyn, Fi, Lee i Homer od kilku miesięcy tkwią w samym centrum wojny, jaka rozpętała się w ich ojczystym kraju. Ich życie w ukryciu, w dziczy i buszu to nic innego, jak walka o przetrwanie. Dążenie do tego, by wręcz nie zwariować z nudy, braku obowiązków i bezradności. A także z powodu utraty czasu, który powoli staje się czymś absurdalnym, a wszelkie wspomnienia z przeszłości przybierają obrazy nie z tego świata.

Bohaterowie "Jutra 3" to już nie te same osoby, co kiedyś. Wojna, która ich zaskoczyła, przeobraziła ich w istoty dorosłe, a zarazem "automatyczne maszyny", którym nieobca jest przemoc, zadawanie bólu i śmierci. Aby zrobić dobry użytek z "wolności", Ellie i jej przyjaciele są gotowi na wszystko. Decydują się więc na przeprowadzenie sekretnego zamachu na jednym z terenów okupowanych przez wroga, Zatoce Szewca. Wydarzenie to jednak pociągnie za sobą nieoczekiwane, szokujące i tragiczne skutki. Od tej pory życie nastolatków będzie wisiało na włosku, dlatego nikt nie zawaha się zabić z zimną krwią i zrobić wszystko, by tylko uniknąć okropnych chorób i myśli o śmierci.

Cieszę się, że w każdej kolejnej części serii Marsden pokrótce przywołuje fragmenty fabuły z tych poprzednich. Zanim sięgnęłam po "Jutro 3", minęło sporo czasu od zakończenia lektury części drugiej, przez co obawiałam się, że nie przypomnę sobie wielu faktów z życia bohaterów. Autor pisze w dość interesujący i zrozumiały sposób, akcentując ważniejsze wyczyny Ellie i jej kolegów, a także stany emocjonalne, jakie towarzyszą im w danej chwili. "Jutro 3" to wielki wachlarz uczuć nastoletnich postaci, które zmieniają się z każdą następną sekundą.

Jak już wspomniałam wcześniej, trzecia część "Jutra" jest, moim zdaniem, odrobinę słabsza od poprzednich. Przede wszystkim ze względu na początek, w którym akcja toczy się w wolnym tempie i lekko przynudza. Odważne czyny, jakich dopuszczają się bohaterowie, choć jeszcze bardziej brawurowe i brutalne, przywołują na myśl ich wcześniejsze dokonania, pod pewnymi względami po prostu podobne. Wielkim zaskoczeniem natomiast jest zakończenia "Jutra 3", które wręcz prosi czytelnika o natychmiastowe zerknięcie do części czwartej serii Marsdena. W dalszym ciągu odczuwam podziw i szacunek wobec Ellie, Robyn - zwłaszcza Robyn! - Fi, Lee, Homera, a także Kevina, któremu udaje się powrócić do grona dawno niewidzianych kolegów. Jest mi żal tych młodych ludzi, których pewien etap życia został zmarnowany i zniszczony przez wojnę. Muszą oni niejednokrotnie ocierać się o śmierć, stając oko w oko z wrogami, wspierać się nawzajem mimo częstych kłótni i odmiennych poglądów. Ich marzenia i pragnienia uległy diametralnym przemianom, stały się bardziej przyziemne, przybierając postać walki o przetrwanie, powrotu do rodzin i normalnego funkcjonowania w przyszłości.

Korzystając z okazji, napomknę jeszcze paroma słowami o wydaniu "Jutra 3". Wydawnictwo Znak wykonuje dobrą pracę, jeśli chodzi o projekt graficzny okładek tej popularnej serii książek - mam nadzieję, że ten poziom zostanie utrzymany do samego końca. Rzuciły mi się jednak w oczy sporadyczne błędy w druku, takie jak źle przedzielony wyraz czy literówki typu "tłu" zamiast "tyłu" albo "cieli" zamiast "celi". Poza tymi potknięciami w tekście wszystko jest jak najbardziej na przyzwoitym poziomie.

Książki Johna Marsdena cieszą się wielką popularnością w wielu krajach, od niedawna także w Polsce. Myślę, że warto dać im szansę, zapoznać się chociaż z pierwszą częścią "Jutra", by przekonać się, do jakiego stopnia nas ona zainteresuje. Seria ta to coś innego pośród szerokiej gamy literackiej czasów współczesnych. Traktuje o losach zwyczajnej młodzieży, której wszelkie przyjemne aspekty życia rodzinnego, towarzyskiego i zawodowego zostają nagle zaburzone poprzez wybuch wojny. Mija pół roku od początku inwazji, a ci nastoletni bohaterowie dźwigają ogromny ciężar doświadczeń, jakiego nie powstydziłby się niejeden żołnierz, niejeden człowiek dorosły, któremu w jakiś sposób została odebrana szansa na spokojne, szczęśliwe życie. Dla mnie rzeczą niemożliwą jest pożegnanie się z tą australijską serią utworów w chwili obecnej i jestem pewna, że wkrótce zdobędę jej kolejną część, by móc ponownie powrócić do pełnej czyhających niebezpieczeństw Australii. Nie mogę się doczekać.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...