Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ryszard Ćwirlej. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ryszard Ćwirlej. Pokaż wszystkie posty

sobota, 18 stycznia 2014

"Trzynasty dzień tygodnia" - Ryszard Ćwirlej

Wydawnictwo: Zysk i S-ka, 2013.
Liczba stron: 432.
Oprawa: miękka ze skrzydełkami.
Rozpoczęcie lektury: 04.01.2014.
Zakończenie lektury: 10.01.2014.
Moja ocena: 7/10.

Ryszard Ćwirlej to urodzony w 1964 roku pisarz i dziennikarz telewizyjny. Absolwent socjologii na Uniwersytecie Śląskim w Katowicach, w latach dziewięćdziesiątych pracował w tamtejszym oddziale TVP, natomiast w okresie 1997-2010 - w TVP Poznań. Był reporterem, wydawcą, producentem, a później szefem redakcji "Teleskopu". Od 2011 roku pełni funkcję Zastępcy Redaktora Naczelnego w poznańskim Radiu Merkury. Z jego dzieł pisanych najbardziej znany jest cykl książek o milicjantach z Poznania, których akcja toczy się w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku.

W "Trzynastym dniu tygodnia" wszystko się zaczyna. To pierwszy chronologicznie utwór traktujący o wyżej wspomnianych milicjantach. Świeżo upieczony podporucznik Mirosław Brodziak i chorąży Teofil Olkiewicz ze Służby Bezpieczeństwa mają okazję pracować ze sobą po raz pierwszy i owa współpraca owocuje nie tylko całkiem udaną pod względem towarzyskim znajomością, ale też zabawnymi perypetiami osadzonymi w przestępczym światku.

W mroźną noc z 12 na 13 grudnia 1981 roku rozpoczyna się w Polsce stan wojenny. Na poznańskich ulicach roi się od czołgów i SKOT-ów, a mieszkańcy miasta zostają pozbawieni radia i telefonów. Polityczne łapanki i liczne aresztowania solidarnościowych działaczy przypominają jeden wielki bałagan, a jakby jeszcze tego było mało, milicjanci przez przypadek znajdują zwłoki mężczyzny, który najprawdopodobniej popełnił samobójstwo we własnym mieszkaniu. Jego lokum jednak zostało przez kogoś dokładnie przeszukane i, jak się okazuje, pozbawione dużej sumy niemieckich marek. Nieco później funkcjonariusze natykają się na kolejny, bardzo podobny przypadek przestępstwa i wszystko wskazuje na to, że ma z nim związek nie tylko działacz "Solidarności", lecz także... milicjant lub ktoś podający się za niego. Śledczy z Komendy Wojewódzkiej MO z porucznikiem Marcinkowskim na czele rozpoczynają dochodzenie w owej tajemniczej sprawie, ciesząc się, że mają okazję oderwać się od chaosu związanego ze stanem wojennym. Ale po piętach depcze im SB, która o wiele bardziej niż mordercą interesuje się skradzionymi pieniędzmi...

Już prawie na samym początku MO zawiera z SB współpracę, ale, jak można się domyślić, to jeden wielki pic na wodę, bowiem oba organy bezpieczeństwa mają inne priorytety i nie zamierzają dzielić się między sobą zdobytymi podczas śledztwa informacjami. Przypomina to więc bardziej rywalizację, w dodatku niezbyt poważną, gdyż zarówno milicjanci, jak i esbecy nie zawsze grzeszą inteligencją, przez co ich akcje są zazwyczaj nieudolne i zabawne, oraz nie stronią od alkoholu. "W tej robocie jak się człowiek nie napije, to nijak się nie da wysiedzieć. Praca jest jak brzydka baba, bez wódki nie da se człowiek rady"*. Tak, alkohol leje się strumieniami z niemalże każdej strony powieści. Momentami wychodziło mi już bokiem czytanie o tych pijackich zapędach, ale jakoś udało mi się przez nie przebrnąć. Niejednokrotnie przecież pokrzepieni wódeczką czy bimberkiem milicjanci (szczególnie Teoś bijący rekordy w piciu) wywoływali uśmiech na mej twarzy, gdy wplątywali się w niecodzienne sytuacje lub prowadzili humorystyczne rozmowy. "No, ale jeśli się rozchodzi o gorzołę, to najlepszy jest kielonek z rana. Co, chlapniemy po maluchu? - Teofil mrugnął porozumiewawczo do kaprala.
- A co tam, panie chorąży, jak dzień zaczynać, to z fasonem, nie? (...) Po małym można, ale więcej nie da rady, bo jeżdżę dzisiaj.
- Łe tam - rzekł i zaśmiał się stary funkcjonariusz. - No i co z tego, że pan jeździsz? A kto was zatrzyma, kapralu? Milicja? Przecież my jesteśmy milicja, nie?"**.

Humoru w "Trzynastym dniu tygodnia" rzeczywiście nie brakuje. Oprócz tych wcześniej przytoczonych doskonałym tego przykładem jest akcja końcowa, w której biorą udział zarówno milicjanci, esbecy, jak i osoby, których tożsamości nie ujawnię, bo zepsułabym całą niespodziankę potencjalnym czytelnikom kryminału Ćwirleja. Gdyby jego książki powstały i zostały zekranizowane w kryminalno-komediowym stylu w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku - tak, koniecznie wtedy - na pewno zrobiłyby furorę i doczekały się miana kultowych.

Niewątpliwie dużym plusem jest też fakt, iż pisarz potrafi z lekkością wprowadzić odbiorcę w PRL-owską atmosferę, zabarwioną wprawdzie trudnościami wynikającymi z kiepskiej sytuacji gospodarczej ówczesnej Polski i różnego rodzaju niesnaskami na tle politycznym, ale i niepozbawioną dobrych relacji międzyludzkich, jeśli wziąć pod uwagę najzwyklejszych mieszkańców - w tym przypadku Poznania i okolicznych miejscowości. Język, jakim posługuje się autor, jest swobodny, swojski i nie brak w nim elementów dobrze mi znanej gwary poznańskiej.

Na ogół więc fajnie czytało mi się "Trzynasty dzień tygodnia". Wyjątkami były przydługie opisy historii i zwyczajów mniej ważnych bohaterów i powolny rozwój akcji w pierwszej połowie książki, w wyniku czego nuda nie była mi tak całkowicie obca. Ponadto - na minus - zaliczyłabym ogrom nazwisk. W kryminale pojawia się mnóstwo postaci, zarówno tych pierwszo-, jak i drugoplanowych. Największy problem miałam z dopasowywaniem części z nich do ich tytułów i pełnionych funkcji. Niejednokrotnie osobę kapitana myliłam z osobą komendanta czy porucznika z podporucznikiem, nie byłam też pewna, kto reprezentuje MO, a kto SB. Prawdziwy miszmasz, na szczęście nie przeszkadza on zbyt mocno w ogólnym zrozumieniu fabuły.

Utwory Ryszarda Ćwirleja polecam miłośnikom kryminałów, tym, którzy lubią powspominać dawne czasy, jak i tym, którzy pragną je poznać, a przy tym poprawić sobie humor. Sama mam w planach lekturę wszystkich książek z Brodziakiem i Olkiewiczem w rolach głównych i już nie mogę się doczekać, kiedy w moje ręce wpadnie kolejna z nich.

*s.41
**s.209

Za egzemplarz recenzencki uprzejmie dziękuję wydawnictwu Zysk i S-ka.
Recenzja napisana dla portalu IRKA.

sobota, 21 września 2013

"Śmiertelnie poważna sprawa" - Ryszard Ćwirlej

Wydawnictwo: Zysk i S-ka, 2013.
Liczba stron: 472.
Oprawa: miękka ze skrzydełkami.
Rozpoczęcie lektury: 23.04.2013.
Zakończenie lektury: 24.04.2013.
Moja ocena: 8/10.

Ryszard Ćwirlej to urodzony w 1964 roku pisarz i dziennikarz telewizyjny. Absolwent socjologii na Uniwersytecie Śląskim w Katowicach, w latach dziewięćdziesiątych pracował w tamtejszym oddziale TVP, natomiast w okresie 1997-2010 - w TVP Poznań. Był reporterem, wydawcą, producentem, a później szefem redakcji "Teleskopu". Od 2011 roku pełni funkcję Zastępcy Redaktora Naczelnego w poznańskim Radiu Merkury. Z jego dzieł pisanych najbardziej znany jest cykl książek o milicjantach z Poznania, których akcja toczy się w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku.

Kryminał osadzony w czasach dla mnie nieco odległych - kilka lat przed moimi narodzinami - był dla mnie czymś zupełnie nowym, na swój sposób "świeżym" wśród współczesnych powieści sensacyjnych, jakie zazwyczaj czytuję. Ale nie miałam żadnych oporów przez sięgnięciem po "Śmiertelnie poważną sprawę", gdyż na pierwszy plan wysunęła się tutaj moja wielka ciekawość. Pomyślałam sobie, że czemu nie, chętnie poznam trochę szerzej uroki PRL-owskiej rzeczywistości, którą dotąd kojarzyłam głównie z opowieści rodziców, co ważniejsze - rzeczywistości ulokowanej w okolicach mojego obecnego miejsca zamieszkania. Akcję tej książki bowiem Ćwirlej osadził w Poznaniu i Grodzisku Wielkopolskim, a mniej więcej w połowie drogi pomiędzy tymi miastami leży Stęszew, w którym mieszka moja skromna osoba.

Grodzisk Wielkopolski, wiosna 1983 roku. Dość sponiewierane ciało martwej nastoletniej Andżeliki zostaje znalezione przy jednej z miejscowych dróg. Śledztwo w sprawie tego morderstwa spada na niedoświadczonego podporucznika Andrzeja Wieczerzaka. Kiedy władze dochodzą do wniosku, że dziewczyna nie tylko została potrącona przez malucha w kolorze yellow bahama, gdy jechała na rowerze, ale też była torturowana, a pierwszy podejrzany o dokonanie powyższych zbrodni osobnik zaczyna być z każdym kolejnym dniem coraz mniej podejrzany, do sprawy przyłącza się Komenda Wojewódzka Milicji Obywatelskiej z Poznania z chorążym Teofilem Olkiewiczem i podporucznikiem Mirosławem Brodziakiem na czele. Wykonywane przez nich obowiązki są jednak dalekie od ideału i nieźle mieszają w życiu mieszkańców spokojnego dotąd Grodziska Wielkopolskiego, zwłaszcza tych wysoko postawionych...

Pragnę od razu zaznaczyć, że czytelnik liczący na obecny na każdej stronie powieści rozlew krwi i ogrom brutalności może zawieść się na "Śmiertelnie poważnej sprawie". Kryminał ten znacznie odbiega od tych współczesnych, nasączonych psychologicznymi pobudkami morderców i wyszukanymi metodami zabijania, skupia się bowiem na nieudolności pracy milicjantów, różnego rodzaju machlojkach nie tylko wśród przestępców wszelkiej maści, ale i ważnych person, nieugiętej władzy Służby Bezpieczeństwa, a także, co chyba najbardziej cieszy oko, na urokach PRL-owskiego życia. Język, jakim została napisana książka, jest swobodny i naszpikowany sprawiającą uciechę poznańską gwarą, w której można znaleźć takie perełki słowne, jak szczony, szuszfole, szkieły i kufajki.

Czytając ten utwór, nie mogłam się nadziwić, że powstał on w czasach współczesnych, a nie trzydzieści lat temu - tak dobrze Ćwirlej odzwierciedlił ówczesne realia. Realia, w których po żywność "na kartki" stało się godzinami w kolejkach przed sklepami, realia, w których polonez był uważany za superfurę, a milicjanci nie wylewali za kołnierz, zwłaszcza będąc na służbie. Pisarz umieścił akcję "Śmiertelnie poważnej sprawy" w dokładnie określonym czasie - na przełomie maja i czerwca 1983 roku, przywołując dodające wiarygodności powieści wydarzenie, jakim była druga pielgrzymka do Polski Jana Pawła II w dniach 16-23 czerwca, w tym 20 czerwca wizyta papieża w Poznaniu. Każdy rozdział kryminału został poprzedzony datą, dniem tygodnia i podzielony na godziny, w których ma miejsce opisana akcja. Widać, że autor przywiązał dużą wagę do powiązania fikcji literackiej z wydarzeniami, jakie miały miejsce naprawdę, ale popełnił mały błąd przy opatrywaniu nazwami dni tygodnia kilku majowych dat, podczas gdy te czerwcowe zostały uporządkowane już właściwie - według roku 1983.

Podsumowując, uważam, że "Śmiertelnie poważna sprawa" jest pozycją wartą przeczytania. Mimo iż jest dość obszerna, a milicyjne śledztwo mozolnie rozciąga się w czasie, rekompensują to budzące zarówno śmiech, jak i politowanie kreacje bohaterów, oraz ich gapiowate, a zarazem niepozbawione pomysłowości i sprytu zachowania. Nie jest też istotnym fakt, iż dość szybko można domyślić się, kto dopuścił się potwornych czynów wobec Bogu ducha winnej Andżeliki - przynajmniej ja bez większych problemów wytypowałam właściwego człowieka - bo książkę czyta się rewelacyjnie, chce się jeszcze i jeszcze. Ryszard Ćwirlej wykonał naprawdę dobrą robotę, powołując do życia ów kryminał. Zaciekawiła mnie jego twórczość i mam nadzieję, że "Śmiertelnie poważna sprawa" nie była moim pierwszym i ostatnim spotkaniem z nią. Gorąco polecam.

Za egzemplarz recenzencki uprzejmie dziękuję wydawnictwu Zysk i S-ka.
Recenzja napisana dla portalu IRKA.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...