Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rebis. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rebis. Pokaż wszystkie posty

środa, 13 sierpnia 2014

"Szept cyprysów" - Yvette Manessis Corporon

Tytuł oryginału: "When the Cypress Whispers".
Tłumacz: Agnieszka Jacewicz.
Wydawnictwo: Rebis, 2014.
Liczba stron: 352.
Oprawa: półtwarda.
Rozpoczęcie lektury: 05.08.2014.
Zakończenie lektury: 08.08.2014.
Moja ocena: 7/10.

Do sięgnięcia po "Szept cyprysów" w pierwszej kolejności zachęciła mnie okładka powieści, która, co tu dużo pisać, jest po prostu cudowna, natychmiast bowiem przenosi czytelnika do świata wakacyjnych marzeń dotyczących upragnionych wojaży i słodkiego ciepła kojarzonego z pełnią lata. Po raz kolejny muszę pochwalić wydawnictwo Rebis za wspaniałe wydanie książki, które tym razem zachwyca przyjemną w dotyku półtwardą oprawą i dopracowaniem szczegółów bezpośrednio związanych z redakcją i korektą tekstu.

Utwór Yvette Manessis Corporon to proza lekka, niewymagająca, na urlop jak znalazł. W tym roku nie mogłam sobie pozwolić na żaden wakacyjny wyjazd, ale za to wraz z "Szeptem cyprysów" odbyłam literacką podróż do Grecji, kraju, którego odwiedzenie jest moim wielkim marzeniem od dobrych kilku lat. Książka wręcz kipi od opisów greckich krajobrazów (głównie wysp Erikusa i Korfu), tradycji i potraw, na "widok" których za każdym razem robiłam się głodna. Nie brakuje też w niej zwrotów i słówek z języka greckiego, których tłumaczenia można znaleźć w słowniczku zamieszczonym na ostatnich stronach powieści. Myślę, że Grecję wraz z jej naturalnym pięknem można potraktować jako bohaterkę, pod względem ważności stojącą na równi z postaciami pierwszoplanowymi, takimi jak Daphne czy Evangelia. Być może kogoś innego cała ta "greckość" zamęczy bądź zepsuje mu odbiór lektury, dla mnie jednak czytanie o niej było urzekającym doświadczeniem, po prostu ucztą dla moich oczu. Ale dość już o tym! Czas najwyższy przecież przybliżyć zarys fabuły i ustosunkować się zarówno do jej istoty, jak i bohaterów wykreowanych przez Corporon.

Daphne to kobieta po trzydziestce, matka pięcioletniej Evie i narzeczona zamożnego bankiera, Stephena. Córka nieżyjących już greckich imigrantów i wiecznie zapracowana właścicielka restauracji w Nowym Jorku, gdzie przyszło jej mieszkać. Wiedziona tęsknotą za europejską wysepką, na której spędzała cudowne miesiące swego dzieciństwa, i słusznego wieku babcią, której nie widziała już od sześciu lat, postanawia wziąć ślub właśnie na Erikusie. Do Grecji - w towarzystwie córki - przybywa na tydzień przed zaplanowaną uroczystością, by poczynić stosowne do niej przygotowania, a także spędzić czas z ukochaną rodziną - wspomnianą już babcią, Evangelią, i kuzynką, Popi. Stephen ma dołączyć do niej kilka dni później. Daphne nie spodziewa się jednak, że dni poprzedzające jej zaślubiny zasieją w jej umyśle ziarno melancholii i niepewności oraz pozwolą odkryć parę tajemnic, tak skrzętnie skrywanych do tej pory przez Evangelię.

Akcję właściwą pisarka osadziła w czasach obecnych, ale dzięki kilku rozdziałom czytelnik ma okazję przyjrzeć się bliżej latom dzieciństwa i młodości Daphne, sięgającym końca XX wieku. Dowiaduje się z nich, że mimo okrucieństwa, jakiego doświadczyła, kobiecie jako tako udało się wyjść na prostą. Dostała od losu kolejną szansę na uczynienie swego życia stabilnym i szczęśliwym, ale czy wykorzystanie jej poprzez podjęcie słusznych - zdaniem bohaterki - decyzji, to rzeczywiście droga, na końcu której rysuje się sukces? Nieco inne spojrzenie na otaczającą rzeczywistość dociera do Daphne za sprawą jej wyjątkowej babci. Do postaci Evangelii przywiązałam się niezwykle mocno. Przede wszystkim dlatego, że została ona przedstawiona w bardziej szczegółowy sposób, aniżeli inni bohaterowie, nakreśleni raczej powierzchownie, w dużym skrócie (jak wyglądają, czym się zajmują, co robili w przeszłości). To kobieta odważna, honorowa (o czym świadczą jej opowieści z czasów II wojny światowej) i wytrwała, której pokłady miłości przeznaczonej dla wnuczki i prawnuczki wydają się nie mieć końca. Posiada ona ciekawą osobowość również ze względu na magiczną aurę, jaka ją otacza - staruszka bowiem jest pewnego rodzaju wyrocznią, odznacza się niezawodną intuicją, wyczuwa troski i problemy bliskich i potrafi wsłuchać się w głosy Erikusy, szczególnie tytułowy szept cyprysów, który, jak wynika z powieści, nie jest tylko i wyłącznie miejscową legendą. Nieprzeciętność klimatu, jaki panuje w książce Corporon, potęguje także przeplatanie się rzeczywistości z mitami o greckich bogach. Od czasu do czasu nawet granica między tymi światami staje się naprawdę cieniutka.

Mimo że parę sytuacji, rozwinięcie niektórych wątków można przewidzieć, a część dialogów pomiędzy bohaterami jest niewyszukana, czasami tak naturalna, że aż sztuczna, "Szept cyprysów" czyta się z niesłabnącym zainteresowaniem i praktycznie w mgnieniu oka. Samo zakończenie utworu nie należy do banalnych, właściwie muszę przyznać, że spotkało się ono z moim zaskoczeniem, co zaliczam na poczet pozytywnych stron powieści. Yvette Manessis Corporon stworzyła historię o kobietach dla, cóż, nie da się ukryć, że raczej dla kobiet, o ich poczuciu spełnienia, uświadamianiu sobie, co tak naprawdę liczy się w życiu najbardziej, niełatwych wyborach, wzruszeniach, tęsknocie i melancholii. O przywiązaniu do tradycji i kultury oraz ponownym odkrywaniu świata, który kiedyś miało się na wyciągnięciu ręki. Wielkomiejskość, przepych, bogactwo i chaos ścierają się tutaj ze skromnością, pięknem, naturą i spokojem. Do których z tych wartości bliżej jest Daphne i Evie? Odpowiedzi na to i wiele innych pytań, które z całą pewnością zrodziły się w Twojej głowie już w trakcie lektury niniejszej opinii, należy szukać w "Szepcie cyprysów", przyjemnej i poruszającej książce obyczajowej z dodatkiem romansu, dramatu i historii, dla której inspiracją były losy rodziny Corporon. Losy, których sama autorka jest częścią i, jak podkreśla, jest dumna z tego powodu.

Za egzemplarz recenzencki uprzejmie dziękuję wydawnictwu Rebis.
Recenzja napisana dla portalu IRKA.

piątek, 4 lipca 2014

"Monument 14. Odcięci od świata" - Emmy Laybourne

Tytuł oryginału: "Monument 14".
Tłumacz: Maria Smulewska.
Wydawnictwo: Rebis, 2014.
Liczba stron: 344.
Oprawa: miękka ze skrzydełkami.
Rozpoczęcie lektury: 23.06.2014.
Zakończenie lektury: 29.06.2014.
Moja ocena: 7/10.

Emmy Laybourne to amerykańska pisarka i scenarzystka. Studia z zakresu scenopisarstwa na Uniwersytecie Kalifornijskim ukończyła w 2006 roku. Laureatka Eleanor Perry Award i była aktorka, dla której niewielkie role znalazły się w takich filmach, jak "Supergwiazda", "Numer stulecia, "Teściowie", i serialach "Apt. 2F", "Running with Scissors" czy "DAG". "Monument 14" z kolei to początek jej przygody z pisaniem powieści. Czy udany? Przede wszystkim warto zauważyć, że autorka wpasowała się w obecne trendy panujące w literaturze. Stworzyła bowiem historię o młodzieży, a więc przeznaczoną głównie dla młodzieży właśnie, w klimacie postapokaliptycznym. Historię, w której młodzi bohaterowie stają nagle w obliczu katastrofy, niebezpieczeństwa powodującego odseparowanie ich od innych ludzi, rodzinnych domów, a nawet miast. Tego typu schemat można odnaleźć w takich popularnych seriach, jak "Gone. Zniknęli" Michaela Granta i "Jutro" Johna Marsdena. Czy książki Laybourne - "Odcięci od świata" są pierwszą z nich - które zostały pozytywnie odebrane przez zagranicznych czytelników, zyskają również polskich fanów? Mam nadzieję, że tak.

Kolorado, rok 2024. Dzień jak co dzień. Poranek. Dzieciaki wybierają się do szkół, ale tym razem nie jest im dane bezpiecznie do nich dotrzeć. W wyniku potężnego gradobicia wypadkowi ulega autobus wiozący licealistów. Z kilkanaściorga przeżywa tylko sześcioro. Dzięki pomocy kierowcy innego autobusu, zapełnionego gimnazjalistami i dziećmi uczęszczającymi do szkoły podstawowej, udaje im się schronić w hipermarkecie Greenway. Późniejsze okoliczności - odejście dorosłego opiekuna oraz poznanie wiadomości o ogromnym tsunami atakującym Stany Zjednoczone i niebezpiecznym wycieku chemicznym z pewnego zakładu - sprawiają, że Dean Grieder, Jake (przystojniak, gwiazda futbolu), Brayden (żądny sensacji, lekkomyślny i porywczy kolega Jake'a), Niko (milczek zwany Dzielnym Myśliwym), Josie (ranna w głowę zamyka się w sobie) i Astrid (dziewczyna marzeń Deana) zostają uwięzieni w sklepie wraz z kilkorgiem młodszych dzieci, którymi muszą się zaopiekować. Pytanie - na jak długo? Czy sobie poradzą? Czy zmiany, jakie czekają po tych licznych nieszczęściach świat zewnętrzny, okażą się drastyczne?

Prawdę pisząc, na temat tego, jak wygląda Kolorado po kataklizmie, Laybourne często się nie wypowiada. Poza faktem, że tajemniczy wyciek chemikaliów wpływa na ludzi z różnym skutkiem (począwszy od zagrożenia bezpłodnością, przez wypryski na skórze, aż po ataki zwierzęcej furii), a gradobicie czy trzęsienie ziemi spowodowały mnóstwo szkód materialnych, czytelnik nie wie zbyt wiele. Powodem tego jest skupienie się pisarki na grupce ocalałych i przekazanie pierwszoosobowej narracji Deanowi, który tkwiąc w markecie zamkniętym na cztery spusty, ma nikłe pojęcie o tym, co dzieje się na zewnątrz. Logiczne, prawda? Jest on jednak wnikliwym obserwatorem, prowadzi też dziennik, więc odbiorca jego słów ma okazję przyjrzeć się poczynaniom chłopaka i jego znajomych z bliska. Będąc niczym ukryty podglądacz w samym centrum supermarketu. Dean to niezbyt popularny licealista, w dodatku nieszczęśliwie zakochany, więc styl pisarski, jakim się posługuje, jest zwięzły i konkretny, banalny, typowo młodzieżowy; nie brakuje w nim licznych dialogów (zapewne dały się tutaj we znaki scenopisarskie zapędy Laybourne) oraz osobistych uwag i komentarzy do sytuacji, które chłopaka zachwycają, irytują bądź po prostu wkurzają.

Do bohaterów - a jest ich niemało - można przywyknąć, chociaż jeśli chodzi o ich zapamiętanie, dopasowanie imion do postaci, w przypadku dzieci z podstawówki nie zawsze w mig łapałam, kto jest kim. Przez to też tym małym bohaterom przypięłam łatkę drugoplanowych, mało ważnych, choć może niesprawiedliwie, bo mimo nieustającego marudzenia związanego z prośbą o powrót do domu te malce potrafiły się przydać do wielu rzeczy i wykonać kawał dobrej roboty podczas realizacji powierzonych im przez starszaków zadań. Najmilej wspominam Maxa - za każdym razem, kiedy snuł króciutkie opowieści dotyczące wydarzeń, jakich był świadkiem w swym dotychczasowym życiu, jego szczerość i niewinność powalały mnie na łopatki.

Jest duży kontrast pomiędzy tym, co zaprząta umysły dzieci małych i nastoletnich. Do tych pierwszych nie dociera jeszcze powaga i tragizm wydarzeń, w centrum których się znajdują. U tych drugich z kolei, przy wyobraźni pracującej na wysokich obrotach, budzi się instynkt przetrwania. Wiadomo, wiek odgrywa tutaj najważniejszą rolę, ale tak naprawdę w sytuacji realnego zagrożenia może on stracić znaczenie. Okazuje się bowiem, że będąc odciętym od świata, licealista ma prawo do słabości, zachować się "niestosownie" do wieku i zapłakać, zatęsknić za rodziną, która nawet nie wiadomo, czy nadal żyje. Ma też prawo radzić sobie z tą niecodzienną sytuacją poprzez zapomnienie i oddawanie się rozrywkom (co do pewnego czasu szczególnie kręci Jake'a i Braydena). W Greenway'u niejednokrotnie dochodzi więc do spięć, kłótni, a nawet bójek, mających jednak swoje dobre strony, jak chociażby tę, która uświadamia młodym ludziom, że mają tylko siebie i powinni nawzajem o siebie dbać. Miłosne rozterki i kompleksy, czyli typowe problemy współczesnej młodzieży (według autorki i za dziesięć lat się one nie zmienią), przeplatają się z poważnymi obowiązkami, takimi jak zabawianie najmłodszych podopiecznych, gotowanie, organizacja "mieszkań" i racjonalne korzystanie z dóbr marketu. Przyjemnie było śledzić - wprawdzie tylko kilkunastodniowe, ale zawsze - losy Deana i pozostałych, którzy z dnia na dzień musieli dorosnąć i pośród absurdów zorganizować sobie nowe życie.

Pozytywnie zaskoczyło mnie wydanie powieści - przyciągająca wzrok okładka, oznaczenia dni akcji na każdej stronie plus dwustronicowy (rozkładany!) plan budynku Greenway, wyrastający gdzieś spomiędzy treści. Treści ciekawej, pomysłowej, zahaczającej o surrealizm i niepozbawionej napięcia. Poszczególne rozdziały są krótkie, akcja na przemian dynamiczna i mniej szalona, ale lektura "Monumentu 14. Odciętych od świata" i tak mija w mgnieniu oka. Niepokojące wypadki pod koniec książki i jej interesujący finał sprawiły, że stała się ona jeszcze bardziej intrygująca, krzycząca wręcz, że żarty się skończyły, i, rzecz jasna, zachęcająca do natychmiastowego sięgnięcia po kolejny utwór Emmy Laybourne. Polskie wydanie "Nieba w ogniu" już niedługo!

Za egzemplarz recenzencki uprzejmie dziękuję wydawnictwu Rebis.
Recenzja napisana dla portalu IRKA.

środa, 4 grudnia 2013

"Lista marzeń" - Lori Nelson Spielman

Tytuł oryginału: "The Life List".
Tłumacz: Katarzyna Waller-Pach.
Wydawnictwo: Rebis, 2013.
Liczba stron: 416.
Oprawa: miękka ze skrzydełkami.
Rozpoczęcie lektury: 04.11.2013.
Zakończenie lektury: 04.11.2013.
Moja ocena: 8/10.

"Lista marzeń", debiut literacki Lori Nelson Spielman, to urocza opowieść o pewnej kobiecie, która po śmierci matki próbuje na nowo ułożyć swe życie, kierując się wskazówkami zmarłej zawartymi w... listach. Ów wątek z listami momentalnie przypomniał mi inną książkę, a mianowicie "P.S. Kocham Cię" Cecelii Ahern, ale nie powiedziałabym, że oba utwory są do siebie jakoś szczególnie podobne. W "P.S. Kocham Cię" główna bohaterka traci męża, walczy z samotnością, a jednocześnie nie dopuszcza do siebie myśli, że miejsce jej ukochanego mógłby kiedyś zająć ktoś inny. Natomiast Brett Bohlinger z "Listy marzeń", singielka, która niedawno rozstała się z chłopakiem, mimo trzydziestu czterech lat na karku, układa swoje życie od podstaw, dosłownie na każdym polu - zawodowym, a więc i finansowym, uczuciowym i rodzinnym. Dzięki zmarłej matce kobieta zaczyna z mniejszym lub większym powodzeniem spełniać swoje marzenia z dzieciństwa, poprawiając stosunki z członkami rodziny, znajdując dobrą pracę i angażując się uczuciowo w nowo zawarte znajomości i przyjaźnie, które potrafią wycisnąć z czytelnika niejedną łzę lub szeroki uśmiech. Po satysfakcjonującej lekturze stwierdziłam, że powieść Nelson Spielman spodobała mi się dużo bardziej od tej autorstwa Ahern i chętnie obejrzałabym jej ekranizację, gdyby takowa powstała.

Może i w dzieciństwie czy wczesnych latach młodości nie tworzyłam żadnych tytułowych list marzeń czy celów, do jakich chciałam dążyć w przyszłości, tak jak uczyniła to Brett, ale pod kilkoma względami utożsamiałam się z jej postacią i od czasu do czasu trochę zazdrościłam jej może nie nieustającego wręcz pecha, który ją prześladował, ale tego, iż jej życie obfitowało w ciekawe wydarzenia, zaskakujące zbiegi okoliczności i niespodzianki. A najbardziej zazdrościłam jej pracy nauczyciela opartej na nauczaniu indywidualnym, która przeobraziła się w coś ważnego, istotnego, głębszego, stała się pasją bohaterki. O takich możliwościach rozwoju zawodowego w naszym kraju można tylko pomarzyć...

"-Wcale nie potrzebujesz lekarstw, Brett. Potrzebujesz tylko więcej miłości. Nieważne od kogo. To może być ojciec, kochanek czy ktoś inny, może nawet ty sama. To jedna z najbardziej podstawowych ludzkich potrzeb. Uwierz mi, że należysz do tych szczęśliwców, którzy przynajmniej przyznają, że tego potrzebują. Mnóstwo ludzi jest całkowicie zablokowanych. Poszukiwanie miłości budzi wrażliwość. Tylko zdrowi ludzie mogą sobie pozwolić na zachowanie wrażliwości"*. Brett to interesująca, czasem w gorącej wodzie kąpana, czasem roztrzepana, sympatyczna i dobra kobieta, ale zamiast skupić się na własnym szczęściu, dba o szczęście innych, nie zdając sobie sprawy z tego, jak bardzo gubi się w swym życiu i jak przykre mogą być tego konsekwencje. Wszystko to, czego doświadcza w "Liście marzeń" dzięki listom pozostawionym przez matkę, do których na początku podchodziła sceptycznie, pozwala jej na znalezienie swego miejsca w świecie, sensu istnienia, a co za tym idzie, właśnie szczęścia, wartości w postaci odnowionych lub nowo zawartych przyjaźni, uczucia miłości kierowanego do coraz większej liczby osób oraz własnej satysfakcji.

Pozostali bohaterowie "Listy marzeń" to wysyp zróżnicowanych osobowości, które można polubić, zżyć się z nimi lub wręcz przeciwnie - nie polubić i zniechęcić się ich życiowymi postawami. Do tej pierwszej grupy na pewno zaliczyłabym Brada Midara, adwokata rodziny Bohlingerów, zagadkowego mężczyznę, z którym Brett nawiązuje trwałą nić porozumienia, owianego tajemnicami Garretta oraz Johna, ojca głównej bohaterki, z którym wiąże się intrygująca historia sięgająca czasów dzieciństwa kobiety. Z kolei te mniej lubiane przeze mnie postaci to Andrew, były chłopak Bohlinger, typowy facet-świnia, a także jej bracia (szczególnie jeden z nich kilkakrotnie porządnie zalazł mi za skórę i miałam ochotę go rozszarpać) i szwagierki.

Utwór Nelson Spielman to napisana lekkim i przystępnym językiem, niezwykle optymistyczna - choć na przygnębiającym początku na taką się nie zapowiada - wzruszająca i oczyszczająca opowieść, w której dosłownie można zatracić się na parę dobrych godzin. Nie nudzi, a jej fabuła nie należy do infantylnych czy przesłodzonych. Niecały rok wyjęty z życia Brett może i jest po brzegi wypełniony rozmaitymi przygodami, co zakrawa na małą niewiarygodność, ale czytelnik jest nimi zbyt zaabsorbowany, by narzekać na ich ilość. Uwielbiam tego typu książki. Książki obyczajowe, w których bohaterowie stają w obliczu wielkich życiowych zmian, borykają się z problemami natury rodzinnej, stają się lepszymi, bardziej zaangażowanymi w życie osobami, walczą o szczęście oraz miłość. Liczę na to, że Lori Nelson Spielman jeszcze nie raz pozytywnie zaskoczy mnie swoją twórczością. A "Listę marzeń" gorąco polecam - na zimowe przedpołudnia i wieczory jest to lektura jak znalazł.

*s. 261

czwartek, 31 stycznia 2013

"Rok interny" - Robin Cook

Tytuł oryginału: "The Year of the Intern".
Tłumacz: Marian Baranowski.
Wydawnictwo: Rebis, 1999.
Liczba stron: 244.
Rozpoczęcie lektury: 19.01.2013.
Zakończenie lektury: 22.01.2013.
Moja ocena: 6/10.

Robin Cook jest uważany za mistrza thrillera medycznego. Nic dziwnego - jego dorobek literacki obejmuje około trzydzieści powieści tego gatunku. Z wykształcenia jest lekarzem medycyny i swoją wiedzę w tym zakresie zręcznie wykorzystuje podczas pisania książek. Porusza w nich problemy nieprawidłowych działań lekarzy czy naukowców, przeprowadzania niebezpiecznych eksperymentów, zabiegów i operacji. Autor często czerpie inspirację z realnego świata. Kilka jego powieści doczekało się ekranizacji, wśród nich "Coma", "Sfinks" i "Inwazja".

"Rok interny" to pierwsza, powstała w 1972 roku, powieść tego pisarza. Z jej wstępu, w ramach małej ciekawostki, można dowiedzieć się, że została napisana pod powierzchnią Oceanu Spokojnego, gdy autor przebywał na pokładzie okrętu podwodnego klasy Polaris, USS "Kamehameha". Co, którzy sięgając po ten utwór, liczą na pełen trupów i kryminalnej akcji thriller, mogą się rozczarować, bo "Rok interny" różni się od pozostałych książek Cooka - jest ona oparta na faktach, a ściślej rzecz biorąc, na doświadczeniach samego pisarza z czasów, gdy przechodził on niezwykle trudny etap stawiania się najprawdziwszym lekarzem. To, że ta powieść jest inna, wcale nie znaczy jednak, że jest dużo gorsza - grozy bowiem w niej niemało. Lekarz - zawód jak każdy inny. Ale czy aby na pewno? Nie dajmy się zwieść pozorom - idealnym obrazom szpitali rodem z sympatycznych seriali czy filmów. Rzeczywistość bywa dużo bardziej zaskakująca i... okrutna.

Główny bohater, doktor Peters, pod którym kryje się osoba Cooka, od dwóch tygodni pełni funkcje stażysty w hawajskim szpitalu. Na oddziale interny, ale nie tylko, ma do czynienia z przechodzącymi ludzkie pojęcie, okropnymi realiami życia szpitalnego, poznaje coraz to nowych pacjentów, przypadki dolegliwości i chorób, o których wcześniej miał tylko znikome, teoretyczne pojęcie, uczy się najbardziej podstawowych zabiegów chirurgicznych, obcuje ze śmiercią, która z każdym kolejnym dniem odciska piętno na jego psychice i sprawia, że zadaje on sobie pytanie, czy kilka lat wcześniej zdecydował się podjąć właściwe studia. Czytelnik ma okazję zaznajomić się z wędrówką doktora Petersa przez cały rok stażu. Wędrówkę mozolną, ale jednocześnie przerażającą i fascynującą na przemian, niepozbawioną zarówno przykrych, jak i zabawnych sytuacji.

Cook pisze niezwykle lekko - nic dziwnego, w końcu medycyna to jego dziedzina - i nie oszczędza na humorystycznych wstawkach i dowcipach. Fabuła przypomina trochę reportaż, składa się bowiem z wielu rozmaitych wspomnień pisarza, i podzielona jest na trzy części - pierwsza z nich opowiada o pracy doktora Petersa na oddziale chirurgii ogólnej, druga na oddziale nagłych wypadków i trzecia znów na chirurgii ogólnej, tym razem podczas programu szkoleniowego. Książkę czyta się dość przyjemnie i płynnie, ale gdyby nie wysyp terminów medycznych, których tłumaczeń musiałabym szukać w odpowiednich encyklopediach czy słownikach, jej lektura byłaby przyjemniejsza i bardziej przejrzysta.

Medycyna to nauka, która swoją potęgą i siłą wpływu na człowieka zaskakiwała mnie i będzie zaskakiwać zawsze, ale jednocześnie nigdy nie czułam, że kiedykolwiek stanie się tak mi bliska, by w jakimś stopniu się nią zainteresować. Nie. To kompletnie nie moja bajka. Nie na moją wrażliwość i moje nerwy. Od czasu do czasu lubię jednak zagłębić się w jakimś filmie czy utworze pisanym traktującym o tej tematyce. Ale tylko w celach rozrywkowych. "Rok interny" tę rozrywkę mi zapewnił, ale oprócz tego zaskoczył mnie i wstrząsnął mną do głębi niejednokrotnie. Doktor Peters przecież na mych oczach uczył się tego i owego metodą prób i błędów, obcował z chorobami, tragicznymi wypadkami i śmiercią, a ich  opisy przyprawiały mnie czasami o mdłości. Na domiar złego ten człowiek rzadko kiedy miał okazję znaleźć trochę czasu tylko i wyłącznie dla siebie. Bywało, że był na nogach ponad dobę, podejmując się jeszcze w międzyczasie jakiegoś poważnego zabiegu chirurgicznego. Bywało, że spał kilkanaście minut, może godzinę, kiedy telefon ponownie wezwał go do szpitala. Mój podziw dla tego bohatera, a tym samym dla Cooka, nie mieścił się w żadnej skali. To, czego doświadczał, czego dokonywał doktor Peters w trakcie odbywania stażu, nie da się opisać w kilku zdaniach - o tym trzeba po prostu przeczytać.

Cieszę się, że udało mi się poznać Robina Cooka od nieco innej, bardziej realistycznej, strony. Szczerość i brutalność "Roku interny" może trochę przerazić i zniechęcić osoby wiążące swe nadzieje, swą przyszłość z medycyną, ale ponadto lektura tego utworu jest w stanie zapewnić odbiorcy niecodzienną rozrywkę obfitującą w warte uwagi, często wręcz niewiarygodne przygody z lekarskiego światka. Na nudę narzekać nie można - w powieści non stop coś się dzieje. Tak jak główny bohater nie ma ani chwili wytchnienia, przemierzając w pośpiechu bezkresne szpitalne korytarze w celu niesienia pomocy pacjentom, tak czytelnik nie może się oprzeć dotrzymywaniu mu kroku i towarzyszenia mu na salach operacyjnych, by trzymać za niego kciuki. Interesująca książka. Jestem ciekawa, jak bardzo pomyślnie rozwijała się dalsza kariera medyczna Cooka. Pod tym względem szkoda, że nie napisał więcej utworów zahaczających o jego biografię. Pozostaje mi zatem cieszyć się jego pozostałą twórczością, która przecież jest świetna.

Książka przeczytana w ramach styczniowej edycji Wyzwania Rocznikowego.

niedziela, 8 stycznia 2012

"Coma" - Robin Cook

Wydawnictwo: Rebis, 2011.
Liczba stron: 324.
Oprawa: miękka.
Rozpoczęcie lektury: 06.01.2012.
Zakończenie lektury: 08.01.2012.
Moja ocena: 7/10.

Robin Cook jest uważany za mistrza thrillera medycznego. Nic dziwnego - jego dorobek literacki obejmuje około trzydzieści powieści tego gatunku. Z wykształcenia jest lekarzem medycyny i swoją wiedzę w tym zakresie zręcznie wykorzystuje podczas pisania książek. Porusza w nich problemy nieprawidłowych działań lekarzy czy naukowców, przeprowadzania niebezpiecznych eksperymentów, zabiegów i operacji. Autor często czerpie inspirację z realnego świata. Kilka jego powieści doczekało się ekranizacji, także jego debiutancka "Coma".

"Coma" to pierwsza czysto fikcyjna powieść Cooka, powstała w 1977 roku. Do tej pory przeczytałam trzy inne thrillery tego pisarza, napisane trochę później aniżeli "Coma", dlatego stwierdziłam, że będę wyrozumiała w kwestii opinii jego debiutu literackiego. Ale w głębi duszy wiedziałam, iż nie rozczaruję się i będę się dobrze bawić podczas lektury tej książki. Najzwyczajniej w świecie uwielbiam gatunek, jakim jest thriller medyczny, a Robin Cook, dzięki mojemu poprzedniemu spotkaniu z jego utworami, stał się jednym z moich ulubionych twórców.

Rzecz dzieje się w bostońskim szpitalu Memorial w ciągu zaledwie kilku dni zimnego lutego 1976 roku. Dla młodej pacjentki Nancy Greenly niewinny zabieg wyłyżeczkowania macicy kończy się niespodziewanie śpiączką. Lekarze zachodzą w głowę, jednak nie potrafią znaleźć przyczyny tego zjawiska. Kilkanaście dni później w taki sam stan zapada architekt Sean Berman, któremu w czasie zabiegu pomyślnie usunięto łąkotkę ze stawu kolanowego. Nic nie wskazuje na to, by tych dwojga ludzi coś ze sobą łączyło pod względem medycznym, mimo to młoda, piękna studentka, rozpoczynająca praktykę lekarską w szpitalu Memorial, Susan Wheeler, postanawia przyjrzeć się bliżej sprawie śpiączki i szybko odkrywa, że w ciągu ostatnich lat liczba pacjentów pogrążonych w nieoczekiwanej śpiączce wzrosła do kilkunastu. Susan na własną rękę czyni działania mające pomóc jej w wyjaśnieniu dziwnej zagadki. Wykazując się pomysłowością i sprytem, zasięga informacji tam, gdzie nie powinna, a to nie podoba się niektórym osobom z personelu bostońskiego szpitala. Czyżby ktoś ukrywał coś, o czym nikt nie ma prawa się dowiedzieć? Życie upartej studentki nagle znajduje się w wielkim niebezpieczeństwie - dlaczego? Susan stopniowo odkrywa odpowiedzi na nurtujące ją pytania, ale z całą pewnością nie należą one do takich, które chciałaby poznać...

"Comy" nie da się czytać szybko, jak zresztą innych powieści Cooka. Mimo pełnej napięcia i nieoczekiwanych zwrotów akcji, czytelnik musi zwrócić uwagę na terminologię medyczną, pojawiającą się w książce. A jest jej mnóstwo, poczynając od halotanu, przez sukcynylocholinę, aż po przeciwimmunoelektroforezę. Ale nie przeszkadza ona w odbiorze tekstu. Nie dziwię się, że Cook operuje tak fachowym językiem, gdyż sam jest lekarzem. Nie ma on jednak zamiaru zanudzić czytelnika - to, co powinno być wyjaśnione dla celów zrozumienia fabuły, zostaje wyjaśnione, natomiast pozostałe pojęcia i nazwy działań lekarskich są przytaczane dla zachowania rzeczywistego obrazu i klimatu szpitala. Mnie, studentce pedagogiki, zupełnie ten styl pisarski nie przeszkadza. Ale często zastanawiam się, jak postrzegają go np. studenci medycyny, którzy mają o niej więcej pojęcia niż ja. Może kiedyś będę miała okazję się tego dowiedzieć.

Ale pomijając już ten, na pierwszy rzut oka, skomplikowany język, trzeba wspomnieć o innych elementach powieści. Jej pozytywną stroną z całą pewnością jest fabuła opierająca się na prywatnym śledztwie studentki. Pomiędzy relacjami z tego dochodzenia czytelnik dowiaduje się jeszcze o innych wydarzeniach, które być może w jakiś sposób zostaną powiązane z odkryciami Susan Wheeler. Przed dziewczyną naprawdę nie lada wyzwanie - nie dość, że musi ona uporać się z serią tajemniczych śpiączek i mordercą czyhającym na jej życie, to w dodatku musi znosić wszelkie słowa dezaprobaty na swój temat, związany oczywiście z dyskryminacją płciową wśród personelu lekarskiego. Susan to postać odznaczająca się dużą inteligencją, ale, moim zdaniem, również lekkomyślnością i upartością. Ze wszystkich sił pragnie uratować bostoński szpital przed "czymś złowrogim", co jej się chwali, ale przez swoje działania niejednokrotnie ociera się o śmierć. W dodatku robi to zręcznie niczym pewny siebie bohater filmu sensacyjnego. I to mając dwadzieścia trzy lat, co jest wręcz nieprawdopodobne...

Szkoda, że Cook dużo mniej uwagi poświęcił bohaterom drugoplanowym (niektórym lekarzom i studentom), nie wyjaśniając do końca ich losów. Ogólnie rzecz biorąc, "Coma" zakończyła się tak nagle, iż zdziwiłam się, że na następnej stronie książki jest już zamieszczona nota od autora, w której nawiązuje on do sytuacji z fabuły powieści, odwołując się do wydarzeń ze świata rzeczywistego. Przekręty w świecie medycyny, które Cook przytoczył w tym utworze, nie są dla mnie nowością, gdyż spotykałam się z podobnymi w innych, nowszych książkach. Ale najprawdopodobniej poruszanie tego typu problemów zapoczątkował właśnie Robin Cook, w końcu "Coma" została napisana jakieś trzydzieści pięć lat temu! A wracając jeszcze do zakończenia utworu, a właściwie rozwiązania jego głównej zagadki, muszę przyznać, że spodziewałam się większego zaskoczenia, ale to być może dlatego, iż moje wcześniejsze podejrzenia w związku z konkretną osobą okazały się słuszne. Zabawa w detektywa w trakcie czytania książek idzie mi chyba coraz lepiej...

Na koniec napomknę jeszcze słowem na temat wydanie przeczytanej przeze mnie "Comy". Książka ta, podobnie jak inne tego pisarza, doczekała się już kilku wydań, ale to najnowsze, z 2011 roku, wydawnictwa Rebis podoba mi się najbardziej. Poprzez "zbitą" i niedużą czcionkę powieść sprawia wrażenie skromnej objętościowo, ale wcale tak nie jest. Najbardziej jednak cenię sobie okładkę - z ciekawą czcionką, ilustracją lub fotografią, zgrabnym opisem, bez zbędnego przepychu i bałaganu. Udało mi się zebrać już szesnaście tytułów Cooka w tym właśnie wydaniu i prezentują się one na półce mej biblioteczki rewelacyjnie.

Ci, którzy mieli okazję sięgnąć po któryś z utworów Cooka, wiedzą, że warto sięgać po kolejne. Ci, którzy nie mieli tej okazji, ale mają w planach zapoznanie się z jego twórczością, namawiam do lektury bardzo gorąco. A ci, którzy gustują w różnego rodzaju thrillerach i kryminałach, powinni dać sobie szansę i zerknąć w "Comę" lub inną powieść tego słynnego pisarza - a nuż spodoba im się kolejny gatunek literacki, jakim jest thriller medyczny. Na pewno warto. Chociażby ze względu na zagadkę, która zostaje rozwiązana dopiero pod koniec książki. Ze względu na trzymającą w napięciu i zaskakującą fabułę, no i mnóstwo podejrzanych o złe czyny bohaterów. Po lekturze "Comy" czuję lekki niedosyt związany z twórczością Robina Cooka i zastanawiam się, czy nie sięgnąć zaraz po następną książkę jego autorstwa. Nic dziwnego - ostatnim razem musiałam "połknąć" trzy jego powieści, jedna po drugiej...
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...