Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 8/10. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 8/10. Pokaż wszystkie posty

piątek, 19 września 2014

"Niechciani" - Yrsa Sigurðardóttir

Tytuł oryginału: "Kuldi".
Tłumacz: Elżbieta Ptaszyńska-Sadowska.
Wydawnictwo: Muza, 2014.
Liczba stron: 336.
Oprawa: miękka ze skrzydełkami.
Rozpoczęcie lektury: 10.09.2014.
Zakończenie lektury: 11.09.2014.
Moja ocena: 8/10.

Yrsa Sigurðardóttir to urodzona w 1963 roku islandzka autorka kryminałów i książek dla dzieci. Ukończyła studia z zakresu inżynierii budowlanej na Uniwersytecie Islandzkim. Jako pisarka zadebiutowała w 1998 roku. W Polsce do tej pory ukazało się osiem jej powieści, w tym kilka należących do serii, której główną bohaterką jest prawniczka, Þóra Guðmundsdóttir.

Biorąc do ręki "Niechcianych", cieszyłam się ogromnie, mając na uwadze przede wszystkim fakt, iż wreszcie przyjrzę się bliżej fragmentowi twórczości tej autorki, o której przecież naczytałam się wiele dobrego i którą planowałam poznać już od dłuższego czasu. Teraz, po zakończonej już lekturze powyższego utworu, śmiało mogę napisać, że moja radość wspięła się na jeszcze wyższy poziom - czas, jaki spędziłam na jego czytaniu, okazał się bowiem czasem w pełni wykorzystanym, przyjemnym i jednocześnie bardzo niepokojącym. A wszystko to za sprawą niesamowitego klimatu tego kryminału, chwilami przypominającego horror z prawdziwego zdarzenia. I wcale nie mam tu na myśli zjawisk paranormalnych czy fantastycznych potworów, które mogłyby siać przerażenie w umyśle czytelnika. W "Niechcianych" obawę budzi każdy szept wyłowiony z przenikliwej ciemności, każdy szelest w opustoszałym mieszkaniu i cień czający się za oknem, który wydaje się groźniejszy, gdy to okno jest otwarte, a my jesteśmy święcie przekonani, że wychodząc z domu, zostawiliśmy je zamknięte... Jest to książka, w której rozgrywają się dramaty rodzinne, ludzie żyją na granicy zwyczajnego strachu i obłędu, a także uciekają przed ponurą przeszłością, która zawsze zdaje się wyprzedzać ich o krok.

Reykjavík. Óðinn Hafsteinsson, po tym jak jego była żona, Lára, poniosła śmierć, wypadając z okna, dzieli swój czas pomiędzy pracę w państwowym urzędzie kontroli a opiekę nad jedenastoletnią córką, Rún, zmagającą się z traumą po samobójstwie matki. Ale czy rzeczywiście było to samobójstwo? Żeby ostatecznie rozliczyć się z przeszłością, mężczyzna postanawia dokładniej przestudiować akta dotyczące zgonu małżonki. Nie spodziewa się jednak, że zanurzanie się w tej sprawie zacznie się zazębiać z projektem, jaki ma do wykonania w pracy, związanym z raportem z działalności domu wychowawczego Krókur, w którym w latach siedemdziesiątych umieszczano trudną młodzież. Zginęło wówczas dwóch chłopców. Jak do tego doszło? Czy Lára mogła mieć z tym domem coś wspólnego?

Sigurðardóttir naprzemiennie przenosi czytelnika do roku 1974 i czasów obecnych, czyli, jeśli dobrze wyliczyłam, roku 2012. Pierwszy ze wspomnianych okresów robi piorunujące wrażenie. Położony gdzieś na odludziu, owiany śnieżnymi zamieciami Krókur, niemałej powierzchni zimny, obcy i budzący trwogę budynek, w którym oprócz właścicieli i zarazem opiekunów, Lilji i Veigara, oraz pracowników pomocniczych mieszkają nastoletni chłopcy, którzy weszli w konflikt z prawem - wszystko to napawa odbiorcę uczuciem podniecenia wynikającego z nadziei na otrzymanie rewelacyjnego, trzymającego w napięciu kryminału, połączonego z lękliwością będącą efektem ogólnej niespokojnej atmosfery panującej w powieści oraz wyobraźni czytelnika wykraczającej poza wszystko to, z czym miał on do czynienia do tej pory, czytując literaturę dla dorosłych. Zadaniem Óðinna jest sprawdzenie, czy w istniejącym niegdyś ośrodku wychowawczym nie dochodziło do zaniedbania albo łamania prawa przez jego zarządców. I słusznie, bo jak się można domyślić, dochodziło. O tym, jakimi ludźmi byli Lilja i Veigar, dowiadujemy się z relacji Aldís, młodej dziewczyny, która w latach siedemdziesiątych miała to nieszczęście pracować dla tego zgorzkniałego i pełnego agresji małżeństwa. To właśnie ona była świadkiem wielu mrożących krew w żyłach zjawisk i zdarzeń, które wryły się w jej pamięć już na zawsze. Zapewniam, że nie bez powodu ta osadzona w dawniejszych czasach fabuła "Niechcianych" skojarzyła mi się z "Sierocińcem", znakomitym filmem hiszpańskim z gatunku, jakim jest horror.

Wątki poświęcone Óðinnowi i jego córce niczym nie ustępują tym związanym z Aldís i chłopcami. Są tak samo intrygujące i wstrząsające. Tu też chodzi o dobro dziecka, ale niełatwo jest dowieść prawdy o psychicznym stanie Rún, niedopuszczającej do siebie prawie nikogo. Zmarła Lára krąży nad dziewczynką i jej ojcem niczym duch - nawiedza ich w snach, wzbudza w nich poczucie winy i sprawia, że Óðinn, ciągle słyszący jakieś szmery i widzący wywołujące na całym ciele dreszcze cienie w miejscach, w których nie powinny się one pojawiać, zaczyna się poważnie zastanawiać nad tym, czy aby nie popada w szaleństwo. A badanie sprawy śmierci Tobbiego i Einara sprzed prawie czterdziestu lat wcale nie pomaga mu w osiągnięciu stabilizacji umysłowej. Postaci stworzone przez Sigurðardóttir, mimo że przeważnie nacechowane negatywnie, a więc kojarzące się głównie z przerażeniem, wstrętem i smutkiem, stanowią świetne przykłady portretów psychologicznych ludzi doświadczonych przez los - rozczarowanych miłością, dotkniętych stratą kogoś bliskiego, dotkniętych traumą, zgubionych przez własne sekrety, skrywane zbyt długo i głęboko. Nic dziwnego, że później, "gdy dochodzi do przestępstwa, zawsze ktoś ponosi karę, tylko zwykle nie ten, kto zawinił"*.

"Niechciani" to kawał bardzo dobrej, nieprzewidywalnej prozy, w której królują tajemnice, lęk, gniew i choroby psychiczne. Trudno wychwycić w niej momenty, w których zacierają się granice między obłędem a zdrową rzeczywistością. Niełatwo wyłapać, kiedy mamy do czynienia z miłością altruistyczną, a kiedy z egoistyczną. Pozornie dzieje się tutaj niewiele, ale tak naprawdę mnóstwo. Czytelnik wpada w popłoch podczas lektury niemalże każdej strony utworu, wiedziony mylnymi tropami i przemyśleniami wpada w pułapki i jest zaskakiwany. Im bliżej końca, tym jego szok i niedowierzanie są coraz większe. Finał, mimo że tu i ówdzie niedopowiedziany, zapiera dech w piersiach. Yrsa Sigurðardóttir, powołując do życia w tak niebanalnych warunkach tak nietuzinkowych bohaterów, wykonała wspaniałą pracę, którą powinien docenić każdy miłośnik kryminałów i thrillerów, i skutecznie zachęciła mnie do sięgnięcia po inne książki jej autorstwa.

*s.318

Za egzemplarz recenzencki uprzejmie dziękuję wydawnictwu Muza.

czwartek, 10 lipca 2014

"Szept wiatru" - Elizabeth Haran

Tytuł oryginału: "Die Insel der roten Erde".
Tłumacz: Joanna Grabarek.
Wydawnictwo: Akurat, 2014.
Liczba stron: 576.
Oprawa: miękka ze skrzydełkami.
Rozpoczęcie lektury: 03.07.2014.
Zakończenie lektury: 04.07.2014.
Moja ocena: 8/10.

Elizabeth Haran, urodzona w 1954 roku w Bulawayo, obecnie mieszkająca w Australii, jest autorką kilkunastu powieści przygodowych i obyczajowych, których akcja toczy się zazwyczaj w XIX lub XX wieku. Jej książki zyskują coraz większą popularność w krajach europejskich. W samych Niemczech sprzedano już półtora miliona egzemplarzy. Polski rynek wydawniczy natomiast wkrótce stanie się bogatszy o kolejną - drugą - pozycję jej autorstwa, na którą czekam z niecierpliwością, czyli "Pod płonącym niebem".

Miałam dobre przeczucie co do "Szeptu wiatru". Jak tylko zauważyłam tę książkę w zapowiedziach wydawniczych, wiedziałam, że muszę ją mieć, a gdy już zacznę ją czytać, przepadnę na długie godziny. I tak rzeczywiście było. Uwielbiam sagi rodzinne i obszerne powieści obyczajowe, w których rodzinne perypetie, romanse, kłamstwa i tajemnice wysuwają się na pierwszy plan. Utwór Haran może i nie jest sagą obejmującą kilkanaście czy kilkadziesiąt lat życia bohaterów, ale odznacza się tą atmosferą - jednocześnie przyjemną i intrygującą - charakterystyczną dla tego właśnie gatunku. To opowieść o dwóch kobietach, które w wyniku nieszczęśliwych wypadków stają w obliczu drastycznych życiowych zmian. Zmian, które mogą doprowadzić je na szczyt szczęścia, bądź w przypadku nierozważnego postępowania - do zguby.

Australia, sierpień 1845 roku. Celem parowca, na pokładzie którego znajdują się główne bohaterki, jest Wyspa Kangura. Kapryśna, bezczelna i wywyższająca się dziewiętnastoletnia Amelia Divine płynie wraz ze służącą, Lucy, do nowych opiekunów, państwa Ashbych. Kilka tygodni temu straciła rodziców i brata i nie jest zadowolona z opuszczenia rodzinnego miasta. Jej nieustannego marudzenia ma serdecznie dość inna pasażerka, Sara Jones, młoda więźniarka, której po pięciu latach pobytu w więzieniu wręczono bilet do wolności. Ostatnie dwa lata kary ma przepracować na farmie wdowca, Evana Finnlaya, opiekując się sześciorgiem jego dzieci i wykonując domowe obowiązki. Niespodziewanie statek uderza w częściowo zatopioną rafę i rozbija się. Traf chce, że również łódź ratunkowa, na którą udaje się dostać Amelii i Sarze, ulega wypadkowi, ale jakimś cudem obie kobiety zostają uratowane przez miejscowego latarnika. Pojawia się jednak niemały problem - w wyniku uderzenia w głowę panna Divine traci pamięć. Wykorzystując znajomość paru niezbędnych faktów dotyczących jej życia i fizyczne podobieństwo, Sara decyduje się na przejęcie tożsamości poszkodowanej. Ciesząc się na doświadczenie wygodnego i luksusowego życia, jakie do tej pory miała Amelia, skazuje tę niemającą pojęcia o gotowaniu czy pieleniu ogródka dziewczynę na dwa lata ciężkiej pracy fizycznej na farmie. Zamiana ról przynosi nieoczekiwane i zaskakujące rezultaty. Uświadamia bohaterkom, co tak naprawdę liczy się w życiu najbardziej i że zawiść nie jest najlepszą drogą do spełnienia marzeń i zaznania spokoju.

Motyw kradzieży tożsamości natychmiast przypomniał mi o pewnej komedii romantycznej, "Pani Winterbourne", którą oglądałam kilka lat temu. Pamiętam, że ów film zrobił na mnie pozytywne wrażenie. To samo mogę teraz napisać o książce Haran, zapowiadającej się świetnie i kończącej się w podobnym stylu. Język autorki jest nieskomplikowany, przystępny i współczesny. Nieco ugrzeczniony, ale w żadnym stopniu nie przeszkadzało mi to w niepozbawionym przyjemności odbiorze powieści.

Powieści, która ze względu na niewłaściwe postępowanie Sary nie może nie być intrygująca. Czytelnik od razu wyraża zainteresowanie losami kobiet i pragnie dowiedzieć się, jak poradzą sobie w nowych wcieleniach. Jest przekonany, że będzie się działo i kipiało emocjami. I rzeczywiście - czytając "Szept wiatru", nudy się nie uświadczy. W utworze naprzemiennie są ukazane dni z życia owładniętej amnezją Amelii Divine oraz przebiegłej Sary Jones. Muszę przyznać, że przypadek pierwszej z nich wydał mi się ciekawszy, za to wyczyny panny Jones - bardziej niepokojące i trzymające w napięciu. Stało się tak głównie dlatego, że każdą z bohaterek darzyłam mniejszą i większą sympatią. Okazuje się bowiem, że zamiana tożsamości jest równoznaczna ze zmianami zachodzącymi w charakterach obu panien. Praca na farmie Finnlaya wychodzi Amelii na dobre i dziewczyna z marudnej i zarozumiałej bogaczki przeistacza się w zaradną kobietę, zwracającą uwagę na uczucia innych ludzi, w tym serdeczność płynącą prosto z serca pewnego mężczyzny. Sara z kolei z czasem zaczyna przypominać dawną Amelię. Kiedy czytelnik poznaje ją na początku powieści, wydaje mu się ona osobą porządną i uczciwą, ale jej późniejsze sekrety i chciwość, która bierze górę nad rozsądkiem, sprawiają, że bohaterka traci w jego oczach - jest bowiem w stanie zrobić dosłownie wszystko (niewiarygodne, do jakich czynów potrafi się dopuścić), by prawda o niej i Amelii nigdy nie wyszła na jaw). Zapomina jednak, że kłamstwo ma krótkie nogi...

"Szept wiatru" jest książką, którą czytałam z wielkim zapałem i niesłabnącą fascynacją, przez co jej niemałej objętości praktycznie nie odczułam. Pisarka zadbała o urozmaicenie fabuły wątkami romantycznymi, humorystycznymi i mrożącymi krew w żyłach. Każda strona rodzi mnóstwo pytań: czy Amelia poradzi sobie na farmie? Polubią ją dzieci Evana? Odzyska pamięć? A jeśli tak, to kiedy i co będzie tego przyczyną? Czy misterne plany Sary powiodą się? Czy dziewczyna kogoś skrzywdzi? A może pokocha? W historii opowiedzianej przez Elizabeth Haran miłość ma różne oblicza - bohaterowie kochają prawdziwie, nieszczęśliwie bądź stają się zaborczy w stosunku do bliskich. Przyjaźń, szczęście, radość i sukcesy przeplatają się z nienawiścią, cierpieniem, troskami i poczuciem odrzucenia. To powieść o próbach zrozumienia drugiego człowieka, pragnieniach, poświęceniu i wybaczaniu z cudownymi australijskimi krajobrazami (których na moje oko mogłoby być więcej) w tle. Polecam.

Za egzemplarz recenzencki uprzejmie dziękuję wydawnictwu Akurat.

sobota, 7 czerwca 2014

"Siostrzyca" - John Harding

Tytuł oryginału: "Florence and Giles".
Tłumacz: Karolina Zaremba.
Wydawnictwo: Mała Kurka, 2011.
Liczba stron: 285.
Rozpoczęcie lektury: 19.05.2014.
Zakończenie lektury: 21.05.2014.
Moja ocena: 8/10.

"Siostrzyca" autorstwa brytyjskiego pisarza, Johna Hardinga, okazała się dla mnie miłym zaskoczeniem literackim. Przede wszystkim dlatego, że w kwestii gatunku, a więc i fabuły, odbiega od tego, co czytuję zazwyczaj, czyli kryminałów i powieści obyczajowych. Niełatwo jest zakwalifikować ów utwór tylko do jednego gatunku, ale chyba najbardziej przypomina on powieść gotycką. Ewentualnie coś w rodzaju dreszczowca z wątkami psychologicznymi, podobnego do "Nieproszonych gości", filmu, który parę lat temu zrobił na mnie pozytywne wrażenie. Czymkolwiek jednak ta książka jest, jest naprawdę dobra, wciągająca i zaskakująca. A to liczy się przede wszystkim.

Początek lat dziewięćdziesiątych XIX wieku. W starym wielkim dworze Blithe House mieszka dwunastoletnia sierota, Florence, wraz z młodszym o trzy lata bratem przyrodnim, Gilesem, gospodynią i służbą. Prawnym opiekunem dzieci jest wuj, ale czytelnik nie ma okazji poznać go "osobiście". Dziewczynka całymi dniami snuje się po domu, wymyślając zabawy dla siebie i Gilesa, bądź zaszywa się w bibliotece, by zgłębiać tajniki literatury, co jest rzeczą surowo jej zakazaną. Nieco więcej swobody w tym zakresie daje jej pewnego dnia panna Taylor, guwernantka Gilesa, zatrudniona po tym, jak okazuje się, że dla tego wrażliwego chłopca lepiej będzie, jeśli podejmie naukę w domu aniżeli w szkole. Problem jednak w tym, że owa panna Taylor, dość tajemnicza kobieta, ma też wiele wad. Jest chłodna i gorzka w stosunku do Flo, natomiast jej braciszka ubóstwia. Dziewczynka szybko uświadamia sobie, że jeśli nie zawalczy o swą najukochańszą osobę, zostanie jej ona odebrana przez kogoś zupełnie obcego. Kogoś, kto być może nawet nie jest człowiekiem, lecz złym... duchem. Obmyśla więc pewien plan...

Co rzuca się w oczy niemalże od razu, to język naszpikowany neologizmami. Narratorką powieści jest dwunastoletnia Florence, która będąc pozbawioną możliwości pobierania nauki, od kilku lat uczy się sama, w tajemnicy przed domownikami i wujem, największym przeciwnikiem wykształconych kobiet. Do tworzenia nowych słów zainspirował ją Szekspir, którego dzieła należą do ulubionych dziewczynki. Na początku lektury "Siostrzycy" zastanawiałam się, czy trudno będzie mi przez nią przebrnąć, ale z każdą jej kolejną stroną utwierdzałam się w przekonaniu, że dzieje się wręcz przeciwnie. Liczne neologizmy zaczęły mi się nawet bardzo podobać. Wypisałam sobie nawet parę z nich: "podłóżkowałam", "zakratowione", "utragiczniła", "zimnoprzeciągowione", "ufotelowaną", "zabiurkowaną", "wchowanegowaliśmy", "odwrotnoskutkowała", "nieuksiążkowiony", "zzaoknował", "nadziejoburzenie", "długonogość", "wymiędzywierszował", "twarząwtwarzujemy", "dogórynogowałam". Czyż nie robią pozytywnego wrażenia? Pomijając powyższe twory językowe bohaterki, warto zaznaczyć, iż jej styl mówienia czy pisania nie jest przesadnie dziecinny. Flo doskonale wie, jak zainteresować odbiorcę i wciągnąć go do własnego świata. Wie i jest zdolna do mnóstwa innych rzeczy, co można wywnioskować z jej opowieści. To sprytna i inteligentna dziewczynka, która z miłości do brata jest w stanie poświęcić wiele. Zdecydowanie zbyt wiele.

Życie tej dwunastolatki nie było i nie jest usłane różami. Jej matka zmarła, wydając ją na świat, a ojciec zginął w wypadku łodzi. Odsunięta od edukacji, może liczyć tylko na towarzystwo Gilesa, a także Theo, zauroczonego nią kolegi z sąsiedztwa. Ogromna rezydencja zapewnia jej wygodne życie, które na drugi rzut takowe już się nie wydaje - naznaczone jest bowiem nieustającym strachem bohaterki przed odkryciem przez dorosłych jej umiejętności czytania i zdobytej w bibliotece wiedzy. Brata kocha ponad wszystko i nie wyobraża sobie bez niego życia - obawia się samotności, ale jeszcze bardziej tego, że Gilesowi mogłoby kiedyś stać się coś złego. W tej właśnie kwestii Flo ukazuje swoją drugą naturę - obłędnie zaniepokojoną i niepokojącą.

Największą ofiarą niepokoju dziewczynki staje się oczywiście panna Taylor, która rzekomo chce zaszkodzić rodzeństwu, porywają Gilesa i uciekając z nim gdzie pieprz rośnie. Rzekomo, bo tak naprawdę do końca nie wiadomo, czy guwernantka planuje to zrobić w rzeczywistości, czy w wyobraźni Florence. Mnóstwo dziwnych i zaskakujących zbiegów okoliczności tylko potęguje zakłopotanie czytelnika, który nie wie, czy opowiedzieć się po stronie postępującego szaleństwa głównej bohaterki, czy jej współczuć i kibicować. Zakończenie książki może i należy do takich, które wywołują opadnięcie szczęki z zadziwienia i przerażenia, ale jeśli chodzi o wyjaśnienie wszystkiego, co dzieje się wcześniej, bliższe będzie tutaj stwierdzenie, iż jest ono pozorne. I stosunek odbiorcy do niego będzie zależał od jego gustu - albo będzie przeciwny i zniesmaczony mrożącymi krew w żyłach zapędami Flo, albo będzie uwielbiał jej obłęd. Sama nie jestem zwolenniczką otwartych zakończeń i braku konkretnych odpowiedzi na rodzące się w mojej głowie pytania, ale w przypadku utworu Hardinga z wielką przyjemnością wracałam myślami do jego treści, snułam rozważania i wymyślałam coraz to inne wersje i koncepcje ewentualnych wydarzeń jeszcze przez długi czas po zakończeniu jego lektury. Doszłam do wniosku, że każda ta "wersja", każdy sposób mojego odbioru "Siostrzycy" jest po prostu dobry, a to świadczy o tym, że jej autor - poprzez fakt, że potrafi świetnie pisać - nadaje swej powieści wielowymiarowy charakter i pozwala jej istnieć poza ramami tej głównej, oczywistej fabuły.

John Harding napisał książkę niebanalną, intrygującą i hipnotyzującą, nasączoną dużą ilością grozy, niepokoju i tragizmu, otuloną mrocznym klimatem starego domostwa, rodzinnych tajemnic oraz zapachem śmierci. Myślę, że tak szybko nie zapomnę mistrzowskiej kreacji Florence, zabawnego Gilesa, świetnego motywu z lustrami, który przypomniał mi Potterową magię, oryginalnej, na swój sposób wyrafinowanej narracji i wszelkich złowieszczych, pełnych napięcia zdarzeń, których ona dotyczyła. Polecam "Siostrzycę" z czystym sumieniem.

wtorek, 27 maja 2014

"Motyl" - Lisa Genova

Tytuł oryginału: "Still Alice".
Tłumacz: Łukasz Dunajski.
Wydawnictwo: Filia, 2014.
Liczba stron: 424.
Rozpoczęcie lektury: 14.05.2014.
Zakończenie lektury: 16.05.2014.
Moja ocena: 8/10.

Lisa Genova to amerykańska felietonistka National Alzheimer's Association mogąca poszczycić się dyplomem z biopsychologii i tytułem doktora neurologii zdobytym na Uniwersytecie Harvarda. Wyjątkowe zainteresowania oraz wykształcenie umożliwiły jej napisanie trzech powieści obyczajowych, które zostały bardzo dobrze przyjęte przez rzesze odbiorców.

"Motyl", debiut pisarki, to książka, na którą zwróciłam uwagę jakieś dwa lata temu i od tamtej pory niecierpliwie czekałam na możliwość jej przeczytania. Poznało ją wielu czytelników i napisano o niej już chyba wszystko. Dzięki licznym pozytywnym opiniom na jej temat oraz zarysowi jej treści, od samego początku byłam przekonana, że powieść przypadnie mi do gustu. I nie myliłam się. Historia Alice Howland, u której przedwcześnie zdiagnozowano Alzheimera, była moim pierwszym tak bliskim spotkaniem z tą właśnie nieszczęsną chorobą. Cieszę się więc, że miałam okazję uzyskać nieco istotnych informacji na jej temat. Informacji wcale nie wyssanych z palca, lecz wyniesionych z osobistych badań autorki. Mimo że utwór jest fikcją, sprawia wrażenie opartego na faktach i przedstawia sytuacje, z którymi chorzy na Alzheimera i ich bliscy mają do czynienia naprawdę.

Wspomniana wyżej Alice ma pięćdziesiąt lat i jest wybitnym wykładowcą psychologii na Uniwersytecie Harvarda. Uwielbia swoją pracę. Jej mąż, John, również jest naukowcem, a każde z ich dorosłych już dzieci obrało właściwe sobie cele życiowe - Anna została prawniczką, wyszła za mąż i teraz pragnie zajść w ciążę, Tom został lekarzem, a Lydia, taki trochę wolny ptak, marzy o aktorstwie, co bardzo nie podoba się jej matce. Ale już wkrótce Alice ma większy powód do zmartwień aniżeli niechęć Lydii do pójścia na studia. U kobiety pojawiają się bowiem pierwsze oznaki utraty pamięci - umknięcie jakiegoś słowa podczas wygłaszania przemówienia, zostawienie telefonu w restauracji czy chwilowa niemożność trafienia ze znanego jej miasta do domu. Po krótkich napadach paniki bohaterka składa to wszystko na karb zbliżającej się menopauzy. Dopiero po wizycie u lekarza, szczegółowych badaniach i neuropsychologicznych testach Alice zostaje zaznajomiona z diagnozą, która brzmi: choroba Alzheimera.

Mówi się, że Alzheimer to jedna z gorszych, jeśli nie najgorsza z chorób dotykających człowieka. Odbiera ona przecież wszystko - nie tylko jego zdrowie, ale i tożsamość. Odczłowiecza go. Można też powiedzieć, że równocześnie choruje na nią więcej niż jedna osoba - bezpośrednio chory, a pośrednio jego rodzina i przyjaciele, którzy nie mogą sobie poradzić ze świadomością utraty kogoś bliskiego w tak okrutny sposób, niesieniem jemu pomocy lub z obiema tymi rzeczami naraz.

Akcja "Motyla" obejmuje okres od września 2003 roku do lata 2005 roku. Poszczególne miesiące i rozdziały książki ukazują w dość dużym skrócie, ale za to dosadnie najważniejsze wydarzenia z życia Alice, w tym przede wszystkim przebieg jej choroby, która wraz z pamięcią zabiera kobiecie radość, podstawowe zdolności potrzebne do normalnego funkcjonowania, pracę, a także przypina jej łatkę samotniczki i wariatki. Tak długo, jak tylko potrafi, bohaterka przypomina sobie o ulubionych słowach nieżyjącej matki mówiących o tym, że chociaż motyle żyją krótko - niektóre dzień, inne może kilka dni - robią to cudownie. W szczęśliwych chwilach Alice jest właśnie takim motylem i pragnie być nim jak najdłużej. W tych gorszych jednak, a z biegiem czasu przybywa ich coraz więcej, zarówno ona, jak i jej bliscy, niczym mantrę powtarzają pytania typu "kiedy?", "ile czasu?", "czy zdąży?", "kiedy znów o czymś zapomni?", "czy uniknie współczucia?". W ich umysłach zaczynają rządzić niepewność i zagubienie. Alice nie może się opędzić od przerażających wizji przeszłości, jest zdolna nawet do tego, by zaplanować samobójstwo.

Postać Alice Howland to postać niezwykle wiarygodna, której nie można nie współczuć i nie wylewać z jej powodu ukradkowych łez. Co jest niewątpliwie jednym z największych plusów powieści Genovy, to fakt, iż z jej treści ulatują i zastygają w powietrzu bardzo wyczuwalne zmiany, jakie zachodzą w głównej bohaterce. Czytelnik jest świadkiem przeistaczania się inteligentnej i pewnej siebie psycholog w zagubioną i bezbronną dziewczynkę. I to w bardzo krótkim czasie. Coś takiego niesie ze sobą ogromny smutek, ból i niedowierzanie. Szokuje, bo objawy choroby Alzheimera mają wydźwięk negatywny zahaczający o przerażenie. Szokuje, bo nie sposób im zapobiec.

Nie zawiodłam się na utworze Lisy Genovy. Czego nie mogę napisać o osobie odpowiedzialnej za jego korektę, która dopuściła do pozostawienia w tekście rażącego błędu ortograficznego w wyrażeniu "piwo, którego naważyła". Poza tym znalazło się też w nim trochę literówek. Lektura "Motyla", mimo że była dla mnie nowym i wartościowym doświadczeniem, z całą pewnością nie była przeżyciem radosnym i przyjemnym, wręcz przeciwnie - pełnym uczucia bezradności, smutku, żalu i niedowierzania. Cała historia Alice mocno zapada w pamięć, ale jest w niej kilka szczególnych scen, które robią to i wzruszają ze zdwojoną siłą. Jestem wdzięczna autorce, że znalazła w swej powieści sporo miejsca na miłość, odwagę i rodzinne wsparcie, bez których stanięcie twarzą w twarz z chorobą byłoby chyba niemożliwe lub zakończyłoby się szybką rezygnacją chorego z walki o własne ja, a co za tym idzie, świadomą - przynajmniej przez pewien czas - życiową klęską. Warto o tym pamiętać. Wspaniała książka. Głęboko wierzę, że o "Lewej stronie życia" czy "Kochając syna" Genovy będę mogła kiedyś napisać to samo.

środa, 12 lutego 2014

"Niewinny" - Harlan Coben

Tytuł oryginału: "The Innocent".
Tłumacz: Zbigniew A. Królicki.
Wydawnictwo: Albatros, 2006.
Liczba stron: 416.
Wydawnictwo: Albatros, 2008.
Czas trwania: 10h 47min 57s.
Lektor: Jacek Rozenek.
Rozpoczęcie lektury: 01.02.2014.
Zakończenie lektury: 06.02.2014.
Moja ocena: 8/10.

Harlan Coben to urodzony w 1962 roku amerykański autor kryminałów. Wychował się i nadal mieszka w New Jersey. Absolwent politologii. Będąc na ostatnim roku college'u, uświadomił sobie, że chce pisać. Laureat prestiżowych nagród literackich, w tym Edgar Poe Award.

Książki Cobena dzielą się na należące do cykli z Myronem Bolitarem w roli głównej, Mickey'em Bolitarem w roli głównej i pozostałe, w których jednak pojawiają się niemalże wszędobylskie postaci drugoplanowe, takie jak inspektorzy policji czy prawnicy, w końcu akcja utworów tego pisarza toczy się zazwyczaj w stanie Nowy Jork i New Jersey. "Niewinnego" przypisuje się właśnie do tych pozostałych. Na pierwszy plan wysuwają się tutaj takie miasteczka, jak Irvington i Livingston, a głównym bohaterem jest Matt Hunter, były więzień, którego uporządkowane życie ponownie rozsypuje się jak domek z kart po tym, jak mężczyzna zdaje sobie sprawę z tego, że jego urocza małżonka, Olivia, nie jest tak kryształowa, jak do tej pory mu się wydawało.

A wszystko zaczyna się od jej wyjazdu służbowego. Już po pierwszym dniu jej nieobecności Matt otrzymuje od niej wiadomość MMS zawierającą zdjęcie nieznanego mu mężczyzny, a chwilę później - krótkie video słabej jakości (należy pamiętać, że przeszło dziesięć lat temu nie było jeszcze dziś dobrze nam znanych telefonów komórkowych z różnymi bajerami i smartfonów), na którym Olivia - w peruce i sukience - zdaje się przyjmować jakiegoś klienta w pokoju hotelowym niczym... prostytutka. Ziemia osuwa się Hunterowi spod nóg. Zachowując jednak odrobinę zdrowego rozsądku, Matt, po tym, jak zauważa, że jest przez kogoś śledzony, decyduje się poprosić o pomoc piękną detektyw Cingle Shaker. W tym samym czasie inspektor dochodzeniowy Loren Muse prowadzi śledztwo w sprawie morderstwo pewnej zakonnicy. Ku jej wielkiemu zdziwieniu najnowsze tropy zaczynają prowadzić do znanego jej nazwiska, jakim jest... Hunter.

Tak to już jest, gdy ma się kryminalną przeszłość - nie tylko nie można się od niej uwolnić (Matta bezustannie prześladuje widmo młodego chłopaka, który przez przypadek poniósł śmierć, uczestnicząc w bójce z udziałem Huntera), ale też stanowi doskonałą okazję do tego, by wszelkie późniejsze wybryki związane z łamaniem prawa, nawet te niepopełnione przez jej właściciela, są przypisywane właśnie jemu. Bo tak jest łatwiej i wygodniej. W oczach policji, oczywiście. Według niej człowiek, który raz udowodnił, że jest przestępcą, pozostaje nim na zawsze. A pobyt w więzieniu wcale nie pomaga w poprawie jego zachowania, wręcz przeciwnie - uczy go wielu jeszcze gorszych rzeczy. Czytelnik przez cały czas wnikliwie obserwuje Matta. Zdaje sobie sprawę z tego, że kilkuletnia odsiadka rzeczywiście uczyniła go twardym i silnym, ale z drugiej strony widzi, że jest on dobrym człowiekiem (jego życie małżeńskie należy do udanych, ponadto kocha i opiekuje się dwoma synami zmarłego brata), w związku z czym gdzieś tam pojawiają się jakieś podejrzenia, wątpliwości dotyczące tego, czy Hunter aby na pewno nie jest niczemu winien. Do tego jeszcze jego żona. Co ona, do diabła, wyprawia?!

Fabuła "Niewinnego" nasączona jest potężnymi tajemnicami, krąży nad środowiskiem striptizerek, zjawiskami prostytucji i szantażu, nad zabójstwami mającymi miejsce nie tylko w czasach obecnych, ale też dużo bardziej odległych, którymi zaczyna się interesować nawet FBI. Akcja pędzi jak szalona, mimo że część jej elementów składowych to przesłuchania i prywatne rozkminy bohaterów na temat tego, jakie ich życie jest lub nie beznadziejne. Co rusz pojawiają się nowe tropy, ciekawe wskazówki i zaskakujące lub nawet szokujące fakty. Każdy rozdział powieści jest tak sprytnie zakończony pełnym napięcia wydarzeniem, że nie sposób przerwać lektury - koniecznie trzeba dowiedzieć się, co przyniosą kolejne strony. I tak do samego końca. Końca, który zaskakuje wielokrotnie, bo wszelkie namnożone wcześniej wątki właśnie w nim znajdują swe ujście, wyjaśniając większość zagadek.

Od wielu lat jestem zakochana w twórczości Cobena, w jego stylu pisania, który na pierwszy rzut oka niczym szczególnym się nie wyróżnia. Uwielbiam jego pomysły, zarówno na tematy przewodnie kryminałów, jak i kreacje występujących w nim postaci. Umiejętność trzymania czytelnika w napięciu, błyskotliwe dialogi... Będąc tym wszystkim zaślepioną, raczej nie potrafię wskazać negatywnych stron jego książek. Chociaż, w przypadku "Niewinnego", zaliczyłabym do nich nieco denerwującą naiwność Olivii Hunter, która niejednokrotnie sprowadza na nią i jej rodzinę wielkie niebezpieczeństwo.

Po raz pierwszy "Niewinnego" przeczytałam prawie siedem lat temu. Teraz zrobiłam to bodajże trzeci raz, z tym wyjątkiem, że wysłuchałam audiobooka czytanego przez Jacka Rozenka. Na ogół podobało mi się jego operowanie głosem czy nienaganna dykcja, jedyne do czego miałabym małe zastrzeżenie, to niezbyt udana interpretacja wypowiedzi Loren Muse, poprzez którą odniosłam wrażenie, że jest ona taką niewinną, bojaźliwą szarą myszką, podczas gdy tak naprawdę wydaje się twardą, oschłą i zgryźliwą policjantką.

Powieść Harlana Cobena, mimo iż jest dobrym thrillerem, ukazuje - na przykładzie wielu różnych postaci - w jaki sposób trudna przeszłość oddziałuje na człowieka. Wygląda na to, że najlepszym rozwiązaniem na uporanie się z tym ciążącym problemem jest pogodzenie się z nim bez niepotrzebnego roztrząsania tego, co było, gdyż tego typu postępowanie może przynieść nawet katastrofalne skutki. Wygląda też na to, że od przeszłości nie ma ucieczki, chyba że człowiek jest na tyle zdesperowany, odważny bądź tchórzliwy, by odciąć się od świata całkowicie - popełniając samobójstwo.

wtorek, 21 stycznia 2014

"Zagubieni" - S.J. Bolton

Tytuł oryginału: "Like This, For Ever".
Tłumacz: Agnieszka Kabala.
Wydawnictwo: Amber, 2013.
Liczba stron: 400.
Oprawa: miękka ze skrzydełkami.
Rozpoczęcie lektury: 10.01.2014.
Zakończenie lektury: 10.01.2014.
Moja ocena: 8/10.

S.J. (Sharon) Bolton to pochodząca z małego miasteczka Chiltern Hills w hrabstwie Oxfordshire powieściopisarka specjalizująca się w thrillerach. Jest autorką siedmiu książek, z których jedna, "Awakening", zdobyła w 2010 roku nagrodę Mary Higgins Clark.

Od wydarzeń mających miejsce w "Karuzeli samobójczyń" minęło niewiele czasu. Lacey Flint przebywa na zwolnieniu lekarskim i nieobce jej są wizyty u psychologa. Nie może sobie poradzić zarówno z przeszłością, jak i uczuciem, jakie żywi do kolegi po fachu, Marka Joesbury'ego. Jedyną okazją do zaprzestania myślenia o przygnębiających rzeczach jest dla niej najnowsza sprawa, nad którą pracuje londyńska policja. W mieście bowiem grasuje morderca małych chłopców. Ofiary, którym podcina gardła, mają około dziesięciu, dwunastu lat. Nikt nie wie, czy zabija mężczyzna, kobieta, czy może ktoś, kto uważa się za wampira. Mimo kategorycznego zakazu brania udziału w śledztwie, Lacey zostaje w nie wplątana. A wszystko to za sprawą jej jedenastoletniego sąsiada, Barneya Robertsa, inteligentnego chłopca, który wykazuje duże zainteresowanie działalnością tajemniczego zabójcy.

Jak się szybko okazuje, to nie Flint gra pierwsze skrzypce w "Zagubionych" - jest jej tutaj wyjątkowo mało i przeważające sceny z jej udziałem to te związane z wizytami u psychologa (interesujące, tak swoją drogą, bo dzięki nim widać, że Lacey nadal skrywa jakieś sekrety z dawnych lat), z wizytami w więzieniu u bliskiej jej osoby, z którą przyszło jej się zmierzyć w "Ulubionych rzeczach", oraz z niekończącymi się rozterkami miłosnymi dotyczącymi nikogo innego, jak Joesbury'ego. Nie chcę być złośliwa, ale jak tak dalej pójdzie, to sprzątnie go Flint sprzed nosa nawet lesbijka - jej szefowa, Dana, której orientacja seksualna wydaje mi się coraz bardziej podejrzana. Za głównego bohatera powieści można więc uznać wspomnianego wcześniej Barneya. Chłopiec mieszka tylko z zapracowanym ojcem, jego matka odeszła, gdy miał prawie cztery lata (w jaki sposób odeszła? gdzie teraz jest? - zastanawiałam się przez większość czasu spędzonego na czytaniu utworu, praktycznie dopóki nie otrzymałam odpowiedzi), cierpi na zaniki pamięci, a ponadto cechują go niebywała spostrzegawczość i logiczne myślenie, które niejednokrotnie doprowadzają go do snucia niepokojących koncepcji na temat tego, co dzieje się z chłopcami w jego wieku. Barney jest jedną wielką zagadką i wzbudza w czytelniku różne emocje, począwszy od uwielbienia, przez współczucie, aż po strach. To bardzo skomplikowane dziecko, a zarazem najlepsza - jak dla mnie - postać "Zagubionych".

A jeśli chodzi o ogół fabuły książki, no cóż, po raz kolejny muszę się powtórzyć - Bolton jest naprawdę dobra, a w jej głowie rodzi się mnóstwo niebanalnych kryminalno-psychologicznych pomysłów, które z wielkim powodzeniem realizuje. Przeczytałam dopiero trzy książki jej autorstwa (bo dopiero tyle ukazało się w Polsce), a już mogę nazwać się jej fanką. Pisarka nie ma sobie równych. Starannie planuje akcję powieści i wykonuje porządną pracę, zbierając materiały na określony temat, tworząc postaci i ubierając to wszystko w miły dla oka płaszcz sensu i wyrafinowania, aby zaskoczyć czytelnika w ponadprzeciętnym stylu. Autorka posługuje się raczej rzeczowym i oschłym językiem, co potęguje niepokojący, osadzony w zimnym i ponurym Londynie klimat "Zagubionych". W czasie lektury z każdą kolejną stroną rosły moje obawy - nie tylko z powodu zapuszczania się wraz z bohaterami w nieciekawe zakątki miasta i nadrzecznych plaż, ale przede wszystkim bałam się o to, co jeszcze może pokazać wyrachowany morderca małych chłopców. Niewinnych dzieci. Thrillery z udziałem dzieci chyba zawsze wzbudzają większe emocje, prawda?

Niestety, nie udało mi się trafnie wytypować osoby, która stała za tymi wszystkimi zbrodniami. Do samego końca moje myśli podążały niewłaściwymi torami, ale to chyba dobrze - Bolton wie, jak skutecznie wyprowadzić czytelnika w pole, a następnie go zszokować. Odniosłam jednak wrażenie, że w przypadku niektórych postaci autorka ujawniła zbyt mało tropów usprawiedliwiających czy po prostu wyjaśniających ich czyny i zachowania. Dla przykładu, wyglądało to mniej więcej tak, że przez ponad połowę powieści podejrzewałam pewną osobę o maczanie palców w zabójstwach dzieci, aż tu nagle odbyło się policyjne przesłuchanie i bum! - wyszły na jaw takie nieznane mi dotąd fakty z życia tej osoby, które sprawiły, że mordercy musiałam szukać w kimś innym.

Co jeszcze nie do końca spodobało mi się w tej książce, a co nie jest bezpośrednio związane z jej treścią, to to, iż trafił mi się felerny egzemplarz, w którym - mniej więcej w połowie - brakuje kilkunastu stron. Całe szczęście, że miałam pod ręką elektroniczną wersję "Zagubionych" i mogłam kontynuować lekturę bez przerywania jej na dłużej, czego nie potrafiłam sobie nawet wyobrazić. W przypadku tak wciągających kryminałów, jak ten, byłoby to wręcz bolesne. Jeśli chodzi o szatę graficzną utworu, wydawnictwo Amber spełniło moje oczekiwania, ale już do korekty miałabym kilka zastrzeżeń - jak zawsze, niestety.

Uważam, że warto - po uprzedniej lekturze "Ulubionych rzeczy" i "Karuzeli samobójczyń", gdyż wątki historii Lacey Flint przeplatają się i łączą ze sobą w każdej pozycji z jej udziałem - poznać "Zagubionych" S.J. Bolton, ponieważ powieść ta zawiera w sobie ogromne ładunki zarówno sensacji, jak i psychologii. To smutny, a zarazem zapierający dech w piersiach thriller, który doskonale uwidacznia żerowanie mediów na ludzkich tragediach i udowadnia, że przeszłość jest w stanie ukształtować człowieka, a efekty tego mogą być naprawdę różne. Ta trudna, przerażająca bądź traumatyczna może znaleźć ujście w niewłaściwych, a nawet makabrycznych czynach.

Za egzemplarz recenzencki uprzejmie dziękuję portalowi IRKA.
Recenzja napisana dla portalu IRKA.

wtorek, 31 grudnia 2013

"Alex" - Pierre Lemaitre

Tytuł oryginału: "Alex".
Tłumacz: Joanna Polachowska.
Wydawnictwo: Muza, 2013.
Liczba stron: 352.
Oprawa: miękka ze skrzydełkami.
Rozpoczęcie lektury: 05.12.2013.
Zakończenie lektury: 06.12.2013.
Moja ocena: 8/10.

Pierre Lemaitre to urodzony w 1956 roku francuski pisarz i scenarzysta, autor kilku powieści z gatunku thrillera i kryminału. Po zdobyciu wykształcenia w takich dziedzinach naukowych, jak psychologia i edukacja dorosłych - literatura, kultura, komunikacja - w 2006 roku rozpoczął karierę pisarską. Jednym z jego większych dzieł literackich jest "Ślubna suknia", która doczekała się kilku nagród i wyróżnień.

"Alex" to moja druga - po "Ślubnej sukni" właśnie - przygoda z twórczością tego autora. Mimo tego, iż przed jej rozpoczęciem na jednym z portali czytelniczych zapoznałam się ze zbyt wiele zdradzającym opisem fabuły utworu, spotkanie z nim okazało się jak najbardziej udane. To szokujący i nieprzewidywalny thriller, w którym nic nie jest pewne do ostatniej strony, a zło wyrządzane ludziom przez ludzi wylewa się z niego niczym rwąca rzeka.

Już na samym początku czytelnik poznaje tytułową Alex Prévost, piękną trzydziestosześcioletnią kobietę lubiącą zmiany zarówno swojego wyglądu, jak i całego swego życia. Pewnego dnia bohaterka odkrywa, że jest śledzona przez jakiegoś mężczyznę. Trochę później zostaje przez niego brutalnie porwana, wywieziona do nieznanego, opuszczonego magazynu i uwięziona naga w klatce będącej odzwierciedleniem dawnego narzędzia tortur. "To ażurowa skrzynia. Przez dziesięciocentymetrowe szpary między deskami wyraźnie widać, co znajduje się w środku"*. Oprawca kobiety ma zamiar patrzeć na jej powolną śmierć. Dlaczego? Kim jest ów mężczyzna? Dlaczego porwał właśnie Alex? Jakie sekrety skrywa dwójka tych zupełnie różnych od siebie ludzi?

Książka Lemaitre'a składa się z trzech części, a pierwsza z nich skupia się właśnie na osobie Alex jako ofierze, nad którą czyha kat pod postacią wygłodzonych, żądnych jej krwi szczurów. "Powoli, jak osoba budząca się ze śpiączki, powraca do rzeczywistości, jest cała poturbowana jak po wypadku samochodowym. Próbuje zobaczyć, gdzie się znajduje, skrętem bioder przetacza się na plecy, potwornie bolą ją ramiona. Sklejona powieka w końcu się rozchyla, ale siatkówka nie odbiera obrazu. Straciłam oko, stwierdza Alex ze zgrozą. Ale po kilku sekundach dociera do niej zamazany obraz, zda się dobiegający z planety odległej o tysiące lat świetlnych (...) Usiłuje złapać powietrze, usiłuje zrozumieć, analizować. Mimo że jest w tak rozpaczliwym położeniu, stara się choć trochę uspokoić. Zimna krew nie zawsze wystarcza, ale bez niej nie ma się żadnych szans. Próbuje wziąć się w garść, spowolnić bicie serca. Zrozumieć, co ją spotkało, co tutaj robi, dlaczego się tu znalazła. Zastanowić się"**. Zanim sięgnęłam po "Alex", trochę obawiałam się tego, iż powieść będzie niezwykle brutalna, jeśli chodzi o sceny porwania i znęcania się nad główną bohaterką, i trudna do przełknięcia, na szczęście nie okazała się kolejną "Dziewczyną z sąsiedztwa", choć zła, bólu i łez w niej nie brakuje. "Stoją twarzą w twarz; to chwila prawdy. Alex jest tak przerażona na myśl o tym, co może jej zrobić, że nagle chciałaby umrzeć, o nic nie prosić, niech ją teraz od razu zabije. Najbardziej boi się tego czekania, domysłów, w których gubi się jej wyobraźnia, tej myśli, na co jeszcze go stać. Zamyka oczy i widzi własne ciało, jakby już do niej nie należało, ciało leżące dokładnie w tej samej pozycji jak przed chwilą, całe poranione, broczące krwią, cierpiące, tak jakby to nie była już ona, ale jednak wciąż ona. Już się widzi martwą"***.

"Porwanie jest przestępstwem szczególnego rodzaju: odwrotnie niż w przypadku morderstwa, ofiary się nie widzi, trzeba ją sobie wyobrazić"****. Śledztwo w sprawie tego przestępstwa spoczywa na barkach niesubordynowanego inspektora, rysownika porównującego się często do Syzyfa, mierzącego zaledwie sto czterdzieści pięć centymetrów Camille'a Verhoevena, bohatera serii książek Lemaitre'a, który boryka się z prześladującymi go wydarzeniami z przeszłości, mających miejsce najprawdopodobniej w utworze "Travail soigné" w Polsce jeszcze niewydanym. Ten niepozorny policjant jest w rzeczywistości człowiekiem inteligentnym i jedynym w swoim rodzaju, a jego relacje z kolegami po fachu - Louisem i Armandem - są jednym z lepszych elementów powieści.

Thriller Lemaitre'a wciąga od pierwszej strony. Został napisany precyzyjnym, wnikliwym i surowym językiem, pełnym prywatnych wynurzeń bohaterów i zabawnych, sarkastycznych uwag ich dotyczących, dzięki którym od czasu do czasu można odetchnąć od pierwszoplanowych wydarzeń o zabarwieniu czysto makabrycznym. Autor spokojnie - jakkolwiek dziwnie by to nie zabrzmiało - snuje mrożącą krew w żyłach opowieść o porwaniu kobiety i jej ucieczce na wolność, wtrącając gdzieniegdzie wyrażenia skierowane bezpośrednio do czytelnika, czyniąc go w ten sposób pewnego rodzaju wiarygodnym świadkiem tego, co dzieje się z Alex i wokół niej. Na dodatek bez trudu potrafi wyprowadzić czytelnika w pole i niemal dosłownie go zamurować. Ogromnym plusem "Alex" są finałowe sceny przesłuchań - mocne, niezwykle przerażające, okrutne, a zarazem inteligentne. Po ich lekturze odbiorca przez dłuższy czas pozostaje w stanie zawieszenia i uwielbienia dla pisarskich umiejętności Pierre'a Lemaitre'a.

W jego książce zemsta niejedno ma oblicze. Czasami bywa ona niedopracowana, innym znów razem - wręcz wyrafinowana, ale i tak zawsze sprawia, że włos jeży się na głowie. "Alex" to bardzo dobry, dopracowany w każdym calu thriller psychologiczny, w którym dominują ciekawie wykreowane, niebanalne postaci, do których - szczególnie do Alex - stosunek czytelnika ciągle się zmienia, począwszy od współczucia, żalu, przez niepokój, aż po podziw. Naprawdę warto przeczytać.

*s.45
**s.34
***s.36-37
****s.41

Za egzemplarz recenzencki uprzejmie dziękuję portalowi Business & Culture.

środa, 4 grudnia 2013

"Lista marzeń" - Lori Nelson Spielman

Tytuł oryginału: "The Life List".
Tłumacz: Katarzyna Waller-Pach.
Wydawnictwo: Rebis, 2013.
Liczba stron: 416.
Oprawa: miękka ze skrzydełkami.
Rozpoczęcie lektury: 04.11.2013.
Zakończenie lektury: 04.11.2013.
Moja ocena: 8/10.

"Lista marzeń", debiut literacki Lori Nelson Spielman, to urocza opowieść o pewnej kobiecie, która po śmierci matki próbuje na nowo ułożyć swe życie, kierując się wskazówkami zmarłej zawartymi w... listach. Ów wątek z listami momentalnie przypomniał mi inną książkę, a mianowicie "P.S. Kocham Cię" Cecelii Ahern, ale nie powiedziałabym, że oba utwory są do siebie jakoś szczególnie podobne. W "P.S. Kocham Cię" główna bohaterka traci męża, walczy z samotnością, a jednocześnie nie dopuszcza do siebie myśli, że miejsce jej ukochanego mógłby kiedyś zająć ktoś inny. Natomiast Brett Bohlinger z "Listy marzeń", singielka, która niedawno rozstała się z chłopakiem, mimo trzydziestu czterech lat na karku, układa swoje życie od podstaw, dosłownie na każdym polu - zawodowym, a więc i finansowym, uczuciowym i rodzinnym. Dzięki zmarłej matce kobieta zaczyna z mniejszym lub większym powodzeniem spełniać swoje marzenia z dzieciństwa, poprawiając stosunki z członkami rodziny, znajdując dobrą pracę i angażując się uczuciowo w nowo zawarte znajomości i przyjaźnie, które potrafią wycisnąć z czytelnika niejedną łzę lub szeroki uśmiech. Po satysfakcjonującej lekturze stwierdziłam, że powieść Nelson Spielman spodobała mi się dużo bardziej od tej autorstwa Ahern i chętnie obejrzałabym jej ekranizację, gdyby takowa powstała.

Może i w dzieciństwie czy wczesnych latach młodości nie tworzyłam żadnych tytułowych list marzeń czy celów, do jakich chciałam dążyć w przyszłości, tak jak uczyniła to Brett, ale pod kilkoma względami utożsamiałam się z jej postacią i od czasu do czasu trochę zazdrościłam jej może nie nieustającego wręcz pecha, który ją prześladował, ale tego, iż jej życie obfitowało w ciekawe wydarzenia, zaskakujące zbiegi okoliczności i niespodzianki. A najbardziej zazdrościłam jej pracy nauczyciela opartej na nauczaniu indywidualnym, która przeobraziła się w coś ważnego, istotnego, głębszego, stała się pasją bohaterki. O takich możliwościach rozwoju zawodowego w naszym kraju można tylko pomarzyć...

"-Wcale nie potrzebujesz lekarstw, Brett. Potrzebujesz tylko więcej miłości. Nieważne od kogo. To może być ojciec, kochanek czy ktoś inny, może nawet ty sama. To jedna z najbardziej podstawowych ludzkich potrzeb. Uwierz mi, że należysz do tych szczęśliwców, którzy przynajmniej przyznają, że tego potrzebują. Mnóstwo ludzi jest całkowicie zablokowanych. Poszukiwanie miłości budzi wrażliwość. Tylko zdrowi ludzie mogą sobie pozwolić na zachowanie wrażliwości"*. Brett to interesująca, czasem w gorącej wodzie kąpana, czasem roztrzepana, sympatyczna i dobra kobieta, ale zamiast skupić się na własnym szczęściu, dba o szczęście innych, nie zdając sobie sprawy z tego, jak bardzo gubi się w swym życiu i jak przykre mogą być tego konsekwencje. Wszystko to, czego doświadcza w "Liście marzeń" dzięki listom pozostawionym przez matkę, do których na początku podchodziła sceptycznie, pozwala jej na znalezienie swego miejsca w świecie, sensu istnienia, a co za tym idzie, właśnie szczęścia, wartości w postaci odnowionych lub nowo zawartych przyjaźni, uczucia miłości kierowanego do coraz większej liczby osób oraz własnej satysfakcji.

Pozostali bohaterowie "Listy marzeń" to wysyp zróżnicowanych osobowości, które można polubić, zżyć się z nimi lub wręcz przeciwnie - nie polubić i zniechęcić się ich życiowymi postawami. Do tej pierwszej grupy na pewno zaliczyłabym Brada Midara, adwokata rodziny Bohlingerów, zagadkowego mężczyznę, z którym Brett nawiązuje trwałą nić porozumienia, owianego tajemnicami Garretta oraz Johna, ojca głównej bohaterki, z którym wiąże się intrygująca historia sięgająca czasów dzieciństwa kobiety. Z kolei te mniej lubiane przeze mnie postaci to Andrew, były chłopak Bohlinger, typowy facet-świnia, a także jej bracia (szczególnie jeden z nich kilkakrotnie porządnie zalazł mi za skórę i miałam ochotę go rozszarpać) i szwagierki.

Utwór Nelson Spielman to napisana lekkim i przystępnym językiem, niezwykle optymistyczna - choć na przygnębiającym początku na taką się nie zapowiada - wzruszająca i oczyszczająca opowieść, w której dosłownie można zatracić się na parę dobrych godzin. Nie nudzi, a jej fabuła nie należy do infantylnych czy przesłodzonych. Niecały rok wyjęty z życia Brett może i jest po brzegi wypełniony rozmaitymi przygodami, co zakrawa na małą niewiarygodność, ale czytelnik jest nimi zbyt zaabsorbowany, by narzekać na ich ilość. Uwielbiam tego typu książki. Książki obyczajowe, w których bohaterowie stają w obliczu wielkich życiowych zmian, borykają się z problemami natury rodzinnej, stają się lepszymi, bardziej zaangażowanymi w życie osobami, walczą o szczęście oraz miłość. Liczę na to, że Lori Nelson Spielman jeszcze nie raz pozytywnie zaskoczy mnie swoją twórczością. A "Listę marzeń" gorąco polecam - na zimowe przedpołudnia i wieczory jest to lektura jak znalazł.

*s. 261

środa, 13 listopada 2013

"Nikomu ani słowa" - Andrew Klavan

Tytuł oryginału: "Don't Say a Word".
Tłumacz: Jacek Mikołajczyk.
Wydawnictwo: Sonia Draga, 2009.
Liczba stron: 416.
Rozpoczęcie lektury: 22.10.2013.
Zakończenie lektury: 24.10.2013.
Moja ocena: 8/10.

Andrew Klavan to urodzony w 1954 roku amerykański pisarz, autor powieści sensacyjnych, thrillerów psychologicznych i kilku scenariuszy filmowych. Studiował na Uniwersytecie Kalifornijskim w Berkeley, potem pracował w jednej z nowojorskich gazet (jako reporter) oraz w radio WOR i ABC. Pod pseudonimem Keith Peterson napisał pięć książek. Na początku lat dziewięćdziesiątych publikował (i publikuje nadal) powieści już pod własnym nazwiskiem. Dwie z nich, "Nikomu ani słowa" oraz "Prawdziwa zbrodnia", doczekały się bardzo udanych ekranizacji.

Tak się złożyło, że film "Nikomu ani słowa" obejrzałam jakieś kilka, a może nawet kilkanaście lat temu i zrobił on wtedy na mnie duże wrażenie. Gdzieś tak w zeszłym roku odkryłam, że powstał on na podstawie powieści - zdecydowałam, iż muszę ją przeczytać, tym bardziej że fabuła ekranizacji zdążyła już wyparować z mojej głowy. Pamiętałam tylko wątek szpitala psychiatrycznego, no i pierwszoplanowych aktorów: Michaela Douglasa oraz Brittany Murphy. To zadziałało teraz na moją korzyść - mogłam wyobrazić sobie wygląd Nathana Conrada i Elizabeth Burrows, a także raz jeszcze zostać niejednokrotnie zaskoczoną, czytając książkę Klavana. Bo to dobra książka. Nawet bardzo.

Zaczyna się całkiem niewinnie. Chociaż, powinnam napisać, że wręcz przeciwnie - bardzo źle. Mężczyzna zwany Jajem i jego wspólnik, Maxwell, z jakiegoś powodu mordują Bogu ducha winną kobietę. Chwilę później akcja zaczyna krążyć nad spokojną rodziną Conradów z Upper West Side: psychoanalityka, doktora Nathana Conrada, jego uroczą żoną, Agathą, i ich pięcioletnią córeczką, Jessicą. Na prośbę "sił wyższych" Nathan decyduje się przyjrzeć nowej pacjentce szpitala psychiatrycznego, osiemnastoletniej Elizabeth Burrows, u której zdiagnozowano schizofrenię paranoidalną i która podobno zabiła człowieka, podcinając mu gardło i tnąc go na kawałki. Z dziewczyny trudno cokolwiek wyciągnąć. Ale zafascynowany jej osobą oraz przypadkiem Conrad nie daje za wygraną. Nieco później jednak jego życie wywraca się do góry nogami - Jessica zostaje porwana, a on sam odbiera anonimową groźbę telefoniczną, która zdaje się mieć związek nie tylko z jego córką, lecz również z... Elizabeth Burrows.

Nie ma to jak "stary", dobry amerykański thriller! W tym całym ferworze związanym z kryminałami skandynawskimi nawet nie zdawałam sobie sprawy z tego, jak bardzo tęskniłam za powrotem - choć chwilowym - do sensacyjnej literatury amerykańskiej. "Nikomu ani słowa" to nie do końca tradycyjny utwór z nieznanym sprawcą, którego czytelnik wraz z głównym bohaterem usilnie poszukuje, bo od samego początku wiadomo, kim jest, a właściwie kim są czarne charaktery powieści. Ale to żaden minus - książka bowiem obfituje w wiele innych zagadek. Nie wiadomo tak naprawdę, kim jest Elizabeth, czy rzeczywiście choruje, czy kogoś zabiła, czego chcą od niej porywacze małej Jessiki i w jaki sposób przecięły się ich drogi z drogą nastoletniej dziewczyny. Aby wyjaśnić to i owo, Klavan sięga po niepokojące wydarzenia z przeszłości poszczególnych postaci, które z biegiem czasu zazębiają się ze sobą i tworzą logiczną całość. Mimo zaskakujących od czasu do czasu momentów, akcja toczy się całkiem spokojnie, choć pod olbrzymim napięciem. Pisarz dozuje istotne informacje i szczegółowo przygląda się każdej podejrzanej sprawie. Każdy kolejny rozdział jego kryminału jest coraz bardziej intrygujący. Mimo że byłam trochę śpiąca w czasie jego lektury, nie mogłam się od niej oderwać - niczym zafascynowany robot pochłaniałam jedną stronę po drugiej.

Co bardzo ważne, czytelnik ma tutaj do czynienia ze świetnie wykreowanymi postaciami. Na szczególną uwagę zasługują: Nathan Conrad - zmęczony pracą, nieco schorowany ojciec pięcioletniej dziewczynki, którą kocha bezgranicznie i ponad wszystko, o czym można się przekonać zwłaszcza pod koniec thrillera "Nikomu ani słowa"; Elizabeth Burrows - jedna wielka tajemnicza do odkrycia, którą bardzo, ale to bardzo pragnęłam poznać, dlatego kiedy było już prawie "po wszystkim", rozczarował mnie fakt, iż końcowe sceny utworu skupiają się tylko i wyłącznie na Nathanie i jego córce, a tak interesująca bohaterka, jak Elizabeth, zostaje nagle zepchnięta na boczny tor; ponadto D'Annunzio - detektyw prowadzący śledztwo w sprawie uprowadzenia Jessiki. Ten człowiek jest tak wyrazisty, że aż "czułam" go, czytając książkę. Czytelnicy dobrze ją znający zapewne będą kojarzyć, co mam na myśli, pisząc w ten sposób o tym detektywie, natomiast, ci którzy jej nie znają, być może przekonają się o tym później, gdy zdecydują się po nią sięgnąć.

Żeby nie było tak całkiem pozytywnie w niniejszej opinii, muszę wspomnieć o paru wątpliwościach, jakie dopadły mnie, gdy czytałam utwór Klavana. Po pierwsze, odniosłam wrażenie, że jak na pięciolatkę, Jessica odznacza się zbyt wysoką inteligencją i sprytem - jest to szczególnie widocznie podczas jej próby ucieczki z rąk porywaczy. Po drugie, zakończenie kryminału - nie przekonało mnie pokierowanie losami bohaterów w taki, a nie inny sposób. Moim zdaniem autor trochę się zagalopował i sprawił, że ostatnie rozdziały powieści zyskały mało rzeczywisty wymiar.

Generalnie jednak książka "Nikomu ani słowa" jest bardzo dobra, dlatego też postawiłam jej dość wysoką notę. Ogromne napięcie, mnóstwo tajemnic, niebanalne postaci oraz wątki z psychicznie chorymi osobami to coś, co uwielbiam w thrillerach. Andrew Klavan potrafi zaniepokoić odbiorcę, namieszać mu w głowie, a jednocześnie zaintrygować go do tego stopnia, by wręcz niemożliwe było przerwanie przez niego lektury. Myślę, że to warta uwagi pozycja - dla miłośników sensacji jak znalazł.

Książka przeczytana w ramach Wyzwania z Półki.

sobota, 21 września 2013

"Śmiertelnie poważna sprawa" - Ryszard Ćwirlej

Wydawnictwo: Zysk i S-ka, 2013.
Liczba stron: 472.
Oprawa: miękka ze skrzydełkami.
Rozpoczęcie lektury: 23.04.2013.
Zakończenie lektury: 24.04.2013.
Moja ocena: 8/10.

Ryszard Ćwirlej to urodzony w 1964 roku pisarz i dziennikarz telewizyjny. Absolwent socjologii na Uniwersytecie Śląskim w Katowicach, w latach dziewięćdziesiątych pracował w tamtejszym oddziale TVP, natomiast w okresie 1997-2010 - w TVP Poznań. Był reporterem, wydawcą, producentem, a później szefem redakcji "Teleskopu". Od 2011 roku pełni funkcję Zastępcy Redaktora Naczelnego w poznańskim Radiu Merkury. Z jego dzieł pisanych najbardziej znany jest cykl książek o milicjantach z Poznania, których akcja toczy się w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku.

Kryminał osadzony w czasach dla mnie nieco odległych - kilka lat przed moimi narodzinami - był dla mnie czymś zupełnie nowym, na swój sposób "świeżym" wśród współczesnych powieści sensacyjnych, jakie zazwyczaj czytuję. Ale nie miałam żadnych oporów przez sięgnięciem po "Śmiertelnie poważną sprawę", gdyż na pierwszy plan wysunęła się tutaj moja wielka ciekawość. Pomyślałam sobie, że czemu nie, chętnie poznam trochę szerzej uroki PRL-owskiej rzeczywistości, którą dotąd kojarzyłam głównie z opowieści rodziców, co ważniejsze - rzeczywistości ulokowanej w okolicach mojego obecnego miejsca zamieszkania. Akcję tej książki bowiem Ćwirlej osadził w Poznaniu i Grodzisku Wielkopolskim, a mniej więcej w połowie drogi pomiędzy tymi miastami leży Stęszew, w którym mieszka moja skromna osoba.

Grodzisk Wielkopolski, wiosna 1983 roku. Dość sponiewierane ciało martwej nastoletniej Andżeliki zostaje znalezione przy jednej z miejscowych dróg. Śledztwo w sprawie tego morderstwa spada na niedoświadczonego podporucznika Andrzeja Wieczerzaka. Kiedy władze dochodzą do wniosku, że dziewczyna nie tylko została potrącona przez malucha w kolorze yellow bahama, gdy jechała na rowerze, ale też była torturowana, a pierwszy podejrzany o dokonanie powyższych zbrodni osobnik zaczyna być z każdym kolejnym dniem coraz mniej podejrzany, do sprawy przyłącza się Komenda Wojewódzka Milicji Obywatelskiej z Poznania z chorążym Teofilem Olkiewiczem i podporucznikiem Mirosławem Brodziakiem na czele. Wykonywane przez nich obowiązki są jednak dalekie od ideału i nieźle mieszają w życiu mieszkańców spokojnego dotąd Grodziska Wielkopolskiego, zwłaszcza tych wysoko postawionych...

Pragnę od razu zaznaczyć, że czytelnik liczący na obecny na każdej stronie powieści rozlew krwi i ogrom brutalności może zawieść się na "Śmiertelnie poważnej sprawie". Kryminał ten znacznie odbiega od tych współczesnych, nasączonych psychologicznymi pobudkami morderców i wyszukanymi metodami zabijania, skupia się bowiem na nieudolności pracy milicjantów, różnego rodzaju machlojkach nie tylko wśród przestępców wszelkiej maści, ale i ważnych person, nieugiętej władzy Służby Bezpieczeństwa, a także, co chyba najbardziej cieszy oko, na urokach PRL-owskiego życia. Język, jakim została napisana książka, jest swobodny i naszpikowany sprawiającą uciechę poznańską gwarą, w której można znaleźć takie perełki słowne, jak szczony, szuszfole, szkieły i kufajki.

Czytając ten utwór, nie mogłam się nadziwić, że powstał on w czasach współczesnych, a nie trzydzieści lat temu - tak dobrze Ćwirlej odzwierciedlił ówczesne realia. Realia, w których po żywność "na kartki" stało się godzinami w kolejkach przed sklepami, realia, w których polonez był uważany za superfurę, a milicjanci nie wylewali za kołnierz, zwłaszcza będąc na służbie. Pisarz umieścił akcję "Śmiertelnie poważnej sprawy" w dokładnie określonym czasie - na przełomie maja i czerwca 1983 roku, przywołując dodające wiarygodności powieści wydarzenie, jakim była druga pielgrzymka do Polski Jana Pawła II w dniach 16-23 czerwca, w tym 20 czerwca wizyta papieża w Poznaniu. Każdy rozdział kryminału został poprzedzony datą, dniem tygodnia i podzielony na godziny, w których ma miejsce opisana akcja. Widać, że autor przywiązał dużą wagę do powiązania fikcji literackiej z wydarzeniami, jakie miały miejsce naprawdę, ale popełnił mały błąd przy opatrywaniu nazwami dni tygodnia kilku majowych dat, podczas gdy te czerwcowe zostały uporządkowane już właściwie - według roku 1983.

Podsumowując, uważam, że "Śmiertelnie poważna sprawa" jest pozycją wartą przeczytania. Mimo iż jest dość obszerna, a milicyjne śledztwo mozolnie rozciąga się w czasie, rekompensują to budzące zarówno śmiech, jak i politowanie kreacje bohaterów, oraz ich gapiowate, a zarazem niepozbawione pomysłowości i sprytu zachowania. Nie jest też istotnym fakt, iż dość szybko można domyślić się, kto dopuścił się potwornych czynów wobec Bogu ducha winnej Andżeliki - przynajmniej ja bez większych problemów wytypowałam właściwego człowieka - bo książkę czyta się rewelacyjnie, chce się jeszcze i jeszcze. Ryszard Ćwirlej wykonał naprawdę dobrą robotę, powołując do życia ów kryminał. Zaciekawiła mnie jego twórczość i mam nadzieję, że "Śmiertelnie poważna sprawa" nie była moim pierwszym i ostatnim spotkaniem z nią. Gorąco polecam.

Za egzemplarz recenzencki uprzejmie dziękuję wydawnictwu Zysk i S-ka.
Recenzja napisana dla portalu IRKA.

sobota, 27 kwietnia 2013

"Prędkość" - Dean Koontz

Tytuł oryginału: "Velocity".
Tłumacz: Andrzej Szulc.
Wydawnictwo: Albatros, 2007.
Liczba stron: 400.
Wydawnictwo: Albatros, 2013.
Czas trwania: 13h 36min 14s.
Lektor: Wiktor Zborowski.
Rozpoczęcie lektury: 05.04.2013.
Zakończenie lektury: 12.04.2013.
Moja ocena: 8/10.

Dean Koontz należy do najbardziej poczytnych amerykańskich mistrzów fikcji literackiej. Jego utwory to przeważnie pełne grozy i elementów science-fiction horrory i thrillery, dlatego często porównuje się je do powieści Stephena Kinga czy Harlana Cobena. Ich liczba sięgnęła już kilkudziesięciu i nadal rośnie. Wiele z nich doczekało się swego odpowiednika na wielkim ekranie.

"Prędkość" to jeden z nowszych utworów Koontza, bo pochodzący z 2005 roku, w dodatku jest to thriller, nie horror. Miałam okazję przeczytać go wcześniej - ponad dwa lata temu - i już wtedy wywarł on na mnie duże wrażenie. Pomyślałam sobie wówczas, że jeśli inne thrillery tego autora są równie dobre, będę mogła porzucić czytanie horrorów, za którymi nie przepadam, właśnie na korzyść tych pierwszych. Ale okazja do tego się nie nadarzyła. Do tej pory zdołałam zapoznać się z zaledwie jeszcze jednym thrillerem, o zabarwieniu fantastycznym, czyli "Aniołem stróżem", no a poza nim powieściami grozy, takimi jak "Oczy ciemności", "Złe miejsce" i "Smocze łzy". Po "Prędkość" tym razem sięgnęłam całkiem spontanicznie, gdy w moje ręce trafił audiobook czytany przez Wiktora Zborowskiego, którego głosu miałam już okazję posłuchać, chociażby w przypadku audioksiążki "Ciało" Tess Gerritsen. Praktycznie nie mam Zborowskiemu nic do zarzucenia poza tym, że mógłby on czytać tekst trochę szybciej, ale to, oczywiście, drobiazg. Czas na słuchaniu tego utworu Koontza spędziłam bardzo miło, a i dreszczyku emocji w tym wszystkim nie zabrakło, w końcu niewiele pamiętałam z fabuły "Prędkości", odkąd przeczytałam ją po raz pierwszy.

A tyczy się ona pewnego nieszczęśnika, Billy'ego Wilesa, niedoszłego pisarza pracującego jako barman. Dlaczego nieszczęśnika? Otóż o jego życiu nie da się powiedzieć, że jest idealne, szczęśliwe czy przyjemne. Już w dzieciństwie nie było ono łatwe, ale teraz, w okresie średniej dorosłości, dosłownie wszystko zaczyna się sypać. Po zakończeniu pracy pewnego dnia Billy znajduje za wycieraczką własnego samochodu liścik. Jego treść jest nieco niepokojąca, ale mężczyzna, za radą kolegi policjanta, bierze ją za głupi żart - bo kto przecież i dlaczego kazałby mu wybierać pomiędzy śmiercią ładnej jasnowłosej nauczycielki i staruszki zajmującej się działalnością charytatywną? Wkrótce jednak okazuje się, że popełnił błąd - nauczycielka zostaje znaleziona martwa. Czy tego chce, czy nie, Billy musi uwierzyć w to, co dzieje się naprawdę, i stawić czoła tajemniczemu szaleńcowi, który z jakiegoś - tylko jakiego? - powodu wciąga bohatera w misternie zaplanowaną, śmiertelną grę. Na jednym liście bowiem się nie kończy. Na domiar złego w niebezpieczeństwie znajduje się nie tylko sam Wiles, lecz również jego bliscy...

Uważam, że "Prędkość" ma w sobie wszystko to, co składa się na bardzo dobrą, wartą uwagi powieść sensacyjną - pomysłowo i porządnie skonstruowaną fabułę opierającą się na niebanalnym wątku głównym i rewelacyjnych wątkach pobocznych, nie do zastąpienia bohaterów - tego dobrego, Billy'ego, który próbuje walczyć z niesprawiedliwością losu, no i złego - totalnego psychopatę, którego tożsamość czytelnik poznaje dopiero pod koniec utworu, przeogromną dawkę budzącej grozę, niepewność i niedowierzanie akcji, no i zaskakujące zakończenie. Osoba czytająca tę książkę niemalże nie może sobie pozwolić na chwilę wytchnienia, podobnie jak główny bohater, który znajduje się w beznadziejnej sytuacji, a jego próby pokrzyżowania planów mordercy spełzają na niczym, ba, czasem ma się wrażenie, że przynoszą więcej szkody niż pożytku. Psychopata, zwany przez Wilesa Świrem, to przerażająco genialny człowiek. Czytelnik wraz z Billym pędzi na łeb i szyję, bezustannie zastanawiając się, o co tak naprawdę w tej szalonej grze chodzi, jaki jest jej sens i cel. W najistotniejszych momentach zadaje sobie pytania typu "co ja bym zrobił na miejscu Billy'ego?", ale niełatwo jest znaleźć na nie odpowiedzi.

A Ty? Co byś zrobił/a, gdybyś znalazł/a anonimowy list, w którym ktoś poprosiłby Cię o wskazanie jednej z dwóch osób, która ma zginąć, najprawdopodobniej z rąk nadawcy owego listu? Kontaktując się z policją, wskazujesz na pierwszą z tych osób, a nie reagując wcale - na drugą. Jak widać, masz wybór, ale żadna opcja nie będzie tą lepszą czy właściwszą. Nawet przez nicnierobienie dokonasz wyboru, choć może Ci się wydawać, że tak nie należałoby tego rozumieć. Wiadomo, życie każdego człowieka składa się z podejmowania decyzji, zarówno tych dobrych, jak i złych, ale Billy Wiles, będąc jeszcze dzieckiem, już musiał dokonywać takich wyborów, od których nawet dorośli, najbardziej doświadczone przez życie osoby wolałyby uciec, gdzie pieprz rośnie. Problemy z rodzicami, potem narzeczoną, no i nieugiętym i bezlitosnym prześladowcą sprawiły i sprawiają nadal, iż mężczyzna doskonale zdaje sobie sprawę ze znaczenia słowa "walka". Wie, co to znaczy walczyć o przetrwanie, walczyć o własne albo czyjeś życie. Wie też, że ma dla kogo żyć i walczyć i to chyba najbardziej czyni go tak wytrwałym człowiekiem. Portret psychologiczny Wilesa jest niezwykle interesujący. Odbiorca poznaje jego najskrytsze myśli i jest świadkiem wielkich przeobrażeń i zmian, jakie zachodzą w jego charakterze i filozofii życiowej. To pod pewnymi względami profesjonalista działający z zimną krwią. Billy'emu się kibicuje i życzy pomyślnego rozwiązania sprawy. Billy'ego się podziwia.

Czego już nie można napisać o bezwzględnym Świrze, autorze niepozornych liścików, zabójcy tak sprytnym i przebiegłym, że żadne słowa nie są w stanie tego opisać. Jest jeszcze kilka określeń, które nasuwają mi się na myśl, gdy chcę scharakteryzować tę postać i jej wymyślne poczynania, ale nie przytoczę ich tutaj, bo mogłyby one szybciej nakierować czytelnika w trakcie lektury na trop identyfikujący ją. Ale jedno jest pewne - przedwczesne odgadnięcie tożsamości mordercy nie należy do łatwych. Koontz zwodzi, manipuluje, przekonuje i nieźle miesza w głowie. W dodatku wprowadza do powieści intrygujące wątki poboczne, takie jak znajomość Billy'ego z koleżanką z pracy, która ma bzika na punkcie wróżb i przepowiedni, a także jego wielka miłość do prawie że nieosiągalnej kobiety, które urzekają swoją tajemniczością i lekko niepokojącą magią. I jak tu nie zachwycać się całokształtem utworu?

"Prędkość" to rewelacyjny thriller, który niejednokrotnie potrafi dosłownie zatkać czytelnika - czy to z wrażenia, czy też może przerażenia. Dla miłośników trzymających w napięciu książek akcji pozycja Deana Koontza jest jak znalazł. Zachęcam do jej lektury bardzo gorąco. Naprawdę warto.

Książka przeczytana w ramach Wyzwania z Półki.

wtorek, 23 kwietnia 2013

"Sztuka uprawiania róż z kolcami" - Margaret Dilloway

Tytuł oryginału: "The Care and Handling of Roses with Thorns".
Tłumacz: Anna Jędrzejczyk.
Wydawnictwo: M, 2013.
Liczba stron: 440.
Oprawa: miękka.
Rozpoczęcie lektury: 01.04.2013.
Zakończenie lektury: 05.04.2013.
Moja ocena: 8/10.

Raczej rzadko zdarza mi się natknąć na książkę, która pochłonie mnie bez reszty, zauroczy swoją oryginalnością, a na dodatek wzruszy i zapadnie głęboko w mej pamięci. Cieszę się zatem, że "Sztuka uprawiania róż z kolcami" Margaret Dilloway jest właśnie takim utworem. Cieszę się przeogromnie. Sięgając po niego, nie wiedziałam dokładnie, czego się po nim spodziewać. Oklepanej historii o odbudowywaniu więzi rodzinnych? Nie do zniesienia, zgorzkniałej głównej bohaterki? A może jakiegoś tandetnego romansu gdzieś pomiędzy? Żeby w miarę właściwie opisać fabułę, z pierwszego pytania usuwam słowo "oklepanej", z drugiego "nie do zniesienia", a z trzeciego "tandetnego". W ten sposób powstaje opowieść o odbudowywaniu więzi rodzinnych z nutką romansu w tle, z nieco zgorzkniałą bohaterką w roli głównej. Dodam jeszcze, że całość otoczona jest pięknymi różami (nie tylko w postaci okładki), ciepłem i swoistego rodzaju mądrością. Nie pozostaje więc nic innego, jak tylko zagłębić się w jej lekturze.

Galilee Garner, w skrócie Gal, to nauczycielka biologii w prywatnej szkole katolickiej w Kalifornii. Całe życie choruje na nerki, od ośmiu lat jest dializowana i obecnie wyczekuje dawcy tych jakże cennych organów. Co jeszcze wyróżnia tę ponadtrzydziestopięcioletnią kobietę, to jej hobby - uprawa i hodowla rozmaitych i wymyślnych gatunków róż, które w przyszłości mogą przyczynić się nawet do zwycięstwa Gal w zawodach różanych hodowców. Raczej samotne i mało urozmaicone życie bohaterki zostaje nagle zaburzone, gdy na progu jej domu ląduje jej nastoletnia siostrzenica, Riley, którą matka musiała na kilka miesięcy opuścić z powodu pracy za granicą. Dla Garner, która od zawsze nie potrafi dogadać się z własną siostrą i która nie ma pojęcia o rodzicielskim wychowywaniu dzieci, musi stawić czoła nowemu doświadczeniu i spróbować dogadać się z zamkniętą w sobie, sprawiającą problemy, ale i pragnącą ciepła i miłości Riley. Tylko czy ta kobieta - na ogół mało sympatyczna, nieco zarozumiała, dla której wszyscy wokół wydają się wrogami, nawet ona sama dla siebie - będzie potrafiła wykrzesać z siebie choć odrobinę pozytywnych uczuć? Szybko okazuje się, że osoba Riley, mimo licznych niedoskonałości charakteru, ma dobry wpływ na Gal, podobnie jak nowy nauczyciel chemii, który podejmuje pracę w szkole, w której naucza główna bohaterka...

Wątek związany z różami w książce Dilloway jest bardzo rozbudowany. Nic dziwnego - te kwiaty są przecież ogromną, życiową pasją Gal. W tekście, co kilka rozdziałów, pojawiają się nawet fragmenty "Wielkiego poradnika hodowli róż" Winslowa Blythe'a, odpowiednie na dany miesiąc, w którym toczy się akcja, ale mnie one zupełnie nie drażniły, wręcz przeciwnie, wzbudzały ciekawość. Autorka skupia się na okresie od marca do listopada jednego roku. Narratorka, sama Garner, wypowiada się w czasie teraźniejszym, który ani troszeczkę nie przeszkadza w odbiorze utworu. Język jest prosty, ale ładny, płynny i grzeczny. Powieść czyta się po prostu świetnie.

Istotą "Sztuki uprawiania róż z kolcami" jest postać Galilee. Ona sama przypomina jedną z tytułowych róż, która na każdym kroku zamiast ukazywać swe wewnętrzne piękno, wystawia na wszystko i wszystkich groźne kolce. Bohaterka nie potrafi się przełamać i dopuścić do siebie ludzi, którym na niej zależy i którzy ją kochają. Wszędzie wywącha jakiś spisek, jest przekonana, że jej bliscy i znajomi albo są nastawieni przeciwko niej, albo nie przejmują się w ogóle jej losem, albo, co jest jeszcze bardziej denerwujące, współczują jej całej tej sytuacji z chorobą. Jakby tego było mało, Gal to niezwykle pewna siebie kobieta. Z jednej strony byłam pod wrażeniem jej osobowości i zachowania, ale z drugiej strony dawała się we znaki jej zarozumiałość, której już nie pochwalałam. Całe szczęście, że w ciągu tych niespełna dziewięciu miesięcy w bohaterce dokonuje się wielka przemiana - z osoby chłodnej w ciepłą, przyjacielską i odpowiedzialną. Można zauważyć wówczas, że Garner ma w sobie gdzieś głęboko schowane pokłady sympatii, miłości, konsekwencji i siły, które pod wpływem zaskakujących, zarówno zabawnych, jak i wzruszających zdarzeń, stopniowo odkrywa. To w rzeczywistości bardzo mądra i twarda kobieta.

Dilloway w ciekawy i przemyślany sposób "naprawia" charakter Gal. Jej życie z dnia na dzień przeobraża się w jeden wielki chaos, ale niepozbawiony przyjemności i radości, do których można zaliczyć chociażby wspólne wypady z Riley na wystawy i zawody dla hodowców róż czy przyjaźń z nauczycielem chemii, Georgem Mortonem. Ogromnie spodobały mi się jej relacje z buntowniczą siostrzenicą. Ich powolna, naznaczona kłopotami, cierpieniem i tęsknotą zmiana na lepsze jest po prostu piękna. Od samego początku w głębi serca wierzyłam, że ona nastąpi i wywoła we mnie łzy szczęścia i radości. Ale chyba najbardziej wzruszyła mnie znajomość Galilee z Waltersem, pozornie irytującym mężczyzną, który, chcąc nie chcąc, zajmuje kobiecie jej miejsce w kolejce po nerkę. Żeby nie przytaczać tutaj szczegółów, wspomnę tak ogólnikowo o jednym z wątków, który rozłożył mnie na łopatki, mianowicie mam na myśli sytuację, w której jest mowa o pingwinie i Antarktydzie. Myślę, że gdy natkniesz się właśnie na ten element fabuły, drogi czytelniku, zrozumiesz, dlaczego wywarł on na mnie tak ogromne wrażenie. Pamiętam, że płakałam wtedy jak małe dziecko...

Jestem niezmiernie wdzięczna Margaret Dilloway za to, że nie uczyniła ze swej książki przesłodzonej historii, lecz niebanalną, taką prawdziwą i bliską sercu powieść obyczajową, która zmusza do refleksji - czy to nad życiem w zdrowiu, czy w chorobie. "Sztuka uprawiania róż z kolcami" to fantastyczna lektura traktująca o problemach rodzinnych i miłosnych, o codziennych perypetiach nauczycieli i dorastających uczniów, ale przede wszystkim o poszukiwaniu szczęścia, ciepła oraz o wierze w siebie i własne możliwości. Nie zaniedbujmy samych siebie, a przy tym nie zapominajmy o osobach, które są dla nas ważne. Czasem trzeba dać coś od siebie, a nie tylko brać od innych. To znakomita, pouczająca, niosąca nadzieję i przesłanie opowieść. Gorąco polecam.

Za egzemplarz recenzencki uprzejmie dziękuję wydawnictwu M.
Recenzja napisana dla portalu IRKA.

niedziela, 21 kwietnia 2013

"Zapomnij, patrząc na słońce" - Katarzyna Mlek

Wydawnictwo: Oficynka, 2013.
Liczba stron: 256.
Oprawa: miękka.
Rozpoczęcie lektury: 30.03.2013.
Zakończenie lektury: 31.03.2013.
Moja ocena: 8/10.

Złe sny miewa chyba każdy. Niejednokrotnie przecież budziliśmy się w środku nocy z krzykiem, przerażeniem lub nawet płaczem, zlani potem, z szalenie bijącym sercem, które uspokajało się dopiero po dłuższej chwili, gdy zyskiwaliśmy pewność, że nic złego nie zagrażało nam lub naszym bliskim w rzeczywistości, że zły sen był tylko złym snem. Ale w przypadku siedmioletniej Hanki, głównej bohaterki książki Katarzyny Mlek, "Zapomnij, patrząc na słońce", koszmary przybierają zupełnie inny, przerażająco realistyczny wymiar. Dziewczynka uczestniczy w nich bardzo świadomie, a wszystko to za sprawą odwiedzającego ją w tych właśnie snach gadającego kruka. W mitologii kruka uważano za ptaka śmierci. Jeśli wierzyć sennikom, jego pojawienie się we śnie zwiastuje nieszczęście lub niebezpieczeństwo. I takie też skojarzenia nasuwają się, gdy chce się pokrótce opisać życie Hanki i jej bliskich. Dziewczynka wychowuje się w biednej śląskiej rodzinie. Mieszka z kochającym ojcem, Januszem, i okropną, nieczułą, ubolewającą nad swym losem matką, Sabiną. Hanka, nie dość, że na co dzień musi znosić słowną i fizyczną przemoc zadawaną jej ze strony rodzicielki, to na dodatek jest wykorzystywana psychicznie przez kruka, który ilekroć przylatuje do niej we śnie, zabiera ją w nieznane miejsca i ukazuje okrutne sceny, często związane ze śmiercią jakichś ludzi. Gdy na świat przychodzi Bartek, drugie niechciane dziecko Sabiny, życie jej i jej krewnych wywraca się do góry nogami na dobre. Wszelkie więzi pomiędzy poszczególnymi członkami rodziny Borowskich zaczynają tracić na wartości, a tajemnicze ptaszysko z koszmarów obiera sobie na cel kolejną ofiarę losu...

Kiedy w nowościach Oficynki ujrzałam piękną, a zarazem przerażającą okładkę książki "Zapomnij, patrząc na słońce", a następnie zapoznałam się z jej opisem, od razu postanowiłam sobie, że muszę ją przeczytać. Instynktownie czułam, że będzie to znakomita powieść psychologiczna i nie myliłam się. Wątki społeczno-obyczajowe i psychologiczne autorka w lekki sposób łączy tutaj z elementami thrillera, stwierdziłabym nawet, że horroru. Utwór świeci niepokojącym blaskiem smutku, strachu i cierpienia. Zaskakuje, od czasu do czasu także szokuje i sprawia, że czytelnik musi na chwilę przerwać lekturę i przetrawić sobie to, co przed kilkoma minutami czy sekundami przeczytał, przyswoić sobie to i dopuścić do świadomości, bo nie zawsze łatwo tego dokonać. To taka trochę niepozorna książka - niezbyt obszerna, ale kipiąca od nietuzinkowych wydarzeń, emocji i napięcia.

W niedługich rozdziałach Mlek naprzemiennie obrazuje poczynania i, co chyba ważniejsze, przemyślenia Hanki, Janusza i Sabiny. Dzięki temu odbiorca ma okazję przyjrzeć się bliżej tym postaciom, ich charakterom, dowiedzieć się, kto jest dobry, a kto zły, kto uczciwy, pełen troski, a kto kompletnie zagubiony, samotny i cierpiący. Akcja książki toczy się na przełomie bodajże kilkunastu lat. Hanka dorasta, ale jej życie nie jest usłane różami. Pomijając niektóre jego aspekty, można napisać, że jest ono pasmem wielkich wręcz nieszczęść. Kruk bowiem jej nie opuszcza, wymagając od niej coraz większego zaangażowania w przeciwdziałanie niebezpieczeństwom, jakich dziewczyna jest świadkiem we wstrząsających snach. Ich absurdalność jest tylko pozorna.

"Zapomnij, patrząc na słońce" to takie "Oszukać przeznaczenie" osadzone w polskich realiach. Jednym z faktów dotyczących tej powieści, który mnie zaskoczył, jest ten, iż Mlek, przedstawiając niektóre tragiczne wydarzenia, z jakimi musiała się zmierzyć główna bohaterka, inspirowała się prawdziwymi wypadkami i katastrofami, jakie miały miejsce na przełomie kilku ostatnich lat w Polsce i za granicą, i o których było bardzo głośno, chociażby w telewizji. Myślę, że większość czytelników będzie potrafiła sobie skojarzyć to i owo, nie będę więc przytaczać tutaj konkretnych przykładów, by nie zdradzić zbyt wiele.

"Zapomnij, patrząc na słońce" to rewelacyjna, z całą pewnością niebanalna i wciągająca lektura. Tak jak wspomniałam już wcześniej, nie należy do tych łatwych w odbiorze ze względu na szokujące, a także smutne portrety psychologiczne bohaterów oraz obszerny obraz tragizmu ludzkiego losu, ale mimo tego chce się w nią brnąć dalej i dalej. Odnoszę jednak wrażenie, że im bliżej końca utworu, tym prędzej i pobieżniej toczy się akcja, jakby autorka, z powodu braku pomysłów na jej rozwinięcie, chciała jak najszybciej postawić czytelnika przed zakończeniem. To trochę wpłynęło na moją ostateczną ocenę książki, ale, jak widać, naprawdę nie jakoś przesadnie mocno. Na koniec pragnę jeszcze dodać, że powieść Katarzyny Mlek byłaby dobrym materiałem na scenariusz filmowy. Myślę, że film powstały na jej podstawie mógłby jeszcze dogłębniej i brutalniej pokazać realia biednych i patologicznych polskich rodzin, nie wspominając już o katastroficznych scenach rodem z thrillera lub horroru, które na pewno szokowałyby i poruszały odbiorcę. Ale to tylko moje spostrzeżenia i przypuszczenia - pomarzyć przecież można, prawda? Póki co, gorąco zachęcam do przeczytania książki - naprawdę warto.

Za egzemplarz recenzencki uprzejmie dziękuję wydawnictwu Oficynka.
Recenzja napisana dla portalu IRKA.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...