Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jodi Picoult. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jodi Picoult. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 27 maja 2012

"Linia życia" - Jodi Picoult

Wydawnictwo: Prószyński i S-ka, 2011.
Liczba stron: 544.
Oprawa: miękka.
Rozpoczęcie lektury: 23.05.2012.
Zakończenie lektury: 26.05.2012.
Moja ocena: 7/10.

Jodi Picoult to amerykańska powieściopisarka, autorka kilkunastu bestsellerów, przetłumaczonych na wiele języków, których łączny nakład na świecie przekroczył już czternaście milionów egzemplarzy. Za całokształt twórczości otrzymała w 2003 roku nagrodę New England Book. Cztery z jej dotychczas wydanych książek doczekało się adaptacji filmowych. W swoich utworach autorka łączy elementy powieści obyczajowej z romansem, psychologią, socjologią i innymi naukami społeczno-edukacyjnymi.

"Linia życia" to dopiero trzecia powieść Picoult, z którą miałam okazję się zapoznać. Niebanalność, kontrowersyjność wywołujące w czytelniku wiele sprzecznych emocji, charakteryzujące książki tejże autorki sprawiają, że bardzo chętnie po nie sięgam. Opisywany w niniejszej recenzji utwór zafascynował mnie, jak dotąd, chyba najbardziej, przede wszystkim ze względu na tematykę dotyczącą trudności, jakie mogą wynikać w trakcie trwania małżeństwa i okresu macierzyństwa. Pisarka w największym stopniu koncentruje się na osobie głównej bohaterki, dla której wychowanie dziecka jest czymś niewiarygodnie trudnym, nawet obcym. Owa tematyka idealnie wpasowała się nie tylko w jeden z moich obecnych przedmiotów na studiach - rodzina w dobie współczesnych przemian - ale też w Dzień Matki, kiedy to miałam sposobność tę lekturę zakończyć.

Paige Prescott nigdy nie miała łatwego życia. W dzieciństwie opuściła ją matka, pozostawiając tylko z ojcem. W młodości popełniła kilka błędów, które zaważyły na reszcie jej życia. Będąc dorosłą, tak naprawdę wcale nie uwolniła się od przeszłości, ale została szczęśliwą żoną szanowanego kardiochirurga. Wydawać by się mogło, że znalazła swoje miejsce w świecie. Wszystko bowiem zaczęło układać się po myśli jej i Nicholasa. Ale to była tylko cisza przed burzą. Burza nadeszła wraz z nieplanowaną ciążą Paige. Zachwycony Nicholas nie mógł pojąć, dlaczego jego żona sceptycznie odnosiła się do swego błogosławionego stanu. Tak też było. Paige, którą kiedyś odtrąciła rodzicielka, nabrała pewności, że nie sprawdzi się w roli matki, nie pokocha swego dziecka i nie będzie potrafiła zapewnić mu odpowiedniej opieki, odpowiedniego wychowania. Po urodzeniu Maxa bohaterka jeszcze bardziej zatraca się w swojej przeszłości, zaniedbuje siebie i swoją rodzinę, nie mogąc opędzić się od nękających ją wyrzutów sumienia. Zdesperowana, postanawia zrobić coś, co sprawi, że jej życie już nigdy nie będzie takie samo - postanawia odnaleźć matkę. Sposób, w jaki tego dokona, przyniesie wiele niepożądanych skutków, ale też otworzy Paige szerzej oczy na otaczającą ją rzeczywistość.

Fabuła toczy się w latach 1985-1993, co zaznaczają poszczególne trzy części, na które jest podzielona treść utworu, ale oprócz bieżących wydarzeń Picoult przywołuje wiele wspomnień z dzieciństwa i młodości bohaterów, co wspaniale współgra ze sobą. Po raz kolejny autorka zachwyciła mnie swoim warsztatem pisarskim, swobodnym, a zarazem szczegółowym, zaopatrzonym w liczne metafory, porównania i epitety pięknym językiem. Historia opisana w "Linii życia", choć niełatwa, wciąga niesamowicie, bo tak naprawdę do samego końca nie wiadomo, jak potoczą się losy głównych bohaterów.

Nie każda kobieta pełniąca rolę matki robi to idealnie. Czy w ogóle któraś jest idealna pod tym względem? Gdyby zapytać o to te kobiety, odpowiedź na pewno brzmiałaby "nie". Macierzyństwo to rzecz niesłychanie trudna, dlatego nawet błahostka może przyczynić się do złego mniemania o sobie kobiety jako matki. Dla części przedstawicielek płci pięknej wychowanie dziecka to dar prosto z nieba. Dla kolejnych może być czystym obowiązkiem. A dla jeszcze innych - utrapieniem. W czasach współczesnych zanika zjawisko instynktu macierzyńskiego. Macierzyństwo staje się świadomym wyborem kobiety. Co jeśli dziecko przyjdzie na świat nieplanowane? A kobieta, która je urodzi, jest kompletnie nieprzygotowana na to, co ją czeka, a w dodatku sama wychowała się w niepełnej rodzinie, co jeszcze bardziej zmieniło jej nastawienie do zjawiska posiadania dzieci? Czy w tym przypadku istnieje jakaś szansa na normalne życie matki i jej potomstwa? Czy ich wzajemne stosunki z góry skazane są na porażkę? Te i wiele podobnych pytań krąży po głowie Paige Prescott, która wraz z pojawieniem się na świecie synka, całkowicie się gubi. Gubi się w małżeństwie, gubi się w myślach o swoim dziecku, gubi się w samej sobie. Przeżywa trudne do zrozumienia chwile, w których niejednokrotnie chciałoby się jej pomóc, "potrząsnąć" ją, nakierować na właściwy tor, uświadomić jej, co tak naprawdę jest ważne w jej życiu i o co powinna walczyć. Jej zachowanie wzbudza w czytelniku rozmaite uczucia, począwszy od współczucia, przez irytację, aż po zrozumienie.

Poważna zmiana, jaka pewnego lata zachodzi w życiu Paige, sprawia, że nie tylko jej świat wywraca się do góry nogami. Jej mąż, syn, a także pozostali członkowie ich rodzin są wystawieni na pewnego rodzaju próby - odrębne dla każdego z nich - dzięki którym otaczająca ich rzeczywistość również ulega zmianie. Nie tylko w kwestii miłości czy bliskości, ale też odpowiedzialności i prawdy. "Linia życia" jako cała powieść to swoistego rodzaju dążenie do prawdy. Prawda ta może albo uszczęśliwić człowieka, albo zniszczyć go. Uzmysłowić to, co wcześniej było dla niego niedostrzegalne, uchronić przed popełnieniem kolejnych błędów, ukoić ból.

Ta książka Picoult jest surowa, wcale delikatna, po prostu szczera, a przy tym ujmująca i tam, gdzie trzeba, wzruszająca. Jej bohaterowie wyróżniają się pod wieloma względami; na duży plus zasługuje przede wszystkim talent Paige do rysowania nieprawdopodobnych portretów ludzkich, ukazujących ich prawdziwe oblicze. To element niemalże magiczny i zarazem zapierający dech w piersiach, który niejednokrotnie mnie poruszył. Niesamowicie mocno można zżyć się z małym Maxem, synem Prescottów, który z wiecznie zapłakanego niemowlaka przeobraża się w zarażającego śmiechem chłopczyka. Postaci są niezwykle wyraziste, a emocje, które je charakteryzują, wypływają z kartek powieści strumieniami, prosto do serca czytelnika.

Podsumowując, uważam, że "Linia życia" Jodi Picoult ma w sobie wszystko, co może zachęcić do jej przeczytania i zachwycić czytelnika. Ma w sobie też garstkę tej mniej pozytywnej mocy, która może sprawić, że poszczególne postaci czy zdarzenia nie będą godne pochwały. Każdy odbiorca jednak ma prawo do własnego zdania. Po tę książkę może sięgnąć zarówno przeciwnik posiadania dzieci, jak i zwolennik tradycyjnych rodzin i wielodzietnych małżeństw, przez co opinie na jej temat nigdy nie będą jednoznaczne. Picoult w ten sposób doskonale udowadnia, że obok jej twórczości nie da się przejść obojętnie. Jej powieści są kontrowersyjne. Takie właśnie mają być i będą, dopóki ostatni człowiek na tej Ziemi ich nie oceni.

piątek, 20 stycznia 2012

"Drugie spojrzenie" - Jodi Picoult

Wydawnictwo: Prószyński i S-ka, 2010.
Liczba stron: 504.
Oprawa: miękka.
Rozpoczęcie lektury: 15.01.2012.
Zakończenie lektury: 19.01.2012.
Moja ocena: 7/10.

Jodi Picoult to amerykańska powieściopisarka, autorka kilkunastu bestsellerów, przetłumaczonych na wiele języków, których łączny nakład na świecie przekroczył już czternaście milionów egzemplarzy. Za całokształt twórczości została uhonorowana w 2003 roku nagrodą New England Book. Cztery z jej dotychczas wydanych książek doczekało się adaptacji filmowych. W swoich utworach autorka łączy elementy powieści obyczajowej z romansem, psychologią, socjologią i innymi naukami społeczno-edukacyjnymi.

Picoult, która jest znana przede wszystkim z powieści poruszających tematy społeczno-obyczajowe, tym razem zaskakuje. "Drugie spojrzenie" to utwór będący prawdziwą mieszanką literacką, opowiadającą o miłości, wartościach ludzkiego życia i radzeniem sobie z tematyką śmierci, przeplataną zjawiskami paranormalnymi i wydarzeniami rodem z najprawdziwszego kryminału. Z jednej strony ta różnorodność może przerazić i zniechęcić do lektury, a z drugiej - zaciekawić czytelnika do tego stopnia, by przekonać się, czy autorka podołała wyzwaniu i udźwignęła ciężar tej niecodziennej historii na tyle, by opisać ją w zgrabnie pozytywny sposób.

Fabuła "Drugiego spojrzenia" toczy się w Vermoncie, w Stanach Zjednoczonych, i jest ściśle powiązana z historią Indian Abenaki. Pewna firma deweloperska wykupuje ziemię od umierającego profesora, by wybudować na niej galerię handlową. Wywołuje to falę protestów miejscowych Indian, usilnie wierzących, że ów ziemia jest miejscem pochówku członków ich grupy. Jakby na dowód tego, w miasteczku Comtosook zaczynają się dziać niewiarygodne rzeczy, począwszy od padających z nieba płatków róż, przez zamarznięcie ziemi w środku lata, aż po nieprawidłowe funkcjonowanie mieszkańców, nieświadomych zmian w swym życiu, i ich gospodarstw. Ludzie zwyczajnie zaczynają gubić się w swych myślach i czynnościach, a wszystkie te dziwne zjawiska przypisują obecności ducha, który w jakiś sposób nie zaznał spokoju w przeszłości, a teraz daje o sobie znać, prowadząc głównego bohatera powieści, łowcę duchów, Rossa Wakemana, do wydarzeń sprzed siedemdziesięciu lat, poprzez odkrycie których teraźniejszość już nigdy nie będzie taka jak do tej pory...

"Drugie spojrzenie" to książka podzielona na trzy części, które z kolei składają się z dość długich rozdziałów. Pierwsza część skupia się na wydarzeniach roku 2001, druga z nich sięga w przeszłość - do roku 1932, a akcja ostatniej toczy się znów w roku 2001. Muszę przyznać, że nie było mi łatwo przebrnąć przez część pierwszą, która już na samym początku przytłoczyła mnie ogromną ilością bohaterów i ich historii, pozornie ze sobą niezwiązanych. Akcja poruszała się bardzo wolno, a fragmenty dotyczące zjawisk paranormalnych pojawiających się z życiu mieszkańców Comtosook przypominały bardziej bajkę fantasy aniżeli poważną powieść. Moje odczucia co do tej książki diametralnie zmieniły się po dotarciu do znacznie ciekawszego epizodu, jakim była znajomość Rossa Wakemana z tajemniczą Lią Beaumont. Koniec części pierwszej zaskakuje, choć troszkę spodziewałam się takiego, a nie innego obrotu zdarzeń. Druga część, najkrótsza z wszystkich trzech, przedstawia dawne życie wspomnianej już Lii, będące zalążkiem kryminalnego rozwoju akcji znajdującej swoje zakończenie w czasach nowszych części trzeciej powieści Picoult.

Jako że jestem wielką miłośniczką kryminałów, cała ta sprawa związana ze śledztwem z niedopatrzeniami z przeszłości pochłonęła mnie bez reszty. Tym bardziej, że doprawiona została pikantną przyprawą w postaci ducha, a historia o duchach również uwielbiam, choć czasami wywołują one we mnie mocne dreszcze i wiele sprzecznych emocji. Czy wierzę w duchy? Tak. Dlatego paranormalny charakter "Drugiego spojrzenia" podwoił moją ciekawość i chęć na lekturę tej książki. Każdy ma przecież indywidualne wyobrażenie i własne koncepcje na temat istnienia nadprzyrodzonych zjawisk, w tym istot określanych mianem ducha. Byłam więc ogromnie zaintrygowana tym, co ma w tej kwestii do powiedzenia czytelnikom Jodi Picoult, i nie rozczarowała mnie swoim postrzeganiem życia, śmierci oraz balansowania między nimi.

Ross Wakeman to bohater smutny i tragiczny, usilnie pragnący śmierci, by "przejść na drugą stronę" i znaleźć się przy zmarłej narzeczonej. Jego próby samobójcze kończą się niepowodzeniem, więc cierpi, a jednocześnie nie zdaje sobie sprawy z tego, ilu cierpień dostarcza swoim postępowaniem siostrze Shelby i jej synkowi Ethanowi. Bohater bierze udział w dochodzeniu dotyczącym przeszłości Lii Beaumont, postaci równie, a może nawet bardziej tragicznej niż on sam, które jeszcze nie raz go zawiedzie, ale też zmieni jego życie na zawsze. Zresztą nie tylko jego. Losy wielu bohaterów pojawiających się w "Drugim spojrzeniu" w mniej lub bardziej oczekiwany sposób połączą się ze sobą nie tylko więzami pokrewieństwa, ale też więzami miłości, przyjaźni lub po prostu wspólnej historii.

Historii sięgającej Vermonckiego Programu Eugenicznego z lat dwudziestych i trzydziestych XX wieku, który istniał naprawdę, co zaznacza autorka w swym posłowiu na końcu książki. Główny przedstawiciel tego ruchu, Henry F. Perkins, dążył do tego, by "oczyścić" populację ludzką z najbardziej problematycznych obywateli, zarówno tych borykających się z niepożądanymi chorobami genetycznymi, jak i tych przejawiających złe cechy charakteru, prowadzące do czynów przestępczych i niemoralnych. Owo "oczyszczenie" miało postępować dzięki zalegalizowanemu zabiegowi sterylizacji, choć ów zabieg nie zawsze był wykonywany za zgodą pacjentów. Okrucieństwa, jakie stosowali przytaczani przez pisarkę naukowcy i lekarze, były skierowane głównie przeciwko nieczystym rasom ludzkim, z przedstawicieli których robiono ludzi o wiele bardziej chorych umysłowo i niedołężnych niż byli, by tylko osiągnąć swój wysoko postawiony cel. Nic więc dziwnego, że tego typu metody znalazły swoje odzwierciedlenie z czasach panowania Hitlera, kiedy to popularność zyskał proces tworzenia "nadludzi". Smutne i wstrząsające, ale prawdziwe. Jedyne, co przeszkadzało mi w odbiorze tekstu poświęconego powyższym rozważaniom, była zbyt duża ilość informacji i danych rodem z dziedzin biologii i genetyki, która i tak w większym stopniu okazała się dla mnie niezrozumiała. I niepotrzebna w kontekście zrozumienia ogólnego problemu eugeniki.

Ale nie tylko o przygnębiających i przerażających kartach historii z życia bohaterów można poczytać w "Drugim spojrzeniu". Bardzo ucieszyło mnie ukazanie rozwoju miłosnego uczucia pomiędzy Shelby Wakeman a policjantem Elim Rochertem, a także przywołanie magicznego i tajemniczego świata dwójki małych, ale jakże sprytnych i inteligentnych dzieci, Ethana i Lucy. Oboje musieli borykać się z uciążliwymi chorobami, dolegliwościami i lękami z nimi związanymi, narażając się niejednokrotnie na śmierć. Szczególnie postać Ethana, dziewięciolatka uczulonego na światło słoneczne, bardzo mnie zaintrygowała. Picoult przypisała temu chłopcu cechy dorosłego mężczyzny, który wie, że choroba w każdej chwili może zakończyć jego istnienie, a mimo to nie boi się o tym rozmawiać i pragnie czerpać z życia jak najwięcej. Z kolei Lucy, astmatyczka posiadająca zdolność widzenia duchów... no cóż, myślę, że gdyby powstał dalszy ciąg "Drugiego spojrzenia", niejedno mogłoby się zdarzyć. Ale póki co, zachęcam do lektury tejże powieści.

"Drugie spojrzenie" to dopiero drugi utwór Jodi Picoult, z którym się zapoznałam. Mimo ciągnącego się niemiłosiernie długo nudnego początku wywołał we mnie burzę emocji, do czego chyba powinnam zacząć się przyzwyczajać, bo po książkę tej autorki sięgnę na pewno jeszcze nie raz. Picoult potrafi zręcznie manipulować czytelnikiem, wyciskając z niego wszystkie uczucia, począwszy od zniechęcenia, złości, przerażenia, przez napięcie i szok, aż po radość i łzy wzruszenia, przepłukujące oczy pod koniec powieści. To wspaniała opowieść z dreszczykiem i wątkiem kryminalnym o tym, że nie należy się poddawać, gdyż w najbliższym otoczeniu zawsze znajdzie się ktoś bliski, w którym można znaleźć oparcie, lub ten ktoś może szukać oparcia w nas. Istotnym czynnikiem jest tutaj miłość. I poświęcenie dla drugiej osoby, choć te dwa zjawiska nie zawsze są w stanie iść ze sobą w parze, co nie znaczy, że trzeba z tego powodu obarczać się winą i skazywać na cierpienie. Bywa przecież, że pomimo naszych błędów losy nasze i naszych bliskich zostaną skierowane na właściwą i lepszą drogę.

Polecam tę książkę miłośnikom twórczości Jodi Picoult, choć uprzedzam, że dla niektórych wszelkie nadprzyrodzone zjawiska w niej ukazane mogą wydać się czymś absurdalnym. Tym, którzy gustują w historiach o duchach, a także lubią odkrywać tajemnice rodzinnych sekretów z przeszłości wraz z kolejnymi kartami powieści, "Drugie spojrzenie" na pewno się spodoba. To doskonała lektura na kilka wieczorów. Książka liczy około pięciuset stron zadrukowanych dość gęstą czcionką, ale potrafi zainteresować do tego stopnia, że liczba nieprzeczytanych kartek będzie malała w mgnieniu oka.

czwartek, 1 grudnia 2011

"Jak z obrazka" - Jodi Picoult

Wydawnictwo: Prószyński i S-ka, 2011.
Liczba stron: 456.
Oprawa: miękka.
Rozpoczęcie lektury: 29.11.2011.
Zakończenie lektury: 01.12.2011.
Moja ocena: 6/10.

Jodi Picoult to amerykańska pisarka, której dorobek literacki w postaci powieści sięga blisko dwudziestu tytułów, z czego prawie wszystkie zostały wydane także w naszym kraju, a kilka z nich ma już swoje odpowiedniki filmowe. Autorka w swoich utworach nie boi się poruszać tematów trudnych i przywołuje w ich treściach problemy, jakie mogą się zdarzyć lub zdarzają się w ciągu życia każdego z nas.

"Jak z obrazka" to powstała w 1995 roku druga powieść Jodi Picoult. Należy do utworów obyczajowych, zahaczając jednak o dramat psychologiczny i romans. Porusza kwestie życia w małżeństwie, przemocy w rodzinie oraz szeroko rozumianej miłości, nienawiści, poświęcenia czy niesienia pomocy bliskim.

Główną bohaterką książki jest Cassie Barrett, którą czytelnik poznaje już na początku opowieści. Kobieta błąka się po cmentarzu w Los Angeles, nie pamiętając nic ze swego życia, nawet własnego nazwiska. W tym stanie znajduje ją policjant o indiańskich korzeniach, Will Latający Koń, i to dzięki niemu bohaterka ma szansę wrócić do swego domu, do męża. Okazuje się, że Cassie jest uznanym antropologiem fizycznym i żoną Alexa Riversa, jednego z najpopularniejszych i najprzystojniejszych aktorów Hollywood. Przed kobietą niełatwe zadanie - musi przywyknąć do "nowego" otoczenia, bogatego i kochającego męża, a co najważniejsze, odzyskać pamięć. Stopniowo jej się to udaje. W międzyczasie czytelnik poznaje pokrótce historię Willa Latającego Konia i związane z nią tradycje Siuksów, Indian z Dakoty Południowej. Kiedy w końcu Cassie odkrywa, że jest w ciąży, przeszłość wraca do niej ze zdwojoną siłą, bowiem jej życie nie było usłane różami. Bohaterka decyduje się uciec od męża. Znajduje schronienie u jedynej osoby, której może zaufać, po czym zwierza się jej z sekretów trudnej przeszłości.

Styl pisarski Jodi Picoult jest dla mnie nowością, gdyż "Jak z obrazka" to pierwsza książka tej autorki, po którą miałam okazję sięgnąć. Picoult posługuje się sprawnym i zrozumiałym językiem, pisze dość szczegółowo i przytacza miłe dla oka porównania i wyrażenia. Szczególnie takie animizacje czy antropomorfizacje zapadły mi w pamięć, jak "zapach ojcowskiego gniewu"* i "na ramionach czułam ciężki księżyc, który popychał mnie ku Alexowi"**. Powieść jest jednak pełna wspomnień bohaterów, dlatego czasami, poprzez retrospekcje, autorka zbyt szybko przechodzi z jednego wydarzenia w drugie, a granica między nimi na pierwszy rzut oka jest słabo widoczna.

Akcja "Jak z obrazka" toczy się głównie na początku lat 90. XX wieku. Jest podzielona na trzy części opatrzone kolejno latami: 1993, 1989-1993 i znów 1993, które rozpoczynają się krótkimi legendami indiańskimi i składają się z podrozdziałów. Środkowa część utworu to wspomnienia Cassie Barrett, opowiedziane przez nią, a więc w pierwszej osobie. Pozostałe dwie części powieści napisane zostały w narracji trzecioosobowej.

Jeśli chodzi o wydanie tejże książki, to praktycznie nie mam mu nic do zarzucenia. Wszystko współgra ze sobą, jest czytelne i przejrzyste, oprawa miękka, tak jak lubię, bez zbędnego przepychu w ilustracjach i zdjęciach.

"Jak z obrazka" to pierwsza powieść Jodi Picoult, z którą się zapoznałam, o czym wspomniałam już wcześniej. Sięgnęłam po nią z wielką ciekawością, ponieważ poza znajomością gatunku literackiego, w jakim czuje się dobrze pisarka, nie wiedziałam kompletnie, czego spodziewać się po lekturze tej książki. Opis z tylnej okładki bardzo mnie zaintrygował. Zastanawiałam się, jak szybko wyjdą na jaw przyczyny niepamięci głównej bohaterki, dlaczego jej małżeństwo nie należało do idealnych i co z tym wszystkim miała wspólnego postać Willa Latającego Konia. Muszę przyznać, że wątki dotyczące życia Indian nie przypadły mi do gustu. Chyba za bardzo przygniatały mnie swoją prostotą, surowością i nieprzyjemnymi obrazami obrzędów indiańskich. Nie zachwyciła mnie też osoba Willa, człowieka raczej smutnego, którego przykra przeszłość odcisnęła piętno na jego dalszym życiu. Cassie Barret również nie miała idealnego dzieciństwa, podobnie jak jej mąż, Alex Rivers. Picoult daje czytelnikowi do zrozumienia, że od przeszłości nie można uciec. Człowiek ma ją przed oczyma cały czas i to od niego zależy, czy stanie się lepszy, czy może pozwoli, by nieprzyjemne wspomnienia dawały mu się we znaki przez resztę życia. Opisy dzieciństwa każdego z tej trójki bohaterów bardzo mnie poruszyły, pewnie też dlatego, że autorka przytoczyła je po prostu bez zbędnych ceregieli, bez owijania w bawełnę.

Tak jak pojawiały się w powieści fragmenty budzące w czytelniku smutek, współczucie i skłaniające do przemyśleń, tak też były i momenty lekkie i odprężające. Do tych drugich z całą pewnością można zaliczyć większą część wspomnień głównej bohaterki, dotyczącą początków jej znajomości i małżeństwa z Alexem. Nie mogę się nawet powstrzymać, by nie określić tego etapu książki romansem, bo historia ze wspomnień Cassie rzeczywiście przypominała bardzo romantyczną opowieść. Ale później coś się popsuło i nie było już tak kolorowo. Zarówno w życiu Cassie, jak i w moim postrzeganiu utworu, który zaczął mnie lekko irytować ze względu na zachowanie maltretowanej przez męża bohaterki. Czy można kochać mimo wszystko? Czy można wybaczać bez względu na wszystko? Dlaczego człowiek we wszystkim co złe widzi tylko i wyłącznie swoją winę? Czy miłość bywa ślepa? Ile człowiek jest w stanie poświęcić dla drugiej osoby? Czy może zmienić swe oblicze? Z tymi pytaniami oraz innymi problemami musiała borykać się Cassie. Jakie podjęła działania i jakie skutki one przyniosły - tego można dowiedzieć się, zagłębiając się w lekturze opisywanej przeze mnie książki.

"Jak z obrazka" porusza trudny temat dotyczący miłości, przywiązania do drugiej osoby, przemocy, strachu. Powieść zaczyna się bardzo interesująco, a później na przemian zaskakuje, wciąga, nudzi i denerwuje. Takie są moje odczucia po lekturze tej książki, która obudziła we mnie wiele sprzecznych emocji, ostatecznie jednak uważam tę pozycję za średnią, no, może troszeczkę skłaniającą się ku ocenie dobrej. Jako że "Jak z obrazka" to prawie najstarsza powieść Jodi Picoult, a ja mam zamiar sięgnąć po jej inne utwory, liczę na to, że nie zawiodę się twórczością tej autorki, i że jeszcze nie raz zostanę pozytywnie zaskoczona.

*s. 73
**s. 186
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...